Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skała. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 marca 2012

Kociaki i kuny


Spoglądałem przez otwarte okno w moim pokoju. Widok był nieco odmienny od rzeczywistego. Rozciągała się za nim piękna łąka, a na skraju horyzontu znajdował się las. Nagle na parapet wdrapała się kuna i próbowała wejść do mieszkania. 
Zepchnąłem ją. Po chwili pojawiło się kolejnych kilkanaście kun. Za wszelką cenę próbowały wedrzeć się do środka. Wśród nich znalazła się jedna bardzo młoda. Postanowiłem ją przepuścić i zobaczyć co się stanie. Dopiero teraz zobaczyłem, że pod biurkiem siedzą skulone, dwa małe, puszyste kociaki. Jeden był śnieżnobiały, a drugi czarny z kilkoma małymi, białymi łatkami. Kuna powoli zbliżała się w ich kierunku. 
Szykowała już się do bezwzględnego ataku, ale w ostatniej chwili udało mi się ją powstrzymać. Wyrzuciłem ją przez okno. Wylądowała na miękkiej trawie i szybko uciekła. Znalazłem się na basenie i przepłynąłem kilka długości. Po opuszczeniu pływalni znalazłem się na skalistej ścieżce. Idąc przed siebie dotarłem do rozległego wąwozu. Z jego dna mogłem podziwiać majestatycznie wznoszące się, piękne i niemal pionowe, czerwone skały. 
Następnie droga poprowadziła mnie przez dom kolegi. Odbywała się tam jakaś impreza urodzinowa. Złożyłem 
życzenia i skosztowałem białoniebieskiego tortu. 
Spotkałem tam też moją byłą dziewczynę, z którą rozstałem się wiele lat temu. Chciała ze mną porozmawiać, więc poszliśmy do niej. Mieszkała ze współlokatorami. Nagle przyszli chyba jej rodzice z dzieckiem i poprosili o opiekę.

sobota, 28 stycznia 2012

Plaga


Mieszkamy w kamienicy na odludziu. Wokół niej jest przepiękny ogród z małym stawem. Biegają przepiórki i kolorowe bażanty. Pasie się też krowa. Jak na krowę jest dość niezwykła. Zachowuje się trochę jak pies. Chodzi za Nami, lubi jak ją się głaszcze i potrafi nawet aportować. Jest jasnobrązowa w białe łaty, a sierść jest, długa, miękka i miła w dotyku. Na oczy spada długa grzywa. 
Wydaje się być niezadowolona, gdy razem z Nią idę do miasta. Droga wiedzie krętą ścieżką po zboczu góry. Po prawej stronie jest przerażająco głęboka przepaść. Dobrze, że Ona jest przy mnie. Gdyby mnie nie trzymała za rękę i nie dodawała otuchy, nie dałbym rady przejść tej drogi. Dalej droga wiedzie przez kilka mniejszych wsi. 
Ktoś przybił do płotu dziwne zwierzę. Wygląda jak mała sarenka z dziobem kruka. Nie podoba mi się to. Ona twierdzi, że prawdopodobnie ktoś ją złożył w ofierze, że to jest bardzo zła magya i nie wróży to nic dobrego. Jej obawy wydają się potwierdzać, gdy tylko dochodzimy do miasta. Wszyscy jego mieszkańcy wydają się być śmiertelnie chorzy. Są bladzi, przeraźliwie kaszlą i plują krwią. Wydają się wychudzeni, zlani potem i mają problemy z oddychaniem. 
Zaraz po wkroczeniu do miasta zjawiło się wojsko i szczelnie otoczyło jego granice, ustanawiając kwarantannę. Dowiaduję się, że w największym gmachu w mieście odbywa się zebranie antykryzysowe. Próbuję się tam dostać, ale żołnierze ubrani w kombinezony ochronne nie chcą mnie wpuścić. Ktoś wywołał zamieszanie, a ja wykorzystałem okazję by dostać się do środka. We wnętrzu są dziesiątki okrągłych marmurowych stołów w żółtawozielonym odcieniu, a przy nich ławy z tego samego materiału. 
Jakiś naukowiec zdaje raport. Choroba jest wywołana przez bakterię i prawdopodobnie jest pochodzenia odzwierzęcego. Jest odporna na wszystkie znane antybiotyki, nawet te, które są w fazie testów klinicznych. Po chwili czuję silne uderzenie w kark, które powala mnie na ziemię. Zostaję skrępowany i wywleczony...

wtorek, 10 stycznia 2012

Sfera zoologiczna


Znajdowałem się w niewielkiej kawiarence, ze szklanymi witrynami i kilkoma okrągłymi stolikami. Za ladą stał niski, pulchny mężczyzna z krótkimi, kręconymi włosami. Miał na sobie biały, poplamiony fartuch i szmatę przewieszoną przez ramię. Podszedłem do niego i poprosiłem o kawę z czekoladą. Nie spodobał mi się jego uśmiech w chwili, gdy przyjmował zamówienie. Nalał kawę z ekspresu i wyszedł z filiżanką na zaplecze, mówiąc, że idzie po czekoladę. Wrócił po chwili i podał mi filiżankę. Na powierzchni unosiło się coś brązowego i na pewno nie była to czekolada. Roześmiał się obleśnie, a ja rzuciłem filiżanką oburzony. 
Z zaplecza wpadła starsza siwowłosa kobieta i skarciła wciąż rechoczącego syna, uderzając go zwiniętą w rulon gazetą. Wyszedłem z lokalu. Nie miałem ochoty przebywać tam ani chwili dłużej. Spotkałem koleżankę, której kiedyś zrobiłem stronę internetową. Była razem ze swoimi koleżankami. Przeszliśmy się wszyscy po mieście i posiedzieliśmy trochę na trawie w parku. Położyłem się w cieniu drzewa i nieoczekiwanie znalazłem w innym mieście. Znałem je, ale było jakieś dziwnie obce i pomieszane. Błądziłem przez dłuższy czas. Kupiłem bilet całodobowy i wsiadłem do autobusu. 
Mijałem blokowiska, wielkie ronda i skrzyżowania, drapacze chmur połączone kładkami nad jezdnią i budynki targowe. Na siedzeniu obok mnie siedział mężczyzna, z którym prowadziłem dyskusję na temat marketingu. Zaproponowałem mu kilka haseł reklamowych, które przyjął z aprobatą. Nad autobusem przeleciał czarny helikopter. Choć nadal nie za bardzo wiedziałem, gdzie się dokładnie znajduję, uznałem, że dalsza jazda nie ma sensu i wysiadłem na najbliższym przystanku.
 Spotkałem tam znajomą poetkę w sędziwym już wieku. Powiedziała, że ma umówione spotkanie, ale czułaby się pewniej, gdybym jej towarzyszył. Wsiedliśmy więc do jej samochodu i pojechaliśmy za miasto do lasu. Zostawiliśmy auto na parkingu, gdzie czekała już dziennikarka. Miała przeprowadzić wywiad z poetką. Szliśmy wzdłuż grobli porośniętej rzędem drzew. Starsza kobieta opowiadała o bestialskim procederze przeszczepiania ludziom węzłów chłonnych od królików. Pochyliła się i w wysokiej  trawie dojrzałem martwego króliczka  z futerkiem poplamionym krwią. 
Był to bardzo przykry widok więc szybko odwróciłem wzrok. Podobno to przedsięwzięcie było prowadzone na olbrzymią skalę i króliki były zagrożone całkowitym wyginięciem. Szliśmy dalej przez las. Po lewej stronie od drogi dojrzałem piękny, płytki staw o intensywnym lazurowym  kolorze. Pływały w nim migoczące w słonecznym świetle złote i ciemnoniebieskie ryby. Nieopodal był park otoczony kamiennym murem w beżowym kolorze. 
Przy kamiennej bramie znajdowały się schody prowadzące na mur. Tworzył wielki okrąg, a przy jego krawędziach znajdowały się barierki. Wewnątrz był podzielony na ćwiartki. W każdej znajdował się wybieg dla różnych zwierząt. W jednej różowe flamingi stały w płytkim stawie, w innej czarne pumy wygrzewały się znudzone na słońcu, a w kolejnej ubrani w skóry neandertalczycy o zmierzwionych, bujnych czuprynach. 
Wszystko można było obserwować z góry, z każdej strony. Wewnętrzne ściany były stylizowane na naturalne głazy i kamienie. Na pytanie, czy to jest ogród zoologiczny, dostałem zagadkową, negatywną odpowiedź.  W samym centrum konstrukcji znajdował się okrągły plac. Wyrastał z niego kościół ze strzelistymi wieżami. Zbliżając się do niego zobaczyłem księży ubranych w czarne sutanny z wyhaftowanymi złotymi nićmi wężami . Wychodzili z kościoła i zamykali duże wrota. 
Te po lewej stronie miały barwę głębokiej, ciemnej czerwieni, a po prawej intensywnej purpury. Zdobione były ornamentami i zwierzęcymi motywami. Na placu przed świątynią czaiła się wielka puma z czarnego, polerowanego drewna. Pomimo jej sztuczności, poruszała się jak żywa. Obejmowała dzieci wielkimi łapami z pazurami, tak jakby właśnie upolowała swoją ofiarę,  a rodzice robili zdjęcia... 

niedziela, 8 stycznia 2012

Kamieniołomy


Szukałem kogoś. Ktoś został porwany. Nie wiem kto, ale ktoś ważny. Poszukiwania doprowadziły mnie do wielkich kamieniołomów. Wszędzie było pełno ochroniarzy i żołnierzy. Dyskretnie przemykałem od jednego zacienionego miejsca do drugiego, od skały do skały. Jakoś udawało mi się uniknąć wykrycia przez strażników. Skały były jasno szare, a unoszący się pył drobny jak mąka. Osadzał się wszędzie. W oddali zobaczyłem wielką jaskinię. 
Powoli i ostrożnie zbliżałem się do niej. Ciemne wejście  miało łukowaty kształt. W końcu znalazłem się wewnątrz. Było tam chłodno i wilgotno, a ochroniarzy było coraz więcej.  Przemierzając  ją i niemal cudem unikając wykrycia doszedłem w końcu do wielkiej komory w której były podwieszone kwadratowe klatki. W jednej z nich był mały robocik. 

Uwolniłem go, a z wdzięczności przekazał mi informacje o osobie której poszukiwałem i wskazówki jak ją odnaleźć. Była zamknięta w niewielkim pomieszczeniu. Drzwi były zamknięte i dopiero po wielu próbach udało mi się je wyważyć. Zobaczyłem Ją. Jak mogłem nie pamiętać, że to Jej szukałem. Niestety wywołany moimi licznymi próbami hałas zwrócił uwagę strażników. Chwyciłem Ją za rękę i zaczęliśmy uciekać w stronę wyjścia. 
Przemknęliśmy obok kilku żołnierzy, którzy znudzeni nawet do końca nie skojarzyli kto obok nich przebiegł. Byliśmy już na zewnątrz, a pościg był coraz liczniejszy. Skręciliśmy w wąskie schody wykute w skale, prowadzące na górę. Znaleźliśmy się w mieście i pędząc lawirowaliśmy po wąskich uliczkach. Kamienice obok których przebiegaliśmy zbudowane były z okrągłych kamieni połączonych betonem. Jeszcze kilka skrętów, schody do góry i znaleźliśmy się na tarasie, na którym urządzona była kawiarnia. Szybko przysiedliśmy się do czyjegoś stolika i zaczęliśmy konwersację. Zadyszani ochroniarze przebiegli dalej nie zwracając na nas uwagi. Fortel się udał. Spojrzałem w niebo i nagle sobie uświadomiłem, że znajdujemy się na księżycu jakiejś obcej planety. 
Nad Nami przeleciały jakieś roboty. Znaleźliśmy się na pokładzie jakiegoś statku. Sam kapitan oprowadzał Nas po pokładzie. Zobaczyliśmy mostek, w którym panował nieład, maszynownię oraz kajuty, w których spotkaliśmy moje koleżanki. Wyszliśmy na pokład i oparliśmy się o barierki. Delikatna bryza schładzała Nam twarze. Płynęliśmy wolno wąskim kanałem. Nagle kanał się skończył, a statek poruszał się dalej, przeraźliwie drapiąc nawierzchnię ulicy. 
Okropny dźwięk zdzieranej masy metalu był nie do wytrzymania. Zakryłem uszy, a po chwili byłem już u mojej babci. Razem z siostrą obierałem ziemniaki na obiad. Wyrzuciłem stos obierek do kosza i zaniosłem worek ze śmieciami do zsypu. Gdy wróciłem do mieszkania, na kanapie dostrzegłem kostium żaby. Siostra powiedziała, że to męża. Wyszedłem z pokoju i przechodząc przez przedpokój dostrzegłem w lustrze odbicie dziadka.
 Po chwili już go nie było. Wszedłem do innego pokoju. Na ścianie wisiał obraz. Nie był to jednak zamrożony obraz. Pomimo iż był namalowany farbami na płótnie, był ruchomy...

wtorek, 3 stycznia 2012

Wesele


Znajdowałem się w przepięknej dolinie. Dywan złotych i czerwonych liści pokrywał rozległe łąki. Liczne drzewa obsypane były pięknymi białymi i różowymi kwiatami. Wiatr porywał płatki, które tańczyły w powietrzu niczym motyle. W oddali wyrastało wysokie pasmo górskie. Wysokie majestatyczne, skaliste szczyty wyznaczały granicę sielskiego krajobrazu. Słyszałem muzykę. Skierowałem swe kroki w kierunku jej źródła. Dobiegała z dużej chaty pokrytej strzechą. Przypominała trochę tawernę. Otworzyłem solidne dębowe drzwi. 
Muzyka stała się głośniejsza i została wzbogacona o gwar ponad setki ludzi. Na środku sali stała dziewczyna przyodziana w biel, o blond włosach, z pięknym kwiecistym wiankiem na głowie. Obok niej mężczyzna ubrany w  kolorowy strój ludowy. 
Muzyka stała się bardziej skoczna i nowożeńcy zaczęli tańczyć. 
Rozejrzałem się po sali. Dębowe ławy uginały się od potraw. Na palenisku ktoś obracał prosiaka nadzianego na rożen.  Był już ładnie przyrumieniony. Para młoda skończyła tańczyć i zasiadła przy stole...

środa, 9 listopada 2011

Rozerwany na strzępy




Słyszałem dźwięk spadającej bomby. Uderzyła w budynek powodując silny wstrząs i hałas. Po chwili usłyszałem piszczenie. Było coraz szybsze. Bip... bip.. bip. Instynktownie chwyciłem psa pod pachę i rzuciłem się skulony pod stół, otulając psa swoim ciałem. Nastąpił wybuch, zostałem rozerwany na drobne kawałki. 


Obudziłem się i miałem chwilowe uczucie jakbym spadał. Czasami mi się to zdarza. Przez kolejną godzinę nie mogłem zasnąć.



Przepłynąłem statkiem wycieczkowym przez jezioro. Zaraz przy przystani zaczynał się szlak. Biegł przez las, a potem zaczął się wspinać coraz wyżej po wzgórzu. Na wysokości, gdzie zaczynały się pojawiać skały, a zbocze stało się bardzo strome, znajdowała się konstrukcja zbudowana z drewnianych bali. Tworzyła coś w rodzaju drewnianego rusztowania niczym wąż oplatającego górę.
Jedyna droga prowadziła tamtędy. Drewniane okrągłe kłody trzeszczały przeraźliwie, gdy po nich stąpałem. Silny wiatr wprawiał całą konstrukcję w drganie i wzmagał niepokój. Na końcu wijącej się drogi znajdował się szyb prowadzący pionowo w dół. Wyłaniała się z niego drewniana kabina windy przypominająca nieco klatkę. Zjechałem nią i znalazłem się w sali z tarasem widokowym. Znajdowali się tam liczni turyści, którzy też przebyli tą trasę. Każdy miał dostać coś dobrego w nagrodę. 
Tęga kobieta w średnim wieku, ubrana w fartuch zbierała zamówienia. Wszyscy mówili w dziwnie szorstko brzmiącym języku. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc spróbowałem powtórzyć to co powiedział mężczyzna siedzący obok mnie. Po chwili dostałem biszkoptowe ciasto z kremem i owocami...




sobota, 29 października 2011

Rzeka w mieście


Wybrałem się z ojcem i siostrą nad rzekę, która przepływała przez miasto. Miasto było stare, a budynki zbudowane z piaskowca. Rzeka musiała mieć kiedyś bardzo wartki nurt, ponieważ koryto było głębokie, a brzegi strome. Teraz płynęła ledwie strużka na dnie. Niektóre budynki znajdowały się niebezpiecznie blisko krawędzi, a kilka było już częściowo podmytych. 
Doszliśmy do rozległego betonowego placu, który zazwyczaj pewnie pełnił funkcję parkingu. Wnioskowałem to z wymalowanych na nim linii. Teraz natomiast odbywał się tam jakiś festyn. Rozstawione były drewniane kramiki z ozdóbkami, drewnianymi rzeźbami, strojami i właściwie z wszystkim co zazwyczaj pojawia się na tego typu imprezach. Przystanęliśmy przy wozie campingowym, który pełnił funkcję mobilnego baru. 
Zjedliśmy pyszne pierogi. Nieopodal znajdował się przystanek autobusowy. Wsiedliśmy do autobusu lecz nie zajechaliśmy daleko. Na wąskiej drodze pojawił się opuszczony szlaban z informacją o przypływie...

czwartek, 27 października 2011

Wieżowiec


Przechodziłem obok wieżowca na jakimś blokowisku. Przystanąłem przy klatce. Byłem świadkiem, jak jakiś policjant aresztuje dresiarza. Drzwi otworzyła kobieta w białym fartuchu lekarskim. Wszedłem do środka. Wieżowiec okazał się być szpitalem. Było tam dużo chorych dzieci. Mimo różnych ciężkich chorób potrafiły cieszyć się życiem. Bawiły się klockami i lalkami. Wyszedłem i postanowiłem pobiegać. Tuż przy wieżowcu rozpoczynał się szlak turystyczny.

środa, 26 października 2011

Nic nie jest tym, czym wydaje się być…

Siedziałem w obszernym fotelu, mocno zapięty pasami. Za grubym oknem z pleksiglasu co jakiś czas przemykały mikrometeory, niczym kosmiczny pył, czasami ocierając się o niego i pozostawiając drobne rysy. Przelatywaliśmy przez niebezpieczny obszar pasa meteorów. Co chwilę odczuwałem silne przeciążenia, gdy pilot próbował ominąć olbrzymie skały dryfujące w przestrzeni kosmicznej. Po kilku takich manewrach ujrzałem wielką planetę zasnutą czerwonymi chmurami. Weszliśmy w jej atmosferę i po chwili okna zrobiły się czarne, a w kabinie zapaliły się światła. Odpiąłem pasy i wyszedłem przez otwarty właz. Schodząc po schodkach słyszałem jak mężczyzna ubrany w garnitur mówi przez głośniki:

niedziela, 16 października 2011

Cthulhu


Siedzę w wagonie na drewnianej ławce. Jest twarda i niewygodna. Do mych uszu dobiega rytmiczny i miarowy stukot żeliwnych kół i charakterystyczny dźwięk pracy parowej lokomotywy, ciągnącej cały skład. Na zakrętach mogłem dostrzec jej lśniące w słońcu chromowane elementy i wielkie obłoki pary. Za oknem rozciąga się przepiękny widok na ocean. Jedziemy na krawędzi wysokiego klifu. Po drugiej stronie przemyka niekończący się ciąg kamienic w pastelowych kolorach. Ich dachy wykończone są w nietypowy sposób. Są to blanki, takie jak na murach obronnych,  z tą różnicą, że są zaokrąglone na krawędziach. Przypominają przez to dziecięce rysunki. Zbliżamy się do tunelu zagłębiającego się w ogromną skalistą górę. Po pewnym czasie dojeżdżamy do stacji kolejowej skrytej głęboko w jej wnętrzu. Jedyna droga prowadzi przez wąski tunel do monumentalnego pomieszczenia.  W chwili, gdy się w nim znalazłem, zaparło mi dech w piersiach. Podłogę pokrywają duże eleganckie kwadraty z ciemnoszarego betonu. Upstrzona jest licznymi pasami i wysepkami zieleni, oraz równo przystrzyżonymi drzewkami owocowymi. Liczne ławki nadają pomieszczeniu niemal parkowy charakter. Spoglądając w górę dostrzegam szklany dach, niczym w wiktoriańskiej palmiarni, przez który wpada naturalne jasne światło słoneczne. Znajduje się niespodziewanie wysoko, bo niemal kilometr nade mną. Ściany to naturalnie postrzępiona grafitowa skała. Moją uwagę przykuwa jedna ze ścian, która jest czymś w rodzaju ogromnego akwarium z krawędziami płynnie zatapiającymi się w pozostałe skalne ściany. Podobnie jak całe pomieszczenie, jest ogromne i sięga niemal sklepienia. Jednolita tafla szkła może mieć nawet kilkanaście metrów grubości. Kilkadziesiąt metrów za szkłem wyrastają z piaszczystego dna, grube jak najstarsze dęby, stalowe kolumny krat. Owinięte są grubymi linami przez co z daleka przypominają ogromną sieć. Zaintrygowany podszedłem do akwarium i nagle podpłynęło największe stworzenie jakie kiedykolwiek widziałem.