Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 października 2014

Kosmiczny konwój


Coś niedobrego wydarzyło się na Ziemi. Resztki ludzkości utworzyły wielką flotyllę statków kosmicznych. Ogromny konwój tworzyły tysiące statków. Byłem kapitanem największej jednostki. Była to ogromna stacja kosmiczna o nazwie "D Star". Kształtem przypominała dziecięcą zabawkę, wielkiego bąka, a zewnętrzne poszycie miało blado seledynowy kolor. Ponieważ miała napęd, stała się największym statkiem. Jednostką flagową. Miałem tytuł
"Strażnika". Wydawał się być bardzo prestiżowy. Prowadziłem tą kosmiczną karawanę w kierunku pobliskiej mgławicy, opalizującej chmury pyłu. Wlatując w nią znalazłem się przed szeregiem pierścieni z zakrzywionej czasoprzestrzeni. Pierścienie miały zróżnicowaną średnicę, ale tworzyły
coś w rodzaju nieregularnego tunelu. Jeden z pierścieni przez który przelecieliśmy miał niebezpiecznie małą średnicę. Krawędź stacji zahaczyła o niego i nastąpiło momentalne odkształcenie kadłuba, tak jakby umieszczono na nim ogromną niewidzialną masę. Ktoś powiedział, że uszkodzeniu uległy pompy paliwowe i pomost cumowniczy.

wtorek, 6 marca 2012

Próba

Biegliśmy razem. Przed Nami było rondo. Najbliższe wejście do podziemnego przejścia było zamknięte, więc poszukaliśmy innego. Strop w podziemnym przejściu opierał się na grubych, okrągłych filarach. Zarówno filary jak i ściany wyłożone były jasnożółtym granitem. Było tam kilka sklepów, punkt ksero i punkt sprzedaży biletów. Mieliśmy iść na jakiś pociąg, a na peron prowadził tunel. Przeszliśmy nim i wyszliśmy na polanę, na której rozdzielały się tory kolejowe pochowane w trawach i porośnięte mchem. 
Przy torach czekali zniecierpliwieni ludzie i narzekali na kolejne opóźnienia. Spytałem Ją, czy chce się Jej tu czekać? Powiedziała, że i tak nie wiadomo kiedy przyjedzie ten pociąg. Zaproponowała, że możemy w tym czasie  trochę pobiegać. Tak też zrobiliśmy. Dobiegliśmy do uniwersyteckiego stadionu. Zrobiliśmy kilka okrążeń na niebieskiej bieżni, po czym na boisko wbiegły dwie drużyny grające w rugby. Przedzieraliśmy się między wielkimi zawodnikami w plastikowych ochronnych zbrojach. 
Następnie wbiegliśmy po schodach do jakiegoś budynku. Rozdzieliliśmy się. Spotkałem starego, siwowłosego mistrza walk wschodnich, który chciał mnie poddać jakiejś próbie. Zaprowadził mnie do podnóża bardzo stromego wzgórza, które nazywał Owczym Wzgórzem. Miałem się na nie wspiąć i poszukać śladów bardzo niebezpiecznego człowieka. Przekazał mi też maczetę. Wejście było niemal pionowe, ale udało mi się wspiąć. Na szczycie wzgórze okazało się być niemal płaskie i dość rozległe. 
Widziałem pasące się krowy i owce. Dostrzegłem jakąś ścieżkę i poszedłem nią. Wzgórze okazało się być dość łagodne z drugiej strony. Po obu stronach ścieżki rosły duże i grube Juki. Zamachnąłem się maczetą i precyzyjnym cięciem ściąłem jedną z nich. Znalazłem się na dużym stalowym moście. Dostrzegłem łysego mężczyznę zakładającego ładunki wybuchowe do jego filarów. Kierował się łodzią do następnych. Skoczyłem z mostu i spadałem przez kilkanaście metrów. Uderzyłem w taflę wody i po chwili wypłynąłem na powierzchnię. 
Dopłynąłem do brzegu i dostrzegłem uchylone stalowe drzwi, prowadzące do wnętrza mostu. W niewielkim pomieszczeniu dostrzegłem laptopa podłączonego do wiązki przewodów. Na jego ekranie odliczany był czas. Delikatnie go odłączyłem. Nagle poczułem zimno stali na karku i usłyszałem charakterystyczne kliknięcie odbezpieczanej broni. 
Miałem w dłoni maczetę. Odwróciłem się instynktownie, a ostrze odcięło napastnikowi głowę. Pomimo iż widziałem tchawicę i wystające żyły, z szyi nie wydobyła się ani kropla krwi. Makabryczna scena spowodowała natychmiastowe przebudzenie...

niedziela, 15 stycznia 2012

Duchem być…


Jechałem razem z rodziną na wycieczkę samochodem. Prowadził ojciec. Mijaliśmy pola i lasy. Nagle ojciec stwierdził, że pojedziemy skrótem. Prowadził wąską piaszczystą dróżką przez las, a potem przez pomost. Ludzie uskakiwali przed autem do wody. Potem była stroma rampa. Za pierwszym razem nie daliśmy rady podjechać i grawitacja cofnęła nas na sam dół. 
Zaproponowałem, by spróbować na pierwszym biegu i jakoś podjechaliśmy, i zaparkowaliśmy na drewnianej platformie. Był tam urządzony letni ogródek z parasolkami. Zamówiłem lody waniliowe z bitą śmietaną i karmelem. Znalazłem się w domu. Zadzwonił dzwonek, więc wstałem z kanapy i otworzyłem drzwi. Zobaczyłem Ją. Przyjechała do mnie z niespodziewaną wizytą. Bardzo miła niespodzianka. Usiedliśmy obok siebie na dywanie. 
Wyjęła swoją komórkę. Była duża i miała dwa ekrany, na całej swej powierzchni po jednym z każdej strony. Pokazała mi zdjęcia z jakiegoś wyjazdu. Był tam przepiękny ogród na dziedzińcu jakiegoś pałacu, wąskie brukowane uliczki oświetlone światłem latarń, jakieś ruiny oświetlone światłem zachodzącego słońca i morze. Zauważyłem, że robi się zmęczona i oczy Jej się same zamykają. Wziąłem Ją na ręce. 
Objęła mnie i przytuliła. Spojrzała mi  prosto w oczy i pięknie uśmiechnęła, a po chwili zasnęła. Powiedziałem Jej, że bardzo Ją kocham, ale chyba już tego nie usłyszała, zanurzyła się w świecie snów. Położyłem Ją delikatnie na kanapie i przykryłem kocem...




...pojawiłem się na stacji kosmicznej. Jakiś teleskop kosmiczny miał awarię i schodził z orbity. Gdyby wszedł w atmosferę, jakieś toksyczne substancje dostałyby się do środowiska i doprowadziły do katastrofy ekologicznej. Do stacji był zadokowany statek, który miał go naprawić. Problem w tym, że nie miał dość paliwa, by go dogonić. O całej sytuacji wiedziałem tylko ja i kobieta, która była dowódcą misji. Wszystko było tajne i reszta załogi nie mogła się o tym dowiedzieć. Wpadłem na pomysł jak rozwiązać problem, ale nie mogłem o tym mówić. Stacja była na tyle mała, że nawet szept był słyszany w każdym jej zakamarku. Odciągnąłem panią kapitan na bok i podryfowaliśmy w najdalszy skraj stacji. Spisałem swój pomysł na kartce. 
Polegał on na tym, by  wprowadzić stację w szybki ruch wirowy i w odpowiednim momencie odczepić statek, by został wystrzelony jak z procy. Przeciążenie wewnątrz stacji byłoby znaczne i nieprzyjemne, ale powinniśmy to wytrzymać. Wyszeptała: genialne i niespodziewanie mnie pocałowała. Szybko oddaliła się by zacząć realizować plan...



...znalazłem się w kościele i poszedłem do spowiedzi. Niestety ksiądz był stary i przygłuchy. Musiałem wykrzyczeć swoje grzechy na cały kościół. Jako pokutę dostałem dzień postu i trzy zdrowaś Maryjo...




...byłem w jakiejś restauracji. Wokół długiego stołu, przykrytego białym obrusem i bogato zastawionego jedzeniem, siedzieli jacyś ludzie. Miałem wrażenie, że to rodzina, ale nikogo nie mogłem rozpoznać. Wszyscy wydawali się być obcy. Usiadłem na wolnym siedzeniu, ale przeniknąłem przez nie. 
Chciałem wziąć coś do zjedzenia, ale nie byłem w stanie niczego chwycić. Próby komunikacji z kimkolwiek kończyły się fiaskiem, tak jakby nikt mnie nie dostrzegał. Nagle jakaś kobieta zaczęła się dusić. Złapała się za serce i upadła na podłogę. Podszedłem do niej. Dostrzegła mnie i zwróciła po imieniu, w tym momencie rozpoznałem ją.
Była to jedna z dalszych ciotek. Ktoś zaczął ją reanimować. Podniosła się, zakasłała trochę i znowu zaczęła jeść jakąś wykwintną potrawę. 
Znów stała się obca i mnie nie dostrzegała. Nikt mnie nie dostrzegał…

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Szkoła


Znajdowałem się przed starym, trochę zaniedbanym pałacykiem. Zielone porosty pokrywały nadkruszone schody prowadzące do wejścia. Przysiadłem na nich. Wrota się otworzyły. Wyszedł przez nie mój stary przyjaciel ubrany w sutannę. Było tam więcej ludzi. Znajome twarze, których już dawno nie widziałem. Poszliśmy się przejść. Podążaliśmy wzdłuż kanału, nad którym rząd wierzb płaczących muskał leniwie płynącą wodę.
 Wspominaliśmy dawne czasy. Wróciliśmy do pałacyku i wraz z grupką starych znajomych postanowiliśmy pojechać do parku za miastem. Wsiedliśmy do busa i ruszyliśmy. W połowie drogi do celu nagle jezdnia się zapadła, tak, że dalsza jazda była niemożliwa. Okazało się, że po ostatniej ulewie, woda podmyła drogę. Nieopodal miejsca w którym utknęliśmy, znajdowała się opuszczona stacja kolejowa. 
Beztrosko hulał po niej wiatr, trzaskając od czasu do czasu okiennicami z wybitymi szybami. Budynek mógł mieć ponad sto lat. Z jego ścian płatami odłaziła farba, a w zadaszeniu nad peronem ziały otwory, przez które widać było szare zachmurzone niebo. Strzępy czarnej papy bimbały niechlujnie. Na jednym ze słupów przybita była biała metalowa tabliczka z czerwonymi napisami. Informowała, że pociągi jeżdżą tylko na żądanie, a w celu ich przywołania należy wysłać smsa. Postąpiliśmy według instrukcji i po chwili na stacji pojawił się pojazd pociągopodobny.
 Przypominał mniejszą wersję starego autobusu z zaokrąglonymi krawędziami, potocznie nazywanego "ogórkiem". Miejsca było akurat tyle, żeby wszyscy się zmieścili. Podróż zakończyła się dość szybko i niespodziewanie w holu mojej starej szkoły. Wszyscy wysiedliśmy i udaliśmy się do klasy. Zajęliśmy trochę przymałe miejsca przy ławkach. W sali panował nieład. Jakieś papiery zwinięte w kule walały się po podłodze w  towarzystwie papierowych samolocików, kredek i pozostałości po kanapkach. Do sali wszedł jakiś obcy nauczyciel. 
Zestresowany poprawił okrągłe okulary i powiedział, że jest tu nowy i będzie nas uczył historii. Po chwili do klasy wbiegły moje  koleżanki z dziećmi na rękach i ze wzrokiem nakazującym zrozumienie, przeprosiły za spóźnienie…

niedziela, 16 października 2011

Cthulhu


Siedzę w wagonie na drewnianej ławce. Jest twarda i niewygodna. Do mych uszu dobiega rytmiczny i miarowy stukot żeliwnych kół i charakterystyczny dźwięk pracy parowej lokomotywy, ciągnącej cały skład. Na zakrętach mogłem dostrzec jej lśniące w słońcu chromowane elementy i wielkie obłoki pary. Za oknem rozciąga się przepiękny widok na ocean. Jedziemy na krawędzi wysokiego klifu. Po drugiej stronie przemyka niekończący się ciąg kamienic w pastelowych kolorach. Ich dachy wykończone są w nietypowy sposób. Są to blanki, takie jak na murach obronnych,  z tą różnicą, że są zaokrąglone na krawędziach. Przypominają przez to dziecięce rysunki. Zbliżamy się do tunelu zagłębiającego się w ogromną skalistą górę. Po pewnym czasie dojeżdżamy do stacji kolejowej skrytej głęboko w jej wnętrzu. Jedyna droga prowadzi przez wąski tunel do monumentalnego pomieszczenia.  W chwili, gdy się w nim znalazłem, zaparło mi dech w piersiach. Podłogę pokrywają duże eleganckie kwadraty z ciemnoszarego betonu. Upstrzona jest licznymi pasami i wysepkami zieleni, oraz równo przystrzyżonymi drzewkami owocowymi. Liczne ławki nadają pomieszczeniu niemal parkowy charakter. Spoglądając w górę dostrzegam szklany dach, niczym w wiktoriańskiej palmiarni, przez który wpada naturalne jasne światło słoneczne. Znajduje się niespodziewanie wysoko, bo niemal kilometr nade mną. Ściany to naturalnie postrzępiona grafitowa skała. Moją uwagę przykuwa jedna ze ścian, która jest czymś w rodzaju ogromnego akwarium z krawędziami płynnie zatapiającymi się w pozostałe skalne ściany. Podobnie jak całe pomieszczenie, jest ogromne i sięga niemal sklepienia. Jednolita tafla szkła może mieć nawet kilkanaście metrów grubości. Kilkadziesiąt metrów za szkłem wyrastają z piaszczystego dna, grube jak najstarsze dęby, stalowe kolumny krat. Owinięte są grubymi linami przez co z daleka przypominają ogromną sieć. Zaintrygowany podszedłem do akwarium i nagle podpłynęło największe stworzenie jakie kiedykolwiek widziałem.