Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Targ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Targ. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2026

Rakiety hipersoniczne i ceglany dom

Siostra wynajęła stary ceglany budynek. W połowie miał rampę, z żaluzjowymi podnoszonymi roletami dla dostawców. Siostra chciała założyć hodowlę psów. Przyjechała przyjaciółka i miała ze sobą psa (innego niż w rzeczywistości). Był bardzo szybki, żywy i wskakiwał wszędzie, po czym zeskakiwał i biegał dalej. Duży biały Shih-tzu. Wszyscy sprzątaliśmy ten budynek i wymiataliśmy tony pyłu i kurzu, spod których zaczynały się wyłaniać mozaikowe podłogi. Miała być jakaś wycieczka, zwiedzanie małego miasteczka. Ludzie zaczęli się zbierać w budynku.
Przewodnik nakazał wyruszenie w drogę, a ja się zorientowałem, że leżę w łóżku i nie bardzo chciało mi się wychodzić spod ciepłej kołdry. Wyszedłem jednak i przechodziliśmy przez jakiś targ. Przyjaciółka kupiła sobie bluzkę z napisem biały elf. Był jakiś stragan ze świeżymi produktami umieszczonymi w lodzie. Wyciągnąłem spod lodu dużą oliwkę i nagle nastąpił wybuch. Domek kilkaset metrów dalej dosłownie się rozsypał w bardzo widowiskowy sposób.
Spojrzałem w ciemne niebo. Było widać setki gwiazd, lekko zakrytych półprzejrzystymi chmurami. Co chwilę chmury były rozjaśniane czerwono fioletowymi smugami, przez coś co przez nie przelatywało z zawrotnymi prędkościami. Pomyślałem, że to rakiety hipersoniczne, ale leciały gdzieś dalej...

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Zalane miasto

Płynąłem łódką. Wokół mnie rozciągały się ruiny zalanego miasta. Musiało to nastąpić dawno temu, ponieważ resztki budynków zaczęły oplatać rośliny. Niektóre tylko cienką warstwą pomalowały na zielono mchy i porosty. Woda stała w miejscu. Była mętna i gęsta od kwitnącego w niej życia.
Dopłynąłem do wielkiej betonowej kopuły. Wpłynąłem do małej zatoczki wżerającej się w głąb kopuły. Były tam piętrowe platformy, do których można było przymocować łodzie, zależnie od poziomu wody. Wszedłem do środka. Żyjąca tam społeczność w dużej mierze składała się z kobiet. Wszystkie były ubrane w jednakowe
ciemnoniebieskie mundury. Różniły się jedynie przypiętymi symbolami, które określały miejsce w społecznej hierarchii. Swobodnie przemierzałem rozległe trzewia budowli. Doszedłem do wielkiej auli. Ktoś rozszczelnił zewnętrzne grodzie i do sali wlała się woda. Ludzie byli tym uradowani i beztrosko pływali. Pobiegłem do siedziby wyższych oficerów, a właściwie dziewięciu
oficerek, bo były to wyłącznie kobiety. Zastałem je, jak zażywały kąpieli w niewielkim, prostokątnym, acz dość głębokim baseniku. Wyłożony był drobną, błękitną mozaiką, a na jego dno prowadziły schody. Panie śmiały się głośno i dopiero po chwili dostrzegły moją obecność. Zamilkły by wysłuchać mojej relacji i nieskrępowane swoją nagością, pobiegły oburzone
wprost do zalanej auli. Z wymiany zdań wywnioskowałem, że oburzenie wynikało z faktu, że zwykli szeregowi obywatele mają większy basen od nich. Udałem się na targ staroci. Liczne stoiska i kramiki tworzyły zawiłą sieć alejek przykrytych barwnymi płachtami. Widziałem stare naczynia z brązu, stoiska ze świecami z prawdziwego pszczelego wosku i pordzewiałymi
wojskowymi akcesoriami. Wydaje mi się, że szukałem biżuterii dla bliskiej mi osoby. Spotkałem swojego kolegę A. Poprosił bym mu przegrał jakieś dwie gry i podał mi starą dyskietkę. Zdaje mi się, że chodziło mu o gry związane z piłką nożną. Po chwili napotkałem swoją babcię. Koniecznie chciała zajść do fryzjera. Weszliśmy więc do pierwszego napotkanego zakładu fryzjerskiego. Obsługiwał go starszy mężczyzna w
okularach z potarganą fryzurą i papierosem w ustach. Nie budził mojego zaufania, ale babcia ochoczo usiadła na fotelu. Fryzjer założył jej na głowę wojskowy hełm przecięty w połowie, tak, że wystawał z niego czubek głowy. Mężczyzna wziął maszynkę i zaczął golić babci wystającą cześć głowy na łyso. Zdjął hełm i pokazał babci efekt swojej pracy. O dziwo, babcia była zachwycona tą dziwaczną fryzurą i wychwalała
niebywałe zdolności fryzjera. Wyszliśmy i przeszliśmy obok kliniki, która została przekształcona w sklep obuwniczy, ale stary szyld pozostał. Nagle babcia sobie zażyczyła, byśmy zaszli do kosmetyczki, by jej nakremowała i wymasowała stopy. Zaprowadziłem ją do najbliższego salonu kosmetycznego i poszedłem dalej. Usłyszałem krzyki mojego przyjaciela Ł. z wnętrza jednego z domów. Wszedłem i po poszukiwaniach odkryłem, że wpadł do kamiennej studni w przedpokoju. Zacząłem
szukać pomocy lub czegoś, co pomogłoby go wydostać. W kuchni znalazłem swoją siostrę. Siedziała, przy komputerze i robiła w nim porządki. Potem weszła jakaś dziewczyna w kręconych włosach. Powiedziała, że pomoże przyjacielowi, ale dopiero po przyjęciu. Zaczęli schodzić się goście, co dziwne przeważnie pary męsko-męskie. Patrzyli się na mnie tak jakbym się im podobał i zapraszali mnie do stołu. Nie miałem jednak zamiaru korzystać z ich zaproszenia. Kilkakrotnie jakiś facet przechodził obok mnie i niby przypadkowo mnie dotykał. Bardzo mi się to nie podobało. Napawało mnie to wręcz
obrzydzeniem. Wolałem przebywać raczej w kuchni. Spojrzałem jeszcze raz do studni i dostrzegłem, że ze ścian wystają końcówki belek. Odłączyłem kabel sieciowy od komputera w kuchni i zrobiłem na jego końcu pętle.  Wrzuciłem do studni i krzyknąłem by się nim obwiązał i zaczął wspinać po balach, a prowizoryczna lina miała służyć asekuracji.

środa, 10 kwietnia 2013

Turystyka ekstremalna


Byłem w górach, a właściwie na płaskim i rozległym szczycie jednej z gór.  Przede mną rozciągało
się lustro sporego jeziora. Z jednej strony było ograniczone konstrukcją z mlecznozielonkawych
szklanych paneli, niczym krawędź wielkiego akwarium. Ścieżka kończyła się tam, gdzie owa krawędź zbiornika się zaczynała. Jedynym sposobem by iść dalej było przesuwanie się wzdłuż
niej. Miałem pod sobą jedynie bezkresną przepaść, której dno niknęło w mroku. 
Przez chwilę rozważałem wskoczenie do jeziora i przepłynięcie tego fragmentu, lecz woda mogła mieć najwyżej kilka stopni. Przesuwałem się więc powoli wzdłuż zimnych, szklanych paneli i w końcu dotarłem do schroniska przy jeziorze. Przed schroniskiem spotkałem tatę i mojego kolegę. Właśnie zamierzali sobie popływać i chyba byli przygotowani na chłód, bo ubrali rękawiczki i czapki. Przeszedłem przez budynek i spotykałem kobietę w średnim wieku. 
Powiedziała, że zaprowadzi mnie do kawałka terenu, który mi przydzielono i z zazdrością stwierdziła, że mi się poszczęściło. Doszliśmy do peronu kolejki. Postanowiłem szybko odmalować ławki, by to miejsce robiło większe wrażenie na turystach. Moja przewodniczka wskazała całkowicie zarośnięty cmentarz, znajdujący się sto metrów niżej i powiedziała, że to jej. 
Podziękowałem jej i obiecałem, że kiedyś pomogę w jego uprzątnięciu. Chciałem zejść z góry zanim się ściemni. Po drodze spotkałem dalszego wujka, który mopem szorował kamienistą ścieżkę. Na moje pytanie, dlaczego to robi, odpowiedział, że
"tak trzeba, bo turyści nie powinni widzieć brudu". Podczas, gdy z nim rozmawiałem, dołączyła do mnie moja siostra. Co dziwne, wyglądała najwyżej na dziewięć lat. Prowadziła też na smyczy kota. 
Był to biały dachowiec w czarne łatki. Wołała na niego "Schulz". (W rzeczywistości moja siostra ma ponad dwadzieścia lat i nigdy nie mieliśmy kota). Schodząc razem z góry, opuściliśmy obszar typowo skalisty i przeszliśmy przez las. Wyszliśmy prosto na rozległe targowisko. Ktoś nas obserwował. Wziąłem kota, chwyciłem siostrę za rękę i zaczęliśmy lawirować pomiędzy straganami.
Prześladowca nie odpuszczał. Wbiegliśmy do wieżowca, a korytarz poprowadził nas do jedynego mieszkania, w którym były uchylone drzwi. Weszliśmy do pokoju po prawej i usiedliśmy w niepokoju. Przez na wpół przeźroczystą szybę w drzwiach, obserwowaliśmy rozwój wydarzeń. Ktoś otwierał po kolei wszystkie drzwi w mieszkaniu. Siostra teraz już rozpłakana, przytuliła się do mnie. 
W końcu ktoś otworzył drzwi od pokoju, w którym przebywaliśmy. Nie mieliśmy już gdzie
dalej uciekać. Pulchny mężczyzna i równie puszysta kobieta celowali do nas ze strzelby i dubeltówki.  Byłem przerażony i próbowałem odpychać wycelowane w nas lufy. Nagle oboje się
roześmiali i powiedzieli, że to taki żart, który robią wszystkim turystom. Wyszliśmy roztrzęsieni, ale szczęśliwi, że tak to się skończyło. 
Siostra chciała bym ją wziął na ręce i tak zrobiłem. Zasnęła. Szliśmy przez miasto. W oddali widziałem palące się budynki. Jakieś biurowce i hale. Doszedłem do pętli tramwajowej. Spojrzałem na rozkłady i miejsca docelowe nie miały żadnego sensu. Były to np. "ibn" lub "lbl" i inne również nie posiadające logicznego
znaczenia. Poszedłem więc dalej i zobaczyłem przystanek autobusowy. Stał tam autobus o numerze 49, ale również nie miałem pojęcia, gdzie on jedzie. 
Pamiętam jedynie, że nazwa składała się z dłuższego ciągu liter. Wróciłem więc na pętlę tramwajową. Budynki nadal się paliły i co dziwne nie spalały, tylko trwały niezmiennie w płomieniach...

sobota, 29 października 2011

Rzeka w mieście


Wybrałem się z ojcem i siostrą nad rzekę, która przepływała przez miasto. Miasto było stare, a budynki zbudowane z piaskowca. Rzeka musiała mieć kiedyś bardzo wartki nurt, ponieważ koryto było głębokie, a brzegi strome. Teraz płynęła ledwie strużka na dnie. Niektóre budynki znajdowały się niebezpiecznie blisko krawędzi, a kilka było już częściowo podmytych. 
Doszliśmy do rozległego betonowego placu, który zazwyczaj pewnie pełnił funkcję parkingu. Wnioskowałem to z wymalowanych na nim linii. Teraz natomiast odbywał się tam jakiś festyn. Rozstawione były drewniane kramiki z ozdóbkami, drewnianymi rzeźbami, strojami i właściwie z wszystkim co zazwyczaj pojawia się na tego typu imprezach. Przystanęliśmy przy wozie campingowym, który pełnił funkcję mobilnego baru. 
Zjedliśmy pyszne pierogi. Nieopodal znajdował się przystanek autobusowy. Wsiedliśmy do autobusu lecz nie zajechaliśmy daleko. Na wąskiej drodze pojawił się opuszczony szlaban z informacją o przypływie...