Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samolot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samolot. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 listopada 2016

Duchy Kamiennej Wieży


Byłem w okolicy starego rynku. Z ciekawości wszedłem do nieco zapuszczonego budynku, który zapewne kiedyś był dobrze prosperującą restauracją. Stoliki i krzesła porozstawiane w nieładzie zdążył pokryć kurz. Wszedłem w głąb restauracji i podążałem plątaniną sal i pomieszczeń, aż wyszedłem na dziedziniec. Tam stoliki były bardziej zadbane. Dziedziniec był ogromny, wybrukowany małymi kostkami z szarego kamienia. Zajmował całą powierzchnię pagórka, którego podnóże opływała wolno płynąca rzeka. Po chwili podeszła starsza kobieta, bogato i elegancko odziana, o
arystokratycznych manierach. Oprowadziła mnie. Mówiła, że kiedyś tu była wspaniała winnica. Teraz pozostało kilka krzewów winnych i pamiątkowa tablica. Wszędzie były trochę zaniedbane kwietniki i niedziałające już fontanny. Największe wrażenie jednak robiła ogromna kamienna wieża. Zmierzaliśmy właśnie w jej kierunku, kiedy dołączył do nas znajomy arystokratki. Bardzo mi przypominał Lesliego Nilsena. Weszliśmy do środka. Kamienna wieża była pusta w środku. Kręte, spiralne kamienne schody pięły się do góry wzdłuż ścian. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki, w końcu doszliśmy do stropu, a właściwie do pierwszego piętra wieży. Nie dziwiło mnie wtedy, że otaczało nas jezioro. Olbrzymia tafla wody
sięgająca niemal po horyzont, przez co bardziej przypominała morze. Woda była całkowicie nieruchoma i gładka niczym tafla szkła. Odbijało się w niej przyjemne pomarańczowe światło, jak przy zachodzie słońca. W oddali można było dostrzec sylwetki olbrzymich dźwigów portowych i kontenerów poustawianych w stosy, przez co upodabniały się do piramid. Kobieta odebrała telefon. Usłyszałem krzyki kucharza, coś że się nie wyrabia i chce zrezygnować. Staruszka pojednawczym tonem próbowała go uspokajać i
zapewniła, że już do niego idzie, po czym skinieniem wskazała, byśmy szli dalej i napomknęła, byśmy się nie bali
dzieciaków. Wspinaliśmy się więc dalej po schodach, z tą różnicą, że teraz oplatały wieżę z zewnątrz. Drewniana balustrada była w opłakanym stanie, w kilku miejscach uszkodzona, jakby ktoś podczas dynamicznej bójki ją złamał i wpadł w otchłań przestrzeni poza nią. "Nilsen" po chwili się zmęczył i stwierdził, że musi chwilkę odsapnąć i że mnie dogoni. Kontynuowałem wchodzenia sam. Po kilkuset metrach dotarłem w końcu na szczyt. Był tam rozległy park. Nastała noc, ale niezwykle jasna, bo rozświetlona przez rozgwieżdżone niebo i wielki księżyc w pełni. Przechadzałem się alejkami podziwiając piękne kwiaty, które zdawały się niemal ożywać oświetlane srebrnym globem. Nad jedną z ławek unosiła się trupioblada para
dzieci, chłopiec i dziewczynka. Oboje odziani w białe koszule nocne. Twarze znaczyła sieć czarnych żył prześwitujących przez półprzezroczystą, błękitnawą skórę. Oczy były puste i ciemne, a dziąsła zapadnięte, przez co zęby były bardziej wydatne. Powinienem się chyba ich bać, ale nie czułem wtedy strachu. Wyczuwałem od nich radość i jednocześnie nieprzewidywalność typową dla beztroskich dzieci, co makabrycznie kontrastowało z ich martwym stanem. Unosili się w powietrzu wyraźnie zaciekawieni moją obecnością, a jednocześnie dawało się
wyczuć dozę ostrożności i niepewności. Ciszę nocy rozdarł hałas potężnego tłokowego silnika. Na trawie obok mnie wylądował dwupłatowy samolot śmigłowy, a z wnętrza wrzeszczał "Nilsen" bym natychmiast wsiadał. Spojrzałem jeszcze na "dzieciaki", które teraz wszystko obserwowały całkowicie nieobecnie i już bez emocji. Odlecieliśmy...

piątek, 20 czerwca 2014

Zaskakujące wyznanie…

Na trawiastym pasie startowym stał samolot. Był to czerwony dwupłatowiec z wielkim śmigłem z przodu. Podszedłem do niego i zająłem jedyne wolne miejsce z tyłu. Z przodu siedziała już moja przyjaciółka P. ubrana na zielono z czerwonymi elementami. Ktoś krzyknął kontakt i mocno zakręcił śmigłem. Uruchomiłem silnik, który zaczął bardzo głośno terkotać w charakterystyczny sposób. Powoli ruszyliśmy i miarowo nabieraliśmy prędkości. W
pewnym momencie oderwaliśmy się od ziemi i poszybowaliśmy wysoko w kierunku nieba, Długie czerwone włosy P. powiewały od pędu powietrza i smagały moją twarz. Coś krzyczała uśmiechając się, ale silnik i wiatr wszystko skutecznie zagłuszały. Pod nami przemykały pola, lasy, rzeki i jeziora. Gdy słońce
zaczęło zbliżać się do horyzontu, a niebo przybrało pomarańczowo- różowawe odcienie, wylądowaliśmy. Poszliśmy na spacer i doszliśmy do centrum miasta. Zbliżyliśmy się do przejścia dla pieszych przez tory tramwajowe i ulicę. P. jak to ma w zwyczaju, ani myślała o zatrzymaniu się, pomimo czerwonego światła dla pieszych. Złapałem ją za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Tuż przed P. z dużą prędkością śmignął tramwaj. Zarówno ja jak i P. byliśmy
przerażeni. Przytuliła się do mnie mocno i rozdygotanym głosem wycedziła cicho „dziękuję…”, a po chwili odsunęła się odrobinę. Spojrzała mi w oczy i tym razem pewniej i spokojniej powiedziała: „Kocham Cię” po czym namiętnie mnie pocałowała… Obudziłem się zaskoczony tym wyznaniem…

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Piękna zatoka i niesamowity tablet

Niespiesznie podszedłem w kierunku okna. Było pozbawione szyb i przypominało raczej otwór w kamiennej ścianie o łukowym sklepieniu. Oparłem się o kamienny parapet zbudowany z grubo ciosanych ciemnych kamieni, idealnie spasowanych i połączonych znikomą ilością zaprawy murarskiej. Przede mną rozpostarł się przepiękny widok na zielone wzgórza, stromo opadające do zatoki i upstrzone setkami kamiennych domostw o ciemnografitowym zabarwieniu. Postanowiłem się
przejść. Spacerując natknąłem się na przyjaciela z podstawówki. Oświadczył, że jutro się do mnie wprowadza. Pomyślałem, dlaczego nie i poszedłem zrobić zakupy. Obciążony reklamówkami postanowiłem podjechać jeden przystanek tramwajem, jak to zwykłem robić w takiej sytuacji. Nieoczekiwanie tramwaj zmienił trasę i zatrzymał się na jakimś poligonie. Tuż nade mną,
nisko przelatywały samoloty. Były to zarówno myśliwce, ogromne samoloty transportowe, ale też pasażerskie Boeingi. Domyśliłem się, że muszą się odbywać jakieś manewry, bo w oddali dostrzegałem czołgi i ciężkie transportery opancerzone. Postanowiłem ich unikać i przeszedłem pieszo przez park. Niespodziewanie doszedłem do dworca kolejowego. Zrobiłem to w samą porę, bo z pociągu wysiadła moja siostra wraz z mężem.
 Postanowili mnie odwiedzić i chcieli bym ich oprowadził po mieście. Postanowiliśmy iść na tramwaj. Najbliższy przystanek był przy szkole sportowej. Trafiliśmy akurat na jakiś festyn w klimacie Gwiezdnych Wojen. Odbywały się tam również liczne rywalizacje sportowe. Szwagier
postanowił się sprawdzić w podciąganie się po linie na czas. Szło mu całkiem dobrze.  Nagle został zapowiedziany nasz tramwaj przez megafon, lecz niestety na niego nie zdążyliśmy z powodu licznych stoisk stojących nam na drodze. Zaproponowałem skrót. Weszliśmy na wzgórze i następnie zeszliśmy w kierunku oczka wodnego. Trasa tramwaju robiła tam pętlę i udało nam się go
dogonić. Dojechaliśmy do jakiejś szkoły lub internatu. Okazało się, że teraz tam mieszkam i postanowiłem się natychmiast wyprowadzić. Nagle zjechała się cała rodzina łącznie z ciotkami, których nie znam, a każdy miał jakieś złote rady co brać, a czego nie pakować. Podczas

pakowania potłukłem kilka talerzy. Znalazłem też tablet, o którym nie miałem pojęcia, że go
posiadam. Miał ciekawe możliwości. Jedną z funkcji było coś w rodzaju symulatora lotu drona. Wyglądało to jak wirtualna kamera, dzięki której można było się rozejrzeć po okolicy. Zafascynowała mnie także
funkcja chodzenia po wodzie. Jak się przytrzymało odpowiedni przycisk, to mogłem kroczyć po tafli jeziora, ale jak przystawałem, to zapadałem się powoli w wodę niczym w jakiś kisiel.

Chodziłem więc zafascynowany tym urządzeniem.

czwartek, 21 marca 2013

Steampunkowa biosfera


Znajdowałem się w ogromnej, kulistej biosferze. Była bardzo stara i w niektórych miejscach brakowało szklanych paneli. Te które pozostały, były brudne lub popękane. Żeliwna konstrukcja zaczęła już rdzewieć, ale można było na niej dostrzec misterne, wiktoriańskie zdobienia. Panował gorący i bardzo wilgotny mikroklimat. Monumentalna konstrukcja wypełniona była tropikalną roślinnością. 
Przedzierając się przez gęstwiny i torując sobie drogę maczetą, dotarłem na wzgórze. Dopiero z niego doceniłem prawdziwy ogrom tej budowli. Mogła mieć z kilkanaście kilometrów średnicy. W dolinie krzątała się lokalna społeczność. Mieszkali w industrialnych budynkach z czerwonej cegły, oplecionych lianami i wtapiającymi się w tropikalną gęstwinę. 
Mężczyźni przenosili wytopione tafle szkła i za pomocą skomplikowanych systemów dźwigów, bloczków, balonów i zrobotyzowanych wagoników, transportowali je na sam szczyt konstrukcji, dokonując niezbędnych napraw. Zszedłem ze wzniesienia i napotkałem grupkę młodych dziewczyn. Miałem wrażenie, że je znam, ale nie mogłem sobie przypomnieć kim dokładnie były. 
 One również mnie znały w podobny, nieokreślony sposób. Zaprowadziły mnie do bloku, w którym mieszkała moja babcia. Oglądała właśnie jakiś film w telewizji, ale widząc mnie, wyłączyła go. Poczęstowała mnie herbatą i kruchymi ciasteczkami. Usłyszałem jakiś hałas na zewnątrz, więc wyszedłem śpiesznie na balkon. Rozpoznałem charakterystyczny terkot samolotowego silnika. 
Zbliżał się śmigłowy dwupłatowiec. Kilkadziesiąt metrów od bloku wykonał szaleńczy manewr. Ciasno wzniósł się w górę wykonując „beczkę” i po chwili leciał już w drugim kierunku. Dopiero teraz spostrzegłem, że rozgrywa się ogromna w swojej skali bitwa. Setki samolotów starych i bardziej współczesnych walczyło ze sobą  w powietrzu, a na wielkim zbiorniku wodnym, odbywała się podobna bitwa morska. 
Żaglowce, galery i fregaty strzelały do sobie nawzajem z armat, karabinów maszynowych, dział i wyrzutni rakiet. Motorówki i katamarany manewrowały między wolniejszymi jednostkami. Na samym środku płynął ogromny wycieczkowiec, który próbował opuścić strefę walk. Kilka sterowców zrzucało bomby głębinowe, których wybuchy wyzwalały wysokie fontanny wody. 
Próbując opuścić budynek, przemierzyłem klatkę schodową i wyszedłem w zadbanym parku miejskim. Panowała cisza i spokój. Wzdłuż chodnika biegły wąskie tory. Stały na nich zabytkowe tramwaje pomalowane na biało-czerwono. Zaglądając do wnętrza, zobaczyłem, że urządzono w nich kawiarnie. Pomiędzy małymi, okrągłymi stołami krążyli elegancko ubrani kelnerzy. 
Idąc dalej po parku doszedłem do dużego basenu chyba o wymiarach olimpijskich. Odbywały się na nim dziwne zawody. Na dwóch końcach basenu znajdowały się przeciwne drużyny liczące po kilkaset ludzi. Ich członkowie odróżniali się kolorami czepków. Na wystrzał sędziego, wszyscy wskakiwali do wody. Wygrywała drużyna, której wszyscy członkowie dopłyną jako pierwsi na przeciwległy skraj basenu. 
Spotkanie na środku basenu było dodatkową atrakcją, wzmagającą aplauz kibiców. Po zawodach dotarłem do chaty pokrytej strzechą. Znajdowało się w nim muzeum tortur. Obejrzałem dziesiątki urządzeń i rekwizytów wykorzystywanych w bardzo kreatywny sposób do zadawania cierpienia. Na tyłach spotkałem przyjaciela ubranego w strój ludowy, który 
przygotowywał właśnie bardzo nietypowe obrazy. Był to jaskrawy penaptyk, składający się z części o wymiarach, mniej więcej pół metra na sześć-siedem metrów.

piątek, 9 listopada 2012

Kryształowy samolot


Schodziłem ze wzgórza, przyjemnie ogrzewany promieniami słońca. Przysiadłem na zboczu pokrytym miękką trawą i obserwowałem samoloty lądujące na lotnisku. Po jakimś czasie dostrzegłem samolot jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. W miejscu tylnych małych skrzydeł miał skrzydła takie jak z przodu. Długie i szerokie. Był wielkości Jumbo Jeta i półprzezroczysty, jakby był zbudowany z kryształu. Tylna para skrzydeł ciągle się odkształcała i falowała, jakby to one były napędem tej maszyny. Podchodził do lądowania bardzo wolno, znacznie wolniej niż inne samoloty, zwłaszcza tej wielkości. W końcu łagodnie osiadł na pasie startowym. 
Wracając do miasta odniosłem wrażenie, że jeszcze w nim nie byłem. Zapadła noc. Wspinałem się wzdłuż stromej ulicy i doszedłem do kamienicy, gdzie miała mieszkać moja znajoma z Irlandii. Nie wiedząc które to mieszkanie postanowiłem popytać sąsiadów. Wszedłem na ostatnie piętro i nacisnąłem przycisk dzwonka. Drzwi otworzył mi mężczyzna po pięćdziesiątce w poplamionym podkoszulku, a za nim stała jego żona w szlafroku. Wpuścili mnie i zapytałem o moją przyjaciółkę podając jej imię i pokazując zdjęcie. 
Kobieta odpowiedziała piskliwym głosem, popalając papierosa, że owszem mieszkała piętro niżej, ale się wyprowadziła. Zapukałem więc do odpowiednich drzwi. Otworzyła mi kobieta z wałkami na głowie, która powiedziała mi, że nic nie wie. Wyszedłem wiec zrezygnowany. Zaczepił mnie łysy, podchmielony dresiarz, który chciał się bić, lecz udało mi się uciec.

środa, 19 września 2012

Tabula Rasa... ?

Spojrzałem przez okno na rozgwieżdżone nocne niebo. Mrok rozświetlił samolot. Nie miał lewego skrzydła, a z miejsca w którym powinno się znajdować, buchały potężne płomienie. Samolot wpadł w korkociąg i spadał kierując się w stronę lotniska. Zniknął za wysokim wieżowcem i po chwili zobaczyłem błysk i  słup szaro-czarnego dymu. Spojrzałem na telefon. Ktoś próbował się do niego włamać. Oprogramowanie próbowało do tego nie dopuścić, ale nie radziło sobie za dobrze. Zostawiłem więc telefon i udałem się do innego pokoju. Usiadłem na wygodnym fotelu. 
Dopiero po chwili zauważyłem, że na kanapie naprzeciwko mnie leniwie wyleguje się ogromna jaszczurka. Przypominała trochę Agamę Brodatą o jaskrawo  pomarańczowo-zielonej barwie. Wielkością przewyższała jednak nawet Warana z Komodo. Uniosła nieco głowę i w niby uśmiechu pokazała wachlarz cienkich i ostrych zębów przypominających igły. Były czyste i śnieżnobiałe.  Nie chcąc prowokować gada do ich użycia, wyszedłem do kuchni. Był dzień. Spojrzałem przez okno. Na zewnątrz stał czołg pomalowany w barwy maskujące. 
Po jego prawej stronie znajdował się wojskowy Hammer, a po lewej  ustawiono kuchnię polową. Unosił się z niej biały dym. Wszędzie krzątali się żołnierze. Usłyszałem pukanie do drzwi. Otworzyłem i zobaczyłem Ją. Poprosiła mnie o czystą kartkę papieru. Zacząłem poszukiwania, ale nie mogłem żadnej znaleźć. Wszystkie były zadrukowane lub zapisane. Sprawdziłem w drukarce, ale kaseta na papier była pusta. Zajrzałem do biurka. 
Zacząłem przeglądać stare zeszyty, ale i one były zapisane, przeważnie nutami. Dostrzegłem w końcu kopertę, której nie zdążyłem wcześniej otworzyć, a leżała chyba od dawna. Rozdarłem krawędź cienkim sztyletem, a w środku znajdowała się poszukiwana czysta kartka białego papieru… 

sobota, 7 stycznia 2012

Samolot


Szedłem ulicą pod górę. Dawno nie szedłem tą drogą. Sporo się zmieniło. Dostrzegłem nową kamienicę. Właściwie była połączeniem kamienicy i zamku. Zbudowana była z dużych cegieł z jasnego piaskowca. Po lewej stronie była wieża. Szedłem dalej. W miejscu, gdzie stał kiedyś sklep rodem z PRL-u, tak zwany supersam o nazwie „Tęcza”, teraz budowano stadion. Szkielet konstrukcji wraz z trybunami już był gotowy. Wysokie dźwigi ustawiały kolumny z silnymi reflektorami.
 Tuż obok rozbierano garaże i wylewano fundamenty pod nowy hipermarket i wielopoziomowy parking. Po drugiej stronie ulicy ciągnął się rząd szarych kamienic. Parterowe piętra połączono w jeden ciąg i urządzono tam sklep typu „As”. Ustawiona była do niego gigantyczna kolejka. Stanąłem na końcu. Kobieta stojąca przede mną, odezwała się do mnie i zaproponowała, byśmy przeszli pod balustradą, bo nigdy nie dotrzemy do środka. Tak też zrobiliśmy. 
Wziąłem koszyk i ruszyłem między pułki. Doszedłem do lodówek. Były w nich przeróżne wędliny. Moją uwagę zwróciła niebieska kiełbasa, która miała kształt Smerfa. Inną ciekawostką był ser w kształcie zęba lub sporej wielkości plastry szynek, powycinane tak, że przypominały okrągłe, ażurowe serwetki. Nic nie kupiłem, ale znalazłem się w innym mieście. Nie mogłem się z Nią skontaktować i postanowiłem Ją odszukać. 
Odwiedziłem wiele pubów i klubów, ale nigdzie nikt Jej nie widział. W jednym z klubów miał być wyświetlany jakiś film. Udałem się do niego. Wszedłem po klatce schodowej, a potem  labiryntem korytarzy do długiej sali. Po jednej stronie był bar, a po drugiej jakiś starszy mężczyzna miał swoje stoisko. Sprzedawał karmę i smakołyki  dla psów. Kupiłem trochę ciasteczek z owadów w karmelu. Poszedłem na sam koniec. Za szerokimi drzwiami była sala o szarym i niemal sterylnym wystroju. Ustawiono tam kilka rzędów krzeseł, a ktoś właśnie instalował projektor pod sufitem.  
Po chwili włączono film. Jeżeli dobrze udało mi się go rozpoznać, to był „Cradle of Fear” z Danim Filthem w roli głównej. Wyszedłem, a przed budynkiem, młoda ciemnowłosa dziewczyna sprzedawała paszteciki o różnych smakach. Gdy się o nie spytałem, stwierdziła, że ona tylko zastępuje kolegę, a plakietki z opisami jej się pomieszały. Wybrałem więc losowo i trafiłem na pasztecik z nadzieniem o smaku łososiowym. Udałem się do koleżanki z czasów licealnych, która miała mi udostępnić mieszkanie na kilka dni, bo wyjeżdżała. Zaczęła wymyślać tysiące zakazów. Nie wchodź tam, nie otwieraj tej szafki, nie włączaj telewizora itd. 
Wyszedłem i po chwili byłem na długiej polance w środku lasu. Słońce wschodziło, a wierzchołki traw muskała delikatna mgła. Panującą ciszę zmącił nieoczekiwany hałas. Brzmiał jak silniki samolotu tracące moc. Po chwili pojawił się sam samolot. Miał problemy, szybko obniżał lot. Zmierzał szybko w kierunku drzew. Miałem ze sobą dziwne urządzenie. Skierowałem je w kierunku samolotu i uruchomiłem. Wydostała się z niego wiązka energii i pomknęła w kierunku maszyny latającej. 
Jej silniki jakby odżyły i zwiększyły obroty. Przemknął tuż nad wierzchołkami drzew, ocierając się tylko o jedno z najwyższych. Zniknął za wzgórzem i straciłem go z oczu. Po chwili znów go zobaczyłem, wznosił się w górę, zawrócił i skierował w kierunku polany, na której przebywałem. Wysunął podwozie, ale miałem wrażenie, że porusza się za szybko. Zbliżał się do ziemi. Zarył w nią głęboko kołami. Pozostawił wielkie koleiny i obłok gleby z trawą. 
Podwozie nie wytrzymało takiego obciążenia i się oderwało. Samolot zarył dziobem, przechylił się na prawo i przez kilkadziesiąt metrów ślizgał się po polanie bokiem. W końcu się zatrzymał. Z silników wydostawała się strużka  czarnego dymu. Samolot nie był wielki. Przypominał jakąś mniejszą wersję Boeinga. Pobiegłem w jego kierunku. Włazy zostały odstrzelone przez ładunki wybuchowe, a z wyjścia  wysunęła się nadmuchiwana rynna. Wszedłem po niej do wnętrza samolotu. Pasażerowie wyglądali na całych, ale byli w szoku. Nie wiedzieli co robić. Poinstruowałem ich by kierowali się do wyjścia i pomagałem wstać z foteli.
 Jakaś starsza kobieta cały czas kurczowo zaciskała kościste dłonie na podłokietnikach, tak, że palce jej zbielały. Oczy miała zamknięte i cała była roztrzęsiona. Odpiąłem jej pas i wyniosłem na zewnątrz…

środa, 2 listopada 2011

Diamenty

Lecieliśmy prywatnym odrzutowcem ponaddźwiękowym. Za oknem rozpościerał się widok na bezkresne morze śnieżnobiałych obłoków, które przypominały leniwie dryfujące, lodowe góry. Obniżyliśmy lot i zanurzyliśmy się w chmurze niczym w mleku. Po chwili byliśmy już pod nią i mogliśmy podziwiać cel naszej podróży. 
Zobaczyliśmy Edynburg. Wyglądał jak większość współczesnych  miast. Był podniszczony i zaniedbany. W miejscu gdzie kiedyś był park Holyrood i góra, z której według legend spoglądał kiedyś sam Król Artur, wyrósł gigantyczny superwieżowiec. Miał niemal dwa kilometry wysokości, szklana fasada odbijała słoneczne światło. Większość mieszkańców przeniosła się do niego. 
Był całkowicie samowystarczalny. Ludzie tam pracowali, spali, mieszkali i odpoczywali. Powstał w miejscu szybu kopalnianego. Najpierw odnaleziono złoże węgla, a potem diamentów. Po tym jak odkryto nowy supermateriał, który jest pochodną diamentów i innych złożonych substancji, świat całkowicie się zmienił. Zapanowała diamentowa gorączka. Substancja ta stała się podstawą do budowy megapotężnych procesorów o mikroskopijnych rozmiarach. Nośniki danych z niej zrobione, przypominające holograficzne kryształy, mogły pomieścić niemal nieskończoną ilość danych. Substancję wykorzystywano także do tworzenia nowych, niezwykle lekkich i niemal niezniszczalnych materiałów. 
Cały świat stał się inny, oszalał na jej punkcie i uzależnił. Władzę nad światem przejęły potężne korporacje, które zajmowały się wydobyciem cennego minerału i jego przetwarzaniem. Ja i Ona byliśmy właścicielami jednej z nich. Jak na obowiązujące standardy, nie była duża, ale liczyła się na globalnym rynku. Przylecieliśmy by podpisać jakąś umowę z konkurencyjną firmą. Zbliżaliśmy się do pasa. Samolot wylądował bardzo gładko, nawet nie poczuliśmy, gdy zetknął się z płytą lotniska. W chwili, gdy się zatrzymał, już czekał na Nas elegancki czarny sedan. 
Schodząc po schodkach, zatrzymała się na moment. Zamknęła oczy i skierowała twarz w stronę słońca, a wiatr figlarnie poruszył Jej kosmyk włosów. Odwróciła się i uśmiechnęła  do mnie promiennie. Złapała mnie pod rękę i wolno ruszyliśmy w stronę auta. Przemierzaliśmy niemal zupełnie wyludnione ulice miasta. Kierowaliśmy się w stronę olbrzymiej budowli, która górowała nad miastem. 
Onieśmielająca konstrukcja ze szkła i stali, stała się główną arterią miasta, a właściwie wchłonęła je w swoje przepastne wnętrze. Biuro rady nadzorczej znajdowało się na najwyższym piętrze. Dotarliśmy na nie bardzo szybką windą, a jedynym dyskomfortem było uczucie zalgnięcia uszu. Zaprowadzono Nas do sali konferencyjnej, gdzie już zasiadały bezwzględne rekiny biznesu. 
Ich garnitury lekko pobłyskiwały. Pokryte były diamentowym nanowłóknem. Banda paranoików, wśród których rotacja była zatrważająco duża. Każdy każdemu gotów był wbić nóż w plecy, bez żadnych skrupułów czy wyrzutów sumienia. Właśnie dlatego mieliśmy nad nimi przewagę. Mieliśmy coś, czego im brakowało. Zaufanie. Ufałem Jej, a Ona mi. Zasiedliśmy przy stole pewni siebie...