Właśnie miał się zacząć remont mojego mieszkania, więc postanowiłem wynająć na ten czas inne mieszkanie. Znajomi znajomych chcieli udostępnić mieszkanie w banalnie niskiej cenie, więc postanowiłem skorzystać z okazji i je odwiedzić. Udałem się tam i okazało się, że budynek jest wmurowany w wzgórze. Z poziomu ulicy musiałem dojść do klatki schodowej i zejść ze 4 piętra w dół. Pamiętam, że było to mieszkanie numer 9, ale zdziwiło mnie, że numeracja była malejąca, najpierw było mieszkanie numer 10 po lewej stronie, odwrotnie niż jest zazwyczaj. Otworzył mi bardzo
niski mężczyzna, niechlujnie obstrzyżony na jeża, w okularach przypominających denka od butelek. Praktycznie przekazał mi klucze, powiedział bym się rozejrzał i wyszedł. Przechodząc przez przedpokój, zobaczyłem po prawej sypialnię, mignęła mi meblościanka z jasno-wyblakłego, lakierowanego drewna, nasuwająca na myśl czasy PRL-u. Poszedłem dalej i ukazał mi się okazały i nowocześnie umeblowany, jasny salon. Widok przez wielkie okno w pierwszej chwili mnie zachwycił. Zbocze wzgórza pokryte było kwiatami i
poletkami marchwi, oraz innych warzyw. Po chwili jednak zwróciłem uwagę na obszar otoczony płotem, na planie kwadratu, kilkanaście na kilkanaście metrów. Był to mały cmentarzyk z nagrobkami. Mogiły były udekorowane kwiatami i świeczkami. Na cmentarzu stało kilku Afrykanów, ubranych w długie, kolorowe i
bogato zdobione szaty. Głowy zdobiły dziwne czapki, a w rękach trzymali świece. Wyszedłem z salonu i udałem się do kuchni. W jej centralnej części zwisały liny, na suficie był stelaż jak od dzwonów na dzwonnicy, tylko brakowało dzwonów. Na koniec zwiedzania zostawiłem sobie sypialnię.
Dopiero teraz dostrzegłem niezwykłe łoże z baldachimem. Zbliżając się do niego, pojawiły się nad nim napisy niczym w jakiejś grze komputerowej, gdy napotyka się magiczny przedmiot. Dotknąłem go i niemal w tej samej chwili w mieszkaniu pojawiła się kobieta. Nie pamiętam jak wyglądała, ale była
filigranowa, miała piękne oczy i była całkowicie naga. Po chwili zorientowałem się, że sam jestem nagi, a nasza wzajemna nagość wcale mnie nie onieśmielała. Staliśmy oniemiali z otwartymi ustami i patrzyliśmy sobie prosto w oczy... i wtedy zadzwonił budzik...
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wzgórze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wzgórze. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 27 kwietnia 2020
środa, 12 lutego 2014
Kryształowy smok
Brałem udział w jakiejś grze terenowej. Miałem wrażenie, że
w tej grze rywalizacja miała drugorzędne znaczenie, a dużo ważniejsza była
współpraca i integracja . Wraz z grupą znajomych oraz kilku nieznajomych,
biegliśmy po pięknych, dzikich i niedostępnych terenach. Przypominały trochę podmokłe wzgórza i doliny,
które przemierzałem kiedyś w Irlandii.
Stoki pokryte wrzosami i ziołami udekorowane starymi drewnianymi płotami.
Wspólnymi siłami przeprawialiśmy się przez
strumienie i okrążaliśmy smagane
wiatrem, pofalowane tafle jezior. Napotykaliśmy na swej drodze liczne ruiny,
które ochoczo eksplorowaliśmy. W ruinach klasztoru porośniętych bujnym
bluszczem znaleźliśmy wejście do jaskini. Długi i ciemny korytarz doprowadził
nas w końcu do olbrzymiej komory w której bez trudu zmieściła by się
katedra.
Monumentalna sala pokryta była wspaniałymi i okazałymi kryształami. Emanowały
wewnętrznym, opalizującym blaskiem. Odniosłem wrażenie, że jeden z kryształów
poruszył się i ożył. Oderwał się od sklepienia i poszybował w naszym kierunku.
Łagodnie wylądował kilkanaście metrów od nas, kilkoma machnięciami skrzydeł
wytracając prędkość. Wielki i lśniący smok przyglądał się nam z
zainteresowaniem i
niepewnością. Jego ciało wydawało się na wpół przeźroczyste,
jakby krystaliczne. Było źródłem łagodnego szafirowego światła. Nagle jego
wnętrze przybrało barwę bursztynu. Blask szybko przemieścił się z klatki
piersiowej, przez szyję i opuścił imponującą paszczę płomienistą strugą. Chmura
ognia podpaliła kilka pobliskich kryształów. Zajęły się
ogniem i poczułem jakby
swąd topiącego się plastiku. Ktoś podbiegł z gaśnicą i ugasił kryształy.
Następnie skierował śnieżnobiałą chmurę w kierunku smoka. Płomień w jego
wnętrzu zgasł. Znieruchomiał w majestatycznej pozie i przemienił się w piękny
krystaliczny posąg. Usłyszałem
przytłumione brzęczenie. Nasilało się i po chwili z gardzieli
wyfrunęła wielka
mucha. Mogła mieć z dziesięć centymetrów. Zbliżała się do mnie z zamiarem
ataku. Instynktownie zacząłem bzyczeć, próbując naśladować wydawany przez nią
dźwięk. Znieruchomiała i wydawała się być zahipnotyzowana niczym wąż grą fakira
na flecie. Unosiła się niemal nieruchomo, próbując żądlić. Robiła
to jednak tak
wolno i niezdarnie, że bez problemu unikałem użądlenia. Wyjąłem strzykawkę i
wbiłem w jej odwłok. Mucha po chwili łagodnie opadła i zasnęła.poniedziałek, 27 stycznia 2014
Piękna zatoka i niesamowity tablet
Niespiesznie podszedłem w kierunku okna. Było pozbawione
szyb i przypominało raczej otwór w kamiennej ścianie o łukowym sklepieniu.
Oparłem się o kamienny parapet zbudowany z grubo ciosanych ciemnych kamieni,
idealnie spasowanych i połączonych znikomą ilością zaprawy murarskiej. Przede
mną rozpostarł się przepiękny widok na zielone wzgórza, stromo opadające do
zatoki i upstrzone setkami kamiennych domostw o ciemnografitowym zabarwieniu.
Postanowiłem się
przejść. Spacerując natknąłem się na przyjaciela z
podstawówki. Oświadczył, że jutro się do mnie wprowadza. Pomyślałem, dlaczego
nie i poszedłem zrobić zakupy. Obciążony reklamówkami postanowiłem podjechać
jeden przystanek tramwajem, jak to zwykłem robić w takiej sytuacji.
Nieoczekiwanie tramwaj zmienił trasę i zatrzymał się na jakimś poligonie. Tuż
nade mną,
nisko przelatywały samoloty. Były to zarówno myśliwce, ogromne
samoloty transportowe, ale też pasażerskie Boeingi. Domyśliłem się, że muszą
się odbywać jakieś manewry, bo w oddali dostrzegałem czołgi i ciężkie
transportery opancerzone. Postanowiłem ich unikać i przeszedłem pieszo przez
park. Niespodziewanie doszedłem do dworca kolejowego. Zrobiłem to w samą porę,
bo z pociągu wysiadła moja siostra wraz z mężem.
Postanowili mnie odwiedzić i chcieli bym ich
oprowadził po mieście. Postanowiliśmy iść na tramwaj. Najbliższy przystanek był
przy szkole sportowej. Trafiliśmy akurat na jakiś festyn w klimacie Gwiezdnych
Wojen. Odbywały się tam również liczne rywalizacje sportowe. Szwagier
postanowił się sprawdzić w podciąganie się po linie na czas. Szło mu całkiem
dobrze. Nagle został zapowiedziany nasz
tramwaj przez megafon, lecz niestety na niego nie zdążyliśmy z powodu licznych
stoisk stojących nam na drodze. Zaproponowałem skrót. Weszliśmy na wzgórze i
następnie zeszliśmy w kierunku oczka wodnego. Trasa tramwaju robiła tam pętlę i
udało nam się go
dogonić. Dojechaliśmy do jakiejś szkoły lub internatu. Okazało
się, że teraz tam mieszkam i postanowiłem się natychmiast wyprowadzić. Nagle
zjechała się cała rodzina łącznie z ciotkami, których nie znam, a każdy miał
jakieś złote rady co brać, a czego nie pakować. Podczas
pakowania potłukłem kilka talerzy. Znalazłem też tablet, o
którym nie miałem pojęcia, że go
posiadam. Miał ciekawe możliwości. Jedną z funkcji było coś w
rodzaju symulatora lotu drona. Wyglądało to jak wirtualna kamera, dzięki której
można było się rozejrzeć po okolicy. Zafascynowała mnie także
funkcja chodzenia
po wodzie. Jak się przytrzymało odpowiedni przycisk, to mogłem kroczyć po tafli
jeziora, ale jak przystawałem, to zapadałem się powoli w wodę niczym w jakiś
kisiel.
Chodziłem więc zafascynowany tym urządzeniem.
środa, 19 czerwca 2013
Ciepły wiatr
Wolno dreptałem po równym i soczystozielonym trawniku na
szczycie niewielkiego wzgórza. Wokół mnie wyrastały trzy wieżowce z wielkiej
płyty. Obserwowałem kilkanaście sokołów wędrownych, które leciały zgodnie w
szyku, choć zazwyczaj są samotnikami. Musiały natrafić na jakiś komin ciepłego
powietrza, ponieważ szybując zaczęły się wznosić po spirali do góry.
Kilkunastu
dresiarzy w oddali, przesadnie rozłożyście kroczyło tworząc zwartą watahę. Też
odkryli ten powietrzny fenomen i zaczęli skakać na dwa metry do góry,
podwiewani przez wiatr. Ich skoki przypominały wyczyny astronautów na księżycu.
W końcu i ja zbliżyłem się do obszaru na którym występowało to zjawisko.
Zacząłem delikatnie podskakiwać, a ciepłe i przyjemne powietrze oplatało me
ciało, wznosząc je delikatnie do góry i spowalniając, gdy grawitacja zaczynała
przeważać. Wykonałem kilka takich podskoków, gdy nagle zjawisko się wzmogło.
Mój kolejny skok ku memu przerażeniu wyniósł mnie na wysokość piątego piętra.
Powietrze
wydawało się teraz wirować wokół jednego z wieżowców, a ja byłem skazany na
jego łaskę. Zatoczyłem pełen okrąg wokół budynku i coraz bardziej rozpędzony
zacząłem opadać. Obniżałem wysokość po niezwykle płaskiej trajektorii. W końcu
ten niewiarygodny powiew zmusił mnie do nieuchronnego spotkania z ziemią,
poniewierając mną bez skrupułów. Ostatecznie ten manewr został nieco
zamortyzowany przez krzaki w ostatniej fazie. Otrząsnąłem się po tych
przeżyciach i odkryłem w owych zaroślach niezwykły przedmiot. Był to żółty
cylinder przykryty czerwonym stożkiem, wysokości ze trzydziestu centymetrów.
Pastelowymi odcieniami barw przypominał dziecięcą zabawkę.
Nagle ów stożek
zaczął się unosić na niebieskiej tyczce, która wyrosła z cylindra. Stożek przy
tym migał czerwonym światłem. Uniósł się na wysokość kilku metrów, a
wszystkiemu towarzyszyła melodia jak z
pozytywki. Dobrze ją znałem. Był to utwór Taikatalvi mojego ulubionego
zespołu Nightwish. Uświadomiłem sobie, że nie słuchałem żadnego ich utworu od
kilku miesięcy z wyjątkiem imprezy z muzyką fińską, na której byłem w połowie
kwietnia.
wtorek, 9 kwietnia 2013
Zasypany zamek
Przechadzając się po moim rodzinnym mieście, dotarłem do
Wzgórza D. Wiedziałem skądś, że był
tam kiedyś zamek. Wśród liści odnalazłem ukryte wejście.
Wąskim tunelem dotarłem do obszernej komnaty z łukowym sklepieniem. Zbudowana
była z czerwonej cegły. Uświadomiłem sobie, że zamek
ciągle istnieje ukryty we
wnętrzu wzgórza. Co dziwne byłem z nim jakoś powiązany. Znałem go i chyba byłem
kimś w rodzaju strażnika jego tajemnic. Przechadzałem się po komnatach i korytarzach oświetlonych pomarańczowymi płomieniami
pochodni. Zza rogu dostrzegłem zakapturzone postacie w brązowych togach.
W
dłoniach dzierżyli sztylety i z całą pewnością byłem ich celem. Chcieli posiąść
moją wiedzę. Zacząłem uciekać. Przechodziłem ukrytymi tunelami i tajnymi
przejściami...
piątek, 9 listopada 2012
Kryształowy samolot
Schodziłem ze wzgórza, przyjemnie ogrzewany promieniami
słońca. Przysiadłem na zboczu pokrytym miękką trawą i obserwowałem samoloty
lądujące na lotnisku. Po jakimś czasie dostrzegłem samolot jakiego nigdy
wcześniej nie widziałem. W miejscu tylnych małych skrzydeł miał skrzydła takie
jak z przodu. Długie i szerokie. Był wielkości Jumbo Jeta i półprzezroczysty,
jakby był zbudowany z kryształu. Tylna para skrzydeł ciągle się odkształcała i
falowała, jakby to one były napędem tej maszyny. Podchodził do lądowania bardzo
wolno, znacznie wolniej niż inne samoloty, zwłaszcza tej wielkości. W końcu
łagodnie osiadł na pasie startowym.
Wracając do miasta odniosłem wrażenie, że
jeszcze w nim nie byłem. Zapadła noc. Wspinałem się wzdłuż stromej ulicy i
doszedłem do kamienicy, gdzie miała mieszkać moja znajoma z Irlandii. Nie
wiedząc które to mieszkanie postanowiłem popytać sąsiadów. Wszedłem na ostatnie
piętro i nacisnąłem przycisk dzwonka. Drzwi otworzył mi mężczyzna po
pięćdziesiątce w poplamionym podkoszulku, a za nim stała jego żona w szlafroku.
Wpuścili mnie i zapytałem o moją przyjaciółkę podając jej imię i pokazując
zdjęcie.
Kobieta odpowiedziała piskliwym głosem, popalając papierosa, że owszem
mieszkała piętro niżej, ale się wyprowadziła. Zapukałem więc do odpowiednich
drzwi. Otworzyła mi kobieta z wałkami na głowie, która powiedziała mi, że nic
nie wie. Wyszedłem wiec zrezygnowany. Zaczepił mnie łysy, podchmielony
dresiarz, który chciał się bić, lecz udało mi się uciec.
niedziela, 4 listopada 2012
Mój ślub
Przedzierałem się przez ciemny las, co chwilę odsuwając
dłonią pojawiające się na mej drodze gałęzie. W oddali ledwo dostrzegałem
słabe, pomarańczowe światło, migoczące niczym latarnia na morzu nocnej
ciemności. Wyłaniając się zza linii drzew zobaczyłem niewielki drewniany domek
stojący w płomieniach. Nagle zerwał się bardzo silny wiatr, a właściwie
pojedynczy podmuch, który momentalnie zgasił pożar. Dom wyglądał na
nienaruszony. Odnalazłem drogę, która doprowadziła mnie do sklepu. W środku
spotkałem swoją ciotkę i kuzynkę. Stały przy czterech eliptycznych portalach, z
których emanowało delikatne pomarańczowe światło.
Ciotka uczyła moją kuzynkę
jak odczytywać symbole w nich się pojawiające. Kuzynka z wielką pieczołowitością
i powagą rozpracowywała właśnie ostatni. Oznaczał "prędkość światła".
Zaciekawiony podszedłem do niego. Zaczął się mocniej żarzyć. W chwili, gdy go
dotknąłem poczułem ciepło i przyspieszenie, a po ułamku sekundy byłem w
zupełnie innym miejscu. Leżałem w dużym łożu, przykryty jedwabną pościelą.
Odezwał się inteligentny budzik, który grzecznie mnie przywitał i poinformował,
że najwyższy czas już wstać.
![]() |
| Dodaj napis |
Wyglądał jak gałka oczna unosząca się wewnątrz
szklanego klosza. Zadziwiające, że wyrażała całą gamę emocji wyłącznie przez
rozszerzanie i zwężanie źrenicy oraz zmianę barwy. Przeprowadziłem z nim
ciekawą rozmowę. Dowiedziałem się, że jest godzina dziesiąta oraz jaka będzie
przewidywana pogoda. Najważniejszą jednak informacją było to, że o godzinie
szesnastej miałem wziąć ślub z Nią. Dopiero wtedy dostrzegłem garnitur wiszący
tuż obok łóżka. Był jasny, w stylu wiktoriańskim z różą wystającą z kieszeni.
Kolejnym odkryciem było to, że pomieszczenie w którym się znajdowałem, było na
jednym z najwyższych pięter drapacza chmur i z trzech stron było całkowicie
przeszklone.
Rozpościerający się z niego widok wprost zapierał dech w
piersiach. Z góry ledwo dostrzegłem Ją, ubraną w suknie również chyba w stylu
wiktoriańskim w kolorze écru i z
kilkumetrowym welonem. Wsiadała do auta. Przeszedłem się po pokoju i usiadłem
przy stoliku na którym znajdował się półmisek z dziwną nasadką na krawędzi.
Znajdował się tam żarnik jak w piecu elektrycznym, rozgrzany do czerwoności i
wentylator, rozprowadzający ciepłe powietrze w kierunku potrawy. Był to jakiś
krem z delikatnie skarmelizowaną skorupką na wierzchu.
Nie miałem jednak czasu
na delektowanie się tym deserem. Szybko się ubrałem i wyszedłem na zewnątrz.
Czekał tam mój przyjaciel, który przyjechał minivanem. W środku siedziała już
moja siostra i szwagier. Nagle wewnątrz auta zaczął padać deszcz tuż nad moją
siostrą. Wyjęła parasol, który wywinął się na lewą stronę i został zassany do
dachu auta. Siostra wzruszyła z dezaprobatą ramionami, a po chwili przestało
padać.
Przyjaciel zawiózł nas za miasto. Z oddali widziałem Ją jak stała na
niewielkim wzgórzu pod wielkim, rozłożystym dębem, nieopodal pięknego jeziora.
niedziela, 9 września 2012
Jaskinia Fauna
Chodziłem
po górach i dotarłem do wejścia do jaskini. Wszedłem tam i spotkałem liczną
grupę dziewczyn. Większość z nich to moje koleżanki ze szkoły podstawowej i
liceum. Doszliśmy do wielkiej konstrukcji wewnątrz jaskini. Schody pięły się w
górę przechodząc przez budynek przypominający kopalnię połączoną z wiktoriańskim,
opuszczonym dworkiem. Wszędzie były pajęczyny i kurz. Drewniane elementy
skrzypiały złowieszczo strasząc część moich koleżanek. Spytałem się dokąd i po
co zmierzamy.
Odpowiedziały, że ktoś został porwany, chyba jakiś kolega, przez Cthulhu lub innego Wielkiego Przedwiecznego. Schody zaczęły się wić spiralnie w górę wokół skalnego szybu. Doprowadziły nas do drewnianej platformy na szczycie góry. Na niej stała dziwna postać, która przypominała trochę Fauna i odrobinę diabła Piszczałkę (z filmu "Przyjaciele Wesołego Diabła", który oglądałem w dzieciństwie). Wzbudził ogólne
przerażenie, ale nie u mnie. Widziałem, że sam był przerażony. Porozmawiałem z nim i przekazał mi kilka wskazówek. Udałem się do średniowiecznego miasta otoczonego murem. Strażnicy wpuścili mnie przez bramę. Ujrzałem mnóstwo straganów. Odbywał się tam jakiś jarmark lub festyn. Jakieś dziecko płakało. Zgubiło się. Zaopiekowałem się dziewczynką i zaczęliśmy szukać jej rodziców. Weszliśmy brukowaną uliczką na
najwyższe wzniesienie w mieście. Była tam wielka zjeżdżalnia, którą postanowiliśmy zjechać. Dotarliśmy nad brzeg morza. Czekała tam moja siostra wraz ze swoim mężem. Dziewczynka pobiegła radośnie do niej...
Odpowiedziały, że ktoś został porwany, chyba jakiś kolega, przez Cthulhu lub innego Wielkiego Przedwiecznego. Schody zaczęły się wić spiralnie w górę wokół skalnego szybu. Doprowadziły nas do drewnianej platformy na szczycie góry. Na niej stała dziwna postać, która przypominała trochę Fauna i odrobinę diabła Piszczałkę (z filmu "Przyjaciele Wesołego Diabła", który oglądałem w dzieciństwie). Wzbudził ogólne
przerażenie, ale nie u mnie. Widziałem, że sam był przerażony. Porozmawiałem z nim i przekazał mi kilka wskazówek. Udałem się do średniowiecznego miasta otoczonego murem. Strażnicy wpuścili mnie przez bramę. Ujrzałem mnóstwo straganów. Odbywał się tam jakiś jarmark lub festyn. Jakieś dziecko płakało. Zgubiło się. Zaopiekowałem się dziewczynką i zaczęliśmy szukać jej rodziców. Weszliśmy brukowaną uliczką na
najwyższe wzniesienie w mieście. Była tam wielka zjeżdżalnia, którą postanowiliśmy zjechać. Dotarliśmy nad brzeg morza. Czekała tam moja siostra wraz ze swoim mężem. Dziewczynka pobiegła radośnie do niej...
niedziela, 8 lipca 2012
Orbitalna wycieczka i odroczenie końca świata…
Słońce chyliło się ku zachodowi oświetlając obce mi budynki
pomarańczowym światłem. Cienie wysokich, zbudowanych na planie kwadratu bloków
i kamienic, niepokojąco się wydłużały. Nie byłem w stanie rozpoznać miasta, ale
dostrzegłem znajomą, brodatą twarz. Razem z kolegą skierowaliśmy swe kroki w
kierunku najdziwniejszego z budynków. Miał kopulasty kształt i zbudowany był z
solidnej stali o czerwonej barwie. Po naciśnięciu przycisku, z sykiem rozsunęły
się solidne drzwi.
Była to winda, którą zjechaliśmy w dół. Po ponownym rozwarciu
się drzwi, ukazała się nam przestronna, okrągła sala, w której odbywała się
właśnie impreza w stylu lat osiemdziesiątych. Z głośników dobiegała muzyka
Depeche Mode. Kolega natychmiast zintegrował się z roztańczonym tłumem. Ja
natomiast dostrzegłem kilka futurystycznych biurek na środku pomieszczenia.
Zbliżając się dostrzegłem na nim liczne przyciski, joysticki i pokrętła.
Był także spory ekran na którym poruszały się
symboliczne wizerunki latających spodków. Wszyscy myśleli,
że to jakaś gra komputerowa.
Na sprawiającym wrażenie bardzo komfortowego
fotelu, leżał hełm. Włożyłem go na głowę i wygodnie zasiadłem przy konsolecie. Nagle
wszystko jakby ożyło. Rozświetliły się przyciski, zapaliły światła, a całe
pomieszczenie uniosło się o kilka metrów do góry niczym winda. Na półprzezroczystym wizjerze w hełmie pojawiły
się różne symbole, parametry, a przy prawym skraju mojego pola widzenia
dostrzegłem schematyczny rysunek robota.
Nastąpiło zbliżenie na jego głowę.
Schematyczny, okrągły, podświetlony na czerwono dysk zacumował w miejscu, gdzie
u człowieka znajdowałby się mózg. Przed sobą dostrzegłem dwa wielkie okna rozstawione
niczym oczy. Za grubym szkłem dostrzegłem jedynie warstwy ziemi. Wszyscy
imprezowicze usiedli na podłodze w niemym oczekiwaniu. Całą konstrukcje
przeszył potężny wstrząs. Miałem wrażenie, że piasek za panoramicznymi bulajami
zaczyna się przesuwać, ale symboliczne informacje na wyświetlaczu wskazywały,
że to my się wznosimy.
Po chwili przebiliśmy się przez ziemię. Przez chmurę
gleby dostrzegłem zarysy miasta, które szybko zaczynało maleć. Horyzont zaczął się
zaokrąglać. Wlecieliśmy w chmury, a następnie niebo pociemniało. Ukazał nam się
bezkresny kosmos, a ziemia się oddalała. Weszliśmy na jej orbitę. Po chwili
zbliżyły się do nas trzy, srebrzyście lśniące, latające spodki. W jakiś sposób
udało mi się wyczuć płynące od nich emocje. Był to paniczny strach i niepewność.
Jeden z nich wystrzelił rakietę w naszym kierunku. Pomyślałem o zniszczeniu jej
i z naszego pojazdu wystrzeliła jasna wiązka energii, która ją zniszczyła.
Kolejną reakcją obcych pojazdów było wysunięcie się działek. Nie chciałem
niszczyć tych spodków. Nie czułem do nich wrogości. Wiązką energii udało mi się
uszkodzić ich broń. Wycofali się pozostawiając za sobą jedynie świetlistą smugę
zjonizowanego gazu w skrajnej warstwie ziemskiej atmosfery. Postanowiłem
wylądować. Przeprowadziłem nasz pojazd przez atmosferę i bardzo niezdarnie
zbliżyłem się do powierzchni Ziemi, karczując sporą połać gwatemalskiej
dżungli.
Wysiadłem i dopiero wtedy zobaczyłem wielkie, metalowe cielsko
przypominające robota. Miał humanoidalny kształt, był czerwony i ciągle jeszcze
rozgrzany po przejściu przez atmosferę. W oddali zobaczyłem wzgórze wznoszące
się ponad linię drzew. Po przedarciu się przez dżunglę, dotarłem do niego.
Patrząc na nie z bliska zobaczyłem kamienną piramidę pokrytą zielonym mchem.
Udało mi się odnaleźć wejście. Wszystkie kosztowności dawno zostały zrabowane.
Pozostały natomiast liczne piktogramy na ścianach. Co dziwne potrafiłem je
odczytać. Były to liczne przepowiednie. Nie pamiętam ich treści, ale część z
nich była datowana nawet na siódme tysiąclecie.
Etykiety:
Blok,
Depeche Mode,
Dream,
Dżungla,
Kamienica,
Komputer,
Kosmici,
Kosmos,
Latający Spodek,
Majowie,
Miasto,
Piramida,
Przepowiednia,
Robot,
Sen,
UFO,
Wieżowiec,
Winda,
Wzgórze,
Ziemia
czwartek, 21 czerwca 2012
Królowa bez twarzy
Wyruszyłem na wycieczkę do niewielkiej, ale malowniczej
mieściny. Domki wyglądały na zabytkowe, ale były w dobrym stanie. Wszedłem do
sklepu. Odbywała się tam promocja na bilety autobusowe. Każdy klient dostawał
po pięć sztuk owiniętych banderolą, za darmo. Brało się je z dużego wiklinowego
kosza. Podchodząc zauważyłem, że siedzi w nim Michał Koterski i podaje po
pakiecie z charakterystycznym dla siebie, nieco głupkowatym uśmiechem.
Wziąłem
podany przez niego pakiet i wyszedłem. Udałem się za miasto. Rozciągały się tam
przepiękne zielone wzgórza przyprószone wrzosowiskami, jak w Irlandii. Gdy
wspiąłem się na jedno z wyższych wzniesień, spostrzegłem zbliżającą się do mnie
kolejkę linową. Wagonik się zatrzymał, więc do niego wszedłem. Podróż odbywała
się od wzgórza do wzgórza. Ostatecznie wagon zmierzał w kierunku masywnego
zamku.
Podobno mieszkała tam jakaś przerażająca królowa bez twarzy. Wyskoczyłem
z kolejki tuż za murami zamku. Miałem wrażenie, że nie powinienem tam być.
Ukrywałem się więc, dyskretnie przemierzając kolejne komnaty zamku. Jedna z
nich zwróciła moją uwagę. Były tam dziesiątki kobiecych twarzy umieszczonych na
stojakach oraz równie dużo peruk.
Twarze wyglądały na prawdziwe jakby zostały
wycięte z ludzkich głów. Usłyszałem odgłos zbliżających się kroków. Szybko
skryłem się za jedną z szaf. Po chwili do pokoju wkroczyła kobieca postać w
płaszczu z kapturem, który całkowicie zasłaniał jej twarz. Stanęła przy jednym
z regałów, odwrócona do mnie plecami. Sięgnęła po jedną z twarzy i założyła ją
niczym maskę. Obróciła się.
Dostrzegłem napiętą twarz młodej, bladej kobiety.
Dopasowała sobie ją dokładnie i sięgnęła po czarną perukę. Wymknąłem się gdy
była zajęta dobieraniem najodpowiedniejszej peruki. Usłyszałem płacz dziecka.
Pobiegłem w tamtym kierunku i dotarłem do lochu. Niemowlę było zamknięte w
klatce wiszącej na grubym łańcuchu. Uwolniłem je i uspokoiłem. Jakoś udało mi
się niepostrzeżenie opuścić zamek. Wiedziałem, że to jest ważne dziecko i muszę
je chronić.
Biegłem w stronę wieżowca. Gdy byłem już kilkadziesiąt metrów od
niego, postanowiłem się zatrzymać przy kępie krzaków i rozejrzeć, czy jest
bezpiecznie.
Nagle w wieżowcu pojawił się gęsty jasnoszary dym, a może to był pył. Wydawał się być niemal żywy. Widziałem jak wypełnia cały budynek. Piętro po piętrze, od parteru, aż po dach. W chwili gdy dotarł na sam szczyt budynku nastąpiła wielka eksplozja, równocześnie wybijając wszystkie okna i spowijając cały budynek jasnym pomarańczowobiałym płomieniem. Byłem przerażony. Wiedziałem, że w środku była moja rodzina.
Nagle w wieżowcu pojawił się gęsty jasnoszary dym, a może to był pył. Wydawał się być niemal żywy. Widziałem jak wypełnia cały budynek. Piętro po piętrze, od parteru, aż po dach. W chwili gdy dotarł na sam szczyt budynku nastąpiła wielka eksplozja, równocześnie wybijając wszystkie okna i spowijając cały budynek jasnym pomarańczowobiałym płomieniem. Byłem przerażony. Wiedziałem, że w środku była moja rodzina.
Etykiety:
Bilet,
Dream,
Dym,
Głowa,
Klatka,
Kolejka Linowa,
Miasto,
Michał Koterski,
Peruka,
Podziemia,
Sen,
Twarz,
Wieżowiec,
Wybuch,
Wzgórze,
Zamek
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































