Przyjechała do mnie M. Przywitaliśmy się pojedynczym całusem, ale po chwili odeszliśmy w bardziej intymne miejsce i przywitaliśmy się jeszcze raz, bardziej czule. Poszedłem do łazienki. Układ pomieszczeń był trochę inny niż w rzeczywistości, a w łazience znajdowała się umywalka, w dziwnym, jasnoniebieskim kolorze. Umyłem zęby i wyszliśmy na spacer. Doszliśmy do jakiejś rejestracji i ktoś mi powiedział, że mam umówioną wizytę i chyba jakiś zabieg. Pielęgniarka wydawała się być bardzo
zdziwiona, że się robi takie zabiegi, ale nic mi nie wyjaśniła i zaprowadziła Nas do innego budynku. Wsiedliśmy do windy i pojechaliśmy w dół. Winda była nietypowa, ponieważ miała dwie pary drzwi. Jedne znajdowały się przed Nami, a drugie tuż obok Nas po lewej stronie. Wysiedliśmy i zaraz wsiedliśmy do tramwaju, który w tej samej chwili się zatrzymał tuż przy windzie. Drzwi się zatrzasnęły, a
tramwaj ruszył. Tuż przy Nas bawiło się dwóch chłopców. Celowali do siebie nawzajem z plastikowych pistoletów i naśladowali dźwięki wystrzałów. Nagle ziemia się zatrzęsła, a pojazd w którym się znajdowaliśmy został porwany przez niespodziewaną falę wody. Dostrzegłem przez okna, że budynki znajdujące się wokół przeobraziły się w ruiny i stosy czerwonych cegieł. Po chwili wszystko
zaczęło przymarzać. Szyby i resztki industrialnych budynków zaczęły pokrywać się szronem. Dziwna fala zniknęła równie niespodziewanie, jak się pojawiła. Siłą otworzyłem lekko wygięte drzwi. Wzięliśmy pod opiekę obu młodych chłopców i biegnąc szukaliśmy jakiegoś schronienia, w obawie przed kolejnymi kataklizmami. Dobiegliśmy do betonowego szybu z metalowymi schodami biegnącymi w dół. Wyglądał na solidny, więc zeszliśmy nim. Dotarliśmy do szerokiego, betonowego kanału burzowego, do którego okazało się, że prowadził szyb. Było tam ciemno, ale jednocześnie sucho i
ciepło. Nagle z ciemności zaatakowało Nas dziwne stworzenie. Gabarytami i posturą przypominało dziką świnię z głową szczura. Nie posiadało sierści, a szara skóra pokryta była ciemniejszymi łatami, które skojarzyły mi się z krowami. Jednocześnie wydawała się śliska i częściowo przezroczysta. Potwór zaatakował prawdopodobnie najsłabszego członka naszej grupy, czyli mniejszego chłopca. Przewrócił go
i rozszarpywał nogawkę. Chwyciłem metalową listwę, która leżała nieopodal i celnym uderzeniem, w które włożyłem całą siłę, odciąłem pysk od tułowia. Wnętrzności Szczuroświni wypłynęły, a z jego łba wypełzło jeszcze dziwniejsze stworzenie. Przypominało makaron zwinięty w wielką kulę z wijącymi się setkami macek. Choć chaotycznie,
poruszało się bardzo żwawo. Szybko uciekło do dziury w ścianie i zniknęło. Nadbiegły kolejne dwie Szczuroświnie i sprawnie się ich pozbyłem. Pręt przechodził przez ich ciała jak przez galaretę, a potwory przypominające spaghetti szybko opuszczały ich truchła i uciekały. Przytuliłem M. i zmierzwiłem pocieszająco czupryny chłopakom. Obiecałem, że nie dopuszczę, by spotkało ich coś złego. Chodź byli obcy, czułem się za nich w pewien sposób odpowiedzialny. Odniosłem wrażenie, że M. też się do nich przywiązała i będzie ich bronić równie zaciekle…
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Winda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Winda. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 marca 2015
sobota, 11 sierpnia 2012
Podziemny świat
Przylecieliśmy wielkim statkiem kosmicznym. Był płaski w
przekroju i przypominał wielkiego żuka podzielonego na segmenty. Był trochę
podobny do Battlestara Galaktyki z serialu. Wylądowaliśmy na planecie.
Rozciągały się na niej zielone wzgórza i doliny.
Pomimo swej urody była podobno
bardzo niebezpieczna i musieliśmy zjechać wielką windą do podziemnego świata,
który znajdował się we wnętrzu
planety. Gdy ze zgrzytem rozsunęły się solidne
wrota od windy, uderzyło w nas ciepłe powietrze. Było niemal nieruchome i czuć
było dziwny zapach, jakby przypalonych rodzynek. Zdawało się być gęste i było
bardzo duszno jak przed potężną burzą. Panował półmrok, dostrzegałem jedynie
dziwne, jakby płaskie, pomarańczowe chmury. Przesuwały się powoli na stałej i
niewielkiej wysokości. Stąpaliśmy po zmizerniałej trawie. Wszędzie było pełno
śmieci.
Dominowały niebieskie kawałki grubej folii, kawałki styropianu i
kartony. Szliśmy przed siebie, bez konkretnego celu. Trzymałem Ją za rękę z
przeczuciem, że jak Ją puszczę, to już się nie odnajdziemy. Dotarliśmy do
jakiejś kolejki. Spotkałem tam znajomego z dziewczyną. Powiedział, że jeszcze
nie możemy stanąć w kolejce. Musimy najpierw oddać bagaż i wskazał wysoki
budynek. Udaliśmy się do niego.
Powiedziała, że musimy odnaleźć dział
hiszpański. Po długich poszukiwaniach i przejściu kilku pięter odnaleźliśmy
właściwe biurko, tylko nikt przy nim nie siedział. Zapytałem, czy ktoś nas
obsłuży. Po chwili podeszła jakaś Koreanka i usiadła na obrotowym krześle przy
biurku. Poprosiła o położenie walizki na blacie. Wiedziałem, że były tam tylko Jej rzeczy. Otworzyliśmy walizkę.
Były tam rolki. Zaraz jak je oddaliśmy, jakaś młoda dziewczyna, która stała za
nami, zaczęła krzyczeć, że chce je kupić. Po chwili odeszła. W walizce był
jeszcze jeden
przedmiot. Była to lalka wyglądająca jak bobas i wielkości
prawdziwego niemowlaka. Pomimo swej sztuczności wydawała się być żywa. Ruszała
się i wydawała dźwięki. Chyba była dla Niej bardzo ważna i nie chciała jej
oddać, ale musiała. Na biurku zauważyliśmy jeszcze inne zabawki, które leżały
tam jeszcze przed naszym przybyciem. Jedna to klaun-pajacyk, a druga to prosta
szmaciana lalka z namalowanymi oczami i
ustami. Chyba Jej się spodobała, bo się
uśmiechnęła.
ustami. Chyba Jej się spodobała, bo się
uśmiechnęła.
Odeszliśmy cały czas mając ze sobą splecione dłonie. Przez cały
pobyt nie puściliśmy się ani na chwilę. Nagle widok jakby się zmienił.
Przypominał teraz obraz z kamery w perspektywie izometrycznej. W centrum kadru
znajdował się klaun-pajacyk, a na krawędzi pola
widzenia dostrzegłem siebie wraz z Nią jak wychodzimy przez drzwi. Pajacyk-klaun jakby ożył i chwycił lalkę szmaciankę pod pachę. W chwili, gdy nikt go nie obserwował, zeskoczył z biurka i zaczął się dyskretnie przemykać przez pomieszczenie…
widzenia dostrzegłem siebie wraz z Nią jak wychodzimy przez drzwi. Pajacyk-klaun jakby ożył i chwycił lalkę szmaciankę pod pachę. W chwili, gdy nikt go nie obserwował, zeskoczył z biurka i zaczął się dyskretnie przemykać przez pomieszczenie…
niedziela, 8 lipca 2012
Orbitalna wycieczka i odroczenie końca świata…
Słońce chyliło się ku zachodowi oświetlając obce mi budynki
pomarańczowym światłem. Cienie wysokich, zbudowanych na planie kwadratu bloków
i kamienic, niepokojąco się wydłużały. Nie byłem w stanie rozpoznać miasta, ale
dostrzegłem znajomą, brodatą twarz. Razem z kolegą skierowaliśmy swe kroki w
kierunku najdziwniejszego z budynków. Miał kopulasty kształt i zbudowany był z
solidnej stali o czerwonej barwie. Po naciśnięciu przycisku, z sykiem rozsunęły
się solidne drzwi.
Była to winda, którą zjechaliśmy w dół. Po ponownym rozwarciu
się drzwi, ukazała się nam przestronna, okrągła sala, w której odbywała się
właśnie impreza w stylu lat osiemdziesiątych. Z głośników dobiegała muzyka
Depeche Mode. Kolega natychmiast zintegrował się z roztańczonym tłumem. Ja
natomiast dostrzegłem kilka futurystycznych biurek na środku pomieszczenia.
Zbliżając się dostrzegłem na nim liczne przyciski, joysticki i pokrętła.
Był także spory ekran na którym poruszały się
symboliczne wizerunki latających spodków. Wszyscy myśleli,
że to jakaś gra komputerowa.
Na sprawiającym wrażenie bardzo komfortowego
fotelu, leżał hełm. Włożyłem go na głowę i wygodnie zasiadłem przy konsolecie. Nagle
wszystko jakby ożyło. Rozświetliły się przyciski, zapaliły światła, a całe
pomieszczenie uniosło się o kilka metrów do góry niczym winda. Na półprzezroczystym wizjerze w hełmie pojawiły
się różne symbole, parametry, a przy prawym skraju mojego pola widzenia
dostrzegłem schematyczny rysunek robota.
Nastąpiło zbliżenie na jego głowę.
Schematyczny, okrągły, podświetlony na czerwono dysk zacumował w miejscu, gdzie
u człowieka znajdowałby się mózg. Przed sobą dostrzegłem dwa wielkie okna rozstawione
niczym oczy. Za grubym szkłem dostrzegłem jedynie warstwy ziemi. Wszyscy
imprezowicze usiedli na podłodze w niemym oczekiwaniu. Całą konstrukcje
przeszył potężny wstrząs. Miałem wrażenie, że piasek za panoramicznymi bulajami
zaczyna się przesuwać, ale symboliczne informacje na wyświetlaczu wskazywały,
że to my się wznosimy.
Po chwili przebiliśmy się przez ziemię. Przez chmurę
gleby dostrzegłem zarysy miasta, które szybko zaczynało maleć. Horyzont zaczął się
zaokrąglać. Wlecieliśmy w chmury, a następnie niebo pociemniało. Ukazał nam się
bezkresny kosmos, a ziemia się oddalała. Weszliśmy na jej orbitę. Po chwili
zbliżyły się do nas trzy, srebrzyście lśniące, latające spodki. W jakiś sposób
udało mi się wyczuć płynące od nich emocje. Był to paniczny strach i niepewność.
Jeden z nich wystrzelił rakietę w naszym kierunku. Pomyślałem o zniszczeniu jej
i z naszego pojazdu wystrzeliła jasna wiązka energii, która ją zniszczyła.
Kolejną reakcją obcych pojazdów było wysunięcie się działek. Nie chciałem
niszczyć tych spodków. Nie czułem do nich wrogości. Wiązką energii udało mi się
uszkodzić ich broń. Wycofali się pozostawiając za sobą jedynie świetlistą smugę
zjonizowanego gazu w skrajnej warstwie ziemskiej atmosfery. Postanowiłem
wylądować. Przeprowadziłem nasz pojazd przez atmosferę i bardzo niezdarnie
zbliżyłem się do powierzchni Ziemi, karczując sporą połać gwatemalskiej
dżungli.
Wysiadłem i dopiero wtedy zobaczyłem wielkie, metalowe cielsko
przypominające robota. Miał humanoidalny kształt, był czerwony i ciągle jeszcze
rozgrzany po przejściu przez atmosferę. W oddali zobaczyłem wzgórze wznoszące
się ponad linię drzew. Po przedarciu się przez dżunglę, dotarłem do niego.
Patrząc na nie z bliska zobaczyłem kamienną piramidę pokrytą zielonym mchem.
Udało mi się odnaleźć wejście. Wszystkie kosztowności dawno zostały zrabowane.
Pozostały natomiast liczne piktogramy na ścianach. Co dziwne potrafiłem je
odczytać. Były to liczne przepowiednie. Nie pamiętam ich treści, ale część z
nich była datowana nawet na siódme tysiąclecie.
Etykiety:
Blok,
Depeche Mode,
Dream,
Dżungla,
Kamienica,
Komputer,
Kosmici,
Kosmos,
Latający Spodek,
Majowie,
Miasto,
Piramida,
Przepowiednia,
Robot,
Sen,
UFO,
Wieżowiec,
Winda,
Wzgórze,
Ziemia
poniedziałek, 2 lipca 2012
Sztuka spadania…
Udałem się na spacer z rodzicami i z kolegą oraz jego
rodzicami. Byliśmy młodzi, w wieku około dziewięciu lat. Schodziliśmy stromą
ulicą, a na samym dole zatrzymaliśmy się przy szarej kamienicy. Miało być tam
jakieś ciekawe wydarzenie. Chyba jakieś pokazy grup artystycznych i wystawy.
Wsiadłem do małej i ciasnej kabiny windy. Wjechałem nią na drugie piętro. Sama
winda była nietypowa. Przypominała drewnianą skrzynię i była wciągana za pomocą
liny przez dwóch chłopaków. Wysiadłem i rozejrzałem się po pomieszczeniach.
Nagle podłoga pode mną zaczęła trzeszczeć niepokojąco. Usłyszałem odgłos
pękania. Szybko podbiegłem do narożnika pokoju w nadziei, że będzie to
najstabilniejsze miejsce w pomieszczeniu. Niestety nie było. Pajęczyna pęknięć
błyskawicznie pokryła podłogę i po chwili całkowicie się rozpadła. Spadałem
długo, uderzyłem w podłogę na niższym piętrze, przebiłem ją i spadałem dalej,
bez końca...
...Siedziałem w mieszkaniu kuzynów ze śląska. Dostrzegłem także
córkę znajomych rodziców, która w śnie występowała w roli kuzynki. Grała w
jakąś grę na komputerze. Chyba był to snowboard i szło jej rewelacyjnie. Jak
skończyła, spojrzała na mnie i powiedziała, żebym wziął parasol i skierowała
znacząco wzrok na ścianę. Na specjalnie przygotowanym uchwycie spoczywał
kolorowy, ale w ciemnych odcieniach, parasol. Podniosłem go, a ona powiedziała,
że należał do jej koleżanki. Ponoć właśnie zamierzała się wyprowadzić i szukała
kogoś, kto zająłby jej pokój.
Mieszkała w budynku PCK. Odpowiedziałem, że to rozważę.
Po chwili przyszli kuzyni. Byli na występie jakiegoś kabaretu, ale stwierdzili,
że był do bani. Wyszliśmy z domu i wsiedliśmy na statek. Rzeka wylała i miała głęboki
rdzawy kolor.
środa, 30 maja 2012
Sopor Aeternus
Wraz z kilkudziesięcioma innymi ludźmi siedziałem w
niewielkiej sali. Panował półmrok, a oświetlona była jedynie scena w rogu. Na podeście stała Anna Varney.
Śpiewała na swym kameralnym koncercie. Zeszła ze sceny i przechodząc między
krzesłami na widowni, podeszła do mnie. Wyciągnęła do mnie dłoń, więc ją
chwyciłem i wstałem. Zaprowadziła mnie na scenę i zaczęliśmy tańczyć. Poczułem
się wyróżniony. Niespodziewanie spróbowała mnie pocałować.
Odepchnąłem ją lekko
i wybiegłem z sali, a ona kontynuowała koncert. Chyba się jej przestraszyłem. Drzwi zamknęły się za mną, a ja znalazłem się
na korytarzu. Widziałem sporo znajomych z liceum, ze studiów oraz poznanych
jeszcze później. Nagle drzwi od sali koncertowej znowu się otworzyły i ku memu
zaskoczeniu zobaczyłem tam Ją. Okazało się, że też była na koncercie. Powoli do
mnie podeszła. Objęła mnie, spojrzała w oczy i zaczęła całować. Długo i namiętnie...
Znalazłem się w namiocie. Wyszedłem na zewnątrz i odkryłem, że
byłem w lesie, a nieopodal znajdowało się jezioro. Była noc i padał intensywny
deszcz. Wróciłem więc do namiotu. Tym razem dostrzegłem tam Ją. Siedziała z
podkurczonymi nogami. Powiedziała, że zamierza się przeprowadzić. Podała nawet
adres. Nazwa ulicy zaczynała się na "P" i była dość długa, a numer
mieszkania to 2310... Znalazłem się w mieście. Miałem złe przeczucia. Natknąłem
się na patrol policji. Zapytałem się ich, czy mogliby mi pomóc odnaleźć adres,
który mi podała.
Zaczęli mnie wypytywać, co wydało mi się podejrzane. Miałem
wrażenie, że już tam byli. Nie wiem dlaczego, ale podałem im fałszywe imię i
nazwisko. Chyba przedstawiłem się jako Marek. Ruszyłem w drogę według ich
wskazówek, a mimo to błądziłem. Przeszedłem obok placu zabaw, na którego środku
znajdował się mały staw rybny. Pływały tam niewielkie pomarańczowe i złote
ryby. W końcu dotarłem do bardzo długiego, szarego i wysokiego wieżowca.
Klatka
schodowa obudowana była rusztowaniem, więc trzeba się było mocno schylić, by do
niej wejść. Będąc już wewnątrz budynku znów musiałem trochę pobłądzić zanim
odnalazłem windę. Sama winda także była osobliwa. Jej długość i szerokość były
na tyle duże, że bez trudu można by tam wjechać autobusem. Nie miała drzwi, ani
żadnych innych zabezpieczeń. Wznosiła się bardzo wolno, a mijane piętra były
bardzo wysokie. Jakieś trzy razy wyższe niż zazwyczaj bywają w blokach.
Wysiadłem na trzecim lub czwartym piętrze.
Odnalazłem mieszkanie z właściwym
numerem i zapukałem. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyłem tam Ją.
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Odkryłem, że mam dla Niej jakiś prezent.
Była to szklana kula. Wewnątrz niej znajdowała się jakaś ciecz. Z dna unosiły
się cztery kolumny z drobnych pęcherzyków powietrza. Każda z nich była
podświetlona światłem o innej barwie, a odcienie się zmieniały.
Między nimi
pływał miniaturowy delfin. W chwili, gdy oboje ją dotknęliśmy przenieśliśmy się
do jakiejś alternatywnej rzeczywistości lub gry. Niewiele z tego pamiętam, ale
było tam dziwnie i opuściliśmy ją. W drzwiach do pokoju dostrzegłem Jej
współlokatora. Zachowywał się dość agresywnie. Wyciągnął nóż i ruszył w Jej
stronę.
Zagrodziłem mu drogę i zostałem dźgnięty w brzuch. W tym samym momencie
drzwi do mieszkania wyważyła policja. Obudziłem się...
Jest to sen z nocy 25/26.05.2012
Etykiety:
Anna Varney,
Delfin,
Deszcz,
Dream,
Jezioro,
Koncert,
Las,
Miasto,
Namiot,
Noc,
Sen,
Sopor Aeternus,
Szklana Kula,
Szkoła,
Sztylet,
Światło,
Wieżowiec,
Winda
środa, 9 listopada 2011
Rozerwany na strzępy
Słyszałem dźwięk spadającej bomby. Uderzyła w budynek
powodując silny wstrząs i hałas. Po chwili usłyszałem piszczenie. Było coraz
szybsze. Bip... bip.. bip. Instynktownie chwyciłem psa pod pachę i rzuciłem się
skulony pod stół, otulając psa swoim ciałem. Nastąpił wybuch, zostałem
rozerwany na drobne kawałki.
Obudziłem się i miałem chwilowe uczucie jakbym spadał.
Czasami mi się to zdarza. Przez kolejną godzinę nie mogłem zasnąć.
Przepłynąłem statkiem wycieczkowym przez jezioro. Zaraz przy
przystani zaczynał się szlak. Biegł przez las, a potem zaczął się wspinać coraz
wyżej po wzgórzu. Na wysokości, gdzie zaczynały się pojawiać skały, a zbocze
stało się bardzo strome, znajdowała się konstrukcja zbudowana z drewnianych
bali. Tworzyła coś w rodzaju drewnianego rusztowania niczym wąż oplatającego
górę.
Jedyna droga prowadziła tamtędy. Drewniane okrągłe kłody trzeszczały
przeraźliwie, gdy po nich stąpałem. Silny wiatr wprawiał całą konstrukcję w
drganie i wzmagał niepokój. Na końcu wijącej się drogi znajdował się szyb
prowadzący pionowo w dół. Wyłaniała się z niego drewniana kabina windy
przypominająca nieco klatkę. Zjechałem nią i znalazłem się w sali z tarasem
widokowym. Znajdowali się tam liczni turyści, którzy też przebyli tą trasę.
Każdy miał dostać coś dobrego w nagrodę.
Tęga kobieta w średnim wieku, ubrana w
fartuch zbierała zamówienia. Wszyscy mówili w dziwnie szorstko brzmiącym
języku. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc spróbowałem powtórzyć to co
powiedział mężczyzna siedzący obok mnie. Po chwili dostałem biszkoptowe ciasto
z kremem i owocami...
środa, 2 listopada 2011
Diamenty
Lecieliśmy prywatnym odrzutowcem ponaddźwiękowym. Za oknem
rozpościerał się widok na bezkresne morze śnieżnobiałych obłoków, które
przypominały leniwie dryfujące, lodowe góry. Obniżyliśmy lot i zanurzyliśmy się
w chmurze niczym w mleku. Po chwili byliśmy już pod nią i mogliśmy podziwiać
cel naszej podróży.
Zobaczyliśmy Edynburg. Wyglądał jak większość
współczesnych miast. Był podniszczony i
zaniedbany. W miejscu gdzie kiedyś był park Holyrood i góra, z której według
legend spoglądał kiedyś sam Król Artur, wyrósł gigantyczny superwieżowiec. Miał
niemal dwa kilometry wysokości, szklana fasada odbijała słoneczne światło.
Większość mieszkańców przeniosła się do niego.
Był całkowicie samowystarczalny.
Ludzie tam pracowali, spali, mieszkali i odpoczywali. Powstał w miejscu szybu kopalnianego. Najpierw odnaleziono złoże węgla, a potem diamentów. Po tym jak
odkryto nowy supermateriał, który jest pochodną diamentów i innych złożonych
substancji, świat całkowicie się zmienił. Zapanowała diamentowa gorączka.
Substancja ta stała się podstawą do budowy megapotężnych procesorów o
mikroskopijnych rozmiarach. Nośniki danych z niej zrobione, przypominające
holograficzne kryształy, mogły pomieścić niemal nieskończoną ilość danych.
Substancję wykorzystywano także do tworzenia nowych, niezwykle lekkich i niemal
niezniszczalnych materiałów.
Cały świat stał się inny, oszalał na jej punkcie i
uzależnił. Władzę nad światem przejęły potężne korporacje, które zajmowały się
wydobyciem cennego minerału i jego przetwarzaniem. Ja i Ona byliśmy
właścicielami jednej z nich. Jak na obowiązujące standardy, nie była duża, ale
liczyła się na globalnym rynku. Przylecieliśmy by podpisać jakąś umowę z
konkurencyjną firmą. Zbliżaliśmy się do pasa. Samolot wylądował bardzo gładko,
nawet nie poczuliśmy, gdy zetknął się z płytą lotniska. W chwili, gdy się
zatrzymał, już czekał na Nas elegancki czarny sedan.
Schodząc po schodkach,
zatrzymała się na moment. Zamknęła oczy i skierowała twarz w stronę słońca, a wiatr
figlarnie poruszył Jej kosmyk włosów. Odwróciła się i uśmiechnęła do mnie promiennie. Złapała mnie pod rękę i
wolno ruszyliśmy w stronę auta. Przemierzaliśmy niemal zupełnie wyludnione
ulice miasta. Kierowaliśmy się w stronę olbrzymiej budowli, która górowała nad
miastem.
Onieśmielająca konstrukcja ze szkła i stali, stała się główną arterią
miasta, a właściwie wchłonęła je w swoje przepastne wnętrze. Biuro rady
nadzorczej znajdowało się na najwyższym piętrze. Dotarliśmy na nie bardzo
szybką windą, a jedynym dyskomfortem było uczucie zalgnięcia uszu. Zaprowadzono
Nas do sali konferencyjnej, gdzie już zasiadały bezwzględne rekiny biznesu.
Ich
garnitury lekko pobłyskiwały. Pokryte były diamentowym nanowłóknem. Banda
paranoików, wśród których rotacja była zatrważająco duża. Każdy każdemu gotów
był wbić nóż w plecy, bez żadnych skrupułów czy wyrzutów sumienia. Właśnie
dlatego mieliśmy nad nimi przewagę. Mieliśmy coś, czego im brakowało. Zaufanie.
Ufałem Jej, a Ona mi. Zasiedliśmy przy stole pewni siebie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































