Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autobus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autobus. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2015

Prezydent elektka...

Byłem wraz ze swoim przyjacielem Łukaszem w jakimś centrum handlowym w Warszawie. Po jakimś czasie dołączyła do nas M. Wypiliśmy kawę i obejrzeliśmy jakąś wystawę. Całe piętro centrum handlowego zostało zmienione w kolorowy plac zabaw. Podłogi wyłożono miękką gąbką w kształcie puzzli, w różnych kolorach. Zamontowano ścianki z sieci i lin po których można się było wspinać. Do dyspozycji były też karabiny miotające gąbkowe kule wielkości piłek tenisowych. Świetnie się tam bawiliśmy. Nagle dostrzegłem Patrycję z córeczką. Podeszła do stosu darmowych koców i wzięła jeden, okrywając się nim. Był żółty z
czerwonym deseniem. Zaskoczyła nas jej obecność bo wyszczy wiedzieliśmy, że została wybrana na prezydenta i obecnie dzierżyła zaszczytne miano prezydenta elekta. Próbowała się do nas dyskretnie zbliżyć, tak jakby się czegoś obawiała. Przywitaliśmy się z nią, Rozejrzała się badawczo i skierowała nas za jedną ze ścianek w cień. Powiedziała, że potrzebuje pomocy. Musi się wydostać, a poluje na nią Duda wraz BORem. Nie mógł zaakceptować porażki w wyborach. Wychyliłem się i dostrzegłem ochroniarzy z słuchawkami w idealnie skrojonych garniturach. Kilku stało na środku sali i dwóch przy wyjściu. Powiedziałem Łukaszowi, by zrobił dywersję i zwrócił na siebie uwagę
ochroniarzy na środku sali. Zaproponowałem by wcielił się w rolę nachalnego fotoreportera z jakiegoś brukowca. Na szczęście miał przy sobie profesjonalny sprzęt fotograficzny. Natomiast M. poprosiłem by pomogła odwrócić uwagę tych ochroniarzy przy wyjściu. Zaproponowała, że może zasymulować omdlenie. Bałem się, że może mieć nieprzyjemności, jak dowiedzą się, że to tylko zasłona dymna, a Ona mnie mocno przytuliła i zapewniła swoim uśmiechem, że wszystko będzie dobrze. Dodała jeszcze szepcząc mi do ucha, byśmy nie dali się złapać. Po chwili zaczęliśmy wcielać plany w życie. Przyjaciel zaczął pstrykać zdjęcia z fleszem i
wykrzykiwać niewygodne pytania o marnowaniu pieniędzy publicznych na wypady prezydenta Du*y do sklepu. Celowo się przejęzyczył na co zareagowali w przewidywalny sposób i zaczęli go gonić. Wykrzykiwał uciekając jeszcze o ataku na przedstawiciela mediów, czym wzbudził dodatkowo wrzawę wśród klientów centrum handlowego. Skierowaliśmy się w kierunku wyjścia. M. spojrzała na mnie, a Jej oczy w tym momencie się lekko zaszkliły. Powiedziała jeszcze tylko do Patrycji „Powodzenia, to dobry plan...” i po chwili idealnie odegrała scenę omdlenia. Ochroniarze natychmiast do Niej podbiegli szepcząc coś do
słuchawek. Udało nam się niepostrzeżenie przemknąć, a gdy byliśmy już na zewnątrz dostrzegłem zbliżający się do przystanku autobus. Wskoczyliśmy w ostatniej chwili. Nie miałem przy sobie biletu, a Patrycja miała tylko dla siebie i córki. Zobaczyłem znajomą twarz, którą widziałem w jakimś serialu. Była to Teresa Lipowska. Rozpoznała Patrycję i powiedziała,
że na nią głosowała. Po krótkiej rozmowie przekazała bilet, który miała w zapasie. Wysiedliśmy na Żoliborzu. Przynajmniej tak twierdziła Patrycja. Pokazała, że wynajmuje małe mieszkanie w jednym z tych szarych bloków. Zaczęła tam iść przez zarośnięty chwastami i zaśmiecony trawnik. Powiedziałem, że mogą jej tam szukać i poszliśmy w
kierunku starego miasta. Minęliśmy jakiś pustostan, gdzie był chyba jakiś koncert rockowy i dotarliśmy na brukowany plac. Przeszliśmy obok pięknie zdobionych, kolorowych figur szachowych wielkości człowieka. Na bruku co jakiś czas dostrzegałem też małe figurki żab i ptaków naturalnej wielkości. Dziwiłem się, że nikt ich jeszcze
nie rozdeptał. Usiedliśmy na schodach przy fontannie. Plac był na wzgórzu i tylko z trzech stron zabudowany kamienicami. Z czwartej można było dostrzec wijącą się w dole rzekę i migoczące niemrawie światła miasta żyjącego w nocnym trybie…

niedziela, 6 lipca 2014

Operacja…

Odwiedził mnie kolega ”Szachista”, z którym nie widziałem się już od wielu lat. Chciał pożyczyć ode mnie jakąś książkę. Zacząłem więc przeglądać swoje księgozbiory. Powyciągałem zewnętrzne rzędy książek i zacząłem na nowo odkrywać schowane i zapomniane już woluminy. Po chwili zebrała się mała wieża książek, które chciałbym przeczytać, ale tej poszukiwanej nie znalazłem. Odnalazłem jednak „Siły rynku” Richarda
Morgana, książkę którą kiedyś zacząłem czytać, a która zaginęła podczas przedświątecznych porządków. Miała charakterystyczną okładkę z dominującą czerwienią. Wielokrotnie jej poszukiwałem, niestety bezskutecznie.
Szedłem na autobus wraz z siostrą i siostrzenicą. Widziałem, że autobus stoi na przystanku i zaczęliśmy biec. Wskoczyłem jak już ruszał, dosłownie w ostatniej chwili, ale siostra z dzieckiem niestety zostały w tyle. Autobus to stary przegubowy Ikarus. W tylnej części miał wyrwany dach, więc przeszedłem do przodu.. Usiadłem na

skórzanym fotelu. Za mną siedział bardzo zamknięty w sobie chłopak z brodą i kręconymi włosami. Naprzeciwko mnie natomiast jakiś pijaczek, który coś bełkotał. Nagle wstał i zaczął nachalnie prosić współpasażerów o pieniądze na wino. Wstałem by go uspokoić i nagle poczułem ostrze wbite w plecy. Odwróciłem się i dostrzegłem chłopaka wybiegającego z autobusu, a za nim zamknęły się drzwi. Usiadłem i spokojnie poczekałem, aż autobus dojedzie do szpitala. Wysiadłem i poszedłem do dość dużej szpitalnej sali. Po chwili odwiedziła mnie
babcia. Powiedziała, że ma dla mnie prezent i po chwili wniesiono do sali kanapę. Pokazała mi guziczki i okazało się, że rozkłada się automatycznie, oraz automatycznie ścieli. Po chwili poproszono mnie bym przyszedł na blok operacyjny. Położyłem się na stole, a chirurdzy bez znieczulenia otworzyli mi klatkę piersiową. Postanowiłem zadzwonić do Niej. Czekając na połączenie, chirurdzy robili swoje i po chwili wyjęli
mi serce. Pokazali otwór po ostrzu w jednej z komór i zaczęli zszywać nicią krawiecką. Krew zabawnie mi chlupotała, gdy kiwałem się zniecierpliwiony na stole. Gdy odebrała powiedziałem, że chwilowo jestem bez serca, ale już mnie naprawiają. Miała zaniepokojony głos i pytała się, czy to przypadkiem nie jest niebezpieczne. Chirurg zabrał mi telefon, powiedział do słuchawki, że nie życzy sobie rozmów podczas operacji i rozłączył połączenie…

sobota, 1 marca 2014

"ą"

Wyruszyłem wraz z rodzicami na wycieczkę zagraniczną autokarem. Podejrzewam, że mogła to być  Anglia lub Niemcy. W czasie wolnym od zwiedzania, rodzice postanowili odwiedzić swoich znajomych, którzy właśnie tam mieszkali. Znajomi mieli córkę, która została mi przedstawiona.
Była kilka lat ode mnie młodsza i studiowała architekturę. Miała proste, czarne włosy, sięgające do ramion. Szczupła i o kilkanaście centymetrów niższa ode mnie. Twarzy nie potrafiłem skojarzyć z nikim, kogo znam w rzeczywistości. Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Zbudowała tam makietę osiedla mieszkaniowego. To chyba był jej projekt dyplomowy.
Stylizowane było na styl industrialnej manufaktury z czerwonej cegły. Była bardzo dumna ze swojego projektu, a mi osobiście przypominał trochę Stary Browar, który widziałem  w Poznaniu. Dziewczyna prosiła by nazywać ją „ą”. Pokazywała mi swoje strony w Internecie, oraz swój logotyp. Była to właśnie mała litera „ą”, ale wydłużona w taki sposób, że była wysokości litery „l”, biała na bordowym tle. Rozstaliśmy się, ale
przyjechała do mnie, bo chciała mnie poznać. Pokazałem jej starą część mojego rodzinnego miasta, a następnie wsiedliśmy w autobus miejski. Przejechał obok mojej szkoły podstawowej. Była jakby trochę inna, jakby przebudowana i pomalowana w pastelowe, jaskrawe barwy. Wysiadłem na chwilę, by pokazać jej co i gdzie się znajdowało, a drzwi autobusu nagle się zatrzasnęły. Udało mi się na
szczęście dobiec i otworzyć je ręcznie na siłę. Usiadłem znowu obok „ą”, a za nami siedziała zakonnica, która pogroziła mi palcem, uznając chyba otwieranie drzwi w ten sposób za akt wandalizmu. Znowu pojechaliśmy do starego miasta i wróciliśmy pieszo do domu.

sobota, 16 listopada 2013

Zniszczenie…

System transportu w mieście został całkowicie przeorganizowany. Autobusy w ramach eksperymentu zaczęły jeździć po chodnikach, a jedną z głównych ulicy zastąpiono kanałem. Wypożyczyłem kajak i postanowiłem się nim przepłynąć. Nie miałem wioseł. Położyłem się na brzuchu i wystawiłem ręce poza kajak. Płynąłem mniej więcej tak, jak się pływa kraulem. Osiągnąłem niesamowitą prędkość. Odległość, którą normalnie pokonałbym w kwadrans, przepłynąłem niemal w mgnieniu oka.
Niestety uderzyłem w jakiś ukryty pod powierzchnią wody głaz. Kajak został przebity i zaczął nabierać wody. Mój kolega Sz. wpadł na bardzo kontrowersyjny pomysł i zaczął go niezwłocznie wprowadzać w życie. Otworzył nową rozgłośnię radiową skierowaną do bardzo sprecyzowanych odbiorców, a mianowicie gejów i lesbijek. (To pewnie przez to palenie tęczy, często pojawiające się w różnych mediach). Znalazłem się nad
brzegiem morza. Niespodziewanie woda się cofnęła, aż po sam horyzont. Pozostała jedynie pofalowana błotnista pustynia. Pełzały po niej bezmuszlowe ślimaki. Zleciały się setki kaczek i zaczęły je zjadać. Zobaczyłem też stary automat do gier. Podszedłem do niego i uruchomiłem. Grafika była prosta i pokazywała przekrój statku kosmicznego o prostokątnym kształcie, widziany z góry. (Troszkę podobną do gry FTL). Po lewej tylnej stronie była „ładownia”, a po
prawej „rozładownia”. Trzeba było zarządzać rozładowywaniem i załadunkiem statku, ustalać priorytety dla poszczególnych rodzajów ładunku. Czynności tej nieustannie towarzyszył ostrzał z innych statków kosmicznych. Co jakiś czas kadłub statku zostawał przebity. Trzeba było natychmiast odcinać sektory statku i jeśli się miało odpowiedni ładunek na pokładzie, próbować go naprawiać. Niestety nie szło mi za dobrze. Mój statek
został mocno uszkodzony i następowała gwałtowna dekompresja, coraz bardziej uszkadzająca statek. W pewnym momencie uszkodzenia były tak drastyczne, że konstrukcja nośna statku nie wytrzymała obciążeń i statek po prostu się rozpadł. Nie była to już prosta animacja komputerowa jak wcześniej. Wyglądało to bardzo realistycznie, tak jakbym obserwował zniszczenie prawdziwego statku kosmicznego, unosząc się w przestrzeni. 

środa, 10 kwietnia 2013

Turystyka ekstremalna


Byłem w górach, a właściwie na płaskim i rozległym szczycie jednej z gór.  Przede mną rozciągało
się lustro sporego jeziora. Z jednej strony było ograniczone konstrukcją z mlecznozielonkawych
szklanych paneli, niczym krawędź wielkiego akwarium. Ścieżka kończyła się tam, gdzie owa krawędź zbiornika się zaczynała. Jedynym sposobem by iść dalej było przesuwanie się wzdłuż
niej. Miałem pod sobą jedynie bezkresną przepaść, której dno niknęło w mroku. 
Przez chwilę rozważałem wskoczenie do jeziora i przepłynięcie tego fragmentu, lecz woda mogła mieć najwyżej kilka stopni. Przesuwałem się więc powoli wzdłuż zimnych, szklanych paneli i w końcu dotarłem do schroniska przy jeziorze. Przed schroniskiem spotkałem tatę i mojego kolegę. Właśnie zamierzali sobie popływać i chyba byli przygotowani na chłód, bo ubrali rękawiczki i czapki. Przeszedłem przez budynek i spotykałem kobietę w średnim wieku. 
Powiedziała, że zaprowadzi mnie do kawałka terenu, który mi przydzielono i z zazdrością stwierdziła, że mi się poszczęściło. Doszliśmy do peronu kolejki. Postanowiłem szybko odmalować ławki, by to miejsce robiło większe wrażenie na turystach. Moja przewodniczka wskazała całkowicie zarośnięty cmentarz, znajdujący się sto metrów niżej i powiedziała, że to jej. 
Podziękowałem jej i obiecałem, że kiedyś pomogę w jego uprzątnięciu. Chciałem zejść z góry zanim się ściemni. Po drodze spotkałem dalszego wujka, który mopem szorował kamienistą ścieżkę. Na moje pytanie, dlaczego to robi, odpowiedział, że
"tak trzeba, bo turyści nie powinni widzieć brudu". Podczas, gdy z nim rozmawiałem, dołączyła do mnie moja siostra. Co dziwne, wyglądała najwyżej na dziewięć lat. Prowadziła też na smyczy kota. 
Był to biały dachowiec w czarne łatki. Wołała na niego "Schulz". (W rzeczywistości moja siostra ma ponad dwadzieścia lat i nigdy nie mieliśmy kota). Schodząc razem z góry, opuściliśmy obszar typowo skalisty i przeszliśmy przez las. Wyszliśmy prosto na rozległe targowisko. Ktoś nas obserwował. Wziąłem kota, chwyciłem siostrę za rękę i zaczęliśmy lawirować pomiędzy straganami.
Prześladowca nie odpuszczał. Wbiegliśmy do wieżowca, a korytarz poprowadził nas do jedynego mieszkania, w którym były uchylone drzwi. Weszliśmy do pokoju po prawej i usiedliśmy w niepokoju. Przez na wpół przeźroczystą szybę w drzwiach, obserwowaliśmy rozwój wydarzeń. Ktoś otwierał po kolei wszystkie drzwi w mieszkaniu. Siostra teraz już rozpłakana, przytuliła się do mnie. 
W końcu ktoś otworzył drzwi od pokoju, w którym przebywaliśmy. Nie mieliśmy już gdzie
dalej uciekać. Pulchny mężczyzna i równie puszysta kobieta celowali do nas ze strzelby i dubeltówki.  Byłem przerażony i próbowałem odpychać wycelowane w nas lufy. Nagle oboje się
roześmiali i powiedzieli, że to taki żart, który robią wszystkim turystom. Wyszliśmy roztrzęsieni, ale szczęśliwi, że tak to się skończyło. 
Siostra chciała bym ją wziął na ręce i tak zrobiłem. Zasnęła. Szliśmy przez miasto. W oddali widziałem palące się budynki. Jakieś biurowce i hale. Doszedłem do pętli tramwajowej. Spojrzałem na rozkłady i miejsca docelowe nie miały żadnego sensu. Były to np. "ibn" lub "lbl" i inne również nie posiadające logicznego
znaczenia. Poszedłem więc dalej i zobaczyłem przystanek autobusowy. Stał tam autobus o numerze 49, ale również nie miałem pojęcia, gdzie on jedzie. 
Pamiętam jedynie, że nazwa składała się z dłuższego ciągu liter. Wróciłem więc na pętlę tramwajową. Budynki nadal się paliły i co dziwne nie spalały, tylko trwały niezmiennie w płomieniach...

sobota, 25 lutego 2012

Ponaddźwiękowy tramwaj i monstrualny czołg


Wysiadłem z autobusu i zacząłem wchodzić na wysoką kładkę, rozciągającą się nad wielopasmową ulicą. Będąc już na szczycie, zaskoczył mnie nagły podmuch wiatru, który wyrwał mi z ręki aparat. Spadł na sam dół, wprost w śnieżną zaspę. Zbiegłem szybko po schodach i przeskoczyłem przez barierkę by go odszukać. Udało mi się i nawet wyszedł z upadku bez szwanku. Znowu musiałem wspiąć się na kładkę. Przeszedłem po niej, wszedłem do biurowca i spotkałem koleżanki z mojej pierwszej pracy. 
Zaczęły przepraszać, że się tak długo nie odzywały. Zaprosiły mnie do biura na kawę. Miały tam telewizor. Zobaczyłem, że budynek w którym znajdowała się duża firma, zajmująca się wywoływaniem zdjęć, uległ częściowemu zawaleniu. Udałem się tam natychmiast. Był to kompleks kilku budynków z białożółtą elewacją. Pracownica, którą spotkałem, była bardzo zaskoczona. Twierdziła, że nie wie nic o jakichkolwiek uszkodzeniach. Przeszliśmy halą na wewnętrzny dziedziniec. 
Zobaczyliśmy tam, że brakuje jednej ze ścian. Zmieniła się w stertę gruzu, ukazując wnętrze budynku. Kobieta była szczerze zaskoczona. Zeszliśmy razem do podziemi fabryki. Naszym oczom ukazała się rozległa kaplica. Spotkałem tam rodzinę. Zjechała się z różnych rejonów kraju. Zjedliśmy tam obiad, a potem pobawiłem się przez chwilę z dziećmi kuzynów i kuzynek. Jakoś nie wydało mi się niestosowne, że to wszystko miało miejsce w kaplicy. Kuzynka zaczęła zadawać mi dość intymne pytania, a ja o dziwo na nie odpowiadałem. Spojrzałem na misę z wodą święconą. Zaczęła falować jak przy silnych wstrząsach. 
Powiedziałem do wszystkich, że nie jest tu bezpiecznie i wszyscy powinni wyjść na zewnątrz. Nie oglądając się na innych, wyszedłem. Na zewnątrz spotkałem znajomych, którzy siedzieli na kocach nieopodal torów. Koleżanka wyjaśniła mi, że zaraz odbędzie się próba pobicia rekordu prędkości tramwaju. Po chwili nadjechał i zatrzymał się w miejscu startu. Nagle ruszył z niewyobrażalną prędkością i w ułamku sekundy zniknął z pola widzenia. 
Nieopodal znajdowała się duża baza wojskowa. Do ogrodzenia z drutu kolczastego zaczął się zbliżać wielki jak budynek czołg. Z jego wnętrza zaczęło się wysuwać coś przypominającego działo, ale zakończone szklaną soczewką. Rozżarzyło się czerwienią i po chwili dostrzegłem czerwony punkcik na mojej klatce piersiowej. Odbiłem go tarczą zegarka w stronę czołgu. Nagle z ogłuszającym hałasem, wystrzeliła z czołgu rakieta. Leciała pionowo w górę zostawiając za sobą warkocz ognia i dymu. 
Po kilkuset metrach zaczęła lecieć poziomo, zatoczyła kilka okręgów na niebie i skierowała się na laserowy punkt...


Po przebudzeniu pozostała jeszcze w moim umyśle liczba 250484. Wygląda trochę jak data, ale nie ma dla mnie jakiegoś szczególnego znaczenia.

niedziela, 19 lutego 2012

Porwany przez wiatr


Zmarła moja koleżanka i zostałem powiadomiony o pogrzebie. Udałem się na cmentarz i dołączyłem do ludzi zgromadzonych przy grobie. Usłyszałem dziwny świszczący hałas, który zaczął się nasilać. Zerwał się wiatr, a ludzie zaczęli uciekać w różne strony. Stałem zaskoczony w miejscu. Powietrze zaczęło wirować, a ja byłem w samym centrum tego zjawiska. Zacząłem unosić się do góry. Szalony wiatr uniósł mnie na kilkanaście metrów. 
Kiedy zaczynałem opadać, znów mnie podbijał podmuchem do góry. Ktoś rzucił mi linę i ściągnął na ziemię. Mężczyzna był ojcem zmarłej koleżanki. Wyszliśmy z cmentarza i wędrowaliśmy przez centrum starego miasta. Mijane kamienice były stare, ale odnowione. Doszliśmy do biało zielonego, wojskowego autobusu. Mężczyzna wsiadł do niego i zawiózł mnie do innego miasta. W drodze opowiadał o tym, że jest wojskowym wykładowcą, a jego syn służy w Iraku. 
Wysadził mnie przy jakimś parku ogrodzonym płotem. Idąc przed siebie dotarłem do zbocza pokrytego soczyście zieloną i idealnie przyciętą trawą. Bawiły się na nim liczne rodziny z dziećmi i urządzały sobie pikniki. Schodząc po nim widziałem niebieskie i żółte polne kwiaty. Dostrzegłem też czerwoną wyspę w zieleni. Z początku myślałem, że to maki, ale zbliżając się zobaczyłem, że to kępki intensywnie czerwonych, gąbkowatych mchów. 
Na samym dole zbocza znajdowała się ciekawa kawiarnia. Zbudowana była z kilkunastu wielkich, białych kolców wyrastających z ziemi, a między nimi rozciągnięty był biały, elastyczny materiał, lekko falujący na wietrze. Spotykam tam Ją. Siedziała przy stoliku postawionym na trawie i popijała kawę z białej porcelanowej filiżanki. Ubrana była w białą wiktoriańską suknię i gorset. 
Jej płomienne włosy delikatnie muskał  wiatr, który także poruszał wielkie okrągłe kolczyki, zdobiące Jej uszy. Wyglądała pięknie. Razem poszliśmy zwiedzać miasto. Spotykaliśmy zaniedbanego i przestraszonego chłopca. Zajęliśmy się nim, a on z wdzięczności oprowadził nas po mieście. Prowadził nas drogami, którymi sami nigdy byśmy nie zdecydowali się pójść. Chodziliśmy po dachach i dotarliśmy do szklanej kopuły. Z zaciekawieniem zajrzeliśmy przez nią do wnętrza budynku. 
W sali pod nią odbywał się koncert skrzypcowy. Młoda skrzypaczka dała niezwykły pokaz swoich umiejętności. Po koncercie zbudowano coś na wzór wybiegu, jak na pokazach mody i odbyła się prezentacja rasowych psów i kotów...

wtorek, 17 stycznia 2012

Egzamin


Znowu byłem na studiach. Wprowadzono nowy dodatkowy semestr. Kolejny pomysł ministra edukacji by polepszyć poziom wykształcenia społeczeństwa.  Do zaliczenia pozostał mi jeszcze tylko jeden egzamin. Miał to być egzamin z biologii z bardzo surowym profesorem. Przemierzałem wyludniony gmach uczelni. Wszedłem na ostatnie piętro. Na drzwiach przyklejona została karteczka z informacją, że egzamin odbędzie się w nowym budynku, na drugim krańcu miasta. Dopiero teraz zauważyłem, że jestem razem ze swoim psem. 
Podąża dzielnie obok mnie niewinnie przechylając mordkę w chwili, gdy na niego spoglądam. Dotarłem do wyjścia, ale zauważyłem, że jest straszna ulewa. Postanowiłem ją przeczekać. W przedsionku stały dwie dziewczyny. Jedna wrzeszczała na drugą. Smutna dziewczyna, nie przejmowała się padającymi pod jej adresem obelgami. Stała nieruchomo i wszystko jakby po niej spływało. Nic jej nie obchodziło. Przestało padać, więc wyszedłem. Przed uczelnią spotkałem dwie koleżanki z roku, które także zmierzały na egzamin. Podobno musieliśmy wsiąść w autobus 7 lub 57. Po kilku minutach czekania na przystanku, autobus przyjechał i ledwo weszliśmy do zatłoczonego wnętrza. Nagle sobie uświadomiłem, że nic nie umiem. 
Wyciągnąłem notatki i zestresowany zacząłem je przeglądać. Był straszny upał. Zadzwonił do mnie wujek. Był właśnie w mieście i chciał się spotkać na starym rynku. Niestety musiałem mu odmówić. Dojechaliśmy i udaliśmy się prosto do profesora. Wytrząsnął okruszki z wielkiej i zaniedbanej brody. Wskazał mnie palcem i rzekł: "Pan wygląda na takiego, co to wszystko wie. Zapraszam. Będzie Pan pierwszy..." Wszedłem do sali i zaliczyłem...

wtorek, 10 stycznia 2012

Sfera zoologiczna


Znajdowałem się w niewielkiej kawiarence, ze szklanymi witrynami i kilkoma okrągłymi stolikami. Za ladą stał niski, pulchny mężczyzna z krótkimi, kręconymi włosami. Miał na sobie biały, poplamiony fartuch i szmatę przewieszoną przez ramię. Podszedłem do niego i poprosiłem o kawę z czekoladą. Nie spodobał mi się jego uśmiech w chwili, gdy przyjmował zamówienie. Nalał kawę z ekspresu i wyszedł z filiżanką na zaplecze, mówiąc, że idzie po czekoladę. Wrócił po chwili i podał mi filiżankę. Na powierzchni unosiło się coś brązowego i na pewno nie była to czekolada. Roześmiał się obleśnie, a ja rzuciłem filiżanką oburzony. 
Z zaplecza wpadła starsza siwowłosa kobieta i skarciła wciąż rechoczącego syna, uderzając go zwiniętą w rulon gazetą. Wyszedłem z lokalu. Nie miałem ochoty przebywać tam ani chwili dłużej. Spotkałem koleżankę, której kiedyś zrobiłem stronę internetową. Była razem ze swoimi koleżankami. Przeszliśmy się wszyscy po mieście i posiedzieliśmy trochę na trawie w parku. Położyłem się w cieniu drzewa i nieoczekiwanie znalazłem w innym mieście. Znałem je, ale było jakieś dziwnie obce i pomieszane. Błądziłem przez dłuższy czas. Kupiłem bilet całodobowy i wsiadłem do autobusu. 
Mijałem blokowiska, wielkie ronda i skrzyżowania, drapacze chmur połączone kładkami nad jezdnią i budynki targowe. Na siedzeniu obok mnie siedział mężczyzna, z którym prowadziłem dyskusję na temat marketingu. Zaproponowałem mu kilka haseł reklamowych, które przyjął z aprobatą. Nad autobusem przeleciał czarny helikopter. Choć nadal nie za bardzo wiedziałem, gdzie się dokładnie znajduję, uznałem, że dalsza jazda nie ma sensu i wysiadłem na najbliższym przystanku.
 Spotkałem tam znajomą poetkę w sędziwym już wieku. Powiedziała, że ma umówione spotkanie, ale czułaby się pewniej, gdybym jej towarzyszył. Wsiedliśmy więc do jej samochodu i pojechaliśmy za miasto do lasu. Zostawiliśmy auto na parkingu, gdzie czekała już dziennikarka. Miała przeprowadzić wywiad z poetką. Szliśmy wzdłuż grobli porośniętej rzędem drzew. Starsza kobieta opowiadała o bestialskim procederze przeszczepiania ludziom węzłów chłonnych od królików. Pochyliła się i w wysokiej  trawie dojrzałem martwego króliczka  z futerkiem poplamionym krwią. 
Był to bardzo przykry widok więc szybko odwróciłem wzrok. Podobno to przedsięwzięcie było prowadzone na olbrzymią skalę i króliki były zagrożone całkowitym wyginięciem. Szliśmy dalej przez las. Po lewej stronie od drogi dojrzałem piękny, płytki staw o intensywnym lazurowym  kolorze. Pływały w nim migoczące w słonecznym świetle złote i ciemnoniebieskie ryby. Nieopodal był park otoczony kamiennym murem w beżowym kolorze. 
Przy kamiennej bramie znajdowały się schody prowadzące na mur. Tworzył wielki okrąg, a przy jego krawędziach znajdowały się barierki. Wewnątrz był podzielony na ćwiartki. W każdej znajdował się wybieg dla różnych zwierząt. W jednej różowe flamingi stały w płytkim stawie, w innej czarne pumy wygrzewały się znudzone na słońcu, a w kolejnej ubrani w skóry neandertalczycy o zmierzwionych, bujnych czuprynach. 
Wszystko można było obserwować z góry, z każdej strony. Wewnętrzne ściany były stylizowane na naturalne głazy i kamienie. Na pytanie, czy to jest ogród zoologiczny, dostałem zagadkową, negatywną odpowiedź.  W samym centrum konstrukcji znajdował się okrągły plac. Wyrastał z niego kościół ze strzelistymi wieżami. Zbliżając się do niego zobaczyłem księży ubranych w czarne sutanny z wyhaftowanymi złotymi nićmi wężami . Wychodzili z kościoła i zamykali duże wrota. 
Te po lewej stronie miały barwę głębokiej, ciemnej czerwieni, a po prawej intensywnej purpury. Zdobione były ornamentami i zwierzęcymi motywami. Na placu przed świątynią czaiła się wielka puma z czarnego, polerowanego drewna. Pomimo jej sztuczności, poruszała się jak żywa. Obejmowała dzieci wielkimi łapami z pazurami, tak jakby właśnie upolowała swoją ofiarę,  a rodzice robili zdjęcia...