Przyjechała do mnie M. Przywitaliśmy się pojedynczym całusem, ale po chwili odeszliśmy w bardziej intymne miejsce i przywitaliśmy się jeszcze raz, bardziej czule. Poszedłem do łazienki. Układ pomieszczeń był trochę inny niż w rzeczywistości, a w łazience znajdowała się umywalka, w dziwnym, jasnoniebieskim kolorze. Umyłem zęby i wyszliśmy na spacer. Doszliśmy do jakiejś rejestracji i ktoś mi powiedział, że mam umówioną wizytę i chyba jakiś zabieg. Pielęgniarka wydawała się być bardzo
zdziwiona, że się robi takie zabiegi, ale nic mi nie wyjaśniła i zaprowadziła Nas do innego budynku. Wsiedliśmy do windy i pojechaliśmy w dół. Winda była nietypowa, ponieważ miała dwie pary drzwi. Jedne znajdowały się przed Nami, a drugie tuż obok Nas po lewej stronie. Wysiedliśmy i zaraz wsiedliśmy do tramwaju, który w tej samej chwili się zatrzymał tuż przy windzie. Drzwi się zatrzasnęły, a
tramwaj ruszył. Tuż przy Nas bawiło się dwóch chłopców. Celowali do siebie nawzajem z plastikowych pistoletów i naśladowali dźwięki wystrzałów. Nagle ziemia się zatrzęsła, a pojazd w którym się znajdowaliśmy został porwany przez niespodziewaną falę wody. Dostrzegłem przez okna, że budynki znajdujące się wokół przeobraziły się w ruiny i stosy czerwonych cegieł. Po chwili wszystko
zaczęło przymarzać. Szyby i resztki industrialnych budynków zaczęły pokrywać się szronem. Dziwna fala zniknęła równie niespodziewanie, jak się pojawiła. Siłą otworzyłem lekko wygięte drzwi. Wzięliśmy pod opiekę obu młodych chłopców i biegnąc szukaliśmy jakiegoś schronienia, w obawie przed kolejnymi kataklizmami. Dobiegliśmy do betonowego szybu z metalowymi schodami biegnącymi w dół. Wyglądał na solidny, więc zeszliśmy nim. Dotarliśmy do szerokiego, betonowego kanału burzowego, do którego okazało się, że prowadził szyb. Było tam ciemno, ale jednocześnie sucho i
ciepło. Nagle z ciemności zaatakowało Nas dziwne stworzenie. Gabarytami i posturą przypominało dziką świnię z głową szczura. Nie posiadało sierści, a szara skóra pokryta była ciemniejszymi łatami, które skojarzyły mi się z krowami. Jednocześnie wydawała się śliska i częściowo przezroczysta. Potwór zaatakował prawdopodobnie najsłabszego członka naszej grupy, czyli mniejszego chłopca. Przewrócił go
i rozszarpywał nogawkę. Chwyciłem metalową listwę, która leżała nieopodal i celnym uderzeniem, w które włożyłem całą siłę, odciąłem pysk od tułowia. Wnętrzności Szczuroświni wypłynęły, a z jego łba wypełzło jeszcze dziwniejsze stworzenie. Przypominało makaron zwinięty w wielką kulę z wijącymi się setkami macek. Choć chaotycznie,
poruszało się bardzo żwawo. Szybko uciekło do dziury w ścianie i zniknęło. Nadbiegły kolejne dwie Szczuroświnie i sprawnie się ich pozbyłem. Pręt przechodził przez ich ciała jak przez galaretę, a potwory przypominające spaghetti szybko opuszczały ich truchła i uciekały. Przytuliłem M. i zmierzwiłem pocieszająco czupryny chłopakom. Obiecałem, że nie dopuszczę, by spotkało ich coś złego. Chodź byli obcy, czułem się za nich w pewien sposób odpowiedzialny. Odniosłem wrażenie, że M. też się do nich przywiązała i będzie ich bronić równie zaciekle…
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tramwaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tramwaj. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 marca 2015
środa, 2 lipca 2014
Arka Przymierza
Przebywałem w hotelu wraz z grupką znajomych i przyjaciół. Uprzedzono nas, że zginął ktoś ważny i z powodu żałoby, cały personel przestał pracować. W całym hotelu obowiązywała całkowita samoobsługa. Jakaś kobieta, ubrana w stereotypowy strój służącej, szybko przemknęła w stronę wyjścia. Całą ferajną udaliśmy się do marketu, będącego przybudówką do hotelu. Zanim pozostali moi towarzysze zrobili zakupy, zdążyłem przemierzyć sklep wzdłuż i w
szerz, zapoznając się dość dokładnie z całym jego asortymentem. Udałem się na pętlę tramwajową. Była całkowicie zadaszona. Spotkałem tam swojego tatę. Nadjechał tramwaj, a motorniczy zaczął narzekać, że znowu coś nie działa. Mój tata zaoferował swoją pomoc w naprawie i po chwili już otworzył właz techniczny. Pod włazem znajdował się ciekawy system hydrauliczny. Były tam grube, przezroczyste węże, z grubego i elastycznego
plastiku, o średnicy mniej więcej pięści. Po chwili zdiagnozował, że coś jest w łączniku i tamuje przepływ. Włożył tam dłoń i po chwili podał mi znaleziony, interesujący przedmiot. Wyglądał jak złote jajo o fakturze orzecha włoskiego. Odkryłem, że jest to osobliwy telefon komórkowy z aparatem. Tata nałożył na rurę końcówkę przypominającą igłę. Wcisnął ją w odpowiedni otwór i po chwili wąż zaczął się napełniać lepką, przezroczystą cieczą, która miała przyjemny, lekko słodkawy zapach.
Znalazłem się w budynku na szczycie góry. Budynek okazał się być wiktoriańską skocznią narciarską. W pomieszczeniu wisiały dziesiątki butów z podeszwami przypominającymi połączenie bardzo krótkich nart z łyżwami. W jednej ze ścian był duży otwór. Nad nim przymocowany był uchwyt, a przed nim siedzisko obite w czerwoną skórę. Usiadłem na nim, złapałem się uchwytu i odepchnąłem. Zjeżdżałem rurą przypominającą basenowe zjeżdżalnie. Wypadłem wprost na stok pokryty zlodowaciałym śniegiem. W pewnym momencie najechałem na wyprofilowany próg i przez kilka metrów leciałem w powietrzu. Wylądowałem, a tuż za mną wylądowała moja siostra. Była podekscytowana podobnie jak ja. Postanowiliśmy wyjść z budynku i oddać kolejny skok. Weszliśmy na szczyt stoku, przytrzymując się ścian. Doszedłem do otworu, podskoczyłem i złapałem się krawędzi. Podciągnąłem się i próbowałem wejść do środka. W ostatniej chwili dostrzegłem, że ktoś się zbliża. Wyskoczyłem trzymając się krawędzi jedną dłonią. Ktoś przeleciał z wrzaskiem nade mną. Po chwili się puściłem, a siostra mnie przytrzymała, bym nie zjechał po stoku. Postanowiliśmy poszukać innego wyjścia. Po chwili dostrzegliśmy wielkie, dwuskrzydłowe, łukowe wrota, wykonane ze złota. Przeszliśmy przez nie i okazało się, że to przejście służbowe dla pracowników. Przed nami rozpostarła się wielka hala. Wypełniona była wielkimi i pięknymi mechanizmami, wykończonymi drewnem i polerowanym mosiądzem. Wokół nich krzątali się pracownicy w błękitno-złotych mundurach. Nagle zadzwonił do mnie wujek i poprosił o zdjęcia do dokumentacji. Wedle jego życzenia zacząłem robić zdjęcia za pomocą jajo-orzecha. Po chwili opuściliśmy budynek. Przed nami rozpościerał się rozległy i dość płaski, pięknie zaśnieżony szczyt. Wiktoriański budynek, który opuściliśmy, miał duże szklane okna w mosiężnych ramach i złoty, spadzisty dach. Zrobiłem mu kolejne zdjęcia. Na szczycie dostrzegłem też kolejny, tym razem okrągły budynek, o monumentalnych wręcz rozmiarach. Zwieńczony był złotawo-szklaną kopułą. Wszedłem do środka. Ściany wręcz ociekały ornamentowymi zdobieniami ze złota, roztaczając niemal oślepiający blask. Pod tą ogromną kopułą zbudowano kamienice, a ja przemierzałem aleję miedzy nimi. Przelewały się przez nie niezliczone potoki turystów, tworzących charakterystyczny gwar. Przystanąłem przy kawałku drewna, które początkowo wziąłem za ławkę. Przy bliższych oględzinach zaczął przypominać grubo ciosane z jednego kawałka drewna czółno. Zaglądając do środka, dostrzegłem dwie tablice. Wykonane były z mahoniowego drewna, które skamieniało ze starości. Z jednej strony każdej z nich znajdowały się symbole, które interpretowałem jako hebrajskie lub aramejskie cyfry. Po drugiej stronie znajdował się podobnie wyglądający, drobny tekst. Podejrzewałem, że to mogła być słynna Arka Przymierza, tylko na tablicach było dwanaście przykazań, a nie dziesięć. Zadziwiło mnie, że poza mną nikt tego nie dostrzega. Postanowiłem zrobić zdjęcie. Tym razem jednak przycisnąłem jajo-orzech z odwrotnej strony i wystrzeliło z niego wirujące ostrze, które wbiło się w arkę. Wyjąłem ostrze i zostawiłem pień za sobą. Wszedłem do jednej z kamienic. W jej wnętrzu zastałem arystokratyczną rodzinę, siedzącą na sofach i w fotelach, rozstawionych wokół kominka. Płomienie tańczyły w jego wnętrzu emanując przyjemnym ciepłem. Wszyscy przyodziali się w czerń i byli przygnębieni. W koncie za jedną z pięknych szaf skrywała się służąca. Wszystko nagle jakby stało się dla mnie jasne i wkroczyłem pewnie na sam środek izby, niczym Herkules Poirot. Zacząłem wyjaśniać, co się wydarzyło i cofnąłem się jakby do przeszłości. Widziałem mężczyznę, wyglądającego jak potężny lord, który bił kobietę i kazał coś jej zrobić wbrew jej woli. Kobieta mu uległa i z równym okrucieństwem nakazała swojemu synowi przespać się z jego siostrą. Chłopiec brutalnie zgwałcił młodszą siostrę, która po tym wydarzeniu uciekła z domu. Jako dorosła kobieta zatrudniła się jako służąca, a nikt jej nie rozpoznał. Podążając za swym ojcem lordem, udała się do hotelu i zabiła go za pomocą zatrutego, wirującego ostrza, identycznego do tego, które znalazłem w pniu. Narzędzie zbrodni ukryła w mechanizmie hydraulicznym na pętli tramwajowej…
szerz, zapoznając się dość dokładnie z całym jego asortymentem. Udałem się na pętlę tramwajową. Była całkowicie zadaszona. Spotkałem tam swojego tatę. Nadjechał tramwaj, a motorniczy zaczął narzekać, że znowu coś nie działa. Mój tata zaoferował swoją pomoc w naprawie i po chwili już otworzył właz techniczny. Pod włazem znajdował się ciekawy system hydrauliczny. Były tam grube, przezroczyste węże, z grubego i elastycznego
plastiku, o średnicy mniej więcej pięści. Po chwili zdiagnozował, że coś jest w łączniku i tamuje przepływ. Włożył tam dłoń i po chwili podał mi znaleziony, interesujący przedmiot. Wyglądał jak złote jajo o fakturze orzecha włoskiego. Odkryłem, że jest to osobliwy telefon komórkowy z aparatem. Tata nałożył na rurę końcówkę przypominającą igłę. Wcisnął ją w odpowiedni otwór i po chwili wąż zaczął się napełniać lepką, przezroczystą cieczą, która miała przyjemny, lekko słodkawy zapach.
Znalazłem się w budynku na szczycie góry. Budynek okazał się być wiktoriańską skocznią narciarską. W pomieszczeniu wisiały dziesiątki butów z podeszwami przypominającymi połączenie bardzo krótkich nart z łyżwami. W jednej ze ścian był duży otwór. Nad nim przymocowany był uchwyt, a przed nim siedzisko obite w czerwoną skórę. Usiadłem na nim, złapałem się uchwytu i odepchnąłem. Zjeżdżałem rurą przypominającą basenowe zjeżdżalnie. Wypadłem wprost na stok pokryty zlodowaciałym śniegiem. W pewnym momencie najechałem na wyprofilowany próg i przez kilka metrów leciałem w powietrzu. Wylądowałem, a tuż za mną wylądowała moja siostra. Była podekscytowana podobnie jak ja. Postanowiliśmy wyjść z budynku i oddać kolejny skok. Weszliśmy na szczyt stoku, przytrzymując się ścian. Doszedłem do otworu, podskoczyłem i złapałem się krawędzi. Podciągnąłem się i próbowałem wejść do środka. W ostatniej chwili dostrzegłem, że ktoś się zbliża. Wyskoczyłem trzymając się krawędzi jedną dłonią. Ktoś przeleciał z wrzaskiem nade mną. Po chwili się puściłem, a siostra mnie przytrzymała, bym nie zjechał po stoku. Postanowiliśmy poszukać innego wyjścia. Po chwili dostrzegliśmy wielkie, dwuskrzydłowe, łukowe wrota, wykonane ze złota. Przeszliśmy przez nie i okazało się, że to przejście służbowe dla pracowników. Przed nami rozpostarła się wielka hala. Wypełniona była wielkimi i pięknymi mechanizmami, wykończonymi drewnem i polerowanym mosiądzem. Wokół nich krzątali się pracownicy w błękitno-złotych mundurach. Nagle zadzwonił do mnie wujek i poprosił o zdjęcia do dokumentacji. Wedle jego życzenia zacząłem robić zdjęcia za pomocą jajo-orzecha. Po chwili opuściliśmy budynek. Przed nami rozpościerał się rozległy i dość płaski, pięknie zaśnieżony szczyt. Wiktoriański budynek, który opuściliśmy, miał duże szklane okna w mosiężnych ramach i złoty, spadzisty dach. Zrobiłem mu kolejne zdjęcia. Na szczycie dostrzegłem też kolejny, tym razem okrągły budynek, o monumentalnych wręcz rozmiarach. Zwieńczony był złotawo-szklaną kopułą. Wszedłem do środka. Ściany wręcz ociekały ornamentowymi zdobieniami ze złota, roztaczając niemal oślepiający blask. Pod tą ogromną kopułą zbudowano kamienice, a ja przemierzałem aleję miedzy nimi. Przelewały się przez nie niezliczone potoki turystów, tworzących charakterystyczny gwar. Przystanąłem przy kawałku drewna, które początkowo wziąłem za ławkę. Przy bliższych oględzinach zaczął przypominać grubo ciosane z jednego kawałka drewna czółno. Zaglądając do środka, dostrzegłem dwie tablice. Wykonane były z mahoniowego drewna, które skamieniało ze starości. Z jednej strony każdej z nich znajdowały się symbole, które interpretowałem jako hebrajskie lub aramejskie cyfry. Po drugiej stronie znajdował się podobnie wyglądający, drobny tekst. Podejrzewałem, że to mogła być słynna Arka Przymierza, tylko na tablicach było dwanaście przykazań, a nie dziesięć. Zadziwiło mnie, że poza mną nikt tego nie dostrzega. Postanowiłem zrobić zdjęcie. Tym razem jednak przycisnąłem jajo-orzech z odwrotnej strony i wystrzeliło z niego wirujące ostrze, które wbiło się w arkę. Wyjąłem ostrze i zostawiłem pień za sobą. Wszedłem do jednej z kamienic. W jej wnętrzu zastałem arystokratyczną rodzinę, siedzącą na sofach i w fotelach, rozstawionych wokół kominka. Płomienie tańczyły w jego wnętrzu emanując przyjemnym ciepłem. Wszyscy przyodziali się w czerń i byli przygnębieni. W koncie za jedną z pięknych szaf skrywała się służąca. Wszystko nagle jakby stało się dla mnie jasne i wkroczyłem pewnie na sam środek izby, niczym Herkules Poirot. Zacząłem wyjaśniać, co się wydarzyło i cofnąłem się jakby do przeszłości. Widziałem mężczyznę, wyglądającego jak potężny lord, który bił kobietę i kazał coś jej zrobić wbrew jej woli. Kobieta mu uległa i z równym okrucieństwem nakazała swojemu synowi przespać się z jego siostrą. Chłopiec brutalnie zgwałcił młodszą siostrę, która po tym wydarzeniu uciekła z domu. Jako dorosła kobieta zatrudniła się jako służąca, a nikt jej nie rozpoznał. Podążając za swym ojcem lordem, udała się do hotelu i zabiła go za pomocą zatrutego, wirującego ostrza, identycznego do tego, które znalazłem w pniu. Narzędzie zbrodni ukryła w mechanizmie hydraulicznym na pętli tramwajowej…
Etykiety:
Arka Przymierza,
Czółno,
Dekalog,
Dream,
Góra,
Hotel,
Jajo,
Narty,
Orzech,
Sen,
Szkło,
Śnieg,
Tramwaj,
Wiktoriański Strój,
Zdjęcie
piątek, 20 czerwca 2014
Zaskakujące wyznanie…
Na trawiastym pasie startowym stał samolot. Był to czerwony dwupłatowiec z wielkim śmigłem z przodu. Podszedłem do niego i zająłem jedyne wolne miejsce z tyłu. Z przodu siedziała już moja przyjaciółka P. ubrana na zielono z czerwonymi elementami. Ktoś krzyknął kontakt i mocno zakręcił śmigłem. Uruchomiłem silnik, który zaczął bardzo głośno terkotać w charakterystyczny sposób. Powoli ruszyliśmy i miarowo nabieraliśmy prędkości. W
pewnym momencie oderwaliśmy się od ziemi i poszybowaliśmy wysoko w kierunku nieba, Długie czerwone włosy P. powiewały od pędu powietrza i smagały moją twarz. Coś krzyczała uśmiechając się, ale silnik i wiatr wszystko skutecznie zagłuszały. Pod nami przemykały pola, lasy, rzeki i jeziora. Gdy słońce zaczęło zbliżać się do horyzontu, a niebo przybrało pomarańczowo- różowawe odcienie, wylądowaliśmy. Poszliśmy na spacer i doszliśmy do centrum miasta. Zbliżyliśmy się do przejścia dla pieszych przez tory tramwajowe i ulicę. P. jak to ma w zwyczaju, ani myślała o zatrzymaniu się, pomimo czerwonego światła dla pieszych. Złapałem ją za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Tuż przed P. z dużą prędkością śmignął tramwaj. Zarówno ja jak i P. byliśmy przerażeni. Przytuliła się do mnie mocno i rozdygotanym głosem wycedziła cicho „dziękuję…”, a po chwili odsunęła się odrobinę. Spojrzała mi w oczy i tym razem pewniej i spokojniej powiedziała: „Kocham Cię” po czym namiętnie mnie pocałowała… Obudziłem się zaskoczony tym wyznaniem…
pewnym momencie oderwaliśmy się od ziemi i poszybowaliśmy wysoko w kierunku nieba, Długie czerwone włosy P. powiewały od pędu powietrza i smagały moją twarz. Coś krzyczała uśmiechając się, ale silnik i wiatr wszystko skutecznie zagłuszały. Pod nami przemykały pola, lasy, rzeki i jeziora. Gdy słońce zaczęło zbliżać się do horyzontu, a niebo przybrało pomarańczowo- różowawe odcienie, wylądowaliśmy. Poszliśmy na spacer i doszliśmy do centrum miasta. Zbliżyliśmy się do przejścia dla pieszych przez tory tramwajowe i ulicę. P. jak to ma w zwyczaju, ani myślała o zatrzymaniu się, pomimo czerwonego światła dla pieszych. Złapałem ją za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Tuż przed P. z dużą prędkością śmignął tramwaj. Zarówno ja jak i P. byliśmy przerażeni. Przytuliła się do mnie mocno i rozdygotanym głosem wycedziła cicho „dziękuję…”, a po chwili odsunęła się odrobinę. Spojrzała mi w oczy i tym razem pewniej i spokojniej powiedziała: „Kocham Cię” po czym namiętnie mnie pocałowała… Obudziłem się zaskoczony tym wyznaniem…
środa, 14 maja 2014
Ruiny...
Jechałem tramwajem. Wysiadłem obok jakichś ruin. Wyglądało to jakby
budynek, a raczej jakiś kompleks przypominający bunkier lub fort, został ścięty
w połowie. Został las kolumn i zbrojeń niczym żebra olbrzymiej bestii. Przeszedłem
kawałek przez las i natknąłem się na kolejne ruiny. Te przypominały rzymską
willę z dziedzińcem i resztkami pokruszonej fontanny na środku. Ogród niegdyś
pewnie piękny i zadbany, całkowicie zdziczał. Mury porósł ognisty bluszcz.
Powoli udałem się w kierunku wciąż majestatycznej fasady budynku. Stąpałem wolno po pokrytej mchem mozaikowej
podłodze. Wnętrze było bardzo jasne, a spowodowane było to zapewne tym, że
brakowało dachu. Miałem się tu z kimś spotkać, ale byłem sam. Na jednej ze ścian
namalowane zostały jakieś diagramy i symbole, niestety całkowicie dla mnie nie
zrozumiałe. Nagle znowu ogarnęło mnie dziwne przeczucie, dziwny niepokój o Nią,
wrażenie, że jest nieszczęśliwa i jakby zagubiona…
Znalazłem się w mieszkaniu w wieżowcu, na jednym z wyższych pięter. Widziałem
je po raz pierwszy i nie kojarzyło mi się z żadnym z miejsc, które pamiętałem,
wydało mi się jednak jakoś dziwnie znajome. Płakało jakieś dziecko. Podszedłem
do pokoju, z którego dobiegało rozpaczliwe łkanie. Na dużym łóżku leżało może
półroczne niemowlę. Piękny chłopiec z ledwo wyłaniającą się czupryną.
Podniosłem go i przytuliłem. Momentalnie przestał płakać i stał się bardzo
spokojny. Chyba nawet się uśmiechnął, tak jakby mnie rozpoznał. Miał piękne
niebieskie oczy.
Wydały mi się nawet jakby znajome. Z kuchni wyszedł mój tata i
powiedział, że musimy się spieszyć, bo taksówka już czeka. Po chwili siedziałem
już w aucie na tylnym lewym siedzeniu z chłopcem leżącym spokojnie w nosidełku,
na moich kolanach. Ciągle się we mnie wpatrywał jak w obrazek. Taksówkarz nagle
zażądał zapłaty z góry i podał bardzo wysoką kwotę. Udało mi się wytargować
bardzo dużą zniżkę. Zapłaciłem za kurs chyba tylko jedną dziesiątą tego, co
sobie zażyczył na początku.
Obok nas przejechał czołg. Przypominał brytyjskiego
Shermana, tyle że pancerz wydawał się być zrobiony z plastiku i pomalowany
stalowo błękitną farbą. Na wieżyczce namalowano wielką czerwoną gwiazdę.
Taksówka dowiozła nas w końcu do ciekawej konstrukcji, przypominającej trochę
Wielki Mur Chiński. Wszedłem do kwadratowej baszty i spotkałem tam kuzyna. Była
tam wystawa jakichś starych urządzeń. Jedno było uszkodzone, ale naprawiłem je
od ręki i zaczęło miarowo terkotać.
Szliśmy od sali do sali. W jednym z
pomieszczeń spotkałem Ją. Spojrzała na mnie, a potem na dziecko, które cały
czas nosiłem w nosidełku i uśmiechnęła się, bardzo szczerze i serdecznie.
Dziecko też się uśmiechnęło i wyciągnęło rączki w Jej kierunku…poniedziałek, 27 stycznia 2014
Piękna zatoka i niesamowity tablet
Niespiesznie podszedłem w kierunku okna. Było pozbawione
szyb i przypominało raczej otwór w kamiennej ścianie o łukowym sklepieniu.
Oparłem się o kamienny parapet zbudowany z grubo ciosanych ciemnych kamieni,
idealnie spasowanych i połączonych znikomą ilością zaprawy murarskiej. Przede
mną rozpostarł się przepiękny widok na zielone wzgórza, stromo opadające do
zatoki i upstrzone setkami kamiennych domostw o ciemnografitowym zabarwieniu.
Postanowiłem się
przejść. Spacerując natknąłem się na przyjaciela z
podstawówki. Oświadczył, że jutro się do mnie wprowadza. Pomyślałem, dlaczego
nie i poszedłem zrobić zakupy. Obciążony reklamówkami postanowiłem podjechać
jeden przystanek tramwajem, jak to zwykłem robić w takiej sytuacji.
Nieoczekiwanie tramwaj zmienił trasę i zatrzymał się na jakimś poligonie. Tuż
nade mną,
nisko przelatywały samoloty. Były to zarówno myśliwce, ogromne
samoloty transportowe, ale też pasażerskie Boeingi. Domyśliłem się, że muszą
się odbywać jakieś manewry, bo w oddali dostrzegałem czołgi i ciężkie
transportery opancerzone. Postanowiłem ich unikać i przeszedłem pieszo przez
park. Niespodziewanie doszedłem do dworca kolejowego. Zrobiłem to w samą porę,
bo z pociągu wysiadła moja siostra wraz z mężem.
Postanowili mnie odwiedzić i chcieli bym ich
oprowadził po mieście. Postanowiliśmy iść na tramwaj. Najbliższy przystanek był
przy szkole sportowej. Trafiliśmy akurat na jakiś festyn w klimacie Gwiezdnych
Wojen. Odbywały się tam również liczne rywalizacje sportowe. Szwagier
postanowił się sprawdzić w podciąganie się po linie na czas. Szło mu całkiem
dobrze. Nagle został zapowiedziany nasz
tramwaj przez megafon, lecz niestety na niego nie zdążyliśmy z powodu licznych
stoisk stojących nam na drodze. Zaproponowałem skrót. Weszliśmy na wzgórze i
następnie zeszliśmy w kierunku oczka wodnego. Trasa tramwaju robiła tam pętlę i
udało nam się go
dogonić. Dojechaliśmy do jakiejś szkoły lub internatu. Okazało
się, że teraz tam mieszkam i postanowiłem się natychmiast wyprowadzić. Nagle
zjechała się cała rodzina łącznie z ciotkami, których nie znam, a każdy miał
jakieś złote rady co brać, a czego nie pakować. Podczas
pakowania potłukłem kilka talerzy. Znalazłem też tablet, o
którym nie miałem pojęcia, że go
posiadam. Miał ciekawe możliwości. Jedną z funkcji było coś w
rodzaju symulatora lotu drona. Wyglądało to jak wirtualna kamera, dzięki której
można było się rozejrzeć po okolicy. Zafascynowała mnie także
funkcja chodzenia
po wodzie. Jak się przytrzymało odpowiedni przycisk, to mogłem kroczyć po tafli
jeziora, ale jak przystawałem, to zapadałem się powoli w wodę niczym w jakiś
kisiel.
Chodziłem więc zafascynowany tym urządzeniem.
środa, 10 kwietnia 2013
Turystyka ekstremalna
Byłem w górach, a właściwie na płaskim i rozległym szczycie
jednej z gór. Przede mną rozciągało
się lustro sporego jeziora. Z jednej strony było ograniczone
konstrukcją z mlecznozielonkawych
szklanych paneli, niczym krawędź wielkiego akwarium. Ścieżka
kończyła się tam, gdzie owa krawędź zbiornika się zaczynała. Jedynym sposobem by iść
dalej było przesuwanie się wzdłuż
niej. Miałem pod sobą jedynie bezkresną przepaść, której dno
niknęło w mroku.
Przez chwilę rozważałem wskoczenie do jeziora i
przepłynięcie tego fragmentu, lecz woda mogła mieć najwyżej kilka stopni.
Przesuwałem się więc powoli wzdłuż zimnych, szklanych paneli i w końcu dotarłem
do schroniska przy jeziorze. Przed schroniskiem spotkałem tatę i mojego kolegę.
Właśnie zamierzali sobie popływać i chyba byli przygotowani na chłód, bo ubrali
rękawiczki i czapki. Przeszedłem przez budynek i spotykałem kobietę w średnim
wieku.
Powiedziała, że zaprowadzi mnie do kawałka terenu, który mi przydzielono
i z zazdrością stwierdziła, że mi się poszczęściło. Doszliśmy do peronu
kolejki. Postanowiłem szybko odmalować ławki, by to miejsce robiło większe
wrażenie na turystach. Moja przewodniczka wskazała całkowicie zarośnięty
cmentarz, znajdujący się sto metrów niżej i powiedziała, że to jej.
Podziękowałem jej i
obiecałem, że kiedyś pomogę w jego uprzątnięciu. Chciałem zejść z góry zanim się ściemni. Po
drodze spotkałem dalszego wujka, który mopem szorował kamienistą ścieżkę. Na moje pytanie,
dlaczego to robi, odpowiedział, że
"tak trzeba, bo turyści nie powinni widzieć
brudu". Podczas, gdy z nim rozmawiałem, dołączyła do mnie moja siostra. Co dziwne, wyglądała najwyżej na dziewięć
lat. Prowadziła też na smyczy kota.
Był to biały dachowiec w czarne łatki. Wołała na niego
"Schulz". (W rzeczywistości moja siostra ma ponad dwadzieścia lat i nigdy nie mieliśmy kota). Schodząc
razem z góry, opuściliśmy obszar typowo skalisty i przeszliśmy przez las. Wyszliśmy prosto na
rozległe targowisko. Ktoś nas obserwował. Wziąłem kota, chwyciłem siostrę za rękę i zaczęliśmy
lawirować pomiędzy straganami.
Prześladowca nie odpuszczał. Wbiegliśmy do wieżowca, a
korytarz poprowadził nas do jedynego mieszkania, w którym były uchylone drzwi. Weszliśmy do pokoju
po prawej i usiedliśmy w niepokoju. Przez na wpół przeźroczystą szybę w drzwiach,
obserwowaliśmy rozwój wydarzeń. Ktoś otwierał po kolei wszystkie drzwi w mieszkaniu. Siostra
teraz już rozpłakana, przytuliła się do mnie.
W końcu ktoś otworzył drzwi od pokoju, w którym
przebywaliśmy. Nie mieliśmy już gdzie
dalej uciekać. Pulchny mężczyzna i równie puszysta kobieta celowali
do nas ze strzelby i dubeltówki. Byłem przerażony
i próbowałem odpychać wycelowane w nas lufy. Nagle oboje się
roześmiali i powiedzieli, że to taki żart, który robią wszystkim
turystom. Wyszliśmy roztrzęsieni, ale szczęśliwi, że tak to się skończyło.
Siostra chciała bym ją wziął na ręce i tak zrobiłem. Zasnęła. Szliśmy przez miasto. W oddali
widziałem palące się budynki. Jakieś biurowce i hale. Doszedłem do pętli tramwajowej. Spojrzałem
na rozkłady i miejsca docelowe nie miały żadnego sensu. Były to np. "ibn" lub
"lbl" i inne również nie posiadające logicznego
znaczenia. Poszedłem więc dalej i zobaczyłem przystanek
autobusowy. Stał tam autobus o numerze 49, ale również nie miałem pojęcia, gdzie on jedzie.
Pamiętam jedynie, że nazwa składała się z dłuższego ciągu liter. Wróciłem więc na pętlę tramwajową. Budynki
nadal się paliły i co dziwne nie spalały, tylko trwały niezmiennie w płomieniach...
czwartek, 21 marca 2013
Steampunkowa biosfera
Znajdowałem się w ogromnej, kulistej biosferze. Była bardzo
stara i w niektórych miejscach brakowało szklanych paneli. Te które pozostały,
były brudne lub popękane. Żeliwna konstrukcja zaczęła już rdzewieć, ale można
było na niej dostrzec misterne, wiktoriańskie zdobienia. Panował gorący i bardzo
wilgotny mikroklimat. Monumentalna konstrukcja wypełniona była tropikalną
roślinnością.
Przedzierając się przez gęstwiny i torując sobie drogę maczetą,
dotarłem na wzgórze. Dopiero z niego doceniłem prawdziwy ogrom tej budowli.
Mogła mieć z kilkanaście kilometrów średnicy. W dolinie krzątała się lokalna
społeczność. Mieszkali w industrialnych budynkach z czerwonej cegły,
oplecionych lianami i wtapiającymi się w tropikalną gęstwinę.
Mężczyźni
przenosili wytopione tafle szkła i za pomocą skomplikowanych systemów dźwigów,
bloczków, balonów i zrobotyzowanych wagoników, transportowali je na sam szczyt konstrukcji,
dokonując niezbędnych napraw. Zszedłem ze wzniesienia i napotkałem grupkę
młodych dziewczyn. Miałem wrażenie, że je znam, ale nie mogłem sobie
przypomnieć kim dokładnie były.
Zbliżał się śmigłowy dwupłatowiec. Kilkadziesiąt metrów
od bloku wykonał szaleńczy manewr. Ciasno wzniósł się w górę wykonując „beczkę”
i po chwili leciał już w drugim kierunku. Dopiero teraz spostrzegłem, że
rozgrywa się ogromna w swojej skali bitwa. Setki samolotów starych i bardziej
współczesnych walczyło ze sobą w
powietrzu, a na wielkim zbiorniku wodnym, odbywała się podobna bitwa morska.
Żaglowce,
galery i fregaty strzelały do sobie nawzajem z armat, karabinów maszynowych,
dział i wyrzutni rakiet. Motorówki i katamarany manewrowały między wolniejszymi
jednostkami. Na samym środku płynął ogromny wycieczkowiec, który próbował
opuścić strefę walk. Kilka sterowców zrzucało bomby głębinowe, których wybuchy
wyzwalały wysokie fontanny wody.
Próbując opuścić budynek, przemierzyłem klatkę
schodową i wyszedłem w zadbanym parku miejskim. Panowała cisza i spokój. Wzdłuż
chodnika biegły wąskie tory. Stały na nich zabytkowe tramwaje pomalowane na
biało-czerwono. Zaglądając do wnętrza, zobaczyłem, że urządzono w nich
kawiarnie. Pomiędzy małymi, okrągłymi stołami krążyli elegancko ubrani
kelnerzy.
Idąc dalej po parku doszedłem do dużego basenu chyba o wymiarach
olimpijskich. Odbywały się na nim dziwne zawody. Na dwóch końcach basenu
znajdowały się przeciwne drużyny liczące po kilkaset ludzi. Ich członkowie
odróżniali się kolorami czepków. Na wystrzał sędziego, wszyscy wskakiwali do
wody. Wygrywała drużyna, której wszyscy członkowie dopłyną jako pierwsi na
przeciwległy skraj basenu.
Spotkanie na środku basenu było dodatkową atrakcją,
wzmagającą aplauz kibiców. Po zawodach dotarłem do chaty pokrytej strzechą.
Znajdowało się w nim muzeum tortur. Obejrzałem dziesiątki urządzeń i rekwizytów
wykorzystywanych w bardzo kreatywny sposób do zadawania cierpienia. Na tyłach
spotkałem przyjaciela ubranego w strój ludowy, który
przygotowywał właśnie
bardzo nietypowe obrazy. Był to jaskrawy penaptyk, składający się z części o
wymiarach, mniej więcej pół metra na sześć-siedem metrów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































