Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Basen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Basen. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Zalane miasto

Płynąłem łódką. Wokół mnie rozciągały się ruiny zalanego miasta. Musiało to nastąpić dawno temu, ponieważ resztki budynków zaczęły oplatać rośliny. Niektóre tylko cienką warstwą pomalowały na zielono mchy i porosty. Woda stała w miejscu. Była mętna i gęsta od kwitnącego w niej życia.
Dopłynąłem do wielkiej betonowej kopuły. Wpłynąłem do małej zatoczki wżerającej się w głąb kopuły. Były tam piętrowe platformy, do których można było przymocować łodzie, zależnie od poziomu wody. Wszedłem do środka. Żyjąca tam społeczność w dużej mierze składała się z kobiet. Wszystkie były ubrane w jednakowe
ciemnoniebieskie mundury. Różniły się jedynie przypiętymi symbolami, które określały miejsce w społecznej hierarchii. Swobodnie przemierzałem rozległe trzewia budowli. Doszedłem do wielkiej auli. Ktoś rozszczelnił zewnętrzne grodzie i do sali wlała się woda. Ludzie byli tym uradowani i beztrosko pływali. Pobiegłem do siedziby wyższych oficerów, a właściwie dziewięciu
oficerek, bo były to wyłącznie kobiety. Zastałem je, jak zażywały kąpieli w niewielkim, prostokątnym, acz dość głębokim baseniku. Wyłożony był drobną, błękitną mozaiką, a na jego dno prowadziły schody. Panie śmiały się głośno i dopiero po chwili dostrzegły moją obecność. Zamilkły by wysłuchać mojej relacji i nieskrępowane swoją nagością, pobiegły oburzone
wprost do zalanej auli. Z wymiany zdań wywnioskowałem, że oburzenie wynikało z faktu, że zwykli szeregowi obywatele mają większy basen od nich. Udałem się na targ staroci. Liczne stoiska i kramiki tworzyły zawiłą sieć alejek przykrytych barwnymi płachtami. Widziałem stare naczynia z brązu, stoiska ze świecami z prawdziwego pszczelego wosku i pordzewiałymi
wojskowymi akcesoriami. Wydaje mi się, że szukałem biżuterii dla bliskiej mi osoby. Spotkałem swojego kolegę A. Poprosił bym mu przegrał jakieś dwie gry i podał mi starą dyskietkę. Zdaje mi się, że chodziło mu o gry związane z piłką nożną. Po chwili napotkałem swoją babcię. Koniecznie chciała zajść do fryzjera. Weszliśmy więc do pierwszego napotkanego zakładu fryzjerskiego. Obsługiwał go starszy mężczyzna w
okularach z potarganą fryzurą i papierosem w ustach. Nie budził mojego zaufania, ale babcia ochoczo usiadła na fotelu. Fryzjer założył jej na głowę wojskowy hełm przecięty w połowie, tak, że wystawał z niego czubek głowy. Mężczyzna wziął maszynkę i zaczął golić babci wystającą cześć głowy na łyso. Zdjął hełm i pokazał babci efekt swojej pracy. O dziwo, babcia była zachwycona tą dziwaczną fryzurą i wychwalała
niebywałe zdolności fryzjera. Wyszliśmy i przeszliśmy obok kliniki, która została przekształcona w sklep obuwniczy, ale stary szyld pozostał. Nagle babcia sobie zażyczyła, byśmy zaszli do kosmetyczki, by jej nakremowała i wymasowała stopy. Zaprowadziłem ją do najbliższego salonu kosmetycznego i poszedłem dalej. Usłyszałem krzyki mojego przyjaciela Ł. z wnętrza jednego z domów. Wszedłem i po poszukiwaniach odkryłem, że wpadł do kamiennej studni w przedpokoju. Zacząłem
szukać pomocy lub czegoś, co pomogłoby go wydostać. W kuchni znalazłem swoją siostrę. Siedziała, przy komputerze i robiła w nim porządki. Potem weszła jakaś dziewczyna w kręconych włosach. Powiedziała, że pomoże przyjacielowi, ale dopiero po przyjęciu. Zaczęli schodzić się goście, co dziwne przeważnie pary męsko-męskie. Patrzyli się na mnie tak jakbym się im podobał i zapraszali mnie do stołu. Nie miałem jednak zamiaru korzystać z ich zaproszenia. Kilkakrotnie jakiś facet przechodził obok mnie i niby przypadkowo mnie dotykał. Bardzo mi się to nie podobało. Napawało mnie to wręcz
obrzydzeniem. Wolałem przebywać raczej w kuchni. Spojrzałem jeszcze raz do studni i dostrzegłem, że ze ścian wystają końcówki belek. Odłączyłem kabel sieciowy od komputera w kuchni i zrobiłem na jego końcu pętle.  Wrzuciłem do studni i krzyknąłem by się nim obwiązał i zaczął wspinać po balach, a prowizoryczna lina miała służyć asekuracji.

piątek, 11 kwietnia 2014

Kawiorowy protest…

Przemierzałem ulice niewielkiej miejscowości pogrążone w nocnym mroku. Rozświetlały je tylko sodowe latarnie uliczne i reflektory tirów. Coś się jednak zaczęło dziać. Kierowcy zaczęli wysypywać na ulice zawartość naczep i wywrotek. Ulice w mig pokryły się morzem kawioru. Miliardy czarnych i czerwonych
rybich jajeczek rozpłynęły się po asfalcie. Dowiedziałem się od gapiów, że za całe to zamieszanie odpowiedzialna jest znana piosenkarka Madonna. Postanowiła w ten sposób zaprotestować przeciw działaniom Rosji i Putina na Ukrainie.  Poszedłem dalej i wstąpiłem do zajazdu. Zdziwiłem się trochę, jak zobaczyłem w nim
samą Madonnę. Wokół niej wił się wianuszek pochlebczyń i innych piosenkarek w wieczorowych strojach. Wszędzie były małe salaterki z kawiorem. Spróbowałem go. Każdy miał inny smak, jeden np. miał smak kurczaka, inny galaretki owocowej inny jeszcze warzywny. Część miała smak prawdziwego kawioru. Rozmawiałem z Madonną i innymi kobietami po angielsku, ale gdy Madonna na chwilę opuszczała pomieszczenie, wszyscy nagle zaczynali mówić po polsku. Kiedy zaczęło się przejaśniać, opuściłem zajazd. Chciałem dotrzeć do
jakiegoś ciekawego miejsca nieopodal. Kojarzyło mi się to z Włocławkiem, choć nigdy tam nie byłem, poza pojedynczymi przejazdami i wiem, że wygląda zupełnie inaczej. Miała to być miejscowość wypoczynkowa. Główną atrakcją była ciekawa budowla. Wyglądała jak olbrzymi zbiornik retencyjny zbudowany z trapezowatych, wysokich wałów na bazie prostokąta.
Stworzono je z czarnej, szklistej, wypalanej, porowatej substancji. Może coś pomiędzy żużlem, a obsydianem.  Wewnątrz tego wielkiego zbiornika można było znaleźć głazy i plaże. Kąpały się tam setki ludzi. Słońce wychylało się nieśmiało zza horyzontu i oświetlało taflę wody,
przyjemną pomarańczową poświatą. Całość kompleksu otoczona była fosą. Jedyną drogą, by ją przekroczyć był most zwodzony zabudowany strzelistą wieżą na bazie kwadratu. 

czwartek, 21 marca 2013

Steampunkowa biosfera


Znajdowałem się w ogromnej, kulistej biosferze. Była bardzo stara i w niektórych miejscach brakowało szklanych paneli. Te które pozostały, były brudne lub popękane. Żeliwna konstrukcja zaczęła już rdzewieć, ale można było na niej dostrzec misterne, wiktoriańskie zdobienia. Panował gorący i bardzo wilgotny mikroklimat. Monumentalna konstrukcja wypełniona była tropikalną roślinnością. 
Przedzierając się przez gęstwiny i torując sobie drogę maczetą, dotarłem na wzgórze. Dopiero z niego doceniłem prawdziwy ogrom tej budowli. Mogła mieć z kilkanaście kilometrów średnicy. W dolinie krzątała się lokalna społeczność. Mieszkali w industrialnych budynkach z czerwonej cegły, oplecionych lianami i wtapiającymi się w tropikalną gęstwinę. 
Mężczyźni przenosili wytopione tafle szkła i za pomocą skomplikowanych systemów dźwigów, bloczków, balonów i zrobotyzowanych wagoników, transportowali je na sam szczyt konstrukcji, dokonując niezbędnych napraw. Zszedłem ze wzniesienia i napotkałem grupkę młodych dziewczyn. Miałem wrażenie, że je znam, ale nie mogłem sobie przypomnieć kim dokładnie były. 
 One również mnie znały w podobny, nieokreślony sposób. Zaprowadziły mnie do bloku, w którym mieszkała moja babcia. Oglądała właśnie jakiś film w telewizji, ale widząc mnie, wyłączyła go. Poczęstowała mnie herbatą i kruchymi ciasteczkami. Usłyszałem jakiś hałas na zewnątrz, więc wyszedłem śpiesznie na balkon. Rozpoznałem charakterystyczny terkot samolotowego silnika. 
Zbliżał się śmigłowy dwupłatowiec. Kilkadziesiąt metrów od bloku wykonał szaleńczy manewr. Ciasno wzniósł się w górę wykonując „beczkę” i po chwili leciał już w drugim kierunku. Dopiero teraz spostrzegłem, że rozgrywa się ogromna w swojej skali bitwa. Setki samolotów starych i bardziej współczesnych walczyło ze sobą  w powietrzu, a na wielkim zbiorniku wodnym, odbywała się podobna bitwa morska. 
Żaglowce, galery i fregaty strzelały do sobie nawzajem z armat, karabinów maszynowych, dział i wyrzutni rakiet. Motorówki i katamarany manewrowały między wolniejszymi jednostkami. Na samym środku płynął ogromny wycieczkowiec, który próbował opuścić strefę walk. Kilka sterowców zrzucało bomby głębinowe, których wybuchy wyzwalały wysokie fontanny wody. 
Próbując opuścić budynek, przemierzyłem klatkę schodową i wyszedłem w zadbanym parku miejskim. Panowała cisza i spokój. Wzdłuż chodnika biegły wąskie tory. Stały na nich zabytkowe tramwaje pomalowane na biało-czerwono. Zaglądając do wnętrza, zobaczyłem, że urządzono w nich kawiarnie. Pomiędzy małymi, okrągłymi stołami krążyli elegancko ubrani kelnerzy. 
Idąc dalej po parku doszedłem do dużego basenu chyba o wymiarach olimpijskich. Odbywały się na nim dziwne zawody. Na dwóch końcach basenu znajdowały się przeciwne drużyny liczące po kilkaset ludzi. Ich członkowie odróżniali się kolorami czepków. Na wystrzał sędziego, wszyscy wskakiwali do wody. Wygrywała drużyna, której wszyscy członkowie dopłyną jako pierwsi na przeciwległy skraj basenu. 
Spotkanie na środku basenu było dodatkową atrakcją, wzmagającą aplauz kibiców. Po zawodach dotarłem do chaty pokrytej strzechą. Znajdowało się w nim muzeum tortur. Obejrzałem dziesiątki urządzeń i rekwizytów wykorzystywanych w bardzo kreatywny sposób do zadawania cierpienia. Na tyłach spotkałem przyjaciela ubranego w strój ludowy, który 
przygotowywał właśnie bardzo nietypowe obrazy. Był to jaskrawy penaptyk, składający się z części o wymiarach, mniej więcej pół metra na sześć-siedem metrów.

piątek, 15 lutego 2013

Śnieżna sowa origami


Wraz z siostrą przemierzałem alejki jakiegoś niemieckiego miasta. Obywatele tureckiego pochodzenia obchodzili jakieś święto. Śpiewali, bawili się, a potem wszyscy zgromadzili się w płytkim basenie i oblewali się wodą, czerpaną za pomocą mosiężnych mis. Robili to w rytm jakiejś mantry powtarzanej jednocześnie przez wszystkich. Niemcy przechodzili obok i ignorowali wszystko to co się działo, jakby tego nie zauważali. Znalazłem się w ciemnym pokoju. 
Siedziałem przy biurku i składałem wielki arkusz papieru. Z moich starań powstała wspaniała papierowa sowa. Nagle zauważyłem, że w pokoju nie byłem sam. Na łóżku leżał chłopak, brunet, o włosach takiej długości, że ledwo zakrywały mu uszy. Miał na nich duże słuchawki. Zdjął je i powiedział prowokująco „Na pewno nie poleci”. Śledząc jego spojrzenie mój wzrok utkwił na sowie stworzonej w sztuce orgiami. Uśmiechnąłem się i odpowiedziałem z przekonaniem, że poleci. Otworzyłem okno i wyrzuciłem sowę. 
Zaczęła opadać w dół i nagle papier przemienił się w prawdziwe zwierzę. Opierzone skrzydła o imponującej rozpiętości wystrzeliły w bok i momentalnie uchwyciły wiatr. Wielka biała sowa zaczęła krążyć dostojnie po okolicy. Usłyszałem dzwonek do drzwi. Poszedłem do przedpokoju. Znajdował się już tam mężczyzna ubrany w elegancki garnitur z melonikiem na głowie. Próbując przyjąć jak najwygodniejszą pozycję usadawiał się niezgrabnie na podłodze, opierając się o drzwi.  
Przedstawił się jako przedstawiciel sieci telefonii komórkowej i chciał odnowić umowę, która właśnie wygasła. Zadawał pytania z kwestionariusza i próbował zapisywać moje odpowiedzi. Było to trudne, ponieważ w pomieszczeniu było ciemno z powodu awarii zasilania. Zaproponowałem mu, żeby poszedł do pokoju i usiadł w fotelu, a ja spróbuję włączyć prąd. 
Podszedłem do skrzynki z bezpiecznikami i zacząłem przełączać pięć wajch w losowej kolejności. Wiedziałem, że to jakiś szyfr i muszę je ustawić w odpowiedniej kombinacji. Będąc już blisko jej odkrycia, obudziłem się...

piątek, 23 marca 2012

Kociaki i kuny


Spoglądałem przez otwarte okno w moim pokoju. Widok był nieco odmienny od rzeczywistego. Rozciągała się za nim piękna łąka, a na skraju horyzontu znajdował się las. Nagle na parapet wdrapała się kuna i próbowała wejść do mieszkania. 
Zepchnąłem ją. Po chwili pojawiło się kolejnych kilkanaście kun. Za wszelką cenę próbowały wedrzeć się do środka. Wśród nich znalazła się jedna bardzo młoda. Postanowiłem ją przepuścić i zobaczyć co się stanie. Dopiero teraz zobaczyłem, że pod biurkiem siedzą skulone, dwa małe, puszyste kociaki. Jeden był śnieżnobiały, a drugi czarny z kilkoma małymi, białymi łatkami. Kuna powoli zbliżała się w ich kierunku. 
Szykowała już się do bezwzględnego ataku, ale w ostatniej chwili udało mi się ją powstrzymać. Wyrzuciłem ją przez okno. Wylądowała na miękkiej trawie i szybko uciekła. Znalazłem się na basenie i przepłynąłem kilka długości. Po opuszczeniu pływalni znalazłem się na skalistej ścieżce. Idąc przed siebie dotarłem do rozległego wąwozu. Z jego dna mogłem podziwiać majestatycznie wznoszące się, piękne i niemal pionowe, czerwone skały. 
Następnie droga poprowadziła mnie przez dom kolegi. Odbywała się tam jakaś impreza urodzinowa. Złożyłem 
życzenia i skosztowałem białoniebieskiego tortu. 
Spotkałem tam też moją byłą dziewczynę, z którą rozstałem się wiele lat temu. Chciała ze mną porozmawiać, więc poszliśmy do niej. Mieszkała ze współlokatorami. Nagle przyszli chyba jej rodzice z dzieckiem i poprosili o opiekę.