Zmierzałem w kierunku jeziora. Z oddali widziałem Szymona i Jagodę. Chwilę ze sobą rozmawiali po czym Szymon wykonał zapraszający gest w kierunku przeciwległego brzegu i wszedł do jeziora. Jagoda chwilę stała, po czym się rozebrała i naga podążyła za nim. Jezioro nie było głębokie. Woda sięgała im do pasa, czasem do pach w najgłębszych miejscach. Poszedłem w stronę starego szklanego budynku. Przypominał trochę szklarnię, ale o dość sporej kubaturze. Tafle szkła pokryte były
brunatno rdzawym osadem. Powietrze we wnętrzu było przyjemnie ciepłe i wypełnione słodką wonią. Słychać też było niemal hipnotyczne bzyczenie. Dostrzegłem przepiękną mahoniową szafkę z „walizkowym” uchwytem na górze. Była przepięknie zdobiona. Za na wpół otwartymi podwójnymi drzwiczkami kryły się półeczki i szufladki. Niestety była zaciekle broniona przez roje pszczół. Nie były agresywne, dopóki nie zacząłem się do nich zbliżać.
Bzyczenie przybierało wtedy ostrzegawczą częstotliwość. Oddaliłem się więc w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby przyciągnąć ich uwagę. Zobaczyłem osobliwą postać. Kształtem przypominała starszą kobietę z kokiem, ale była to cieniutka błona wypełniona lepką, przeźroczystą, pomarańczowożółtą cieczą. Wewnątrz można było dostrzec kości, częściowo nadtrawione lub rozpuszczone. Dostrzegłem kręgosłup, część żeber i miednicę. Nie dostrzegłem ani czaszki, ani pozostałych kości. Kobiecą postać próbował objąć
starszy mężczyzna. Robił to tak delikatnie i czule jak tylko potrafił. Niestety po chwili postać pękła jak bańka mydlana, a cała wewnętrzna zawartość się rozlała. Zrobiło mi się przykro, ale starszy mężczyzna wyglądał na pogodzonego z tym co się stało, choć można było w nim dostrzec ból po stracie. Po chwili dostrzegłem więcej takich osobliwych par. Na ziemi natomiast znalazłem coś na kształt skórzanego jaja wielkości grejpfruta. Miało pomarańczową barwę i delikatnie świeciło. Gdy się zbliżyłem pękło, a z wnętrza wypłynęło coś
przypominającego miód. Przyciągnęło wszystkie pszczoły znajdujące się w budynku. Wyglądały teraz na odurzone i spokojne. Wykorzystałem tą sposobność do dyskretnego wyniesienia szafki. Na zewnątrz spotkałem mojego przyjaciela Ł. Razem sprawdziliśmy jej zawartość. Były tam przeróżne buteleczki z płynami, karty tarota, pionki, kości do gry wykonane z kości i lniane woreczki z ziołami. Po dokładnym obejrzeniu odłożyłem wszystko na swoje miejsce i razem poszliśmy w stronę autokaru.
Wszedłem po schodkach, a na siedzeniu przy nich siedziała M. Przywitała mnie całusem i sugestywnie podała dłoń. Delikatnie ująłem ja w swoją i dostojnie wyprowadziłem z autokaru jak damę, którą niewątpliwie była. Powiedziałem, że chciałbym się jeszcze przejść, a Ona stwierdziła, że możemy spotkać się „na miejscu” i znów mnie pocałowała. Szedłem zalesioną dolinką między wzgórzami i natrafiłem na bardzo stary kamienny kościółek, częściowo pokryty zielonymi porostami. Nie
widziałem ani jednego krzyża, aczkolwiek tuż obok niego stał okazały obelisk. Z trzech stron pokryty był hieroglifami, a na czwartej wyryty był wizerunek Jezusa. Po chwili dostrzegłem księdza wychodzącego z kościółka. Nim zdążyłem się odezwać, powiedział: „To nie Twoja wiara. Ludzie już nie pamiętają jaka była, że chrześcijaństwo było egipskie”. Po czym na dowód otworzył Pismo, które miał w dłoni. Wypełnione było papirusowymi stronicami pokrytymi częściowo hieroglifami i
częściowo pismem, które uważałem za hebrajskie. Wszedłem na wzgórze, gdzie był zamek, czyli miejsce, gdzie miałem się spotkać z M. Spotkałem Ją w rozległej Sali Sypialnej, gdzie dość gęsto porozstawiane były łóżka. Większość była już pozajmowana. Na łóżku, tuż obok mojego leżała M. Położyłem się na swoim, a M. podniosła się lekko, oparła na łokciu i obróciła w moją stronę. Zrobiłem to samo i po chwili nasze usta się spotkały. Zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej i usiedliśmy. Nasz pocałunek był cudownie namiętny. Nasze języki tańczyły i czułem Jej słodki ciepły smak. Zdawał się trwać wieczność, a gdy już skończyliśmy się wzajemnie „kosztować”, powiedziałem, że po drodze widziałem coś dziwnego. Spytała się, czy też
widziałem te dziwne znaki na drzewach w lesie. Zaprzeczyłem i opowiedziałem o tajemniczym kościele. Nie wydawała się tym zdziwiona i powiedziała, że na drzewach były też hieroglify i inne znaki. Spotkaliśmy się znowu w centrum handlowym. Dała mi całusa i zaczęła uciekać. Zacząłem Ją gonić, a Ona się śmiała, gdy się odwracała. Po chwili Ją dogoniłem i złapałem. Delikatnie oswobodziła się z moich objęć. Obróciła się w moim kierunku, a po Jej policzku
spływała łza. Łamiącym się głosem powiedziała: „Obawiam się, że nie…”. Nie musiała kończyć. „Obawiam się, że ja też…” Odpowiedziałem, równie łamiącym się głosem i przytuliliśmy się…
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 listopada 2014
piątek, 11 stycznia 2013
Średniowieczna kamienica, świątynia i małpy...
Byłem na wycieczce zagranicznej, chyba we Francji.
Towarzyszyli mi rodzice oraz wujek ze Śląska. Mieliśmy zwiedzać zabytkową kamienicę.
Robiłem dużo zdjęć detali takich jak: kołatka w kształcie głowy lwa, zdobienia
okalające okna, rzygacze w formie małych demonów. Weszliśmy do środka i każdy z
nas dostał słuchawkę z której można było usłyszeć komentarz lektora opisujący
zabytek. By usłyszeć go w języku polskim, należało nacisnąć przycisk z numerem
7. Z holu odjeżdżała mini ciuchcia, jako atrakcja dla najmłodszych.
Postanowiłem sam obejść to miejsce własnym tempem. Wyszedłem do ogrodu, a jego
urokliwość mnie zachwyciła. Pnącza w jesiennych odcieniach czerwieni i żółci
wspinały się i oplatały stary budynek. Krzewy były elegancko przycięte,
wielokolorowe kwiaty tworzyły geometryczne wzory. Przysiadłem na ławce przy
stawie. Przyszli tam również obecni właściciele kamienicy (w rzeczywistości to
właściciele osiedlowego sklepiku w którym obecnie jest remont). Po chwili
odezwała się słuchawka i wysłuchałem wiadomości, że czas już kończyć
zwiedzanie.
Wsiadłem do auta. Było czerwone, a w środku znajdowało się sześć
miejsc. Trzy z przodu i trzy z tyłu. Samochód bardzo dziwnie się prowadziło.
Miałem problemy z całkowitym wyhamowaniem. Zbliżając się do przejścia dla pieszych, musiałem
otworzyć drzwi i wyhamowywać pojazd nogą. Reagował też z opóźnieniem na skręt,
przez co lekko zarysowałem jakieś inne auto. Dojechałem w końcu do jakiejś
świątyni. Wysiadłem, wziąłem auto pod pachę i wniosłem je po schodach do środka (jakoś
mnie wtedy to nie dziwiło i wydawało się czymś normalnym). Odłożyłem je w
przedsionku tuż obok kilku innych. Świątynia była ogromna, zbudowana na planie
kwadratu z zaokrąglonymi narożnikami. Ołtarz był na podeście, na samym środku
świątyni.
Na ścianach znajdowało się dużo starych obrazów, poczerniałych od
dymu świec. Stało też sporo rzeźb. Zwiedzając to miejsce czułem się jak w
jakiejś galerii lub muzeum. Kiedy wyszedłem, wynosząc ze sobą auto, zauważyłem
czekających na mnie znajomych. Mój przyjaciel przedstawił swoją nową dziewczynę.
Była wysoka i miała niesamowicie długie, rude włosy sięgające aż do kolan. W
sumie było nas ośmioro i jakoś upchnęliśmy się do pojazdu. Przyjaciel
zaproponował, że poprowadzi. Zamiast patrzeć na drogę, co chwilę spoglądał na
niewiastę siedzącą obok i przejeżdżał na czerwonych światłach. Po zwróceniu mu uwagi,
w końcu zaczął się na nich zatrzymywać.
Podczas jednego z takich postojów
zobaczyłem przez okno pewnego chłopaka o latynoskiej urodzie. Ubrany był w
popielaty prochowiec i rzucał jakąś szmatą. Przechodnie podnosili ją, a wtedy
wypadało z niej kilka kości do gry. Podnosił je i przechodził na kolanach tyle
kroków ile było oczek. Następnie owijał kości szmatą i sytuacja się powtarzała.
Dojechaliśmy i wszedłem do domu razem z moim kolegą lekarzem. Dał mi dwie
lalki, chłopca i dziewczynkę, mniej więc półmetrowej wysokości. Powiedziałem, że
ich nie potrzebuję i by je zabrał. Po chwili wrócił z dwiema wypchanymi
małpami. Jedna nie miała dolnej połowy ciała i była pocerowana grubymi szwami.
Obie miały postrzępione futro, typowe dla wypchanych zwierząt. Ich nosy miały
bladoróżowy kolor i przypominały kocie. Przerażały mnie. Kolega podał mi ich
imiona. Jedna nazywała się Słoneczko i tak była podpisana czarnym flamastrem na
futrze, a imienia drugiej nie zapamiętałem. Kolega wyszedł, ale miał zaraz
wrócić. Zostaliśmy sami i właśnie wtedy podniosły powieki i przekręciły głowy w
moim kierunku. Wypowiedziałem ich imiona, a one wzdrygały się na nie. Oczy miały
bardzo mętne i mimo wszystko wyglądały przerażająco martwo…
piątek, 27 lipca 2012
Atak zombich i mutantów
Byłem w eleganckim i futurystycznie wyglądającym klubie. W
detalach wystroju znajdowało się dużo szklanych i aluminiowych elementów.
Siedziałem przy stoliku z jakimś kolegą. Przyszedł mój szwagier i powiedział,
że ten kolega jest jego kuzynem. Przyprowadził ze sobą też ojca tego kolegi.
Okazało się, że jest artystą malarzem. Miał długie siwe włosy i brodę.
Przyniósł ze sobą nawet kilka obrazów.
Były to jakieś abstrakcje złożone z
intensywnie kolorowych linii, bardzo silnie ze sobą kontrastujących. Po chwili
do klubu przyszedł mój przyjaciel wraz z kilkoma koleżankami. Nagle padł pomysł
by nakręcić jakiś film. Wyszliśmy na zewnątrz w poszukiwaniu ciekawych miejsc,
które miały pełnić funkcję scenografii. Wsiedliśmy do dziwnego latającego
pojazdu i lecieliśmy nad rzeką. Minęliśmy ciekawe industrialne budynki z czerwonej
cegły, a następnie stary gotycki kościół. Wylądowaliśmy przy starym,
opuszczonym dworku zbudowanym w stylu secesyjnym.
Gdzieś daleko zobaczyliśmy
latający radiowóz policyjny, ale poleciał dalej. Zaczęliśmy zwiedzać dworek.
Wszystkie meble były pokryte grubą warstwą kurzu i pajęczynami. Usłyszeliśmy
coś na zewnątrz. Spojrzeliśmy przez okno i zobaczyliśmy zbliżające się hordy
zombich. Poruszały się wolno, co niektórzy gubili po drodze kończyny, a mimo to
brnęli dalej w naszą stronę. Zabarykadowaliśmy się. Koleżanka dała mi rewolwer.
Postanowiłem udać się na tyły budynku i wyjść na zewnątrz. Przebiegłem może z
kilometr i zostałem otoczony przez chłopów z widłami. Były wśród nich także
dzieci, chude i zaniedbane. Dostrzegłem spadającą bombę i krzyknąłem do chłopów,
żeby uciekali i się ukryli. Sam pobiegłem za kontener. Pobiegł za mną jakiś
chłopiec. Krzyknąłem by padł na ziemię i przykryłem go własnym ciałem.
Zobaczyłem w oddali wybuch. Był bardzo potężny. Ziemia się zatrzęsła.
Kolumna
jasnoszarego dymu wzbiła się w niebo, a następnie jakby wywinęła na zewnątrz,
tworząc coś na wzór grzyba. Tuż przy ziemi natomiast rozprzestrzeniał się
pierścień pyłu z zawrotną prędkością.
Zamknąłem oczy i przeczołgałem się dalej za kontener, tak by
jak najskuteczniej ukryć się przed falą uderzeniową. Nie był to wybuch
nuklearny, ale potężny ładunek konwencjonalny, inaczej bym oślepł w chwili
wybuchu. Otrzepałem się z pyłu, a ocalony chłopiec uciekł. Pobiegłem w stronę
lasu. Tam zaatakowały mnie mutanty, dziwnie zdeformowani ludzie, niektórzy z
cechami zwierzęcymi. Mieli improwizowaną broń.
Jakieś oszczepy z zardzewiałymi
metalowymi elementami przywiązanymi sznurkiem. Jeden miał nawet pistolet, tylko
wyglądał jakby był pochodzenia biologicznego. Strzelałem do nich z rewolweru.
Jakiś mutant który przypominał kruka sfrunął na mnie z drzewa. Już chciał wbić
we mnie swój okazały dziób, gdy uratowała mnie
jakaś skąpo ubrana kobieta.
Odstraszyła pozostałe stwory i powiedziała, że jest androidem. Wyjaśniła także,
że jej wygląd jest zasługą zewnętrznych procesorów graficznych i pokazała kilka
innych swoich oblicz.
piątek, 27 stycznia 2012
Wycieczka klasowa
Wraz z siostrą i z Nią idziemy chodnikiem biegnącym wzdłuż
estakady. Za barierką widać pokryte patyną dachy starych kamienic. Zaczyna się
ściemniać. Dochodzimy do schodów prowadzących w dół. Docieramy nimi nad rzekę.
Wydaje się być dzika i nieuregulowana. Wzdłuż niej prowadzi wydeptana ścieżka,
którą ledwo widać w ciemności. Wyciągnęliśmy więc telefony, by oświetlić sobie
drogę. Naszą uwagę przykuło wejście do groty.
Wewnątrz znajdowały się dzieła
sztuki, a ze ścian tryskały strumienie wody, które pewnie były częścią
instalacji. Po przejściu całej wyznaczonej trasy zwiedzania wyszliśmy do
kościoła, bogato zdobionego złotem i z ogromną kopułą. Pojechaliśmy nad jezioro. Zostawiam Ją w
obozie. Jest zmęczona podróżą i chce iść spać. Grupa młodych chłopaków ubranych
w mundury moro proponuje mi udział w jakiejś grze terenowej. Wsiadamy do
amfibii i przeprawiamy się przez jezioro. Docieramy do ruin jakiegoś kompleksu.
Ściany zbudowane są z grubego betonu. Przemierzamy kilka podziemnych poziomów i
się rozdzielamy by zbadać jak największy obszar. Schodząc na najniższy poziom
dokonuję ciekawego odkrycia. Pod płachtami ciemnego materiału stoi
kilkadziesiąt nowoczesnych i dość futurystycznie wyglądających czołgów...
...znajduję się na wycieczce klasowej. Oddzielam się i idę
do sklepu. Kupuję zdrapkę, ale wyczuwam dziwną atmosferę. Dowiaduję się, że
ktoś z załogi sklepu niedawno umarł. Wszyscy są w żałobie i rozważają
zamknięcie sklepu. Opuszczam go i trafiam na rozkopaną ulicę.
Ze studzienek
kanalizacyjnych wychodzą górnicy z twarzami ubrudzonymi od węgla i kilofami na
ramionach. Kieruję się w stronę kościoła i tam dołączam do wycieczki.
Wychowawczyni patrzy na mnie z wyrzutem, a wszyscy wykonują jakieś dziwne i
niezrozumiałe dla mnie gesty. Jeden z kolegów daje mi ulotkę wyborczą. Na moje
stwierdzenie, że już jest po wyborach, odpowiada, że to nie szkodzi, bo trzeba
się promować. Wręcza mi także jakieś klucze…
niedziela, 15 stycznia 2012
Duchem być…
Jechałem razem z rodziną na wycieczkę samochodem. Prowadził
ojciec. Mijaliśmy pola i lasy. Nagle ojciec stwierdził, że pojedziemy skrótem.
Prowadził wąską piaszczystą dróżką przez las, a potem przez pomost. Ludzie
uskakiwali przed autem do wody. Potem była stroma rampa. Za pierwszym razem nie
daliśmy rady podjechać i grawitacja cofnęła nas na sam dół.
Zaproponowałem, by
spróbować na pierwszym biegu i jakoś podjechaliśmy, i zaparkowaliśmy na
drewnianej platformie. Był tam urządzony letni ogródek z parasolkami. Zamówiłem
lody waniliowe z bitą śmietaną i karmelem. Znalazłem się w domu. Zadzwonił
dzwonek, więc wstałem z kanapy i otworzyłem drzwi. Zobaczyłem Ją. Przyjechała
do mnie z niespodziewaną wizytą. Bardzo miła niespodzianka. Usiedliśmy obok
siebie na dywanie.
Wyjęła swoją komórkę. Była duża i miała dwa ekrany, na całej
swej powierzchni po jednym z każdej strony. Pokazała mi zdjęcia z jakiegoś
wyjazdu. Był tam przepiękny ogród na dziedzińcu jakiegoś pałacu, wąskie
brukowane uliczki oświetlone światłem latarń, jakieś ruiny oświetlone światłem
zachodzącego słońca i morze. Zauważyłem, że robi się zmęczona i oczy Jej się
same zamykają. Wziąłem Ją na ręce.
Objęła mnie i przytuliła. Spojrzała mi prosto w oczy i pięknie uśmiechnęła, a po
chwili zasnęła. Powiedziałem Jej, że bardzo Ją kocham, ale chyba już tego nie
usłyszała, zanurzyła się w świecie snów. Położyłem Ją delikatnie na kanapie i
przykryłem kocem...
...pojawiłem się na stacji kosmicznej. Jakiś teleskop kosmiczny
miał awarię i schodził z orbity. Gdyby wszedł w atmosferę, jakieś toksyczne
substancje dostałyby się do środowiska i doprowadziły do katastrofy
ekologicznej. Do stacji był zadokowany statek, który miał go naprawić. Problem
w tym, że nie miał dość paliwa, by go dogonić. O całej sytuacji wiedziałem
tylko ja i kobieta, która była dowódcą misji. Wszystko było tajne i reszta
załogi nie mogła się o tym dowiedzieć. Wpadłem na pomysł jak rozwiązać problem,
ale nie mogłem o tym mówić. Stacja była na tyle mała, że nawet szept był
słyszany w każdym jej zakamarku. Odciągnąłem panią kapitan na bok i
podryfowaliśmy w najdalszy skraj stacji. Spisałem swój pomysł na kartce.
Polegał on na tym, by wprowadzić stację
w szybki ruch wirowy i w odpowiednim momencie odczepić statek, by został
wystrzelony jak z procy. Przeciążenie wewnątrz stacji byłoby znaczne i
nieprzyjemne, ale powinniśmy to wytrzymać. Wyszeptała: genialne i
niespodziewanie mnie pocałowała. Szybko oddaliła się by zacząć realizować plan...
...znalazłem się w kościele i poszedłem do spowiedzi. Niestety
ksiądz był stary i przygłuchy. Musiałem wykrzyczeć swoje grzechy na cały kościół.
Jako pokutę dostałem dzień postu i trzy zdrowaś Maryjo...
...byłem w jakiejś restauracji. Wokół długiego stołu,
przykrytego białym obrusem i bogato zastawionego jedzeniem, siedzieli jacyś
ludzie. Miałem wrażenie, że to rodzina, ale nikogo nie mogłem rozpoznać.
Wszyscy wydawali się być obcy. Usiadłem na wolnym siedzeniu, ale przeniknąłem
przez nie.
Chciałem wziąć coś do zjedzenia, ale nie byłem w stanie niczego
chwycić. Próby komunikacji z kimkolwiek kończyły się fiaskiem, tak jakby nikt
mnie nie dostrzegał. Nagle jakaś kobieta zaczęła się dusić. Złapała się za
serce i upadła na podłogę. Podszedłem do niej. Dostrzegła mnie i zwróciła po
imieniu, w tym momencie rozpoznałem ją.
Była to jedna z dalszych ciotek. Ktoś
zaczął ją reanimować. Podniosła się, zakasłała trochę i znowu zaczęła jeść
jakąś wykwintną potrawę.
Znów stała się obca i mnie nie dostrzegała. Nikt mnie
nie dostrzegał…
wtorek, 10 stycznia 2012
Sfera zoologiczna
Znajdowałem się w niewielkiej kawiarence, ze szklanymi
witrynami i kilkoma okrągłymi stolikami. Za ladą stał niski, pulchny mężczyzna
z krótkimi, kręconymi włosami. Miał na sobie biały, poplamiony fartuch i szmatę
przewieszoną przez ramię. Podszedłem do niego i poprosiłem o kawę z czekoladą.
Nie spodobał mi się jego uśmiech w chwili, gdy przyjmował zamówienie. Nalał
kawę z ekspresu i wyszedł z filiżanką na zaplecze, mówiąc, że idzie po
czekoladę. Wrócił po chwili i podał mi filiżankę. Na powierzchni unosiło się
coś brązowego i na pewno nie była to czekolada. Roześmiał się obleśnie, a ja
rzuciłem filiżanką oburzony.
Z zaplecza wpadła starsza siwowłosa kobieta i
skarciła wciąż rechoczącego syna, uderzając go zwiniętą w rulon gazetą.
Wyszedłem z lokalu. Nie miałem ochoty przebywać tam ani chwili dłużej. Spotkałem
koleżankę, której kiedyś zrobiłem stronę internetową. Była razem ze swoimi
koleżankami. Przeszliśmy się wszyscy po mieście i posiedzieliśmy trochę na
trawie w parku. Położyłem się w cieniu drzewa i nieoczekiwanie znalazłem w
innym mieście. Znałem je, ale było jakieś dziwnie obce i pomieszane. Błądziłem
przez dłuższy czas. Kupiłem bilet całodobowy i wsiadłem do autobusu.
Mijałem
blokowiska, wielkie ronda i skrzyżowania, drapacze chmur połączone kładkami nad
jezdnią i budynki targowe. Na siedzeniu obok mnie siedział mężczyzna, z którym
prowadziłem dyskusję na temat marketingu. Zaproponowałem mu kilka haseł
reklamowych, które przyjął z aprobatą. Nad autobusem przeleciał czarny
helikopter. Choć nadal nie za bardzo wiedziałem, gdzie się dokładnie znajduję,
uznałem, że dalsza jazda nie ma sensu i wysiadłem na najbliższym przystanku.
Spotkałem tam znajomą poetkę w sędziwym już wieku. Powiedziała, że ma umówione
spotkanie, ale czułaby się pewniej, gdybym jej towarzyszył. Wsiedliśmy więc do
jej samochodu i pojechaliśmy za miasto do lasu. Zostawiliśmy auto na parkingu,
gdzie czekała już dziennikarka. Miała przeprowadzić wywiad z poetką. Szliśmy
wzdłuż grobli porośniętej rzędem drzew. Starsza kobieta opowiadała o
bestialskim procederze przeszczepiania ludziom węzłów chłonnych od królików. Pochyliła
się i w wysokiej trawie dojrzałem
martwego króliczka z futerkiem
poplamionym krwią.
Był to bardzo przykry widok więc szybko odwróciłem wzrok.
Podobno to przedsięwzięcie było prowadzone na olbrzymią skalę i króliki były
zagrożone całkowitym wyginięciem. Szliśmy dalej przez las. Po lewej stronie od
drogi dojrzałem piękny, płytki staw o intensywnym lazurowym kolorze. Pływały w nim migoczące w słonecznym
świetle złote i ciemnoniebieskie ryby. Nieopodal był park otoczony kamiennym
murem w beżowym kolorze.
Przy kamiennej bramie znajdowały się schody prowadzące
na mur. Tworzył wielki okrąg, a przy jego krawędziach znajdowały się barierki.
Wewnątrz był podzielony na ćwiartki. W każdej znajdował się wybieg dla różnych
zwierząt. W jednej różowe flamingi stały w płytkim stawie, w innej czarne pumy
wygrzewały się znudzone na słońcu, a w kolejnej ubrani w skóry neandertalczycy
o zmierzwionych, bujnych czuprynach.
Wszystko można było obserwować z góry, z
każdej strony. Wewnętrzne ściany były stylizowane na naturalne głazy i
kamienie. Na pytanie, czy to jest ogród zoologiczny, dostałem zagadkową,
negatywną odpowiedź. W samym centrum
konstrukcji znajdował się okrągły plac. Wyrastał z niego kościół ze
strzelistymi wieżami. Zbliżając się do niego zobaczyłem księży ubranych w
czarne sutanny z wyhaftowanymi złotymi nićmi wężami . Wychodzili z kościoła i zamykali
duże wrota.
Te po lewej stronie miały barwę głębokiej, ciemnej czerwieni, a po
prawej intensywnej purpury. Zdobione były ornamentami i zwierzęcymi motywami. Na
placu przed świątynią czaiła się wielka puma z czarnego, polerowanego drewna.
Pomimo jej sztuczności, poruszała się jak żywa. Obejmowała dzieci wielkimi
łapami z pazurami, tak jakby właśnie upolowała swoją ofiarę, a rodzice robili zdjęcia...
czwartek, 3 listopada 2011
Skrzynka piwa
Byłem w kościele. Msza dobiegała już końca. Ksiądz rozdawał
komunię świętą. Ustawiłem się w kolejce. Gdy połowa wiernych została obsłużona,
kapłan niespodziewanie oświadczył, że bardzo mu przykro, ale hostia się
skończyła, a wszystko jest spowodowane szalejącym kryzysem. Obok mnie
przebiegła jakaś dziewczynka z opłatkiem w dłoniach. Potknęła się i wypadł jej
na ziemię. Zrezygnowany wyszedłem z kościoła i minąłem stragan, na którym jakaś
kobieta sprzedawała płatki róż i kosmetyki.
Dotarłem na jakąś domówkę w starej
kamienicy. Impreza zupełnie się nie kleiła i nikogo tam nie znałem. Opuściłem
lokal i udałem się przed siebie. Przechodząc obok pętli tramwajowej, chciałem
do kogoś zadzwonić przez telefon komórkowy, ale nie miałem zasięgu. Spotkałem
swojego przyjaciela. Przeszliśmy kawałek. Z naprzeciwka szła ciemnowłosa
dziewczyna o ciemnej karnacji, ubrana w białą bluzkę. Zatrzymała się i
spojrzała na mojego przyjaciela. Nagle się rozpłakała, raptownie się obróciła i
zaczęła uciekać. Kontem oka dostrzegłem złowieszczy uśmiech w kąciku jej ust.
Przyjaciel ruszył w pogoń za nią. Próbowałem ich gonić, ale straciłem ich z
oczu, gdy wpadli w tłum.
Była to ogromna masa ludzi, którzy wychodzili ze
stadionu. Przepychałem się między nimi idąc pod prąd. Po dłuższej chwili
dostrzegłem przyjaciela, który siedział na dużym kamieniu z podbitym okiem. Nie
chciał nic mówić. Poszliśmy więc dalej w milczeniu. Spotkaliśmy moją siostrę.
Powiedziała, że właśnie zakłada swój biznes. Chce otworzyć sklep typu wszystko
za 1 zł i właśnie idzie do urzędu spytać się o podatki. Zestresowana udała się
w kierunku klockowatego, brzydkiego budynku. Wsiadłem wraz z przyjacielem do
auta. Powiedział, że musimy na chwilę zboczyć z drogi, bo ma jakiś interes do
zrobienia. Skręciliśmy w gruntową leśną drogę. Po kilku zakrętach, zobaczyliśmy
skrzynkę piwa leżącą na środku drogi przed nami.
Zahamował gwałtownie. Ku
naszemu zdziwieniu, przednia oś auta wraz z kołami, oderwała się od karoserii i
potoczyła przed siebie kompletnie dewastując bezpańską skrzynkę piwa. Wybuchliśmy
śmiechem, a przyjaciel powiedział: "Od dziś nie piję"...
niedziela, 30 października 2011
Katedra
Cała rodzina zjechała się do babci na jakąś okolicznościową
imprezę. Był obowiązkowy poczęstunek. Siostra wyszła na balkon i zwinęła białą płócienną
markizę, która łopotała na wietrze niczym żagiel. Wszyscy zbierali się do wyjścia.
Babcia odciągnęła mnie dyskretnie na bok i konspiracyjnie poprosiła, abym
kiedyś przyszedł do niej i pomógł posprzątać mieszkanie.
Następnie zaprowadziła
mnie do piwnicy. Coś przycisnęła i otworzył się ukryty tunel. Pomachała mi na pożegnanie i wróciła do
mieszkania. Tunel był wąski i ciemny. Wyprowadził mnie na zewnątrz budynku. Odnalazłem
nasze auto, w którym już usadowiła się większa część rodziny. Niestety nie było
już dla mnie miejsca. Ojciec wzruszył
jedynie ramionami i odjechali. Podszedłem do kuzyna i jego narzeczonej. Stali
pod drzewami razem z Nią. Złapałem Ją delikatnie za dłoń i przytuliłem czule.
Też byli w podobnej sytuacji co ja. Deficyt wolnych miejsc w aucie ich też nie
ominął. Po chwili podjechała koleżanka jeszcze z czasów licealnych i krzyknęła,
że mamy wsiadać i z chęcią nas podrzuci. Ruszyła z piskiem opon na biegu
wstecznym, niemal natychmiast osiągając zawrotną prędkość. Tuż przed wyjazdem z
parkingu zawróciła niemal w miejscu o 180 stopni i kontynuowała szaloną jazdę
już przodem. Dryftem ominęła rodzinę z dzieckiem i psem. Wysadziła nas przy
jednej z głównych ulic i pomknęła dalej. Jakaś kobieta spytała mnie o drogę,
więc jej ją wskazałem.
Szliśmy dalej wzdłuż alei, aż dostrzegłem boczną
uliczkę, której nie powinno być w tym miejscu. Nigdy jej tam nie było.
Weszliśmy w nią. Była tam duża brama miejska, zbudowana z czerwonej cegły, z
wrotami na wpółotwartymi. Nad bramą umieszczony był herb miasta.
Gdy
przeszliśmy bramę, naszym oczom ukazała się wielka katedra, pokryta mozaiką w szarości,
czerni i bieli. Po bokach miała dwie kwadratowe wysokie wieże. Uchyliłem
ogromne wrota okute ciemną stalą. We wnętrzu panował ogromny przepych. Ściany
zdobiły liczne ornamenty i płaskorzeźby pokryte złotem. Sklepienia dekorowały
freski wykonane z niezwykłą starannością i pieczołowitością.
Lecz coś mi nie
pasowało. Rzeźby i zdobienia były jakieś dziwne. Po lewej stronie głównej nawy
była rzeźba przedstawiająca kaczkę, która była trzymana przez tukana, który z
kolei przytrzymywany był przez świnię. Wykonana była z ciemnego, wypolerowanego
drewna. Świątynia swym bogactwem przypominała włoskie bazyliki. Czułem aż
rażący przesyt złotego blasku. Za główną nawą była kolejna, równie długa lecz węższa. W
miejscu, gdzie powinien znajdować się ołtarz był wysoki tron. Siedział na nim ogromny
posąg, przedstawiający postać mężczyzny ubranego w garnitur z głową kozła.
Rozbrzmiewała w nim dziwna muzyka. Epicki podniosły chór. Głosy kobiece
przeplatały się z męskimi. Towarzyszyła im niemal cała orkiestra. Powtarzające
się fragmenty, śpiewane po łacinie, niemal wprowadzały w trans. Poszliśmy do
przodu mijając rzędy ławek wypełnione wiernymi. W jednym z pierwszych rzędów
czekała już rodzina, która zajęła nam miejsca...
http://www.youtube.com/watch?v=hFxB2NErJeU
http://www.youtube.com/watch?v=hFxB2NErJeU
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































