Byłem w okolicy starego rynku. Z ciekawości wszedłem do
nieco zapuszczonego budynku, który zapewne kiedyś był dobrze prosperującą
restauracją. Stoliki i krzesła porozstawiane w nieładzie zdążył pokryć kurz.
Wszedłem w głąb restauracji i podążałem plątaniną sal i pomieszczeń, aż
wyszedłem na dziedziniec. Tam stoliki były bardziej zadbane. Dziedziniec był
ogromny, wybrukowany małymi kostkami z szarego kamienia. Zajmował całą
powierzchnię pagórka, którego podnóże opływała wolno płynąca rzeka. Po chwili
podeszła starsza kobieta, bogato i elegancko odziana, o
arystokratycznych
manierach. Oprowadziła mnie. Mówiła, że kiedyś tu była wspaniała winnica. Teraz
pozostało kilka krzewów winnych i pamiątkowa tablica. Wszędzie były trochę zaniedbane
kwietniki i niedziałające już fontanny. Największe wrażenie jednak robiła
ogromna kamienna wieża. Zmierzaliśmy właśnie w jej kierunku, kiedy dołączył do
nas znajomy arystokratki. Bardzo mi przypominał Lesliego Nilsena. Weszliśmy do
środka. Kamienna wieża była pusta w środku. Kręte, spiralne kamienne schody pięły
się do góry wzdłuż ścian. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki, w końcu
doszliśmy do stropu, a właściwie do pierwszego piętra wieży. Nie dziwiło mnie
wtedy, że otaczało nas jezioro. Olbrzymia tafla wody
sięgająca niemal po horyzont,
przez co bardziej przypominała morze. Woda była całkowicie nieruchoma i gładka
niczym tafla szkła. Odbijało się w niej przyjemne pomarańczowe światło, jak
przy zachodzie słońca. W oddali można było dostrzec sylwetki olbrzymich dźwigów
portowych i kontenerów poustawianych w stosy, przez co upodabniały się do
piramid. Kobieta odebrała telefon. Usłyszałem krzyki kucharza, coś że się nie
wyrabia i chce zrezygnować. Staruszka pojednawczym tonem próbowała go uspokajać
i Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wieża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wieża. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 listopada 2016
Duchy Kamiennej Wieży
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Magia latania
Przepełniony magiczną mocą mogłem się wznosić wyłącznie ze sprawą siły woli. Było to czymś naturalnym jak oddychanie. Niestety coś się zmieniło i utraciłem tę zdolność. Spojrzałem przez okno i zobaczyłem ludzi przy pętli autobusowej. Stali w rzędzie na przystanku w oczekiwaniu na rychły przyjazd autobusu. Nagle wszyscy zaczęli się
wznosić w powietrze na wysokość kilku metrów. Robili to wolno, jak balony, w sposób niezwykle chaotyczny i nieskoordynowany, wymachując niezdarnie kończynami. Bez wątpienia byli zaskoczeni tym faktem i nie potrafili nad tym zapanować. Udałem się do jakiejś wieży, gdzie spotkałem swojego kolegę Szymona. Ponoć też potrafił latać i również utracił tą zdolność. Powiedział,
że wszyscy których znał, też ją stracili, ale za to zaczęły się pojawiać anomalie w różnych częściach miasta. Postanowiłem zejść z wieży i zgromadzić wszystkich, którzy utracili te zdolności. Z wieży schodziło się spiralną pochylnią. Z jednej strony pochylni był chodnik z jednolitego piaskowca, a z drugiej spływał jakby szmaragdowej barwy strumyk. Ciecz jakby emanowała swoim własnym krystalicznym blaskiem. Coś w niej dostrzegłem, jakby
dziesięciocentymetrowy dysk tuż pod powierzchnią. Wszedłem boso i poczułem jakby elektryczne mrowienie. Ciecz łaskotała mnie lekko płynąc żwawym nurtem. Sięgała mi do kostek. Wyciągnąłem przedmiot z dna. Był to jakby srebrny medalion lub moneta, zamknięta w szczelnej plastikowej obudowie. Obudziłem się…
środa, 14 maja 2014
Ruiny...
Jechałem tramwajem. Wysiadłem obok jakichś ruin. Wyglądało to jakby
budynek, a raczej jakiś kompleks przypominający bunkier lub fort, został ścięty
w połowie. Został las kolumn i zbrojeń niczym żebra olbrzymiej bestii. Przeszedłem
kawałek przez las i natknąłem się na kolejne ruiny. Te przypominały rzymską
willę z dziedzińcem i resztkami pokruszonej fontanny na środku. Ogród niegdyś
pewnie piękny i zadbany, całkowicie zdziczał. Mury porósł ognisty bluszcz.
Powoli udałem się w kierunku wciąż majestatycznej fasady budynku. Stąpałem wolno po pokrytej mchem mozaikowej
podłodze. Wnętrze było bardzo jasne, a spowodowane było to zapewne tym, że
brakowało dachu. Miałem się tu z kimś spotkać, ale byłem sam. Na jednej ze ścian
namalowane zostały jakieś diagramy i symbole, niestety całkowicie dla mnie nie
zrozumiałe. Nagle znowu ogarnęło mnie dziwne przeczucie, dziwny niepokój o Nią,
wrażenie, że jest nieszczęśliwa i jakby zagubiona…
Znalazłem się w mieszkaniu w wieżowcu, na jednym z wyższych pięter. Widziałem
je po raz pierwszy i nie kojarzyło mi się z żadnym z miejsc, które pamiętałem,
wydało mi się jednak jakoś dziwnie znajome. Płakało jakieś dziecko. Podszedłem
do pokoju, z którego dobiegało rozpaczliwe łkanie. Na dużym łóżku leżało może
półroczne niemowlę. Piękny chłopiec z ledwo wyłaniającą się czupryną.
Podniosłem go i przytuliłem. Momentalnie przestał płakać i stał się bardzo
spokojny. Chyba nawet się uśmiechnął, tak jakby mnie rozpoznał. Miał piękne
niebieskie oczy.
Wydały mi się nawet jakby znajome. Z kuchni wyszedł mój tata i
powiedział, że musimy się spieszyć, bo taksówka już czeka. Po chwili siedziałem
już w aucie na tylnym lewym siedzeniu z chłopcem leżącym spokojnie w nosidełku,
na moich kolanach. Ciągle się we mnie wpatrywał jak w obrazek. Taksówkarz nagle
zażądał zapłaty z góry i podał bardzo wysoką kwotę. Udało mi się wytargować
bardzo dużą zniżkę. Zapłaciłem za kurs chyba tylko jedną dziesiątą tego, co
sobie zażyczył na początku.
Obok nas przejechał czołg. Przypominał brytyjskiego
Shermana, tyle że pancerz wydawał się być zrobiony z plastiku i pomalowany
stalowo błękitną farbą. Na wieżyczce namalowano wielką czerwoną gwiazdę.
Taksówka dowiozła nas w końcu do ciekawej konstrukcji, przypominającej trochę
Wielki Mur Chiński. Wszedłem do kwadratowej baszty i spotkałem tam kuzyna. Była
tam wystawa jakichś starych urządzeń. Jedno było uszkodzone, ale naprawiłem je
od ręki i zaczęło miarowo terkotać.
Szliśmy od sali do sali. W jednym z
pomieszczeń spotkałem Ją. Spojrzała na mnie, a potem na dziecko, które cały
czas nosiłem w nosidełku i uśmiechnęła się, bardzo szczerze i serdecznie.
Dziecko też się uśmiechnęło i wyciągnęło rączki w Jej kierunku…piątek, 11 kwietnia 2014
Kawiorowy protest…
Przemierzałem ulice niewielkiej miejscowości pogrążone w
nocnym mroku. Rozświetlały je tylko sodowe latarnie uliczne i reflektory tirów.
Coś się jednak zaczęło dziać. Kierowcy zaczęli wysypywać na ulice zawartość
naczep i wywrotek. Ulice w mig pokryły się morzem kawioru. Miliardy czarnych i
czerwonych
rybich jajeczek rozpłynęły się po asfalcie. Dowiedziałem się od
gapiów, że za całe to zamieszanie odpowiedzialna jest znana piosenkarka
Madonna. Postanowiła w ten sposób zaprotestować przeciw działaniom Rosji i
Putina na Ukrainie. Poszedłem dalej i
wstąpiłem do zajazdu. Zdziwiłem się trochę, jak zobaczyłem w nim
samą Madonnę.
Wokół niej wił się wianuszek pochlebczyń i innych piosenkarek w wieczorowych
strojach. Wszędzie były małe salaterki z kawiorem. Spróbowałem go. Każdy miał
inny smak, jeden np. miał smak kurczaka, inny galaretki owocowej inny jeszcze warzywny.
Część miała smak prawdziwego kawioru. Rozmawiałem z Madonną i innymi kobietami
po angielsku, ale gdy Madonna na chwilę opuszczała pomieszczenie, wszyscy nagle
zaczynali mówić po polsku. Kiedy zaczęło się przejaśniać, opuściłem zajazd.
Chciałem dotrzeć do
jakiegoś ciekawego miejsca nieopodal. Kojarzyło mi się to z
Włocławkiem, choć nigdy tam nie byłem, poza pojedynczymi przejazdami i wiem, że
wygląda zupełnie inaczej. Miała to być miejscowość wypoczynkowa. Główną
atrakcją była ciekawa budowla. Wyglądała jak olbrzymi zbiornik retencyjny
zbudowany z trapezowatych, wysokich wałów na bazie prostokąta.
Stworzono je z
czarnej, szklistej, wypalanej, porowatej substancji. Może coś pomiędzy żużlem, a
obsydianem. Wewnątrz tego wielkiego
zbiornika można było znaleźć głazy i plaże. Kąpały się tam setki ludzi. Słońce
wychylało się nieśmiało zza horyzontu i oświetlało taflę wody,
przyjemną
pomarańczową poświatą. Całość kompleksu otoczona była fosą. Jedyną drogą, by ją
przekroczyć był most zwodzony zabudowany strzelistą wieżą na bazie kwadratu. sobota, 25 maja 2013
Pojazdy elektromagnetyczne
Nogi poniosły mnie do parku w rodzinnym mieście. Zatrzymałem
się na polanie otoczonej drzewami. Usłyszałem jak coś przemieszcza się pomiędzy
liśćmi i gałęziami. Po chwili wyłonił się spomiędzy nich wspaniały żuraw.
Zrobił kilka dostojnych kroków i wzbił się w powietrze. Położyłem się na trawie
i podziwiałem jego lot. Szybował z szeroko rozpiętymi skrzydłami. Ich końce
były zakończone pojedynczymi piórami przypominającymi palce. Zrobił kilkanaście
kręgów nad polanką i odleciał.
Poszedłem w okolice mojego starego liceum. Tuż
obok, niemal od zawsze stał charakterystyczny, wysoki maszt od radia CB. Teraz
został zmodyfikowany. Mocno go rozbudowano. Przypominał Toronto Tower z
metalowymi, ruchomymi kręgami wokół górnej części. Pomalowano go farbą, która
przybierała srebrnobiałe odcienie, zależnie od tego pod jakim kątem się na nią
patrzyło. Wszedłem do środka, gdzie właśnie trwało uroczyste otwarcie.
Przewodniczyły mu Krystyna Pawłowicz i Grażyna Ciemniak. Po chwili z tłumu
wystąpiła starsza kobieta z chustą na głowie. Podeszła do nich i zaczęła je
ściskać. Natychmiast pojawili się ochroniarze w postaci starszych, wychudzonych
mężczyzn w różowych ortalionowych dresach, od których czuć było tanie wino i
papierosy. Bezwzględnie pochwycili kobietę i wyprowadzili na zewnątrz. Przemówienie
kontynuowano, a po jego zakończeniu rozpoczęła się wystawa futurystycznych
pojazdów zasilanych elektrycznie. Moją uwagę przykuł samochód pomalowany na
jaskrawy odcień zieleni. Miał bardzo opływowy kształt i coś w rodzaju dwóch
warstw podwozia. Uklęknąłem by przyjrzeć mu się dokładniej.
Między jedną, a
drugą była wolna przestrzeń, zaprojektowana tak, by przysysała auto do
nawierzchni jak odkurzacz. Na dolnej zamontowano miliardy skomplikowanych
układów scalonych zintegrowanych z elektromagnesami. Podszedł do mnie jakiś
naukowiec i widząc moje zainteresowanie zaczął mi wyjaśniać mechanizm działania
tego pojazdu. Z tego co zapamiętałem, to odpychał się od ziemskiego pola
elektromagnetycznego, a ponieważ ziemskie pole
elektromagnetyczne jest bardzo zmienne
i nieustannie fluktuuje, dlatego elektromagnesów i mikroprocesorów zintegrowanych
z magnometrami musiało być tak dużo. Nieustannie się dostosowywały by ruch był
jak najbardziej wydajny i płynny. Wskazałem mu kilka wad konstrukcyjnych, które
wydały mi się oczywiste.
Zadziwiłem tym naukowca. Chciał podjąć ze mną
współpracę jednocześnie prosząc bym nic nie mówił w tym pomieszczeniu. Wtedy
poczułem, że jestem obserwowany i dostrzegłem skierowane na mnie kamery
monitoringu.
poniedziałek, 17 października 2011
Istota
Odległa przyszłość. Znajdowałem się na pokładzie dużego
statku kosmicznego, bardzo daleko od Ziemi. Powierzono mi ważne zadanie
zbadania tajemniczego, acz małego przedmiotu, który został odnaleziony w
przestrzeni kosmicznej. Wyglądał jak maleńki kryształ. Podłączyłem do niego skomplikowaną
aparaturę badawczą i dziesiątki czujników. Doszedłem do wniosku, że jest to
jakieś urządzenie, a po wielu próbach udało mi się je uruchomić. Momentalnie
rozbłysło milionami drobniutkich światełek, tworzących skomplikowane wzory i
struktury, wypełniając całą przestrzeń wokół mnie. W pewnym momencie wszystko
rozbłysło. Minimalnie się rozszerzyło, a potem w jednej chwili skurczyło do pojedynczego
punktu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























