Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeźba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeźba. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 stycznia 2015

Sowi Sygnet

Wszedłem wraz z przyjaciółmi P. i Ł. do restauracji typu McDonald. Ustawiliśmy się w kolejce. P. i Ł. zdążyli zamówić jakieś hamburgery, ale gdy nadeszła moja kolej, sprzedawczyni oświadczyła, że niestety zamykają i nie mogą mi nic sprzedać. Zrezygnowany i zawiedziony wyszedłem na zewnątrz i dotarłem nad rzekę W. Dokładnie na cypel, który
znajduje się w połowie mostu przez nią. Była już tam moja siostra. Oznajmiła mi, że właśnie zainstalowano tu nowe ujęcie wody pitnej. Podszedłem na skraj cypla i zauważyłem kratki, przez które wpływała woda wprost z rzeki. Cały półwysep aż drżał i wibrował od maszynerii, którą zainstalowano pod nim. Wzdłuż cypla zainstalowano
złożoną i rozbudowaną sieć unoszących się na wodzie kładek. Były wąskie i mogły mieć maksymalnie pół metra szerokości. Wykonano je z drewna tekowego i zanurzały się, gdy się po nich chodziło. Na środku zamontowano bardzo złożoną rzeźbę, tak jakby labirynt z metalowych prętów, przypominających wijące się gałęzie.
Należało się po tym wspiąć. Na samym szczycie było naczynie przypominające puchar. Udało mi się do niego dotrzeć, a wewnątrz był piękny złoty sygnet z symbolem sowy. Miała rozłożone skrzydła i mieniła się w płomiennych odcieniach zachodzącego słońca. Zejście było dużo trudniejsze. W chwili, gdy dotykało się gałęziopodobnych prętów, te zaczynały się zaciskać, i łatwo było zostać uwięzionym niczym w klatce. Kiedy byłem już na dole, niestety utknąłem. Użyłem jednak siły. Przy maksymalnym wysiłku udało mi się odgiąć pręty na
tyle, by się przez nie przecisnąć. Uwolniłem się, a pręty odgięły się na poprzednią pozycję. Ostrożnie wracałem po kładce, starając się zachować równowagę. Zanurzała się pod ciężarem ciała, a przy skrajnych krawędziach znajdowała się nawet tuż pod powierzchnią wody. Widziałem, że inni, którzy chodzili po tym pomoście, często lądowali w wodzie i płynęli z nurtem rzeki.
(Teraz podczas pisania uświadomiłem sobie, że ta rzeka płynie w rzeczywistości w drugą stronę). Dotarłem na cypel i zauważyłem, że woda w rzece zaczyna przybierać. Powoli, ale jednak na tyle szybko, że było to zauważalne.

piątek, 11 stycznia 2013

Średniowieczna kamienica, świątynia i małpy...


Byłem na wycieczce zagranicznej, chyba we Francji. Towarzyszyli mi rodzice oraz wujek ze Śląska. Mieliśmy zwiedzać zabytkową kamienicę. Robiłem dużo zdjęć detali takich jak: kołatka w kształcie głowy lwa, zdobienia okalające okna, rzygacze w formie małych demonów. Weszliśmy do środka i każdy z nas dostał słuchawkę z której można było usłyszeć komentarz lektora opisujący zabytek. By usłyszeć go w języku polskim, należało nacisnąć przycisk z numerem 7. Z holu odjeżdżała mini ciuchcia, jako atrakcja dla najmłodszych. 
Postanowiłem sam obejść to miejsce własnym tempem. Wyszedłem do ogrodu, a jego urokliwość mnie zachwyciła. Pnącza w jesiennych odcieniach czerwieni i żółci wspinały się i oplatały stary budynek. Krzewy były elegancko przycięte, wielokolorowe kwiaty tworzyły geometryczne wzory. Przysiadłem na ławce przy stawie. Przyszli tam również obecni właściciele kamienicy (w rzeczywistości to właściciele osiedlowego sklepiku w którym obecnie jest remont). Po chwili odezwała się słuchawka i wysłuchałem wiadomości, że czas już kończyć zwiedzanie. 
Wsiadłem do auta. Było czerwone, a w środku znajdowało się sześć miejsc. Trzy z przodu i trzy z tyłu. Samochód bardzo dziwnie się prowadziło. Miałem problemy z całkowitym wyhamowaniem. Zbliżając się do przejścia dla pieszych, musiałem otworzyć drzwi i wyhamowywać pojazd nogą. Reagował też z opóźnieniem na skręt, przez co lekko zarysowałem jakieś inne auto. Dojechałem w końcu do jakiejś świątyni. Wysiadłem, wziąłem auto pod pachę  i wniosłem je po schodach do środka (jakoś mnie wtedy to nie dziwiło i wydawało się czymś normalnym). Odłożyłem je w przedsionku tuż obok kilku innych. Świątynia była ogromna, zbudowana na planie kwadratu z zaokrąglonymi narożnikami. Ołtarz był na podeście, na samym środku świątyni. 
Na ścianach znajdowało się dużo starych obrazów, poczerniałych od dymu świec. Stało też sporo rzeźb. Zwiedzając to miejsce czułem się jak w jakiejś galerii lub muzeum. Kiedy wyszedłem, wynosząc ze sobą auto, zauważyłem czekających na mnie znajomych. Mój przyjaciel przedstawił swoją nową dziewczynę. Była wysoka i miała niesamowicie długie, rude włosy sięgające aż do kolan. W sumie było nas ośmioro i jakoś upchnęliśmy się do pojazdu. Przyjaciel zaproponował, że poprowadzi. Zamiast patrzeć na drogę, co chwilę spoglądał na niewiastę siedzącą obok i przejeżdżał na czerwonych światłach. Po zwróceniu mu uwagi, w końcu zaczął się na nich zatrzymywać. 
Podczas jednego z takich postojów zobaczyłem przez okno pewnego chłopaka o latynoskiej urodzie. Ubrany był w popielaty prochowiec i rzucał jakąś szmatą. Przechodnie podnosili ją, a wtedy wypadało z niej kilka kości do gry. Podnosił je i przechodził na kolanach tyle kroków ile było oczek. Następnie owijał kości szmatą i sytuacja się powtarzała. Dojechaliśmy i wszedłem do domu razem z moim kolegą lekarzem. Dał mi dwie lalki, chłopca i dziewczynkę, mniej więc półmetrowej wysokości. Powiedziałem, że ich nie potrzebuję i by je zabrał. Po chwili wrócił z dwiema wypchanymi małpami. Jedna nie miała dolnej połowy ciała i była pocerowana grubymi szwami. 
Obie miały postrzępione futro, typowe dla wypchanych zwierząt. Ich nosy miały bladoróżowy kolor i przypominały kocie. Przerażały mnie. Kolega podał mi ich imiona. Jedna nazywała się Słoneczko i tak była podpisana czarnym flamastrem na futrze, a imienia drugiej nie zapamiętałem. Kolega wyszedł, ale miał zaraz wrócić. Zostaliśmy sami i właśnie wtedy podniosły powieki i przekręciły głowy w moim kierunku. Wypowiedziałem ich imiona, a one wzdrygały się na nie. Oczy miały bardzo mętne i mimo wszystko wyglądały przerażająco martwo… 

niedziela, 20 maja 2012

Sowa, dziadek i wosk…


Odwiedziłem swoją babcię. Jej mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej niż pamiętałem. Pojawiło się wielkie i masywne łoże z drewna wiśniowego, z licznymi i misternie wykonanymi płaskorzeźbami. Pojawiła się także równie masywna i podobnie zdobiona szafa. Na biurku w przedpokoju stała figurka sowy o wysokości około 40 centymetrów. Wykonano ją bardzo starannie z jasnego drewna. Artysta, który ją wykonał, odwzorował nawet fakturę piór. 
Po chwili babcia przyniosła kolejną figurkę o podobnej wysokości. Przypominała trochę matrioszkę i była pomalowana w jaskrawe kolory. Twarz miała wklęsłą, a w oczodołach znajdowały się miejsca na świeczki. Skorzystałem też z gościnności babci i poszedłem się wykąpać. Wszedłem do wanny i odkręciłem kurek. Wanna wypełniła się wodą, aż po same brzegi i to w ułamku sekundy. Ledwo zdążyłem
 zakręcić kurek. Każdy, nawet najdrobniejszy ruch powodował przelanie się wody. Postanowiłem więc wyjąć korek i trochę jej wypuścić. Gdy tylko go uchyliłem w wannie pozostała już tylko połowa wody. Dokonałem też ciekawej obserwacji. Na ściankach wanny pojawiły się woskowe zacieki, których nie było wcześniej. Szybko skończyłem kąpiel i po wytarciu się opuściłem łazienkę. Natknąłem się na dziadka
(Nie żyje już od kilku dobrych lat). Był milczący, a wyraz jego twarzy był całkowicie neutralny. Przeszedł obok mnie i udał się do "dużego pokoju". Ja natomiast poszedłem do kuchni. Spojrzałem przez okno i dostrzegłem po lewej stronie jarmark. Kupcy rozstawili swoje stoiska i namioty na parkingu. Sprzedawali owoce, warzywa i jakieś gotowe potrawy.
Natomiast po prawej stronie parking został pokryty morzem czerwonych zniczy. 
Były ich dosłownie tysiące.

Byłem dziś na wycieczce z rodziną. Jak wracaliśmy babcia zaproponowała, żebyśmy pojechali na cmentarz. Choć tego zupełnie nie planowałem zapaliłem znicz na grobie dziadka.

wtorek, 7 lutego 2012

Spadek


Dostałem w spadku starą kamienicę po pradziadkach. Postanowiłem się do niej udać i zobaczyć jak wygląda i w jakim jest stanie. Przeszedłem ciemnym korytarzem i wszedłem do pierwszej napotkanej izby. Jej groteskowość mnie zaskoczyła. Pokój miał trójkątny kształt, a każda ściana wydawała się zupełnie nie pasować do sąsiedniej. Jedna pokryta była pasiastą tapetą z ornamentowymi wzorami. 
Drugą obklejono puzzlami. Pomimo iż elementy pasowały do siebie kształtem nie tworzyły żadnego wzoru. Były pomieszane. Trzecią zdobiły wydzieranki z gazet tworząc różne makabryczne kolaże. Sufit pokrywał wyblakły fresk  z cherubinami pląsającymi w chmurach. Przy jednej ze ścian stała wielka drewniana szafa. Otwierając ją wywołałem małą lawinę ubrań. Nagle jedno z nich jakby ożyło. Pomięty strój pilota myśliwca zaczął się do mnie zbliżać próbując opleść się wokół mnie. 
Chwyciłem go i z całej siły cisnąłem o ścianę. Osunął się po niej tworząc bezwładny stos u jej dolnej krawędzi. Po chwili ożyła biała bufiasta suknia. Natychmiast opuściłem pokój i zamknąłem za sobą drzwi. Wyszedłem z budynku. Kamienica miała wewnętrzny dziedziniec. Stało na nim bardzo stare i zaniedbane auto. Opony i czarne grube uszczelki przy oknach pokruszyły się ze starości, a karoseria nabrała rudawej barwy od rdzy. Nieopodal porzucono stary fotel, który teraz służył za posłanie dla gromadki kotów. 
Po chwili na dziedzińcu zjawił się rzeczoznawca, który miał wycenić nieruchomość. Tym razem weszliśmy innym wejściem. Przeszliśmy przez pomieszczenie z wypchanymi zwierzętami i dotarliśmy do bardzo przestronnej sali. Na ścianach wisiały stare poczerniałe obrazy, a na kolumnach i półkach stały białe gipsowe rzeźby. Liczne gabloty nadawały pomieszczeniu niemal muzealny charakter. 
Przechodząc obok nich zobaczyłem stary sprzęt medyczny. Wielka szklana strzykawka ze stalowymi elementami leżała obok młoteczka do opukiwania stawów i stetoskopu. W kolejnej były narzędzia archeologiczne, małe kilofy i cały zestaw pędzelków. Towarzyszyły im malutkie ludzkie czaszki, ale nie dziecięce, a raczej normalne czaszki pomniejszone w jakimś tajemniczym szamańskim procesie. 
Ostania gablota kryła prawdziwe skarby. Srebrnej i złotej biżuterii towarzyszyły klejnoty i wielki jak kurze jajo, idealnie oszlifowany szmaragd. W narożnej części pomieszczenia dostrzegłem grubą ceramiczną rurę. Była pęknięta. Przyglądając jej się uważniej dostrzegłem ukryty w jej wnętrzu stary zwój wykończony mosiężnymi zdobieniami na krawędziach...

niedziela, 30 października 2011

Katedra


Cała rodzina zjechała się do babci na jakąś okolicznościową imprezę. Był obowiązkowy poczęstunek. Siostra wyszła na balkon i zwinęła białą płócienną markizę, która łopotała na wietrze niczym żagiel. Wszyscy zbierali się do wyjścia. Babcia odciągnęła mnie dyskretnie na bok i konspiracyjnie poprosiła, abym kiedyś przyszedł do niej i pomógł posprzątać mieszkanie.
Następnie zaprowadziła mnie do piwnicy. Coś przycisnęła i otworzył się ukryty tunel.  Pomachała mi na pożegnanie i wróciła do mieszkania. Tunel był wąski i ciemny. Wyprowadził mnie na zewnątrz budynku. Odnalazłem nasze auto, w którym już usadowiła się większa część rodziny. Niestety nie było już dla mnie miejsca.  Ojciec wzruszył jedynie ramionami i odjechali. Podszedłem do kuzyna i jego narzeczonej. Stali pod drzewami razem z Nią. Złapałem Ją delikatnie za dłoń i przytuliłem czule. Też byli w podobnej sytuacji co ja. Deficyt wolnych miejsc w aucie ich też nie ominął. Po chwili podjechała koleżanka jeszcze z czasów licealnych i krzyknęła, że mamy wsiadać i z chęcią nas podrzuci. Ruszyła z piskiem opon na biegu wstecznym, niemal natychmiast osiągając zawrotną prędkość. Tuż przed wyjazdem z parkingu zawróciła niemal w miejscu o 180 stopni i kontynuowała szaloną jazdę już przodem. Dryftem ominęła rodzinę z dzieckiem i psem. Wysadziła nas przy jednej z głównych ulic i pomknęła dalej. Jakaś kobieta spytała mnie o drogę, więc jej ją wskazałem. 
Szliśmy dalej wzdłuż alei, aż dostrzegłem boczną uliczkę, której nie powinno być w tym miejscu. Nigdy jej tam nie było. Weszliśmy w nią. Była tam duża brama miejska, zbudowana z czerwonej cegły, z wrotami na wpółotwartymi. Nad bramą umieszczony był herb miasta. 
Gdy przeszliśmy bramę, naszym oczom ukazała się wielka katedra, pokryta mozaiką w szarości, czerni i bieli. Po bokach miała dwie kwadratowe wysokie wieże. Uchyliłem ogromne wrota okute ciemną stalą. We wnętrzu panował ogromny przepych. Ściany zdobiły liczne ornamenty i płaskorzeźby pokryte złotem. Sklepienia dekorowały freski wykonane z niezwykłą starannością i pieczołowitością. 
Lecz coś mi nie pasowało. Rzeźby i zdobienia były jakieś dziwne. Po lewej stronie głównej nawy była rzeźba przedstawiająca kaczkę, która była trzymana przez tukana, który z kolei przytrzymywany był przez świnię. Wykonana była z ciemnego, wypolerowanego drewna. Świątynia swym bogactwem przypominała włoskie bazyliki. Czułem aż rażący przesyt złotego blasku. Za główną nawą była kolejna, równie długa lecz węższa. W miejscu, gdzie powinien znajdować się ołtarz był wysoki tron. Siedział na nim ogromny posąg, przedstawiający postać mężczyzny ubranego w garnitur z głową kozła. 
Rozbrzmiewała w nim dziwna muzyka. Epicki podniosły chór. Głosy kobiece przeplatały się z męskimi. Towarzyszyła im niemal cała orkiestra. Powtarzające się fragmenty, śpiewane po łacinie, niemal wprowadzały w trans. Poszliśmy do przodu mijając rzędy ławek wypełnione wiernymi. W jednym z pierwszych rzędów czekała już rodzina, która zajęła nam miejsca...

http://www.youtube.com/watch?v=hFxB2NErJeU