Byłem w okolicy starego rynku. Z ciekawości wszedłem do
nieco zapuszczonego budynku, który zapewne kiedyś był dobrze prosperującą
restauracją. Stoliki i krzesła porozstawiane w nieładzie zdążył pokryć kurz.
Wszedłem w głąb restauracji i podążałem plątaniną sal i pomieszczeń, aż
wyszedłem na dziedziniec. Tam stoliki były bardziej zadbane. Dziedziniec był
ogromny, wybrukowany małymi kostkami z szarego kamienia. Zajmował całą
powierzchnię pagórka, którego podnóże opływała wolno płynąca rzeka. Po chwili
podeszła starsza kobieta, bogato i elegancko odziana, o
arystokratycznych
manierach. Oprowadziła mnie. Mówiła, że kiedyś tu była wspaniała winnica. Teraz
pozostało kilka krzewów winnych i pamiątkowa tablica. Wszędzie były trochę zaniedbane
kwietniki i niedziałające już fontanny. Największe wrażenie jednak robiła
ogromna kamienna wieża. Zmierzaliśmy właśnie w jej kierunku, kiedy dołączył do
nas znajomy arystokratki. Bardzo mi przypominał Lesliego Nilsena. Weszliśmy do
środka. Kamienna wieża była pusta w środku. Kręte, spiralne kamienne schody pięły
się do góry wzdłuż ścian. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki, w końcu
doszliśmy do stropu, a właściwie do pierwszego piętra wieży. Nie dziwiło mnie
wtedy, że otaczało nas jezioro. Olbrzymia tafla wody
sięgająca niemal po horyzont,
przez co bardziej przypominała morze. Woda była całkowicie nieruchoma i gładka
niczym tafla szkła. Odbijało się w niej przyjemne pomarańczowe światło, jak
przy zachodzie słońca. W oddali można było dostrzec sylwetki olbrzymich dźwigów
portowych i kontenerów poustawianych w stosy, przez co upodabniały się do
piramid. Kobieta odebrała telefon. Usłyszałem krzyki kucharza, coś że się nie
wyrabia i chce zrezygnować. Staruszka pojednawczym tonem próbowała go uspokajać
i Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duch. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 listopada 2016
Duchy Kamiennej Wieży
środa, 5 marca 2014
Nawiedzony szpital
Pracowałem w szpitalu jako lekarz. Otworzyłem zupełnie nowy
oddział. Pomogłem wielu pacjentom, którym nikt inny nie chciał pomóc. Każdy
kogo wyleczyłem nagle rozpływał się w powietrzu i po prostu znikał.
Dziwiło
mnie to trochę, więc zacząłem analizować ich kartoteki. Moje odkrycie mnie
przeraziło. Wszyscy pacjenci, których wyleczyłem od dawna byli martwi...wtorek, 11 lutego 2014
Skutki uboczne...
Leczenie cytostatykami już trochę trwa, więc zaobserwowałem
pewne korelacje. Najgorzej czuję się mniej więcej dwa tygodnie po podaniu
potocznie nazywanej "czerwonej chemii". Jest to chyba najbardziej
toksyczny specyfik z tych, które mi podają. To po nim zazwyczaj wypadają włosy
i jest szczególnie toksyczny dla układu krążenia. Przypuszczam, że poprawna
nazwa to doksorubicyna. Pozostałe "chemie" to: bleomycyna, etopozyd,
cyklofosfamid, winkrystyna, prokarbazyna, prednizon i wiele leków osłonowych
oraz sterydowych. Mam wrażenie, że
właśnie te sterydy źle na mnie wpływają.
Powodują bezsenność, wpływają na psychikę (negatywne i realistyczne sny jeśli
już się uda zasnąć), powodują lekkie zwiększenie masy ciała i pogorszenie wzroku.
Od jutra według zaleceń zmniejszam dawkę i potem odstawiam. W ciągu ostatnich
kilku dni nastąpiło nałożenie się skutków ubocznych zarówno "czerwonej
chemii" (minęło kilkanaście dni od podania) i sterydów. Miałem bardzo
specyficzny, nieciekawy, realistyczny sen, mieszający się z rzeczywistością w
bardzo nieprzyjemny sposób. Mianowicie, śniło mi się, że pomagałem różnym duchom przejść jakąś skomplikowaną drogę, by je uwolnić. Przemierzaliśmy jakieś bagna, podziemia i krypty. Większość musiałem po prostu bezpiecznie przeprowadzić. Niektórym musiałem pomóc coś dokończyć. Pomogłem wszystkim, prócz jednemu. Nie byłem w stanie. Zgubiliśmy się.
Rozwścieczył się z tego powodu i postanowił mnie ukarać zsyłając na mnie ból i cierpienie. Będąc w stanie takiego półsnu, rozkojarzenia i skołowania zacząłem odczuwać przeraźliwy, jakby rozrywający ból we wnętrzu śródpiersia. Towarzyszył temu też ból mięśni i stawów, zwłaszcza kolanowych, dziąseł, ucha wewnętrznego, skroni i przede wszystkim bardzo intensywny kręgosłupa, tuż powyżej kości ogonowej. Do tego doszło okropne rozwolnienie. Objawy bardzo podobne do tych, które wystąpiły również po dwóch tygodniach po podaniu "czerwonej chemii" za pierwszym razem. Wtedy śniło mi się, że lekarka wysłała mnie na operację do jakiegoś chińczyka. Chińczyk podszedł wtedy do mnie trzymając w dłoni wielki drut, taki jak do robienia na drutach. Wbił mi go przez gałkę oczną i wykonał operację na mózgu, po prostu w nim gmerając. Wszystko bez znieczulenia. Obudziłem się z lękiem, że ten chińczyk cięgle, gdzieś jest i tylko się czai w ciemności, by jeszcze na mnie poeksperymentować. Na szczęście te najgorsze objawy bólowe nie trwają za długo i po dwóch trzech dniach czuję się dużo lepiej. Nie biorę środków przeciwbólowych, ponieważ od leczenia oberwała trochę wątroba. Mam bardzo podwyższony poziom enzymów wątrobowych (aminotransferazy alaninowej) do 160. Norma jest do 41. Widząc ilość leków, które i tak muszę połykać, wolę jej już bardziej nie obciążać i po prostu jakoś przetrwać te gorsze dni. Lekarze w przypadku bólu zalecają paracetamol, ponieważ nie wpływa na działanie innych podawanych leków, ale wyczytałem, że ma silne działanie hepatoksyczne. Jeśli kogoś zaniepokoiłem, to pragnę nadmienić, że pomimo tych niedogodności trzymam się całkiem dobrze. Bez większych problemów dochodzę w końcu do siebie po każdym cyklu chemii. Psychicznie też jestem silny i pełen optymizmu na przyszłość. Stosuję odpowiednią dietę oszczędzającą wątrobę i w miarę możliwości niwelującą skutki uboczne leczenia. Wykonuję codziennie umiarkowane ćwiczenia fizyczne (Tai Chi), dzięki czemu sukcesywnie odzyskują formę. Mam też subiektywne wrażenie, że leczenie przebiega pomyślnie i guzy się zmniejszają. Pewność uzyskam pod koniec miesiąca jak zostanie wykonane kontrolne badanie PET (Pozytonowa Tomografia Emisyjna).
niedziela, 6 maja 2012
Smoczy raj
Przestronne wnętrze okrągłej budowli wypełniało czerwonej
barwy światło. Im byłem niżej tym było intensywniejsze. Byłem bezcielesnym
obserwatorem, który widział wszystko z oddali. Miałem wrażenie, że byłem duchem
smoka.
Wysoka, szczupła, ciemnowłosa kobieta przechodziła kolejne próby.
Zakapturzeni kapłani zadawali jej ból na różne wymyślne sposoby, lecz ona była
nieugięta. Bez problemu odpowiadała na skomplikowane pytania czym wprawiała
kapłanów w osłupienie. Nikt nie zaszedł tak daleko.
Na dnie budowli
znajdował się podest, a na nim umieszczona była kamienna tablica. Ostatnia
próba polegała na wyryciu na niej brakujących symboli. Kobieta ubrana w białą
suknię, która mocno kontrastowała z otoczeniem,
dostała dziwny sztylet. Na jego
rękojeści umieszczonych było kilka małych ostrzy, a trzymający go człowiek
musiał się zranić by go użyć. Niewiasta nie zważając na swoje cierpienie wyryła
symbole, które pokryła jej krew. Momentalnie znalazła się na soczysto zielonej
polanie.
Niebo było intensywnie błękitne, a światło słoneczne wydawało się
padać ze wszystkich stron, nie mając jednego źródła. Po chwili do kobiety
podbiegły dzieci. Uśmiechnęła się i mocno je przytuliła...
wtorek, 7 lutego 2012
Spadek
Dostałem w spadku starą kamienicę po pradziadkach.
Postanowiłem się do niej udać i zobaczyć jak wygląda i w jakim jest stanie.
Przeszedłem ciemnym korytarzem i wszedłem do pierwszej napotkanej izby. Jej groteskowość
mnie zaskoczyła. Pokój miał trójkątny kształt, a każda ściana wydawała się
zupełnie nie pasować do sąsiedniej. Jedna pokryta była pasiastą tapetą z
ornamentowymi wzorami.
Drugą obklejono puzzlami. Pomimo iż elementy pasowały do
siebie kształtem nie tworzyły żadnego wzoru. Były pomieszane. Trzecią zdobiły
wydzieranki z gazet tworząc różne makabryczne kolaże. Sufit pokrywał wyblakły
fresk z cherubinami pląsającymi w
chmurach. Przy jednej ze ścian stała wielka drewniana szafa. Otwierając ją
wywołałem małą lawinę ubrań. Nagle jedno z nich jakby ożyło. Pomięty strój
pilota myśliwca zaczął się do mnie zbliżać próbując opleść się wokół mnie.
Chwyciłem go i z całej siły cisnąłem o ścianę. Osunął się po niej tworząc
bezwładny stos u jej dolnej krawędzi. Po chwili ożyła biała bufiasta suknia.
Natychmiast opuściłem pokój i zamknąłem za sobą drzwi. Wyszedłem z budynku.
Kamienica miała wewnętrzny dziedziniec. Stało na nim bardzo stare i zaniedbane
auto. Opony i czarne grube uszczelki przy oknach pokruszyły się ze starości, a
karoseria nabrała rudawej barwy od rdzy. Nieopodal porzucono stary fotel, który
teraz służył za posłanie dla gromadki kotów.
Po chwili na dziedzińcu zjawił się
rzeczoznawca, który miał wycenić nieruchomość. Tym razem weszliśmy innym
wejściem. Przeszliśmy przez pomieszczenie z wypchanymi zwierzętami i dotarliśmy
do bardzo przestronnej sali. Na ścianach wisiały stare poczerniałe obrazy, a na
kolumnach i półkach stały białe gipsowe rzeźby. Liczne gabloty nadawały
pomieszczeniu niemal muzealny charakter.
Przechodząc obok nich zobaczyłem stary
sprzęt medyczny. Wielka szklana strzykawka ze stalowymi elementami leżała obok
młoteczka do opukiwania stawów i stetoskopu. W kolejnej były narzędzia
archeologiczne, małe kilofy i cały zestaw pędzelków. Towarzyszyły im malutkie
ludzkie czaszki, ale nie dziecięce, a raczej normalne czaszki pomniejszone w
jakimś tajemniczym szamańskim procesie.
Ostania gablota kryła prawdziwe skarby.
Srebrnej i złotej biżuterii towarzyszyły klejnoty i wielki jak kurze jajo,
idealnie oszlifowany szmaragd. W narożnej części pomieszczenia dostrzegłem
grubą ceramiczną rurę. Była pęknięta. Przyglądając jej się uważniej dostrzegłem
ukryty w jej wnętrzu stary zwój wykończony mosiężnymi zdobieniami na
krawędziach...
niedziela, 15 stycznia 2012
Duchem być…
Jechałem razem z rodziną na wycieczkę samochodem. Prowadził
ojciec. Mijaliśmy pola i lasy. Nagle ojciec stwierdził, że pojedziemy skrótem.
Prowadził wąską piaszczystą dróżką przez las, a potem przez pomost. Ludzie
uskakiwali przed autem do wody. Potem była stroma rampa. Za pierwszym razem nie
daliśmy rady podjechać i grawitacja cofnęła nas na sam dół.
Zaproponowałem, by
spróbować na pierwszym biegu i jakoś podjechaliśmy, i zaparkowaliśmy na
drewnianej platformie. Był tam urządzony letni ogródek z parasolkami. Zamówiłem
lody waniliowe z bitą śmietaną i karmelem. Znalazłem się w domu. Zadzwonił
dzwonek, więc wstałem z kanapy i otworzyłem drzwi. Zobaczyłem Ją. Przyjechała
do mnie z niespodziewaną wizytą. Bardzo miła niespodzianka. Usiedliśmy obok
siebie na dywanie.
Wyjęła swoją komórkę. Była duża i miała dwa ekrany, na całej
swej powierzchni po jednym z każdej strony. Pokazała mi zdjęcia z jakiegoś
wyjazdu. Był tam przepiękny ogród na dziedzińcu jakiegoś pałacu, wąskie
brukowane uliczki oświetlone światłem latarń, jakieś ruiny oświetlone światłem
zachodzącego słońca i morze. Zauważyłem, że robi się zmęczona i oczy Jej się
same zamykają. Wziąłem Ją na ręce.
Objęła mnie i przytuliła. Spojrzała mi prosto w oczy i pięknie uśmiechnęła, a po
chwili zasnęła. Powiedziałem Jej, że bardzo Ją kocham, ale chyba już tego nie
usłyszała, zanurzyła się w świecie snów. Położyłem Ją delikatnie na kanapie i
przykryłem kocem...
...pojawiłem się na stacji kosmicznej. Jakiś teleskop kosmiczny
miał awarię i schodził z orbity. Gdyby wszedł w atmosferę, jakieś toksyczne
substancje dostałyby się do środowiska i doprowadziły do katastrofy
ekologicznej. Do stacji był zadokowany statek, który miał go naprawić. Problem
w tym, że nie miał dość paliwa, by go dogonić. O całej sytuacji wiedziałem
tylko ja i kobieta, która była dowódcą misji. Wszystko było tajne i reszta
załogi nie mogła się o tym dowiedzieć. Wpadłem na pomysł jak rozwiązać problem,
ale nie mogłem o tym mówić. Stacja była na tyle mała, że nawet szept był
słyszany w każdym jej zakamarku. Odciągnąłem panią kapitan na bok i
podryfowaliśmy w najdalszy skraj stacji. Spisałem swój pomysł na kartce.
Polegał on na tym, by wprowadzić stację
w szybki ruch wirowy i w odpowiednim momencie odczepić statek, by został
wystrzelony jak z procy. Przeciążenie wewnątrz stacji byłoby znaczne i
nieprzyjemne, ale powinniśmy to wytrzymać. Wyszeptała: genialne i
niespodziewanie mnie pocałowała. Szybko oddaliła się by zacząć realizować plan...
...znalazłem się w kościele i poszedłem do spowiedzi. Niestety
ksiądz był stary i przygłuchy. Musiałem wykrzyczeć swoje grzechy na cały kościół.
Jako pokutę dostałem dzień postu i trzy zdrowaś Maryjo...
...byłem w jakiejś restauracji. Wokół długiego stołu,
przykrytego białym obrusem i bogato zastawionego jedzeniem, siedzieli jacyś
ludzie. Miałem wrażenie, że to rodzina, ale nikogo nie mogłem rozpoznać.
Wszyscy wydawali się być obcy. Usiadłem na wolnym siedzeniu, ale przeniknąłem
przez nie.
Chciałem wziąć coś do zjedzenia, ale nie byłem w stanie niczego
chwycić. Próby komunikacji z kimkolwiek kończyły się fiaskiem, tak jakby nikt
mnie nie dostrzegał. Nagle jakaś kobieta zaczęła się dusić. Złapała się za
serce i upadła na podłogę. Podszedłem do niej. Dostrzegła mnie i zwróciła po
imieniu, w tym momencie rozpoznałem ją.
Była to jedna z dalszych ciotek. Ktoś
zaczął ją reanimować. Podniosła się, zakasłała trochę i znowu zaczęła jeść
jakąś wykwintną potrawę.
Znów stała się obca i mnie nie dostrzegała. Nikt mnie
nie dostrzegał…
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































