Zmierzałem wraz z kuzynem wzdłuż płotu okalającego lotnisko.
Kilkaset metrów przed nami znajdował się terminal. Nie spieszyliśmy się
specjalnie. Minęliśmy półokrągły blaszany hangar. Wysoko na niebie dostrzegłem jaskrawo
pomarańczowy punkcik. W miarę jak się zbliżał, dostrzegłem w nim zarys śmigłowca.
Wciąż obniżając swój lot, zrobił rundkę wokół terminala pasażerskiego.
Wtedy
dostrzegłem, że był dość osobliwy. Pomimo iż był duży, był jednocześnie niesamowicie
płaski i wyginał się falująco jak pływająca ryba. Troszkę jak płaszczka. Nagle
na wysokości kilkunastu metrów jakby stracił sterowność. Przechylił się na bok
i spadł na ziemię jak kamień. Towarzyszył temu przeraźliwy dźwięk gnącego się
metalu i eksplozja. Kontenerowa
przybudówka, nieopodal terminala, wzbiła się w
powietrze na skutek fali uderzeniowej. Przeleciała kilkadziesiąt metrów, po
czym pozgniatane i powyginane elementy spadły na wagony cysterny, stojące
nieopodal na bocznicy kolejowej. Zaczęły się wykolejać, wybuchać i
zapoczątkowały reakcję łańcuchową kolejnych eksplozji. Kilka płonących wagonów
wylądowało w hangarze. Jeden rozpędzony
przejechał nieopodal nas na tyle blisko,
że aż można było poczuć żar. Biegliśmy szybko w kierunku bezpiecznego gmachu
terminala pasażerskiego. Inni ludzie również zmierzali w tym kierunku w
wszechogarniającej panice…Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lotnisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lotnisko. Pokaż wszystkie posty
sobota, 1 marca 2014
piątek, 9 listopada 2012
Kryształowy samolot
Schodziłem ze wzgórza, przyjemnie ogrzewany promieniami
słońca. Przysiadłem na zboczu pokrytym miękką trawą i obserwowałem samoloty
lądujące na lotnisku. Po jakimś czasie dostrzegłem samolot jakiego nigdy
wcześniej nie widziałem. W miejscu tylnych małych skrzydeł miał skrzydła takie
jak z przodu. Długie i szerokie. Był wielkości Jumbo Jeta i półprzezroczysty,
jakby był zbudowany z kryształu. Tylna para skrzydeł ciągle się odkształcała i
falowała, jakby to one były napędem tej maszyny. Podchodził do lądowania bardzo
wolno, znacznie wolniej niż inne samoloty, zwłaszcza tej wielkości. W końcu
łagodnie osiadł na pasie startowym.
Wracając do miasta odniosłem wrażenie, że
jeszcze w nim nie byłem. Zapadła noc. Wspinałem się wzdłuż stromej ulicy i
doszedłem do kamienicy, gdzie miała mieszkać moja znajoma z Irlandii. Nie
wiedząc które to mieszkanie postanowiłem popytać sąsiadów. Wszedłem na ostatnie
piętro i nacisnąłem przycisk dzwonka. Drzwi otworzył mi mężczyzna po
pięćdziesiątce w poplamionym podkoszulku, a za nim stała jego żona w szlafroku.
Wpuścili mnie i zapytałem o moją przyjaciółkę podając jej imię i pokazując
zdjęcie.
Kobieta odpowiedziała piskliwym głosem, popalając papierosa, że owszem
mieszkała piętro niżej, ale się wyprowadziła. Zapukałem więc do odpowiednich
drzwi. Otworzyła mi kobieta z wałkami na głowie, która powiedziała mi, że nic
nie wie. Wyszedłem wiec zrezygnowany. Zaczepił mnie łysy, podchmielony
dresiarz, który chciał się bić, lecz udało mi się uciec.
poniedziałek, 7 listopada 2011
Otchłań
Unosiłem się w morskiej otchłani. Kilka metrów pode mną
znajdował się aparat tlenowy, z którego niemrawo ulatniały się bąbelki powietrza.
Nie potrzebowałem go. Otoczony wodą czułem się dziwnie spokojny i nieważki.
Nagle znalazłem się na jakimś starym opuszczonym lotnisku. Z zabudowań zostały
tylko ruiny. Czas i zmienne pory roku rozsadziły betonowe konstrukcje, a tym co
z nich zostało, zajęły się rośliny. Bezkresne morze traw, falujące na wietrze,
pokryło pas startowy.
Między źdźbłami dostrzegłem setki, wysoko skaczących, małych zielonych żab. Polowały na nie ogromne
czarne ropuchy, całe pokryte brodawkami i ociekające śluzem. Idąc przed siebie,
dotarłem do bardzo starej willi, w której mieszkałem. Był tam kolega, który
miał jakieś absurdalne pretensje. Spokojnie mu wszystko wytłumaczyłem. Zaczął
mnie przesadnie przepraszać. Do pokoju weszła półnaga, młoda, łysa kobieta.
Była szczupła i wysoka, choć jej postawa była nieco przygarbiona.
Piersi miała
małe i spiczaste, a całe ciało pokryte misternymi tatuażami. Ubrana była
jedynie w ciemną, przewiewną spódnicę. Twarz miała poważną i nie zdradzającą
żadnych emocji. Była jakąś kapłanką i nigdy się nie odzywała. Gestem wskazała
koledze drogę i zaprowadziła go do drzwi. Tuż przy wejściu do pokoju wisiały
dwa duże, ponad dwumetrowe obrazy. Na tym po prawej od drzwi była czarnobiała
postać Nosferatu. Co dziwne, miała małą kępkę kręconych włosów na czubku głowy.
Po lewej stronie znajdował się obraz przedstawiający dziecko-cyklopa. Oko
umiejscowione po środku czoła było szeroko otwarte z przerażenia. Na zamrożonej
scenie można było dostrzec, że chłopiec cofając się potrącił mały stolik.
Była
na nim czaszka, stara księga i kieliszek czerwonego wina, który się zachybotał.
Z lewej strony obrazu, z ciemności wyłaniało się wielkie, przekrwione oko. Obraz trochę poczerniał ze starości, a kolory
nieco wypłowiały. Przeszedłem obok tych dzieł sztuki i wszedłem do pokoju.
Znalazłem tam 7 kolejnych obrazów. Bez wątpienia były to Jej obrazy. Razem
tworzyły serię. Wszystkie namalowane były w bladoniebieskich odcieniach w dość
surrealistyczny sposób. Na większości z nich pojawiały się różne kobiece
postacie, ale ostatni się wyróżniał.
Przedstawiał starą kamienicę i równie
stare auto, z białą oponą zapasową z boku. Namalowany był niezwykle starannie,
z dbałością o wszystkie szczegóły...
Subskrybuj:
Posty (Atom)











