Byłem w okolicy starego rynku. Z ciekawości wszedłem do
nieco zapuszczonego budynku, który zapewne kiedyś był dobrze prosperującą
restauracją. Stoliki i krzesła porozstawiane w nieładzie zdążył pokryć kurz.
Wszedłem w głąb restauracji i podążałem plątaniną sal i pomieszczeń, aż
wyszedłem na dziedziniec. Tam stoliki były bardziej zadbane. Dziedziniec był
ogromny, wybrukowany małymi kostkami z szarego kamienia. Zajmował całą
powierzchnię pagórka, którego podnóże opływała wolno płynąca rzeka. Po chwili
podeszła starsza kobieta, bogato i elegancko odziana, o
arystokratycznych
manierach. Oprowadziła mnie. Mówiła, że kiedyś tu była wspaniała winnica. Teraz
pozostało kilka krzewów winnych i pamiątkowa tablica. Wszędzie były trochę zaniedbane
kwietniki i niedziałające już fontanny. Największe wrażenie jednak robiła
ogromna kamienna wieża. Zmierzaliśmy właśnie w jej kierunku, kiedy dołączył do
nas znajomy arystokratki. Bardzo mi przypominał Lesliego Nilsena. Weszliśmy do
środka. Kamienna wieża była pusta w środku. Kręte, spiralne kamienne schody pięły
się do góry wzdłuż ścian. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki, w końcu
doszliśmy do stropu, a właściwie do pierwszego piętra wieży. Nie dziwiło mnie
wtedy, że otaczało nas jezioro. Olbrzymia tafla wody
sięgająca niemal po horyzont,
przez co bardziej przypominała morze. Woda była całkowicie nieruchoma i gładka
niczym tafla szkła. Odbijało się w niej przyjemne pomarańczowe światło, jak
przy zachodzie słońca. W oddali można było dostrzec sylwetki olbrzymich dźwigów
portowych i kontenerów poustawianych w stosy, przez co upodabniały się do
piramid. Kobieta odebrała telefon. Usłyszałem krzyki kucharza, coś że się nie
wyrabia i chce zrezygnować. Staruszka pojednawczym tonem próbowała go uspokajać
i Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Księżyc. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 listopada 2016
Duchy Kamiennej Wieży
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Powietrza… !
Znajduję się na obcej planecie lub na księżycu Jowisza.
Teraz przypomina już Ziemię. Niebo zasnute jest gęstymi, ciężkimi chmurami, które z trudem się
przewalają po nieboskłonie. Jadę autobusem, a na drodze panuje chaos. Każdy
jedzie jak chce. Po prawej stronie mijamy duże gmachy, jeden z nich to budynek
sądu. Wszystkie są zniszczone. Ściany boczne i tylne jeszcze jakoś się
trzymają, ale po przednich pozostały tylko kopce cegieł i gruzu z
wystającymi grubymi belkami.
Pomieszczenia jakby ścięte, są widoczne z zewnątrz. Część sprzętów biurowych
jeszcze się uchowało. Wysiadłem na najbliższym przystanku, a autobus wjechał
spiralą na estakady, które w tym miejscu krzyżowały się wielopoziomowo.
Kolumny je podtrzymujące są popękane, ale
wciąż wyglądają solidnie. Dostrzegam dziesiątki ludzi, są niespokojni, a nawet
agresywni względem siebie. Atakują się wzajemnie czym popadnie. Ranią się
bezlitośnie i zachowują jakby byli nieświadomi swojego stanu. Biegnę w kierunku
podziemnego przejścia pod rondem. Wychodzę po drugiej stronie do budynku
przypominającego kaplicę w budowie. Ściany
są z czerwonych cegieł pomiędzy którymi jest biała fuga.
Krzyżowe sklepienie
pokryte jest białym tynkiem. Okna są wąskie i wysokie z przezroczystymi,
kwadratowymi szybkami. Pomieszczenie jest ascetycznie puste. Wychodzę otwartymi
drzwiami. Znajduję się nad rzeką, która wylała i zalała bulwary oraz alejki. Z
trudem ominąłem rozlewisko. Wszedłem do najbliższego wieżowca. Spotkałem
sąsiadkę, która zaprosiła mnie do siebie. Okazało się, że ma właśnie urodziny,
a ja mam dla niej prezent. Wręczyłem jej grubą książkę. Potem zaczęli się
schodzić inni goście. Usiadłem na łóżku, a z radioodbiornika właśnie dobiegał
jakiś ważny komunikat. Wywnioskowałem z niego, że w wyniku zamieszek uległy
uszkodzeniu urządzenia terraformacyjne produkujące powietrze. Bez nich
atmosfera była bardzo rozrzedzona.
Ci co się tu urodzili byli do niej
przystosowani fizjologicznie. Niestety nie byłem jednym z nich. Zacząłem się
dusić. Rozpaczliwie walczyłem o każdy kolejny haust powietrza...
niedziela, 8 stycznia 2012
Kamieniołomy
Szukałem kogoś. Ktoś został porwany. Nie wiem kto, ale ktoś
ważny. Poszukiwania doprowadziły mnie do wielkich kamieniołomów. Wszędzie było
pełno ochroniarzy i żołnierzy. Dyskretnie przemykałem od jednego zacienionego
miejsca do drugiego, od skały do skały. Jakoś udawało mi się uniknąć wykrycia
przez strażników. Skały były jasno szare, a unoszący się pył drobny jak mąka.
Osadzał się wszędzie. W oddali zobaczyłem wielką jaskinię.
Powoli i ostrożnie
zbliżałem się do niej. Ciemne wejście
miało łukowaty kształt. W końcu znalazłem się wewnątrz. Było tam chłodno
i wilgotno, a ochroniarzy było coraz więcej. Przemierzając ją i niemal cudem unikając wykrycia doszedłem
w końcu do wielkiej komory w której były podwieszone kwadratowe klatki. W
jednej z nich był mały robocik.
Uwolniłem go, a z wdzięczności przekazał mi
informacje o osobie której poszukiwałem i wskazówki jak ją odnaleźć. Była
zamknięta w niewielkim pomieszczeniu. Drzwi były zamknięte i dopiero po wielu
próbach udało mi się je wyważyć. Zobaczyłem Ją. Jak mogłem nie pamiętać, że to
Jej szukałem. Niestety wywołany moimi licznymi próbami hałas zwrócił uwagę
strażników. Chwyciłem Ją za rękę i zaczęliśmy uciekać w stronę wyjścia.
Przemknęliśmy
obok kilku żołnierzy, którzy znudzeni nawet do końca nie skojarzyli kto obok
nich przebiegł. Byliśmy już na zewnątrz, a pościg był coraz liczniejszy.
Skręciliśmy w wąskie schody wykute w skale, prowadzące na górę. Znaleźliśmy się
w mieście i pędząc lawirowaliśmy po wąskich uliczkach. Kamienice obok których
przebiegaliśmy zbudowane były z okrągłych kamieni połączonych betonem. Jeszcze
kilka skrętów, schody do góry i znaleźliśmy się na tarasie, na którym urządzona
była kawiarnia. Szybko przysiedliśmy się do czyjegoś stolika i zaczęliśmy
konwersację. Zadyszani ochroniarze przebiegli dalej nie zwracając na nas uwagi.
Fortel się udał. Spojrzałem w niebo i nagle sobie uświadomiłem, że znajdujemy
się na księżycu jakiejś obcej planety.
Nad Nami przeleciały jakieś roboty.
Znaleźliśmy się na pokładzie jakiegoś statku. Sam kapitan oprowadzał Nas po
pokładzie. Zobaczyliśmy mostek, w którym panował nieład, maszynownię oraz
kajuty, w których spotkaliśmy moje koleżanki. Wyszliśmy na pokład i oparliśmy
się o barierki. Delikatna bryza schładzała Nam twarze. Płynęliśmy wolno wąskim
kanałem. Nagle kanał się skończył, a statek poruszał się dalej, przeraźliwie
drapiąc nawierzchnię ulicy.
Okropny dźwięk zdzieranej masy metalu był nie do
wytrzymania. Zakryłem uszy, a po chwili byłem już u mojej babci. Razem z
siostrą obierałem ziemniaki na obiad. Wyrzuciłem stos obierek do kosza i
zaniosłem worek ze śmieciami do zsypu. Gdy wróciłem do mieszkania, na kanapie
dostrzegłem kostium żaby. Siostra powiedziała, że to męża. Wyszedłem z pokoju i
przechodząc przez przedpokój dostrzegłem w lustrze odbicie dziadka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















