Byłem w okolicy starego rynku. Z ciekawości wszedłem do
nieco zapuszczonego budynku, który zapewne kiedyś był dobrze prosperującą
restauracją. Stoliki i krzesła porozstawiane w nieładzie zdążył pokryć kurz.
Wszedłem w głąb restauracji i podążałem plątaniną sal i pomieszczeń, aż
wyszedłem na dziedziniec. Tam stoliki były bardziej zadbane. Dziedziniec był
ogromny, wybrukowany małymi kostkami z szarego kamienia. Zajmował całą
powierzchnię pagórka, którego podnóże opływała wolno płynąca rzeka. Po chwili
podeszła starsza kobieta, bogato i elegancko odziana, o
arystokratycznych
manierach. Oprowadziła mnie. Mówiła, że kiedyś tu była wspaniała winnica. Teraz
pozostało kilka krzewów winnych i pamiątkowa tablica. Wszędzie były trochę zaniedbane
kwietniki i niedziałające już fontanny. Największe wrażenie jednak robiła
ogromna kamienna wieża. Zmierzaliśmy właśnie w jej kierunku, kiedy dołączył do
nas znajomy arystokratki. Bardzo mi przypominał Lesliego Nilsena. Weszliśmy do
środka. Kamienna wieża była pusta w środku. Kręte, spiralne kamienne schody pięły
się do góry wzdłuż ścian. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki, w końcu
doszliśmy do stropu, a właściwie do pierwszego piętra wieży. Nie dziwiło mnie
wtedy, że otaczało nas jezioro. Olbrzymia tafla wody
sięgająca niemal po horyzont,
przez co bardziej przypominała morze. Woda była całkowicie nieruchoma i gładka
niczym tafla szkła. Odbijało się w niej przyjemne pomarańczowe światło, jak
przy zachodzie słońca. W oddali można było dostrzec sylwetki olbrzymich dźwigów
portowych i kontenerów poustawianych w stosy, przez co upodabniały się do
piramid. Kobieta odebrała telefon. Usłyszałem krzyki kucharza, coś że się nie
wyrabia i chce zrezygnować. Staruszka pojednawczym tonem próbowała go uspokajać
i Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samolot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samolot. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 listopada 2016
Duchy Kamiennej Wieży
piątek, 20 czerwca 2014
Zaskakujące wyznanie…
Na trawiastym pasie startowym stał samolot. Był to czerwony dwupłatowiec z wielkim śmigłem z przodu. Podszedłem do niego i zająłem jedyne wolne miejsce z tyłu. Z przodu siedziała już moja przyjaciółka P. ubrana na zielono z czerwonymi elementami. Ktoś krzyknął kontakt i mocno zakręcił śmigłem. Uruchomiłem silnik, który zaczął bardzo głośno terkotać w charakterystyczny sposób. Powoli ruszyliśmy i miarowo nabieraliśmy prędkości. W
pewnym momencie oderwaliśmy się od ziemi i poszybowaliśmy wysoko w kierunku nieba, Długie czerwone włosy P. powiewały od pędu powietrza i smagały moją twarz. Coś krzyczała uśmiechając się, ale silnik i wiatr wszystko skutecznie zagłuszały. Pod nami przemykały pola, lasy, rzeki i jeziora. Gdy słońce zaczęło zbliżać się do horyzontu, a niebo przybrało pomarańczowo- różowawe odcienie, wylądowaliśmy. Poszliśmy na spacer i doszliśmy do centrum miasta. Zbliżyliśmy się do przejścia dla pieszych przez tory tramwajowe i ulicę. P. jak to ma w zwyczaju, ani myślała o zatrzymaniu się, pomimo czerwonego światła dla pieszych. Złapałem ją za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Tuż przed P. z dużą prędkością śmignął tramwaj. Zarówno ja jak i P. byliśmy przerażeni. Przytuliła się do mnie mocno i rozdygotanym głosem wycedziła cicho „dziękuję…”, a po chwili odsunęła się odrobinę. Spojrzała mi w oczy i tym razem pewniej i spokojniej powiedziała: „Kocham Cię” po czym namiętnie mnie pocałowała… Obudziłem się zaskoczony tym wyznaniem…
pewnym momencie oderwaliśmy się od ziemi i poszybowaliśmy wysoko w kierunku nieba, Długie czerwone włosy P. powiewały od pędu powietrza i smagały moją twarz. Coś krzyczała uśmiechając się, ale silnik i wiatr wszystko skutecznie zagłuszały. Pod nami przemykały pola, lasy, rzeki i jeziora. Gdy słońce zaczęło zbliżać się do horyzontu, a niebo przybrało pomarańczowo- różowawe odcienie, wylądowaliśmy. Poszliśmy na spacer i doszliśmy do centrum miasta. Zbliżyliśmy się do przejścia dla pieszych przez tory tramwajowe i ulicę. P. jak to ma w zwyczaju, ani myślała o zatrzymaniu się, pomimo czerwonego światła dla pieszych. Złapałem ją za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Tuż przed P. z dużą prędkością śmignął tramwaj. Zarówno ja jak i P. byliśmy przerażeni. Przytuliła się do mnie mocno i rozdygotanym głosem wycedziła cicho „dziękuję…”, a po chwili odsunęła się odrobinę. Spojrzała mi w oczy i tym razem pewniej i spokojniej powiedziała: „Kocham Cię” po czym namiętnie mnie pocałowała… Obudziłem się zaskoczony tym wyznaniem…
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Piękna zatoka i niesamowity tablet
Niespiesznie podszedłem w kierunku okna. Było pozbawione
szyb i przypominało raczej otwór w kamiennej ścianie o łukowym sklepieniu.
Oparłem się o kamienny parapet zbudowany z grubo ciosanych ciemnych kamieni,
idealnie spasowanych i połączonych znikomą ilością zaprawy murarskiej. Przede
mną rozpostarł się przepiękny widok na zielone wzgórza, stromo opadające do
zatoki i upstrzone setkami kamiennych domostw o ciemnografitowym zabarwieniu.
Postanowiłem się
przejść. Spacerując natknąłem się na przyjaciela z
podstawówki. Oświadczył, że jutro się do mnie wprowadza. Pomyślałem, dlaczego
nie i poszedłem zrobić zakupy. Obciążony reklamówkami postanowiłem podjechać
jeden przystanek tramwajem, jak to zwykłem robić w takiej sytuacji.
Nieoczekiwanie tramwaj zmienił trasę i zatrzymał się na jakimś poligonie. Tuż
nade mną,
nisko przelatywały samoloty. Były to zarówno myśliwce, ogromne
samoloty transportowe, ale też pasażerskie Boeingi. Domyśliłem się, że muszą
się odbywać jakieś manewry, bo w oddali dostrzegałem czołgi i ciężkie
transportery opancerzone. Postanowiłem ich unikać i przeszedłem pieszo przez
park. Niespodziewanie doszedłem do dworca kolejowego. Zrobiłem to w samą porę,
bo z pociągu wysiadła moja siostra wraz z mężem.
Postanowili mnie odwiedzić i chcieli bym ich
oprowadził po mieście. Postanowiliśmy iść na tramwaj. Najbliższy przystanek był
przy szkole sportowej. Trafiliśmy akurat na jakiś festyn w klimacie Gwiezdnych
Wojen. Odbywały się tam również liczne rywalizacje sportowe. Szwagier
postanowił się sprawdzić w podciąganie się po linie na czas. Szło mu całkiem
dobrze. Nagle został zapowiedziany nasz
tramwaj przez megafon, lecz niestety na niego nie zdążyliśmy z powodu licznych
stoisk stojących nam na drodze. Zaproponowałem skrót. Weszliśmy na wzgórze i
następnie zeszliśmy w kierunku oczka wodnego. Trasa tramwaju robiła tam pętlę i
udało nam się go
dogonić. Dojechaliśmy do jakiejś szkoły lub internatu. Okazało
się, że teraz tam mieszkam i postanowiłem się natychmiast wyprowadzić. Nagle
zjechała się cała rodzina łącznie z ciotkami, których nie znam, a każdy miał
jakieś złote rady co brać, a czego nie pakować. Podczas
pakowania potłukłem kilka talerzy. Znalazłem też tablet, o
którym nie miałem pojęcia, że go
posiadam. Miał ciekawe możliwości. Jedną z funkcji było coś w
rodzaju symulatora lotu drona. Wyglądało to jak wirtualna kamera, dzięki której
można było się rozejrzeć po okolicy. Zafascynowała mnie także
funkcja chodzenia
po wodzie. Jak się przytrzymało odpowiedni przycisk, to mogłem kroczyć po tafli
jeziora, ale jak przystawałem, to zapadałem się powoli w wodę niczym w jakiś
kisiel.
Chodziłem więc zafascynowany tym urządzeniem.
czwartek, 21 marca 2013
Steampunkowa biosfera
Znajdowałem się w ogromnej, kulistej biosferze. Była bardzo
stara i w niektórych miejscach brakowało szklanych paneli. Te które pozostały,
były brudne lub popękane. Żeliwna konstrukcja zaczęła już rdzewieć, ale można
było na niej dostrzec misterne, wiktoriańskie zdobienia. Panował gorący i bardzo
wilgotny mikroklimat. Monumentalna konstrukcja wypełniona była tropikalną
roślinnością.
Przedzierając się przez gęstwiny i torując sobie drogę maczetą,
dotarłem na wzgórze. Dopiero z niego doceniłem prawdziwy ogrom tej budowli.
Mogła mieć z kilkanaście kilometrów średnicy. W dolinie krzątała się lokalna
społeczność. Mieszkali w industrialnych budynkach z czerwonej cegły,
oplecionych lianami i wtapiającymi się w tropikalną gęstwinę.
Mężczyźni
przenosili wytopione tafle szkła i za pomocą skomplikowanych systemów dźwigów,
bloczków, balonów i zrobotyzowanych wagoników, transportowali je na sam szczyt konstrukcji,
dokonując niezbędnych napraw. Zszedłem ze wzniesienia i napotkałem grupkę
młodych dziewczyn. Miałem wrażenie, że je znam, ale nie mogłem sobie
przypomnieć kim dokładnie były.
Zbliżał się śmigłowy dwupłatowiec. Kilkadziesiąt metrów
od bloku wykonał szaleńczy manewr. Ciasno wzniósł się w górę wykonując „beczkę”
i po chwili leciał już w drugim kierunku. Dopiero teraz spostrzegłem, że
rozgrywa się ogromna w swojej skali bitwa. Setki samolotów starych i bardziej
współczesnych walczyło ze sobą w
powietrzu, a na wielkim zbiorniku wodnym, odbywała się podobna bitwa morska.
Żaglowce,
galery i fregaty strzelały do sobie nawzajem z armat, karabinów maszynowych,
dział i wyrzutni rakiet. Motorówki i katamarany manewrowały między wolniejszymi
jednostkami. Na samym środku płynął ogromny wycieczkowiec, który próbował
opuścić strefę walk. Kilka sterowców zrzucało bomby głębinowe, których wybuchy
wyzwalały wysokie fontanny wody.
Próbując opuścić budynek, przemierzyłem klatkę
schodową i wyszedłem w zadbanym parku miejskim. Panowała cisza i spokój. Wzdłuż
chodnika biegły wąskie tory. Stały na nich zabytkowe tramwaje pomalowane na
biało-czerwono. Zaglądając do wnętrza, zobaczyłem, że urządzono w nich
kawiarnie. Pomiędzy małymi, okrągłymi stołami krążyli elegancko ubrani
kelnerzy.
Idąc dalej po parku doszedłem do dużego basenu chyba o wymiarach
olimpijskich. Odbywały się na nim dziwne zawody. Na dwóch końcach basenu
znajdowały się przeciwne drużyny liczące po kilkaset ludzi. Ich członkowie
odróżniali się kolorami czepków. Na wystrzał sędziego, wszyscy wskakiwali do
wody. Wygrywała drużyna, której wszyscy członkowie dopłyną jako pierwsi na
przeciwległy skraj basenu.
Spotkanie na środku basenu było dodatkową atrakcją,
wzmagającą aplauz kibiców. Po zawodach dotarłem do chaty pokrytej strzechą.
Znajdowało się w nim muzeum tortur. Obejrzałem dziesiątki urządzeń i rekwizytów
wykorzystywanych w bardzo kreatywny sposób do zadawania cierpienia. Na tyłach
spotkałem przyjaciela ubranego w strój ludowy, który
przygotowywał właśnie
bardzo nietypowe obrazy. Był to jaskrawy penaptyk, składający się z części o
wymiarach, mniej więcej pół metra na sześć-siedem metrów.
piątek, 9 listopada 2012
Kryształowy samolot
Schodziłem ze wzgórza, przyjemnie ogrzewany promieniami
słońca. Przysiadłem na zboczu pokrytym miękką trawą i obserwowałem samoloty
lądujące na lotnisku. Po jakimś czasie dostrzegłem samolot jakiego nigdy
wcześniej nie widziałem. W miejscu tylnych małych skrzydeł miał skrzydła takie
jak z przodu. Długie i szerokie. Był wielkości Jumbo Jeta i półprzezroczysty,
jakby był zbudowany z kryształu. Tylna para skrzydeł ciągle się odkształcała i
falowała, jakby to one były napędem tej maszyny. Podchodził do lądowania bardzo
wolno, znacznie wolniej niż inne samoloty, zwłaszcza tej wielkości. W końcu
łagodnie osiadł na pasie startowym.
Wracając do miasta odniosłem wrażenie, że
jeszcze w nim nie byłem. Zapadła noc. Wspinałem się wzdłuż stromej ulicy i
doszedłem do kamienicy, gdzie miała mieszkać moja znajoma z Irlandii. Nie
wiedząc które to mieszkanie postanowiłem popytać sąsiadów. Wszedłem na ostatnie
piętro i nacisnąłem przycisk dzwonka. Drzwi otworzył mi mężczyzna po
pięćdziesiątce w poplamionym podkoszulku, a za nim stała jego żona w szlafroku.
Wpuścili mnie i zapytałem o moją przyjaciółkę podając jej imię i pokazując
zdjęcie.
Kobieta odpowiedziała piskliwym głosem, popalając papierosa, że owszem
mieszkała piętro niżej, ale się wyprowadziła. Zapukałem więc do odpowiednich
drzwi. Otworzyła mi kobieta z wałkami na głowie, która powiedziała mi, że nic
nie wie. Wyszedłem wiec zrezygnowany. Zaczepił mnie łysy, podchmielony
dresiarz, który chciał się bić, lecz udało mi się uciec.
środa, 19 września 2012
Tabula Rasa... ?
Spojrzałem przez okno na rozgwieżdżone nocne niebo. Mrok
rozświetlił samolot. Nie miał lewego skrzydła, a z miejsca w którym powinno się
znajdować, buchały potężne płomienie. Samolot wpadł w korkociąg i spadał
kierując się w stronę lotniska. Zniknął za wysokim wieżowcem i po chwili
zobaczyłem błysk i słup szaro-czarnego
dymu. Spojrzałem na telefon. Ktoś próbował się do niego włamać. Oprogramowanie
próbowało do tego nie dopuścić, ale nie radziło sobie za dobrze. Zostawiłem
więc telefon i udałem się do innego pokoju. Usiadłem na wygodnym fotelu.
Dopiero po chwili zauważyłem, że na kanapie naprzeciwko mnie leniwie wyleguje
się ogromna jaszczurka. Przypominała trochę Agamę Brodatą o jaskrawo pomarańczowo-zielonej barwie. Wielkością
przewyższała jednak nawet Warana z Komodo. Uniosła nieco głowę i w niby uśmiechu
pokazała wachlarz cienkich i ostrych zębów przypominających igły. Były czyste i
śnieżnobiałe. Nie chcąc prowokować gada
do ich użycia, wyszedłem do kuchni. Był dzień. Spojrzałem przez okno. Na
zewnątrz stał czołg pomalowany w barwy maskujące.
Po jego prawej stronie
znajdował się wojskowy Hammer, a po lewej
ustawiono kuchnię polową. Unosił się z niej biały dym. Wszędzie krzątali
się żołnierze. Usłyszałem pukanie do drzwi. Otworzyłem i zobaczyłem Ją.
Poprosiła mnie o czystą kartkę papieru. Zacząłem poszukiwania, ale nie mogłem
żadnej znaleźć. Wszystkie były zadrukowane lub zapisane. Sprawdziłem w
drukarce, ale kaseta na papier była pusta. Zajrzałem do biurka.
Zacząłem
przeglądać stare zeszyty, ale i one były zapisane, przeważnie nutami.
Dostrzegłem w końcu kopertę, której nie zdążyłem wcześniej otworzyć, a leżała
chyba od dawna. Rozdarłem krawędź cienkim sztyletem, a w środku znajdowała się
poszukiwana czysta kartka białego papieru…
sobota, 7 stycznia 2012
Samolot
Szedłem ulicą pod górę. Dawno nie szedłem tą drogą. Sporo
się zmieniło. Dostrzegłem nową kamienicę. Właściwie była połączeniem kamienicy
i zamku. Zbudowana była z dużych cegieł z jasnego piaskowca. Po lewej stronie
była wieża. Szedłem dalej. W miejscu, gdzie stał kiedyś sklep rodem z PRL-u,
tak zwany supersam o nazwie „Tęcza”, teraz budowano stadion. Szkielet
konstrukcji wraz z trybunami już był gotowy. Wysokie dźwigi ustawiały kolumny z
silnymi reflektorami.
Tuż obok rozbierano garaże i wylewano fundamenty pod nowy
hipermarket i wielopoziomowy parking. Po drugiej stronie ulicy ciągnął się rząd
szarych kamienic. Parterowe piętra połączono w jeden ciąg i urządzono tam sklep
typu „As”. Ustawiona była do niego gigantyczna kolejka. Stanąłem na końcu.
Kobieta stojąca przede mną, odezwała się do mnie i zaproponowała, byśmy
przeszli pod balustradą, bo nigdy nie dotrzemy do środka. Tak też zrobiliśmy.
Wziąłem koszyk i ruszyłem między pułki. Doszedłem do lodówek. Były w nich
przeróżne wędliny. Moją uwagę zwróciła niebieska kiełbasa, która miała kształt
Smerfa. Inną ciekawostką był ser w kształcie zęba lub sporej wielkości plastry
szynek, powycinane tak, że przypominały okrągłe, ażurowe serwetki. Nic nie
kupiłem, ale znalazłem się w innym mieście. Nie mogłem się z Nią skontaktować i
postanowiłem Ją odszukać.
Odwiedziłem wiele pubów i klubów, ale nigdzie nikt
Jej nie widział. W jednym z klubów miał być wyświetlany jakiś film. Udałem się
do niego. Wszedłem po klatce schodowej, a potem
labiryntem korytarzy do długiej sali. Po jednej stronie był bar, a po
drugiej jakiś starszy mężczyzna miał swoje stoisko. Sprzedawał karmę i
smakołyki dla psów. Kupiłem trochę
ciasteczek z owadów w karmelu. Poszedłem na sam koniec. Za szerokimi drzwiami
była sala o szarym i niemal sterylnym wystroju. Ustawiono tam kilka rzędów
krzeseł, a ktoś właśnie instalował projektor pod sufitem.
Po chwili włączono film. Jeżeli dobrze udało
mi się go rozpoznać, to był „Cradle of Fear” z Danim Filthem w roli głównej.
Wyszedłem, a przed budynkiem, młoda ciemnowłosa dziewczyna sprzedawała
paszteciki o różnych smakach. Gdy się o nie spytałem, stwierdziła, że ona tylko
zastępuje kolegę, a plakietki z opisami jej się pomieszały. Wybrałem więc
losowo i trafiłem na pasztecik z nadzieniem o smaku łososiowym. Udałem się do
koleżanki z czasów licealnych, która miała mi udostępnić mieszkanie na kilka
dni, bo wyjeżdżała. Zaczęła wymyślać tysiące zakazów. Nie wchodź tam, nie
otwieraj tej szafki, nie włączaj telewizora itd.
Wyszedłem i po chwili byłem na
długiej polance w środku lasu. Słońce wschodziło, a wierzchołki traw muskała
delikatna mgła. Panującą ciszę zmącił nieoczekiwany hałas. Brzmiał jak silniki
samolotu tracące moc. Po chwili pojawił się sam samolot. Miał problemy, szybko
obniżał lot. Zmierzał szybko w kierunku drzew. Miałem ze sobą dziwne
urządzenie. Skierowałem je w kierunku samolotu i uruchomiłem. Wydostała się z
niego wiązka energii i pomknęła w kierunku maszyny latającej.
Jej silniki jakby
odżyły i zwiększyły obroty. Przemknął tuż nad wierzchołkami drzew, ocierając
się tylko o jedno z najwyższych. Zniknął za wzgórzem i straciłem go z oczu. Po
chwili znów go zobaczyłem, wznosił się w górę, zawrócił i skierował w kierunku
polany, na której przebywałem. Wysunął podwozie, ale miałem wrażenie, że
porusza się za szybko. Zbliżał się do ziemi. Zarył w nią głęboko kołami. Pozostawił wielkie koleiny i obłok gleby z trawą.
Podwozie nie wytrzymało
takiego obciążenia i się oderwało. Samolot zarył dziobem, przechylił się na
prawo i przez kilkadziesiąt metrów ślizgał się po polanie bokiem. W końcu się
zatrzymał. Z silników wydostawała się strużka
czarnego dymu. Samolot nie był wielki. Przypominał jakąś mniejszą wersję
Boeinga. Pobiegłem w jego kierunku. Włazy zostały odstrzelone przez ładunki wybuchowe,
a z wyjścia wysunęła się nadmuchiwana
rynna. Wszedłem po niej do wnętrza samolotu. Pasażerowie wyglądali na całych,
ale byli w szoku. Nie wiedzieli co robić. Poinstruowałem ich by kierowali się
do wyjścia i pomagałem wstać z foteli.
Jakaś starsza kobieta cały czas kurczowo
zaciskała kościste dłonie na podłokietnikach, tak, że palce jej zbielały. Oczy
miała zamknięte i cała była roztrzęsiona. Odpiąłem jej pas i wyniosłem na
zewnątrz…
środa, 2 listopada 2011
Diamenty
Lecieliśmy prywatnym odrzutowcem ponaddźwiękowym. Za oknem
rozpościerał się widok na bezkresne morze śnieżnobiałych obłoków, które
przypominały leniwie dryfujące, lodowe góry. Obniżyliśmy lot i zanurzyliśmy się
w chmurze niczym w mleku. Po chwili byliśmy już pod nią i mogliśmy podziwiać
cel naszej podróży.
Zobaczyliśmy Edynburg. Wyglądał jak większość
współczesnych miast. Był podniszczony i
zaniedbany. W miejscu gdzie kiedyś był park Holyrood i góra, z której według
legend spoglądał kiedyś sam Król Artur, wyrósł gigantyczny superwieżowiec. Miał
niemal dwa kilometry wysokości, szklana fasada odbijała słoneczne światło.
Większość mieszkańców przeniosła się do niego.
Był całkowicie samowystarczalny.
Ludzie tam pracowali, spali, mieszkali i odpoczywali. Powstał w miejscu szybu kopalnianego. Najpierw odnaleziono złoże węgla, a potem diamentów. Po tym jak
odkryto nowy supermateriał, który jest pochodną diamentów i innych złożonych
substancji, świat całkowicie się zmienił. Zapanowała diamentowa gorączka.
Substancja ta stała się podstawą do budowy megapotężnych procesorów o
mikroskopijnych rozmiarach. Nośniki danych z niej zrobione, przypominające
holograficzne kryształy, mogły pomieścić niemal nieskończoną ilość danych.
Substancję wykorzystywano także do tworzenia nowych, niezwykle lekkich i niemal
niezniszczalnych materiałów.
Cały świat stał się inny, oszalał na jej punkcie i
uzależnił. Władzę nad światem przejęły potężne korporacje, które zajmowały się
wydobyciem cennego minerału i jego przetwarzaniem. Ja i Ona byliśmy
właścicielami jednej z nich. Jak na obowiązujące standardy, nie była duża, ale
liczyła się na globalnym rynku. Przylecieliśmy by podpisać jakąś umowę z
konkurencyjną firmą. Zbliżaliśmy się do pasa. Samolot wylądował bardzo gładko,
nawet nie poczuliśmy, gdy zetknął się z płytą lotniska. W chwili, gdy się
zatrzymał, już czekał na Nas elegancki czarny sedan.
Schodząc po schodkach,
zatrzymała się na moment. Zamknęła oczy i skierowała twarz w stronę słońca, a wiatr
figlarnie poruszył Jej kosmyk włosów. Odwróciła się i uśmiechnęła do mnie promiennie. Złapała mnie pod rękę i
wolno ruszyliśmy w stronę auta. Przemierzaliśmy niemal zupełnie wyludnione
ulice miasta. Kierowaliśmy się w stronę olbrzymiej budowli, która górowała nad
miastem.
Onieśmielająca konstrukcja ze szkła i stali, stała się główną arterią
miasta, a właściwie wchłonęła je w swoje przepastne wnętrze. Biuro rady
nadzorczej znajdowało się na najwyższym piętrze. Dotarliśmy na nie bardzo
szybką windą, a jedynym dyskomfortem było uczucie zalgnięcia uszu. Zaprowadzono
Nas do sali konferencyjnej, gdzie już zasiadały bezwzględne rekiny biznesu.
Ich
garnitury lekko pobłyskiwały. Pokryte były diamentowym nanowłóknem. Banda
paranoików, wśród których rotacja była zatrważająco duża. Każdy każdemu gotów
był wbić nóż w plecy, bez żadnych skrupułów czy wyrzutów sumienia. Właśnie
dlatego mieliśmy nad nimi przewagę. Mieliśmy coś, czego im brakowało. Zaufanie.
Ufałem Jej, a Ona mi. Zasiedliśmy przy stole pewni siebie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)















































