Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Most. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Most. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 marca 2015

Szpital na wyspie...

Byłem na jakiejś wycieczce. Przechodziłem okazałym mostem nad szeroką rzeką. Most prowadził do wyspy na tej rzece. Towarzyszyła mi dziewczyna niższa ode mnie. Miała drobno pofalowane włosy w jasnym odcieniu rudego. Przechadzając się po wyspie dotarliśmy na dziedziniec okazałego, wielokondygnacyjnego budynku. Spotkaliśmy tam lekarkę w białym kitlu. Oznajmiła, że mam mieć operację, po czym szybko się oddaliła, zanim zdążyłem zadać jakieś pytania. Wszedłem więc do budynku w poszukiwaniu
odpowiedniej sali operacyjnej. Liczyłem na to, że ktoś mnie wywoła lub wywiesi jakąś informację. Niestety nie znalazłem odpowiednio oznaczonej Sali operacyjnej. Dziewczyna zasugerowała, że może będzie w innym szpitalu. Wyszliśmy więc na zewnątrz. Dzień był piękny, a słońce świeciło jasno. Zobaczyłem latające helikoptery. Były smukłe i nowoczesne. Część z nich miała barwę burgundową,
a część głęboki odcień granatu. Zamknięto też most, którym przyszliśmy. Zauważyłem jednak inny, mniej okazały, stary i przeznaczony wyłącznie do ruchu pieszego. Nie był w najlepszym stanie. Powierzchnia przeznaczona do chodzenia składała się z przeplatających się prętów zbrojeniowych, tworzących kwadraty o boku niecałych dziesięciu centymetrów. Pod tą dość niepewną konstrukcją można było obserwować rwący nurt. Woda w rzece mocno wezbrała i była bardzo mętna, w kolorze kawy z mlekiem. Stykała się z mostem, a mniej więcej po
środku nawet go zalewała na jakieś dwa centymetry. Dziewczyna powiedziała, że za nic tam nie wejdzie, ale żebym ja poszedł, bo mam mieć tą operację. Niepewnie pokonałem więc rdzewiejącą przeprawę i w końcu znalazłem się po drugiej stronie. Były tam jakieś akwaria i trenerzy szkolący foki i delfiny. Poszedłem dalej tunelem i
wyszedłem do miasta po schodach. Ludzie chodzili grupami odświętnie ubrani. Próbowałem się wypytać o drogę do szpitala, ale część mieszkańców mówiła w niezrozumiałym dla mnie języku, a część nie potrafiła wskazać drogi, ale ostrzegali mnie z lękiem, bym nie szedł za granicę. Wskazywali przy tym wysoki wał ziemny przedzielający miasteczko na pół. Dostrzegłem jedynie drogowskazy, które wskazywały poligon
kosmiczny za wałem i centrum kosmiczne. Postanowiłem więc wrócić na wyspę i jeszcze raz przeszukać budynek. Trener delfinów dał mi do zrozumienia, że nie lubią tu obcych, a wchodząc na most dostrzegłem na plaży kilkanaście helikopterów. Część z nich miała chyba emblematy
policyjne. Na wyspie znalazłem dziewczynę, której udało się spotkać lekarkę. Obie zaczęły mnie prowadzić na operację…

środa, 28 stycznia 2015

Sowi Sygnet

Wszedłem wraz z przyjaciółmi P. i Ł. do restauracji typu McDonald. Ustawiliśmy się w kolejce. P. i Ł. zdążyli zamówić jakieś hamburgery, ale gdy nadeszła moja kolej, sprzedawczyni oświadczyła, że niestety zamykają i nie mogą mi nic sprzedać. Zrezygnowany i zawiedziony wyszedłem na zewnątrz i dotarłem nad rzekę W. Dokładnie na cypel, który
znajduje się w połowie mostu przez nią. Była już tam moja siostra. Oznajmiła mi, że właśnie zainstalowano tu nowe ujęcie wody pitnej. Podszedłem na skraj cypla i zauważyłem kratki, przez które wpływała woda wprost z rzeki. Cały półwysep aż drżał i wibrował od maszynerii, którą zainstalowano pod nim. Wzdłuż cypla zainstalowano
złożoną i rozbudowaną sieć unoszących się na wodzie kładek. Były wąskie i mogły mieć maksymalnie pół metra szerokości. Wykonano je z drewna tekowego i zanurzały się, gdy się po nich chodziło. Na środku zamontowano bardzo złożoną rzeźbę, tak jakby labirynt z metalowych prętów, przypominających wijące się gałęzie.
Należało się po tym wspiąć. Na samym szczycie było naczynie przypominające puchar. Udało mi się do niego dotrzeć, a wewnątrz był piękny złoty sygnet z symbolem sowy. Miała rozłożone skrzydła i mieniła się w płomiennych odcieniach zachodzącego słońca. Zejście było dużo trudniejsze. W chwili, gdy dotykało się gałęziopodobnych prętów, te zaczynały się zaciskać, i łatwo było zostać uwięzionym niczym w klatce. Kiedy byłem już na dole, niestety utknąłem. Użyłem jednak siły. Przy maksymalnym wysiłku udało mi się odgiąć pręty na
tyle, by się przez nie przecisnąć. Uwolniłem się, a pręty odgięły się na poprzednią pozycję. Ostrożnie wracałem po kładce, starając się zachować równowagę. Zanurzała się pod ciężarem ciała, a przy skrajnych krawędziach znajdowała się nawet tuż pod powierzchnią wody. Widziałem, że inni, którzy chodzili po tym pomoście, często lądowali w wodzie i płynęli z nurtem rzeki.
(Teraz podczas pisania uświadomiłem sobie, że ta rzeka płynie w rzeczywistości w drugą stronę). Dotarłem na cypel i zauważyłem, że woda w rzece zaczyna przybierać. Powoli, ale jednak na tyle szybko, że było to zauważalne.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Jarmark w górach

Spędzałem wolny czas w górach. Podążałem ścieżką wzdłuż szlaku, która doprowadziła mnie do rozstaju dróg. Była tam wielka tablica informacyjne. Namalowano na niej najważniejsze atrakcje w okolicy. Można było wejść na dwie wysokie góry. Na szczycie każdej z nich
wybudowany był nowoczesny hotel. Hasła reklamowe zachęcały do skorzystania z ich usług. Zaznaczony był także głęboki wąwóz. Nad nim przerzucone było stalowe rusztowanie kratownicowe. Na jego środku zbudowano bardzo ciekawą restaurację. Wyglądała jak przycumowany latający spodek. Wszystkie te atrakcje pokazane były w postaci przestrzennych modeli przyczepionych do tablicy informacyjnej. Pomimo iż te atrakcje wydawały
się bardzo interesujące, postanowiłem udać się do miasta w dolinie. Przeszedłem długim mostem podziwiając wspaniałą panoramę i zszedłem krętą drogą w dół. Zatrzymałem się przy straganie z owocami i warzywami. Zdziwiłem się cenami. Wydawały się strasznie wysokie. Poprosiłem jednak o banany, przy których była tabliczka z kwotą 333. Dostałem piękne banany oraz 333 zł (w śnie wydawało mi się to zupełnie normalne i naturalne). Dotarłem w końcu do parterowego
przeszklonego apartamentowca przerobionego na hotel. Najwidoczniej tam mieszkałem. Spotkałem tam Ją. Wyciągnęła mnie na parkiet i zaczęliśmy tańczyć żywiołowe tango. Najwidoczniej Jej się spodobało, bo po zakończeniu tańca pocałowała mnie w policzek, a następnie w usta. Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie natrafiliśmy na olbrzymi festyn. Byli tam ludzie przebrani za rycerzy, wikingów, elfy, krasnoludów,
żołnierzy z pierwszej i drugiej wojny światowej z różnych nacji. Byli też współcześni wojskowi. Przechodziliśmy obok dziesiątek straganów, na których można było zaopatrzyć się w przeróżne przedmioty z różnych epok, dodatki do ubrań, stroje, biżuterię, a nawet broń. Na części stoisk gotowano smacznie wyglądające potrawy. Z oddali pomachał mój przyjaciel, który wmieszał się w grupę wikingów. Z czasem tłum ludzi zaczął się
zagęszczać, tak że się rozdzieliliśmy, gdy przystanęła przy stoisku z amuletami. Trafiłem do jakiejś szkoły. Przysiadłem w jednej z pustych sal. Po chwili przyszła jakaś dziewczyna z czarnymi dredami. Zaprowadziła mnie do świetlicy na pokaz jakiegoś filmu. (Niestety na temat filmu nic nie zapamiętałem). Wyszedłem i miałem wrażenie, że się zmieniłem. Widziałem siebie, ale miałem długie jasne
blond włosy. Podszedłem do jakiegoś biurowca i przyłożyłem rękę do tafli szkła. Przyczepiła się. Po chwili widziałem siebie(widok jakby z kamery) chodzącego bez problemu na czworakach po pionowej ścianie. Byłem półnagi… w samych bokserkach (tak jak śpię latem).

wtorek, 6 marca 2012

Próba

Biegliśmy razem. Przed Nami było rondo. Najbliższe wejście do podziemnego przejścia było zamknięte, więc poszukaliśmy innego. Strop w podziemnym przejściu opierał się na grubych, okrągłych filarach. Zarówno filary jak i ściany wyłożone były jasnożółtym granitem. Było tam kilka sklepów, punkt ksero i punkt sprzedaży biletów. Mieliśmy iść na jakiś pociąg, a na peron prowadził tunel. Przeszliśmy nim i wyszliśmy na polanę, na której rozdzielały się tory kolejowe pochowane w trawach i porośnięte mchem. 
Przy torach czekali zniecierpliwieni ludzie i narzekali na kolejne opóźnienia. Spytałem Ją, czy chce się Jej tu czekać? Powiedziała, że i tak nie wiadomo kiedy przyjedzie ten pociąg. Zaproponowała, że możemy w tym czasie  trochę pobiegać. Tak też zrobiliśmy. Dobiegliśmy do uniwersyteckiego stadionu. Zrobiliśmy kilka okrążeń na niebieskiej bieżni, po czym na boisko wbiegły dwie drużyny grające w rugby. Przedzieraliśmy się między wielkimi zawodnikami w plastikowych ochronnych zbrojach. 
Następnie wbiegliśmy po schodach do jakiegoś budynku. Rozdzieliliśmy się. Spotkałem starego, siwowłosego mistrza walk wschodnich, który chciał mnie poddać jakiejś próbie. Zaprowadził mnie do podnóża bardzo stromego wzgórza, które nazywał Owczym Wzgórzem. Miałem się na nie wspiąć i poszukać śladów bardzo niebezpiecznego człowieka. Przekazał mi też maczetę. Wejście było niemal pionowe, ale udało mi się wspiąć. Na szczycie wzgórze okazało się być niemal płaskie i dość rozległe. 
Widziałem pasące się krowy i owce. Dostrzegłem jakąś ścieżkę i poszedłem nią. Wzgórze okazało się być dość łagodne z drugiej strony. Po obu stronach ścieżki rosły duże i grube Juki. Zamachnąłem się maczetą i precyzyjnym cięciem ściąłem jedną z nich. Znalazłem się na dużym stalowym moście. Dostrzegłem łysego mężczyznę zakładającego ładunki wybuchowe do jego filarów. Kierował się łodzią do następnych. Skoczyłem z mostu i spadałem przez kilkanaście metrów. Uderzyłem w taflę wody i po chwili wypłynąłem na powierzchnię. 
Dopłynąłem do brzegu i dostrzegłem uchylone stalowe drzwi, prowadzące do wnętrza mostu. W niewielkim pomieszczeniu dostrzegłem laptopa podłączonego do wiązki przewodów. Na jego ekranie odliczany był czas. Delikatnie go odłączyłem. Nagle poczułem zimno stali na karku i usłyszałem charakterystyczne kliknięcie odbezpieczanej broni. 
Miałem w dłoni maczetę. Odwróciłem się instynktownie, a ostrze odcięło napastnikowi głowę. Pomimo iż widziałem tchawicę i wystające żyły, z szyi nie wydobyła się ani kropla krwi. Makabryczna scena spowodowała natychmiastowe przebudzenie...

sobota, 25 lutego 2012

Ponaddźwiękowy tramwaj i monstrualny czołg


Wysiadłem z autobusu i zacząłem wchodzić na wysoką kładkę, rozciągającą się nad wielopasmową ulicą. Będąc już na szczycie, zaskoczył mnie nagły podmuch wiatru, który wyrwał mi z ręki aparat. Spadł na sam dół, wprost w śnieżną zaspę. Zbiegłem szybko po schodach i przeskoczyłem przez barierkę by go odszukać. Udało mi się i nawet wyszedł z upadku bez szwanku. Znowu musiałem wspiąć się na kładkę. Przeszedłem po niej, wszedłem do biurowca i spotkałem koleżanki z mojej pierwszej pracy. 
Zaczęły przepraszać, że się tak długo nie odzywały. Zaprosiły mnie do biura na kawę. Miały tam telewizor. Zobaczyłem, że budynek w którym znajdowała się duża firma, zajmująca się wywoływaniem zdjęć, uległ częściowemu zawaleniu. Udałem się tam natychmiast. Był to kompleks kilku budynków z białożółtą elewacją. Pracownica, którą spotkałem, była bardzo zaskoczona. Twierdziła, że nie wie nic o jakichkolwiek uszkodzeniach. Przeszliśmy halą na wewnętrzny dziedziniec. 
Zobaczyliśmy tam, że brakuje jednej ze ścian. Zmieniła się w stertę gruzu, ukazując wnętrze budynku. Kobieta była szczerze zaskoczona. Zeszliśmy razem do podziemi fabryki. Naszym oczom ukazała się rozległa kaplica. Spotkałem tam rodzinę. Zjechała się z różnych rejonów kraju. Zjedliśmy tam obiad, a potem pobawiłem się przez chwilę z dziećmi kuzynów i kuzynek. Jakoś nie wydało mi się niestosowne, że to wszystko miało miejsce w kaplicy. Kuzynka zaczęła zadawać mi dość intymne pytania, a ja o dziwo na nie odpowiadałem. Spojrzałem na misę z wodą święconą. Zaczęła falować jak przy silnych wstrząsach. 
Powiedziałem do wszystkich, że nie jest tu bezpiecznie i wszyscy powinni wyjść na zewnątrz. Nie oglądając się na innych, wyszedłem. Na zewnątrz spotkałem znajomych, którzy siedzieli na kocach nieopodal torów. Koleżanka wyjaśniła mi, że zaraz odbędzie się próba pobicia rekordu prędkości tramwaju. Po chwili nadjechał i zatrzymał się w miejscu startu. Nagle ruszył z niewyobrażalną prędkością i w ułamku sekundy zniknął z pola widzenia. 
Nieopodal znajdowała się duża baza wojskowa. Do ogrodzenia z drutu kolczastego zaczął się zbliżać wielki jak budynek czołg. Z jego wnętrza zaczęło się wysuwać coś przypominającego działo, ale zakończone szklaną soczewką. Rozżarzyło się czerwienią i po chwili dostrzegłem czerwony punkcik na mojej klatce piersiowej. Odbiłem go tarczą zegarka w stronę czołgu. Nagle z ogłuszającym hałasem, wystrzeliła z czołgu rakieta. Leciała pionowo w górę zostawiając za sobą warkocz ognia i dymu. 
Po kilkuset metrach zaczęła lecieć poziomo, zatoczyła kilka okręgów na niebie i skierowała się na laserowy punkt...


Po przebudzeniu pozostała jeszcze w moim umyśle liczba 250484. Wygląda trochę jak data, ale nie ma dla mnie jakiegoś szczególnego znaczenia.

czwartek, 26 stycznia 2012

Ciemnowłosa


Jestem w centrum miasta. Przepływa przez nie rzeka, ale jest obudowana drewnianą konstrukcją. Ciągnie się ona przez całe miasto zakrywając rzekę, a nad nią jest wybudowany drewniany dach wsparty na palach. Deski są wymieniane na nowe, więc wielu brakuje. Trzeba chodzić po pojedynczych, a pod nogami można dostrzec żwawy nurt. Ludziom wydaje się to nie przeszkadzać. Zwykli ludzie, biznesmeni, studenci chodzą pewnie i bez lęku. Przeszedłem bardzo powoli, z trudem łapiąc równowagę i dotarłem na jakiś festyn.  
Żonglerzy podrzucali palące się pochodnie i zionęli ogniem. Kobieta guma w bardzo obcisłym stroju wiła się niczym wąż wokół jakiegoś mężczyzny.  Mam jakiś pomysł na poprawę bezpieczeństwa i mam go przedstawić w jakiejś szkole. Dostaję się do rady, w której zasiadają najważniejsi ludzie w mieście. Mam za zadanie jak najsprawniej go wdrożyć. Przechodząc obok cukierni nie mogę się oprzeć i kupuję jakieś ciasto, które przypomina warkocz. 
Jest to ostatnia sztuka, która była na wystawie. Idę krętymi uliczkami i wpadam na młodą dziewczynę o bardzo ciemnej karnacji. Ma długie, ciemne, pozlepiane włosy i wielkie ciemne oczy. Chce mi wróżyć z dłoni i próbuje mówić po angielsku z dziwnym akcentem. "I look in Your eyes and…", a ja odpowiadam, że wcale nie patrzy. Chyba się trochę zmieszała i chwyciła mnie za rękę.
Prowadzi przez zaułki miasta. Dobiegamy do gruzowiska, które jest zakończone stromą skarpą. Nagle niespodziewanie próbuje mnie pocałować. Pyta się mnie czy ją kocham. Odpowiadam, że nie, że jej nie znam, ale wygląda na sympatyczną osobę. Popycha mnie i ucieka. Przewracam się i powoduję małą lawinę belek i gruzu. Udaje mi się zatrzymać w małym zagłębieniu tuż przed skrajem urwiska. Przylegam do ziemi. Kątem oka widzę, że dziewczyna się zatrzymała i odwróciła. Wygląda na przerażoną, płacze i ucieka. Mam wrażenie, że ktoś nas obserwował z pobliskiego dachu. Brudny i trochę kuśtykający idę do miasta. Lawiruję po zaułkach i docieram do schroniska. 
Wszystkie prycze są zajęte, ale jakaś bardzo stara kobieta proponuje mi bym położył się przy niej. Siadam na skraju pryczy i dostrzegam coś jakby znajomego w jej oczach. Wyciąga fotografie i pokazuje mi je. Jest na nich dużo młodsza, ma krótkie ciemne włosy. Zdjęcia są ładne i zrobione w różnych miejscach świata. Wyznaje mi, że od kilkunastu lat tuła się i szuka swojej córki. Teraz widzę podobieństwo...

niedziela, 15 stycznia 2012

Duchem być…


Jechałem razem z rodziną na wycieczkę samochodem. Prowadził ojciec. Mijaliśmy pola i lasy. Nagle ojciec stwierdził, że pojedziemy skrótem. Prowadził wąską piaszczystą dróżką przez las, a potem przez pomost. Ludzie uskakiwali przed autem do wody. Potem była stroma rampa. Za pierwszym razem nie daliśmy rady podjechać i grawitacja cofnęła nas na sam dół. 
Zaproponowałem, by spróbować na pierwszym biegu i jakoś podjechaliśmy, i zaparkowaliśmy na drewnianej platformie. Był tam urządzony letni ogródek z parasolkami. Zamówiłem lody waniliowe z bitą śmietaną i karmelem. Znalazłem się w domu. Zadzwonił dzwonek, więc wstałem z kanapy i otworzyłem drzwi. Zobaczyłem Ją. Przyjechała do mnie z niespodziewaną wizytą. Bardzo miła niespodzianka. Usiedliśmy obok siebie na dywanie. 
Wyjęła swoją komórkę. Była duża i miała dwa ekrany, na całej swej powierzchni po jednym z każdej strony. Pokazała mi zdjęcia z jakiegoś wyjazdu. Był tam przepiękny ogród na dziedzińcu jakiegoś pałacu, wąskie brukowane uliczki oświetlone światłem latarń, jakieś ruiny oświetlone światłem zachodzącego słońca i morze. Zauważyłem, że robi się zmęczona i oczy Jej się same zamykają. Wziąłem Ją na ręce. 
Objęła mnie i przytuliła. Spojrzała mi  prosto w oczy i pięknie uśmiechnęła, a po chwili zasnęła. Powiedziałem Jej, że bardzo Ją kocham, ale chyba już tego nie usłyszała, zanurzyła się w świecie snów. Położyłem Ją delikatnie na kanapie i przykryłem kocem...




...pojawiłem się na stacji kosmicznej. Jakiś teleskop kosmiczny miał awarię i schodził z orbity. Gdyby wszedł w atmosferę, jakieś toksyczne substancje dostałyby się do środowiska i doprowadziły do katastrofy ekologicznej. Do stacji był zadokowany statek, który miał go naprawić. Problem w tym, że nie miał dość paliwa, by go dogonić. O całej sytuacji wiedziałem tylko ja i kobieta, która była dowódcą misji. Wszystko było tajne i reszta załogi nie mogła się o tym dowiedzieć. Wpadłem na pomysł jak rozwiązać problem, ale nie mogłem o tym mówić. Stacja była na tyle mała, że nawet szept był słyszany w każdym jej zakamarku. Odciągnąłem panią kapitan na bok i podryfowaliśmy w najdalszy skraj stacji. Spisałem swój pomysł na kartce. 
Polegał on na tym, by  wprowadzić stację w szybki ruch wirowy i w odpowiednim momencie odczepić statek, by został wystrzelony jak z procy. Przeciążenie wewnątrz stacji byłoby znaczne i nieprzyjemne, ale powinniśmy to wytrzymać. Wyszeptała: genialne i niespodziewanie mnie pocałowała. Szybko oddaliła się by zacząć realizować plan...



...znalazłem się w kościele i poszedłem do spowiedzi. Niestety ksiądz był stary i przygłuchy. Musiałem wykrzyczeć swoje grzechy na cały kościół. Jako pokutę dostałem dzień postu i trzy zdrowaś Maryjo...




...byłem w jakiejś restauracji. Wokół długiego stołu, przykrytego białym obrusem i bogato zastawionego jedzeniem, siedzieli jacyś ludzie. Miałem wrażenie, że to rodzina, ale nikogo nie mogłem rozpoznać. Wszyscy wydawali się być obcy. Usiadłem na wolnym siedzeniu, ale przeniknąłem przez nie. 
Chciałem wziąć coś do zjedzenia, ale nie byłem w stanie niczego chwycić. Próby komunikacji z kimkolwiek kończyły się fiaskiem, tak jakby nikt mnie nie dostrzegał. Nagle jakaś kobieta zaczęła się dusić. Złapała się za serce i upadła na podłogę. Podszedłem do niej. Dostrzegła mnie i zwróciła po imieniu, w tym momencie rozpoznałem ją.
Była to jedna z dalszych ciotek. Ktoś zaczął ją reanimować. Podniosła się, zakasłała trochę i znowu zaczęła jeść jakąś wykwintną potrawę. 
Znów stała się obca i mnie nie dostrzegała. Nikt mnie nie dostrzegał…

środa, 9 listopada 2011

Rozerwany na strzępy




Słyszałem dźwięk spadającej bomby. Uderzyła w budynek powodując silny wstrząs i hałas. Po chwili usłyszałem piszczenie. Było coraz szybsze. Bip... bip.. bip. Instynktownie chwyciłem psa pod pachę i rzuciłem się skulony pod stół, otulając psa swoim ciałem. Nastąpił wybuch, zostałem rozerwany na drobne kawałki. 


Obudziłem się i miałem chwilowe uczucie jakbym spadał. Czasami mi się to zdarza. Przez kolejną godzinę nie mogłem zasnąć.



Przepłynąłem statkiem wycieczkowym przez jezioro. Zaraz przy przystani zaczynał się szlak. Biegł przez las, a potem zaczął się wspinać coraz wyżej po wzgórzu. Na wysokości, gdzie zaczynały się pojawiać skały, a zbocze stało się bardzo strome, znajdowała się konstrukcja zbudowana z drewnianych bali. Tworzyła coś w rodzaju drewnianego rusztowania niczym wąż oplatającego górę.
Jedyna droga prowadziła tamtędy. Drewniane okrągłe kłody trzeszczały przeraźliwie, gdy po nich stąpałem. Silny wiatr wprawiał całą konstrukcję w drganie i wzmagał niepokój. Na końcu wijącej się drogi znajdował się szyb prowadzący pionowo w dół. Wyłaniała się z niego drewniana kabina windy przypominająca nieco klatkę. Zjechałem nią i znalazłem się w sali z tarasem widokowym. Znajdowali się tam liczni turyści, którzy też przebyli tą trasę. Każdy miał dostać coś dobrego w nagrodę. 
Tęga kobieta w średnim wieku, ubrana w fartuch zbierała zamówienia. Wszyscy mówili w dziwnie szorstko brzmiącym języku. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc spróbowałem powtórzyć to co powiedział mężczyzna siedzący obok mnie. Po chwili dostałem biszkoptowe ciasto z kremem i owocami...