się do czerwoności. W pewnym momencie po prostu się rozpadł, ale w całkowicie kontrolowany sposób. Fragmenty odleciały napędzane mikrosilniczkami, a ja przykucałem na podłużnym elemencie z dziwnego metalicznego materiału. Pokrywały go jakieś cewki, ścieżki drukowane opalizujące różnobarwnym światłem i niezwykle złożone elementy elektroniczne. Kształtem przypominał deskę do prasowania, ale był dużo bardziej zróżnicowany i opływowy. Stawiał duży opór podczas spadania, przez co znacznie wyhamowywał prędkość w atmosferze przypominającej konsystencją ubite białko. W końcu z impetem uderzyłem w wodę, ale zdołałem utrzymać się na nogach. Wokół ,mnie znajdował się potężny, wzburzony wszechocean. Spływałem po krawędzi fali przypominającej zbocze okazałego wzgórza. Deska na której surfowałem zaczęła przyjemnie wibrować i brzęczeć, jednocześnie rozjarzając się światłem na optycznych ścieżkach, przypominających teraz bardziej arterie jakiejś żywej istoty. Chyżo zaczęła wspinać się na grzbiet kolejnej wielkiej fali napędzana jakimś tajemniczym, ale bardzo wydajnym napędem. Przemierzyłem tak wiele falistych szczytów i dolin, aż natrafiłem na wyjątkowo okazałą falę. Deska płynęła przed siebie nabierając prędkości, aż trafiła na niespodziewane urwisko. Spadałem teraz z kilkusetmetrowej fali w mroczną, granatową otchłań morskiej doliny. Czułem to nieprzyjemne ściskanie w żołądku, gdy ciało osiąga chwilowy stan nieważkości, by potem w nieunikniony sposób zacząć opadać. Mrok mnie pochłonął… Ocknąłem się w soczysto zielonej łodzi zrobionej najprawdopodobniej z jakichś egzotycznych hydrofobowych roślin. Mą twarz muskały przyjemne promienie słońca, które po chwili przysłoniła jakaś postać. Z początku była tylko ciemnym kształtem, który odzywał się do mnie obcym, jakby brzęczącym głosem. Istota była humanoidalna, ale bardzo
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Statek Kosmiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Statek Kosmiczny. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 15 września 2015
Kosmiczna otchłań wszechoceanu
Dryfowałem przez chłodną i niegościnną przestrzeń kosmiczną. Leżałem w kapsule, która wielkością przypominała raczej trumnę niż pojazd kosmiczny. Planeta złapała mnie w objęcia swego grawitacyjnego przyciągania. Poruszałem się coraz szybciej. Zagłębiając się w gęstą atmosferę, pojazd rozgrzewał
się do czerwoności. W pewnym momencie po prostu się rozpadł, ale w całkowicie kontrolowany sposób. Fragmenty odleciały napędzane mikrosilniczkami, a ja przykucałem na podłużnym elemencie z dziwnego metalicznego materiału. Pokrywały go jakieś cewki, ścieżki drukowane opalizujące różnobarwnym światłem i niezwykle złożone elementy elektroniczne. Kształtem przypominał deskę do prasowania, ale był dużo bardziej zróżnicowany i opływowy. Stawiał duży opór podczas spadania, przez co znacznie wyhamowywał prędkość w atmosferze przypominającej konsystencją ubite białko. W końcu z impetem uderzyłem w wodę, ale zdołałem utrzymać się na nogach. Wokół ,mnie znajdował się potężny, wzburzony wszechocean. Spływałem po krawędzi fali przypominającej zbocze okazałego wzgórza. Deska na której surfowałem zaczęła przyjemnie wibrować i brzęczeć, jednocześnie rozjarzając się światłem na optycznych ścieżkach, przypominających teraz bardziej arterie jakiejś żywej istoty. Chyżo zaczęła wspinać się na grzbiet kolejnej wielkiej fali napędzana jakimś tajemniczym, ale bardzo wydajnym napędem. Przemierzyłem tak wiele falistych szczytów i dolin, aż natrafiłem na wyjątkowo okazałą falę. Deska płynęła przed siebie nabierając prędkości, aż trafiła na niespodziewane urwisko. Spadałem teraz z kilkusetmetrowej fali w mroczną, granatową otchłań morskiej doliny. Czułem to nieprzyjemne ściskanie w żołądku, gdy ciało osiąga chwilowy stan nieważkości, by potem w nieunikniony sposób zacząć opadać. Mrok mnie pochłonął… Ocknąłem się w soczysto zielonej łodzi zrobionej najprawdopodobniej z jakichś egzotycznych hydrofobowych roślin. Mą twarz muskały przyjemne promienie słońca, które po chwili przysłoniła jakaś postać. Z początku była tylko ciemnym kształtem, który odzywał się do mnie obcym, jakby brzęczącym głosem. Istota była humanoidalna, ale bardzo
przypominała mi pszczołę. Pokryta była czarnożółtym
puszkiem, a kształtem tali przypominała wręcz osę. Wydawała się całkiem atrakcyjna i przyjazna. Choć nie mogłem jej zrozumieć, wiedziałem, że była kimś ważnym i musiała być żeńską przedstawicielką swego gatunku. Gdy się uniosłem na łokciach, dostrzegłem więcej istot na łodzi. Niektóre przypominały mi mą wybawicielkę, ale niektóre były zielonej karnacji i trochę przypominały świerszcze. Wszechocean był teraz spokojny…
się do czerwoności. W pewnym momencie po prostu się rozpadł, ale w całkowicie kontrolowany sposób. Fragmenty odleciały napędzane mikrosilniczkami, a ja przykucałem na podłużnym elemencie z dziwnego metalicznego materiału. Pokrywały go jakieś cewki, ścieżki drukowane opalizujące różnobarwnym światłem i niezwykle złożone elementy elektroniczne. Kształtem przypominał deskę do prasowania, ale był dużo bardziej zróżnicowany i opływowy. Stawiał duży opór podczas spadania, przez co znacznie wyhamowywał prędkość w atmosferze przypominającej konsystencją ubite białko. W końcu z impetem uderzyłem w wodę, ale zdołałem utrzymać się na nogach. Wokół ,mnie znajdował się potężny, wzburzony wszechocean. Spływałem po krawędzi fali przypominającej zbocze okazałego wzgórza. Deska na której surfowałem zaczęła przyjemnie wibrować i brzęczeć, jednocześnie rozjarzając się światłem na optycznych ścieżkach, przypominających teraz bardziej arterie jakiejś żywej istoty. Chyżo zaczęła wspinać się na grzbiet kolejnej wielkiej fali napędzana jakimś tajemniczym, ale bardzo wydajnym napędem. Przemierzyłem tak wiele falistych szczytów i dolin, aż natrafiłem na wyjątkowo okazałą falę. Deska płynęła przed siebie nabierając prędkości, aż trafiła na niespodziewane urwisko. Spadałem teraz z kilkusetmetrowej fali w mroczną, granatową otchłań morskiej doliny. Czułem to nieprzyjemne ściskanie w żołądku, gdy ciało osiąga chwilowy stan nieważkości, by potem w nieunikniony sposób zacząć opadać. Mrok mnie pochłonął… Ocknąłem się w soczysto zielonej łodzi zrobionej najprawdopodobniej z jakichś egzotycznych hydrofobowych roślin. Mą twarz muskały przyjemne promienie słońca, które po chwili przysłoniła jakaś postać. Z początku była tylko ciemnym kształtem, który odzywał się do mnie obcym, jakby brzęczącym głosem. Istota była humanoidalna, ale bardzo
piątek, 24 października 2014
Kosmiczny konwój
Coś niedobrego wydarzyło się na Ziemi. Resztki ludzkości utworzyły wielką flotyllę statków kosmicznych. Ogromny konwój tworzyły tysiące statków. Byłem kapitanem największej jednostki. Była to ogromna stacja kosmiczna o nazwie "D Star". Kształtem przypominała dziecięcą zabawkę, wielkiego bąka, a zewnętrzne poszycie miało blado seledynowy kolor. Ponieważ miała napęd, stała się największym statkiem. Jednostką flagową. Miałem tytuł "Strażnika". Wydawał się być bardzo prestiżowy. Prowadziłem tą kosmiczną karawanę w kierunku pobliskiej mgławicy, opalizującej chmury pyłu. Wlatując w nią znalazłem się przed szeregiem pierścieni z zakrzywionej czasoprzestrzeni. Pierścienie miały zróżnicowaną średnicę, ale tworzyły coś w rodzaju nieregularnego tunelu. Jeden z pierścieni przez który przelecieliśmy miał niebezpiecznie małą średnicę. Krawędź stacji zahaczyła o niego i nastąpiło momentalne odkształcenie kadłuba, tak jakby umieszczono na nim ogromną niewidzialną masę. Ktoś powiedział, że uszkodzeniu uległy pompy paliwowe i pomost cumowniczy.
sobota, 16 listopada 2013
Zniszczenie…
System transportu w mieście został całkowicie
przeorganizowany. Autobusy w ramach eksperymentu zaczęły jeździć po chodnikach,
a jedną z głównych ulicy zastąpiono kanałem. Wypożyczyłem kajak i postanowiłem
się nim przepłynąć. Nie miałem wioseł. Położyłem się na brzuchu i wystawiłem
ręce poza kajak. Płynąłem mniej więcej tak, jak się pływa kraulem. Osiągnąłem
niesamowitą prędkość. Odległość, którą normalnie pokonałbym w kwadrans, przepłynąłem
niemal w mgnieniu oka.
Niestety uderzyłem w jakiś ukryty pod powierzchnią wody
głaz. Kajak został przebity i zaczął nabierać wody. Mój kolega Sz. wpadł na
bardzo kontrowersyjny pomysł i zaczął go niezwłocznie wprowadzać w życie.
Otworzył nową rozgłośnię radiową skierowaną do bardzo sprecyzowanych odbiorców,
a mianowicie gejów i lesbijek. (To pewnie przez to palenie tęczy, często
pojawiające się w różnych mediach). Znalazłem się nad
brzegiem morza.
Niespodziewanie woda się cofnęła, aż po sam horyzont. Pozostała jedynie
pofalowana błotnista pustynia. Pełzały po niej bezmuszlowe ślimaki. Zleciały
się setki kaczek i zaczęły je zjadać. Zobaczyłem też stary automat do gier.
Podszedłem do niego i uruchomiłem. Grafika była prosta i pokazywała przekrój
statku kosmicznego o prostokątnym kształcie, widziany z góry. (Troszkę podobną
do gry FTL). Po lewej tylnej stronie była „ładownia”, a po
prawej „rozładownia”.
Trzeba było zarządzać rozładowywaniem i załadunkiem statku, ustalać priorytety
dla poszczególnych rodzajów ładunku. Czynności tej nieustannie towarzyszył
ostrzał z innych statków kosmicznych. Co jakiś czas kadłub statku zostawał
przebity. Trzeba było natychmiast odcinać sektory statku i jeśli się miało
odpowiedni ładunek na pokładzie, próbować go naprawiać. Niestety nie szło mi za
dobrze. Mój statek
został mocno uszkodzony i następowała gwałtowna dekompresja,
coraz bardziej uszkadzająca statek. W pewnym momencie uszkodzenia były tak
drastyczne, że konstrukcja nośna statku nie wytrzymała obciążeń i statek po
prostu się rozpadł. Nie była to już prosta animacja komputerowa jak wcześniej.
Wyglądało to bardzo realistycznie, tak jakbym obserwował zniszczenie
prawdziwego statku kosmicznego, unosząc się w przestrzeni. niedziela, 9 czerwca 2013
Ostatni nieśmiertelni na gigantycznym statku kosmicznym
Byłem na pokładzie gigantycznego statku kosmicznego. Na tym
poziomie znajdowało się miasto.
Liczne kamienice i brukowane ulice przypominały te budowane
na ziemi. Na statku odbywała się
zażarta walka między normalnymi ludźmi, a nielicznymi już
przedstawicielami nieśmiertelnych.
Byłem jednym z nich.
Nasza nieśmiertelność polegała na tym,
że nie umieraliśmy ze starości, ale poza tym nie różniliśmy się od innych ludzi. Byliśmy tak
samo podatni na choroby i obrażenia. Ludzie nie mogli zaakceptować naszej odmienności. Miałem
przekonanie, że jestem po stronie "dobra", że byliśmy opiekunami, a atakujący nas
byli bezmyślni i "źli". Zabarykadowaliśmy się w
niewielkim pubie.
Przypominał mi jeden z tych, które
odwiedziłem kiedyś w Dublinie. Długa
czerwona lada barowa, a wzdłuż niej pojedyncze stoliki.
Zabarykadowaliśmy drzwi w
akompaniamencie kul przeszywających drewniane drzwi.
Przemknęliśmy pochyleni, by unikać
zabłąkanych pocisków i dotarliśmy do klatki schodowej.
Godzinami wchodziliśmy na coraz wyższe,
bardziej zewnętrzne poziomy statku, aż dotarliśmy do poziomu
handlowo-parkowego.
Rozległe przestrzenie przypominały galerie handlowe, z szerokimi
chodnikami, ławkami i skwerami.
Kilkadziesiąt metrów wyżej był szklany sufit o
kilkunastometrowej grubości, przez który widać
było przestrzeń kosmiczną. Wzdłuż szerokich
spacerowo-parkowych alei wyrastały galerie i sklepy.
Wszystkie miały
wielkie przeszklone witryny. Światła były przygaszone do ułamka swojej mocy, a rozległe przestrzenie puste.
Chyba właśnie była symulacja
nocy. Szliśmy dalej, aż dotarliśmy do
naszych ciasnych kajut mieszkalnych. Były w nich tylko rzędy
piętrowych łóżek i skrzynie na rzeczy osobiste i ubrania. Uświadomiłem sobie, że jestem
bosy i nie mogę znaleźć butów. Nagle rozbrzmiał komunikat, że ostatni pociąg odjedzie za 9 minut.
Był to bardzo szybki pociąg
magnetyczny w samym centrum statku. Mimo to dotarcie z
jednego końca statku kosmicznego na drugi trwało kilka godzin. Wiedziałem, że
ten komunikat oznacza, że przegrywamy, a ja nie zdążę do niego dotrzeć.
Nawet gdybym dobiegł do najbliższej windy,
zjazd do wnętrza trwałby piętnaście minut. Segment w którym byłem miał zostać zniszczony, a ja
razem z nim.
sobota, 11 sierpnia 2012
Podziemny świat
Przylecieliśmy wielkim statkiem kosmicznym. Był płaski w
przekroju i przypominał wielkiego żuka podzielonego na segmenty. Był trochę
podobny do Battlestara Galaktyki z serialu. Wylądowaliśmy na planecie.
Rozciągały się na niej zielone wzgórza i doliny.
Pomimo swej urody była podobno
bardzo niebezpieczna i musieliśmy zjechać wielką windą do podziemnego świata,
który znajdował się we wnętrzu
planety. Gdy ze zgrzytem rozsunęły się solidne
wrota od windy, uderzyło w nas ciepłe powietrze. Było niemal nieruchome i czuć
było dziwny zapach, jakby przypalonych rodzynek. Zdawało się być gęste i było
bardzo duszno jak przed potężną burzą. Panował półmrok, dostrzegałem jedynie
dziwne, jakby płaskie, pomarańczowe chmury. Przesuwały się powoli na stałej i
niewielkiej wysokości. Stąpaliśmy po zmizerniałej trawie. Wszędzie było pełno
śmieci.
Dominowały niebieskie kawałki grubej folii, kawałki styropianu i
kartony. Szliśmy przed siebie, bez konkretnego celu. Trzymałem Ją za rękę z
przeczuciem, że jak Ją puszczę, to już się nie odnajdziemy. Dotarliśmy do
jakiejś kolejki. Spotkałem tam znajomego z dziewczyną. Powiedział, że jeszcze
nie możemy stanąć w kolejce. Musimy najpierw oddać bagaż i wskazał wysoki
budynek. Udaliśmy się do niego.
Powiedziała, że musimy odnaleźć dział
hiszpański. Po długich poszukiwaniach i przejściu kilku pięter odnaleźliśmy
właściwe biurko, tylko nikt przy nim nie siedział. Zapytałem, czy ktoś nas
obsłuży. Po chwili podeszła jakaś Koreanka i usiadła na obrotowym krześle przy
biurku. Poprosiła o położenie walizki na blacie. Wiedziałem, że były tam tylko Jej rzeczy. Otworzyliśmy walizkę.
Były tam rolki. Zaraz jak je oddaliśmy, jakaś młoda dziewczyna, która stała za
nami, zaczęła krzyczeć, że chce je kupić. Po chwili odeszła. W walizce był
jeszcze jeden
przedmiot. Była to lalka wyglądająca jak bobas i wielkości
prawdziwego niemowlaka. Pomimo swej sztuczności wydawała się być żywa. Ruszała
się i wydawała dźwięki. Chyba była dla Niej bardzo ważna i nie chciała jej
oddać, ale musiała. Na biurku zauważyliśmy jeszcze inne zabawki, które leżały
tam jeszcze przed naszym przybyciem. Jedna to klaun-pajacyk, a druga to prosta
szmaciana lalka z namalowanymi oczami i
ustami. Chyba Jej się spodobała, bo się
uśmiechnęła.
ustami. Chyba Jej się spodobała, bo się
uśmiechnęła.
Odeszliśmy cały czas mając ze sobą splecione dłonie. Przez cały
pobyt nie puściliśmy się ani na chwilę. Nagle widok jakby się zmienił.
Przypominał teraz obraz z kamery w perspektywie izometrycznej. W centrum kadru
znajdował się klaun-pajacyk, a na krawędzi pola
widzenia dostrzegłem siebie wraz z Nią jak wychodzimy przez drzwi. Pajacyk-klaun jakby ożył i chwycił lalkę szmaciankę pod pachę. W chwili, gdy nikt go nie obserwował, zeskoczył z biurka i zaczął się dyskretnie przemykać przez pomieszczenie…
widzenia dostrzegłem siebie wraz z Nią jak wychodzimy przez drzwi. Pajacyk-klaun jakby ożył i chwycił lalkę szmaciankę pod pachę. W chwili, gdy nikt go nie obserwował, zeskoczył z biurka i zaczął się dyskretnie przemykać przez pomieszczenie…
niedziela, 15 stycznia 2012
Duchem być…
Jechałem razem z rodziną na wycieczkę samochodem. Prowadził
ojciec. Mijaliśmy pola i lasy. Nagle ojciec stwierdził, że pojedziemy skrótem.
Prowadził wąską piaszczystą dróżką przez las, a potem przez pomost. Ludzie
uskakiwali przed autem do wody. Potem była stroma rampa. Za pierwszym razem nie
daliśmy rady podjechać i grawitacja cofnęła nas na sam dół.
Zaproponowałem, by
spróbować na pierwszym biegu i jakoś podjechaliśmy, i zaparkowaliśmy na
drewnianej platformie. Był tam urządzony letni ogródek z parasolkami. Zamówiłem
lody waniliowe z bitą śmietaną i karmelem. Znalazłem się w domu. Zadzwonił
dzwonek, więc wstałem z kanapy i otworzyłem drzwi. Zobaczyłem Ją. Przyjechała
do mnie z niespodziewaną wizytą. Bardzo miła niespodzianka. Usiedliśmy obok
siebie na dywanie.
Wyjęła swoją komórkę. Była duża i miała dwa ekrany, na całej
swej powierzchni po jednym z każdej strony. Pokazała mi zdjęcia z jakiegoś
wyjazdu. Był tam przepiękny ogród na dziedzińcu jakiegoś pałacu, wąskie
brukowane uliczki oświetlone światłem latarń, jakieś ruiny oświetlone światłem
zachodzącego słońca i morze. Zauważyłem, że robi się zmęczona i oczy Jej się
same zamykają. Wziąłem Ją na ręce.
Objęła mnie i przytuliła. Spojrzała mi prosto w oczy i pięknie uśmiechnęła, a po
chwili zasnęła. Powiedziałem Jej, że bardzo Ją kocham, ale chyba już tego nie
usłyszała, zanurzyła się w świecie snów. Położyłem Ją delikatnie na kanapie i
przykryłem kocem...
...pojawiłem się na stacji kosmicznej. Jakiś teleskop kosmiczny
miał awarię i schodził z orbity. Gdyby wszedł w atmosferę, jakieś toksyczne
substancje dostałyby się do środowiska i doprowadziły do katastrofy
ekologicznej. Do stacji był zadokowany statek, który miał go naprawić. Problem
w tym, że nie miał dość paliwa, by go dogonić. O całej sytuacji wiedziałem
tylko ja i kobieta, która była dowódcą misji. Wszystko było tajne i reszta
załogi nie mogła się o tym dowiedzieć. Wpadłem na pomysł jak rozwiązać problem,
ale nie mogłem o tym mówić. Stacja była na tyle mała, że nawet szept był
słyszany w każdym jej zakamarku. Odciągnąłem panią kapitan na bok i
podryfowaliśmy w najdalszy skraj stacji. Spisałem swój pomysł na kartce.
Polegał on na tym, by wprowadzić stację
w szybki ruch wirowy i w odpowiednim momencie odczepić statek, by został
wystrzelony jak z procy. Przeciążenie wewnątrz stacji byłoby znaczne i
nieprzyjemne, ale powinniśmy to wytrzymać. Wyszeptała: genialne i
niespodziewanie mnie pocałowała. Szybko oddaliła się by zacząć realizować plan...
...znalazłem się w kościele i poszedłem do spowiedzi. Niestety
ksiądz był stary i przygłuchy. Musiałem wykrzyczeć swoje grzechy na cały kościół.
Jako pokutę dostałem dzień postu i trzy zdrowaś Maryjo...
...byłem w jakiejś restauracji. Wokół długiego stołu,
przykrytego białym obrusem i bogato zastawionego jedzeniem, siedzieli jacyś
ludzie. Miałem wrażenie, że to rodzina, ale nikogo nie mogłem rozpoznać.
Wszyscy wydawali się być obcy. Usiadłem na wolnym siedzeniu, ale przeniknąłem
przez nie.
Chciałem wziąć coś do zjedzenia, ale nie byłem w stanie niczego
chwycić. Próby komunikacji z kimkolwiek kończyły się fiaskiem, tak jakby nikt
mnie nie dostrzegał. Nagle jakaś kobieta zaczęła się dusić. Złapała się za
serce i upadła na podłogę. Podszedłem do niej. Dostrzegła mnie i zwróciła po
imieniu, w tym momencie rozpoznałem ją.
Była to jedna z dalszych ciotek. Ktoś
zaczął ją reanimować. Podniosła się, zakasłała trochę i znowu zaczęła jeść
jakąś wykwintną potrawę.
Znów stała się obca i mnie nie dostrzegała. Nikt mnie
nie dostrzegał…
środa, 11 stycznia 2012
Obcy
Znalazłem się wewnątrz jakiegoś budynku, chyba biurowca.
Towarzyszył mi oddział żołnierzy ubranych w czarne mundury. Poruszaliśmy się
wolno i cicho, uważając na każdy krok. Doszliśmy do rozległego atrium i schowaliśmy za kolumnami, dyskretnie się zza nich
wychylając. Stały tam dziwne humanoidalne stwory. Kosmici.
Było ich kilka różnych rodzajów. Jedni przypominali mrówki z wielkimi żuwaczkami na twarzy. Pokryci byli ciemnobrązowym pancerzem. Mieli wąskie tułowia, z których wyrastały grube, czarne, rzadkie włosy. Czułem do nich jakąś sympatię. Miałem wrażenie, że to są „ci dobrzy”. Inne stwory przypominały żuki.
Były znacznie większe od tych pierwszych, mogły mieć nawet ze trzy metry wysokości. Pokrywał je bardzo gruby, granatowy, połyskliwy pancerz. Wyglądali na agresywnych. Obie rasy prowadziły ze sobą spór w dziwnym skrzekotliwym języku. Pomiędzy nimi poruszały się jeszcze inne stwory, zbudowane z mlecznobiałych segmentów.
Były tłuste i jakby pokryte warstwą śluzu. Oczy miały wyłupiaste i intensywnie żółte, a otwór gębowy niewielki i czerwony. Przypominały trochę ludziki „Michelin”. Wydawali się być całkowicie neutralni względem pozostałych. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Jeden z żołnierzy nie wytrzymał i nacisnął na spust karabinu. Jeden z mrówkowatych obcych padł. Rozpoczęło się piekło.
Najpierw wszyscy kosmici rzucili się na siebie nawzajem, wdając się w zażartą walkę. Po chwili dostrzegli ludzi i skierowali swą agresję na nich. Rozpoczęła się wojna w której nie mieliśmy szans. Zarządziłem natychmiastowy odwrót. Wybiegliśmy z budynku prosto na rampę statku kosmicznego. Tuż za mną zaczęła się zamykać, a statek uniósł się pionowo w górę. Był ogromny, podłużny i zaokrąglony na przedzie. Na wysokości kilkudziesięciu metrów włączyły się główne silniki. Przyspieszenie było potężne.
Widziałem jak mkniemy nad ulicami, pomiędzy szklanymi drapaczami chmur. Światła latarni i samochodów zamieniały się w długie smugi. Wznosiliśmy się. Dostrzegłem setki innych podobnych ziemskich statków. Wszystkie kierowały się ku niebu. Opuszczaliśmy nasz dom, Ziemię…
Było ich kilka różnych rodzajów. Jedni przypominali mrówki z wielkimi żuwaczkami na twarzy. Pokryci byli ciemnobrązowym pancerzem. Mieli wąskie tułowia, z których wyrastały grube, czarne, rzadkie włosy. Czułem do nich jakąś sympatię. Miałem wrażenie, że to są „ci dobrzy”. Inne stwory przypominały żuki.
Były znacznie większe od tych pierwszych, mogły mieć nawet ze trzy metry wysokości. Pokrywał je bardzo gruby, granatowy, połyskliwy pancerz. Wyglądali na agresywnych. Obie rasy prowadziły ze sobą spór w dziwnym skrzekotliwym języku. Pomiędzy nimi poruszały się jeszcze inne stwory, zbudowane z mlecznobiałych segmentów.
Były tłuste i jakby pokryte warstwą śluzu. Oczy miały wyłupiaste i intensywnie żółte, a otwór gębowy niewielki i czerwony. Przypominały trochę ludziki „Michelin”. Wydawali się być całkowicie neutralni względem pozostałych. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Jeden z żołnierzy nie wytrzymał i nacisnął na spust karabinu. Jeden z mrówkowatych obcych padł. Rozpoczęło się piekło.
Najpierw wszyscy kosmici rzucili się na siebie nawzajem, wdając się w zażartą walkę. Po chwili dostrzegli ludzi i skierowali swą agresję na nich. Rozpoczęła się wojna w której nie mieliśmy szans. Zarządziłem natychmiastowy odwrót. Wybiegliśmy z budynku prosto na rampę statku kosmicznego. Tuż za mną zaczęła się zamykać, a statek uniósł się pionowo w górę. Był ogromny, podłużny i zaokrąglony na przedzie. Na wysokości kilkudziesięciu metrów włączyły się główne silniki. Przyspieszenie było potężne.
Widziałem jak mkniemy nad ulicami, pomiędzy szklanymi drapaczami chmur. Światła latarni i samochodów zamieniały się w długie smugi. Wznosiliśmy się. Dostrzegłem setki innych podobnych ziemskich statków. Wszystkie kierowały się ku niebu. Opuszczaliśmy nasz dom, Ziemię…
środa, 26 października 2011
Nic nie jest tym, czym wydaje się być…
Siedziałem w obszernym fotelu, mocno zapięty pasami. Za
grubym oknem z pleksiglasu co jakiś czas przemykały mikrometeory, niczym
kosmiczny pył, czasami ocierając się o niego i pozostawiając drobne rysy.
Przelatywaliśmy przez niebezpieczny obszar pasa meteorów. Co chwilę odczuwałem
silne przeciążenia, gdy pilot próbował ominąć olbrzymie skały dryfujące w
przestrzeni kosmicznej. Po kilku takich manewrach ujrzałem wielką planetę
zasnutą czerwonymi chmurami. Weszliśmy w jej atmosferę i po chwili okna zrobiły
się czarne, a w kabinie zapaliły się światła. Odpiąłem pasy i wyszedłem przez
otwarty właz. Schodząc po schodkach słyszałem jak mężczyzna ubrany w garnitur
mówi przez głośniki:
poniedziałek, 17 października 2011
Istota
Odległa przyszłość. Znajdowałem się na pokładzie dużego
statku kosmicznego, bardzo daleko od Ziemi. Powierzono mi ważne zadanie
zbadania tajemniczego, acz małego przedmiotu, który został odnaleziony w
przestrzeni kosmicznej. Wyglądał jak maleńki kryształ. Podłączyłem do niego skomplikowaną
aparaturę badawczą i dziesiątki czujników. Doszedłem do wniosku, że jest to
jakieś urządzenie, a po wielu próbach udało mi się je uruchomić. Momentalnie
rozbłysło milionami drobniutkich światełek, tworzących skomplikowane wzory i
struktury, wypełniając całą przestrzeń wokół mnie. W pewnym momencie wszystko
rozbłysło. Minimalnie się rozszerzyło, a potem w jednej chwili skurczyło do pojedynczego
punktu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































