Biegliśmy razem. Przed Nami było rondo. Najbliższe wejście do podziemnego przejścia było zamknięte, więc poszukaliśmy innego. Strop w podziemnym przejściu opierał się na grubych, okrągłych filarach. Zarówno filary jak i ściany wyłożone były jasnożółtym granitem. Było tam kilka sklepów, punkt ksero i punkt sprzedaży biletów. Mieliśmy iść na jakiś pociąg, a na peron prowadził tunel. Przeszliśmy nim i wyszliśmy na polanę, na której rozdzielały się tory kolejowe pochowane w trawach i porośnięte mchem.
Przy torach czekali zniecierpliwieni ludzie i narzekali na kolejne opóźnienia. Spytałem Ją, czy chce się Jej tu czekać? Powiedziała, że i tak nie wiadomo kiedy przyjedzie ten pociąg. Zaproponowała, że możemy w tym czasie trochę pobiegać. Tak też zrobiliśmy. Dobiegliśmy do uniwersyteckiego stadionu. Zrobiliśmy kilka okrążeń na niebieskiej bieżni, po czym na boisko wbiegły dwie drużyny grające w rugby. Przedzieraliśmy się między wielkimi zawodnikami w plastikowych ochronnych zbrojach.
Następnie wbiegliśmy po schodach do jakiegoś budynku. Rozdzieliliśmy się. Spotkałem starego, siwowłosego mistrza walk wschodnich, który chciał mnie poddać jakiejś próbie. Zaprowadził mnie do podnóża bardzo stromego wzgórza, które nazywał Owczym Wzgórzem. Miałem się na nie wspiąć i poszukać śladów bardzo niebezpiecznego człowieka. Przekazał mi też maczetę. Wejście było niemal pionowe, ale udało mi się wspiąć. Na szczycie wzgórze okazało się być niemal płaskie i dość rozległe.
Widziałem pasące się krowy i owce. Dostrzegłem jakąś ścieżkę i poszedłem nią. Wzgórze okazało się być dość łagodne z drugiej strony. Po obu stronach ścieżki rosły duże i grube Juki. Zamachnąłem się maczetą i precyzyjnym cięciem ściąłem jedną z nich. Znalazłem się na dużym stalowym moście. Dostrzegłem łysego mężczyznę zakładającego ładunki wybuchowe do jego filarów. Kierował się łodzią do następnych. Skoczyłem z mostu i spadałem przez kilkanaście metrów. Uderzyłem w taflę wody i po chwili wypłynąłem na powierzchnię.
Dopłynąłem do brzegu i dostrzegłem uchylone stalowe drzwi, prowadzące do wnętrza mostu. W niewielkim pomieszczeniu dostrzegłem laptopa podłączonego do wiązki przewodów. Na jego ekranie odliczany był czas. Delikatnie go odłączyłem. Nagle poczułem zimno stali na karku i usłyszałem charakterystyczne kliknięcie odbezpieczanej broni.
Miałem w dłoni maczetę. Odwróciłem się instynktownie, a ostrze odcięło napastnikowi głowę. Pomimo iż widziałem tchawicę i wystające żyły, z szyi nie wydobyła się ani kropla krwi. Makabryczna scena spowodowała natychmiastowe przebudzenie...
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stadion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stadion. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 marca 2012
sobota, 7 stycznia 2012
Samolot
Szedłem ulicą pod górę. Dawno nie szedłem tą drogą. Sporo
się zmieniło. Dostrzegłem nową kamienicę. Właściwie była połączeniem kamienicy
i zamku. Zbudowana była z dużych cegieł z jasnego piaskowca. Po lewej stronie
była wieża. Szedłem dalej. W miejscu, gdzie stał kiedyś sklep rodem z PRL-u,
tak zwany supersam o nazwie „Tęcza”, teraz budowano stadion. Szkielet
konstrukcji wraz z trybunami już był gotowy. Wysokie dźwigi ustawiały kolumny z
silnymi reflektorami.
Tuż obok rozbierano garaże i wylewano fundamenty pod nowy
hipermarket i wielopoziomowy parking. Po drugiej stronie ulicy ciągnął się rząd
szarych kamienic. Parterowe piętra połączono w jeden ciąg i urządzono tam sklep
typu „As”. Ustawiona była do niego gigantyczna kolejka. Stanąłem na końcu.
Kobieta stojąca przede mną, odezwała się do mnie i zaproponowała, byśmy
przeszli pod balustradą, bo nigdy nie dotrzemy do środka. Tak też zrobiliśmy.
Wziąłem koszyk i ruszyłem między pułki. Doszedłem do lodówek. Były w nich
przeróżne wędliny. Moją uwagę zwróciła niebieska kiełbasa, która miała kształt
Smerfa. Inną ciekawostką był ser w kształcie zęba lub sporej wielkości plastry
szynek, powycinane tak, że przypominały okrągłe, ażurowe serwetki. Nic nie
kupiłem, ale znalazłem się w innym mieście. Nie mogłem się z Nią skontaktować i
postanowiłem Ją odszukać.
Odwiedziłem wiele pubów i klubów, ale nigdzie nikt
Jej nie widział. W jednym z klubów miał być wyświetlany jakiś film. Udałem się
do niego. Wszedłem po klatce schodowej, a potem
labiryntem korytarzy do długiej sali. Po jednej stronie był bar, a po
drugiej jakiś starszy mężczyzna miał swoje stoisko. Sprzedawał karmę i
smakołyki dla psów. Kupiłem trochę
ciasteczek z owadów w karmelu. Poszedłem na sam koniec. Za szerokimi drzwiami
była sala o szarym i niemal sterylnym wystroju. Ustawiono tam kilka rzędów
krzeseł, a ktoś właśnie instalował projektor pod sufitem.
Po chwili włączono film. Jeżeli dobrze udało
mi się go rozpoznać, to był „Cradle of Fear” z Danim Filthem w roli głównej.
Wyszedłem, a przed budynkiem, młoda ciemnowłosa dziewczyna sprzedawała
paszteciki o różnych smakach. Gdy się o nie spytałem, stwierdziła, że ona tylko
zastępuje kolegę, a plakietki z opisami jej się pomieszały. Wybrałem więc
losowo i trafiłem na pasztecik z nadzieniem o smaku łososiowym. Udałem się do
koleżanki z czasów licealnych, która miała mi udostępnić mieszkanie na kilka
dni, bo wyjeżdżała. Zaczęła wymyślać tysiące zakazów. Nie wchodź tam, nie
otwieraj tej szafki, nie włączaj telewizora itd.
Wyszedłem i po chwili byłem na
długiej polance w środku lasu. Słońce wschodziło, a wierzchołki traw muskała
delikatna mgła. Panującą ciszę zmącił nieoczekiwany hałas. Brzmiał jak silniki
samolotu tracące moc. Po chwili pojawił się sam samolot. Miał problemy, szybko
obniżał lot. Zmierzał szybko w kierunku drzew. Miałem ze sobą dziwne
urządzenie. Skierowałem je w kierunku samolotu i uruchomiłem. Wydostała się z
niego wiązka energii i pomknęła w kierunku maszyny latającej.
Jej silniki jakby
odżyły i zwiększyły obroty. Przemknął tuż nad wierzchołkami drzew, ocierając
się tylko o jedno z najwyższych. Zniknął za wzgórzem i straciłem go z oczu. Po
chwili znów go zobaczyłem, wznosił się w górę, zawrócił i skierował w kierunku
polany, na której przebywałem. Wysunął podwozie, ale miałem wrażenie, że
porusza się za szybko. Zbliżał się do ziemi. Zarył w nią głęboko kołami. Pozostawił wielkie koleiny i obłok gleby z trawą.
Podwozie nie wytrzymało
takiego obciążenia i się oderwało. Samolot zarył dziobem, przechylił się na
prawo i przez kilkadziesiąt metrów ślizgał się po polanie bokiem. W końcu się
zatrzymał. Z silników wydostawała się strużka
czarnego dymu. Samolot nie był wielki. Przypominał jakąś mniejszą wersję
Boeinga. Pobiegłem w jego kierunku. Włazy zostały odstrzelone przez ładunki wybuchowe,
a z wyjścia wysunęła się nadmuchiwana
rynna. Wszedłem po niej do wnętrza samolotu. Pasażerowie wyglądali na całych,
ale byli w szoku. Nie wiedzieli co robić. Poinstruowałem ich by kierowali się
do wyjścia i pomagałem wstać z foteli.
Jakaś starsza kobieta cały czas kurczowo
zaciskała kościste dłonie na podłokietnikach, tak, że palce jej zbielały. Oczy
miała zamknięte i cała była roztrzęsiona. Odpiąłem jej pas i wyniosłem na
zewnątrz…
piątek, 6 stycznia 2012
Instytut Kryptografii
Znajdowałem się w starej
kamienicy. Jakaś kobieta siedziała na bujanym fotelu i trzymała niemowlę.
Dziecko przyssało się do jej piersi i piło łapczywie. Z mieszkania wybiegł
sąsiad. Przerażał mnie. Zachowywał się agresywnie i wyglądał, jakby tylko
czekał, aż ktoś go sprowokuje do bójki. Zacząłem się powoli wycofywać. Wszedłem
skrzypiącymi, drewnianymi schodami na wyższe piętro. Ruszył w moim kierunku
wyciągając nóż z kieszeni. Przyspieszyłem i wkrótce znalazłem się na ostatniej
kondygnacji. Nie było już dalszej drogi ucieczki. Walał się tam gruz, a ściany
były nadkruszone.
Cofając się tyłem, potknąłem się o jakąś cegłę i
przewróciłem, lądując na puszkach i rozbitym szkle. Na mojej dłoni pojawiła się
głęboka rana, krwawiąca obficie. Mężczyzna wciąż się zbliżał. Wyciągnął z
kieszeni mały flakonik i podważył nożem korek. Świdrując mnie wzrokiem pełnym
furii, wypił mały łyczek. Jego twarz zaczęła się transformować. Gwałtownie
złagodniała, a głębokie rysy licznych zmarszczek, stawały się coraz płytsze. W
ciągu chwili odmłodniał o ponad dziesięć lat. Podszedł do mnie o krok,
uśmiechnął się i kapnął jedną kroplą dziwnej substancji na mą poranioną dłoń.
Krew szybko poczerniała i stała się gęsta jak smoła. Poczułem silny ból, tak
jakby moja krew zmieniła się w płynną lawę. Czarna maź zaczęła bulgotać i
wrzeć, aż zmieniła się w czarną parę, która szybko się rozwiała. Rana zaczęła
się zasklepiać, potem zabliźniać. Pojawiły się strupy, które w końcu zmieniły
się w drobny pył. Zdmuchnąłem go, a po ranie nie było już śladu. Opuściłem
kamienicę. Spotkałem kolegów jeszcze ze szkoły podstawowej. Rozmawialiśmy o tym
co u nas słychać i co teraz porabiamy. Znalazłem się przed wielkim kanciastym
gmachem pomalowanym na kolor limonkowy.
Nad wysokimi kolumnami, za którymi znajdowały się równie imponujące
wrota, wykuty był napis: Instytut Kryptografii
III stopnia.
Po prawej stronie od wejścia znajdował się mały placyk.
Udałem się tam. W jego centralnej części umieszczony był skórzany fotel. Rozsiadłem
się w nim wygodnie. Z podłokietnika wysunął się przycisk. Nadusiłem go, a jedna
ze ścian budowli zamieniła się w ekran. Obejrzałem film na temat kodów. Po jego
zakończeniu wstałem z fotela i chciałem wrócić do domu. Było już ciemno.
Ludzie, których mijałem dziwnie mi się przyglądali. Byłem ubrany w piżamę.
Zawstydziłem się i chciałem się ukryć lub wezwać taksówkę. Nie miałem jednak
nic przy sobie, ani pieniędzy, ani telefonu by ją wezwać. Nie wiem jak to się
stało, ale po chwili byłem już ubrany normalnie. Szedłem wąską brukowaną
uliczką. Kamienie były wilgotne, a powietrze lekko zamglone.
Nieliczne latarnie
nie były w stanie rozproszyć mroku. Kręciło się tam wielu podejrzanych typków, zataczających się meneli i łysych
dresiarzy w swych trójpaskowych uniformach. Starałem się nie zwracać na siebie
uwagi i omijać co bardziej
niebezpiecznych jegomości. Przeszedłem obok zaniedbanego dworca autobusowego.
Minąłem też zdewastowany stadion. W końcu uliczka się skończyła. Jedyna dalsza droga wiodła przez budowlę, która była
połączeniem wielopoziomowego parkingu i toru wyścigowego. Mijałem grupki
narkomanów, którzy siedzieli obok beczek, z których co róż wyłaniały się jęzory
płomieni, sprawiające, że liczne cienie tańczyły i niemal ożywały.
Schodziłem
coraz niżej, poziom za poziomem. Na najniższym poziomie znajdowała się zawalona
klatka schodowa. Ktoś ustawił tam rusztowanie, więc można było zejść.
Podchodząc bliżej zobaczyłem kobietę w zaawansowanej ciąży, która samotnie próbowała
zejść po metalowych belkach. Pomogłem jej. Gdy wyszliśmy z budynku, było już
jasno. Przyjrzałem się uważniej kobiecie. Niska, pulchna, młoda dziewczyna.
Spod jej bluzki na ramiączkach wyłaniał się chiński smok. Tatuaż był w
jaskrawych kolorach. Odniosłem wrażenie, że gdzieś widziałem tą kobietę.
Spytałem się czy grała w filmie o wilkołakach.
Przytaknęła, mówiąc, że ta rola
jej się nie podobała, ponieważ nie rozumie brytyjskich filmów. Pochwaliła
się za to, że wystąpiła w filmie z
Jamesem Bondem. Zaczęła się żalić, że jej mąż ciągle pije. Poszliśmy na pizzę.
Wymieniliśmy się numerami telefonów. Spytała się, czy nie zrobiłbym jej sesji
fotograficznej, najlepiej jeszcze przed porodem...
Etykiety:
Dream,
Eliksir,
Film,
Fotel,
Instytut Kryptografii,
James Bond,
Kamienica,
Pizza,
Schody,
Sen,
Smok,
Stadion,
Substancja,
Tatuaż,
Uliczka,
Wilkołak
czwartek, 3 listopada 2011
Skrzynka piwa
Byłem w kościele. Msza dobiegała już końca. Ksiądz rozdawał
komunię świętą. Ustawiłem się w kolejce. Gdy połowa wiernych została obsłużona,
kapłan niespodziewanie oświadczył, że bardzo mu przykro, ale hostia się
skończyła, a wszystko jest spowodowane szalejącym kryzysem. Obok mnie
przebiegła jakaś dziewczynka z opłatkiem w dłoniach. Potknęła się i wypadł jej
na ziemię. Zrezygnowany wyszedłem z kościoła i minąłem stragan, na którym jakaś
kobieta sprzedawała płatki róż i kosmetyki.
Dotarłem na jakąś domówkę w starej
kamienicy. Impreza zupełnie się nie kleiła i nikogo tam nie znałem. Opuściłem
lokal i udałem się przed siebie. Przechodząc obok pętli tramwajowej, chciałem
do kogoś zadzwonić przez telefon komórkowy, ale nie miałem zasięgu. Spotkałem
swojego przyjaciela. Przeszliśmy kawałek. Z naprzeciwka szła ciemnowłosa
dziewczyna o ciemnej karnacji, ubrana w białą bluzkę. Zatrzymała się i
spojrzała na mojego przyjaciela. Nagle się rozpłakała, raptownie się obróciła i
zaczęła uciekać. Kontem oka dostrzegłem złowieszczy uśmiech w kąciku jej ust.
Przyjaciel ruszył w pogoń za nią. Próbowałem ich gonić, ale straciłem ich z
oczu, gdy wpadli w tłum.
Była to ogromna masa ludzi, którzy wychodzili ze
stadionu. Przepychałem się między nimi idąc pod prąd. Po dłuższej chwili
dostrzegłem przyjaciela, który siedział na dużym kamieniu z podbitym okiem. Nie
chciał nic mówić. Poszliśmy więc dalej w milczeniu. Spotkaliśmy moją siostrę.
Powiedziała, że właśnie zakłada swój biznes. Chce otworzyć sklep typu wszystko
za 1 zł i właśnie idzie do urzędu spytać się o podatki. Zestresowana udała się
w kierunku klockowatego, brzydkiego budynku. Wsiadłem wraz z przyjacielem do
auta. Powiedział, że musimy na chwilę zboczyć z drogi, bo ma jakiś interes do
zrobienia. Skręciliśmy w gruntową leśną drogę. Po kilku zakrętach, zobaczyliśmy
skrzynkę piwa leżącą na środku drogi przed nami.
Zahamował gwałtownie. Ku
naszemu zdziwieniu, przednia oś auta wraz z kołami, oderwała się od karoserii i
potoczyła przed siebie kompletnie dewastując bezpańską skrzynkę piwa. Wybuchliśmy
śmiechem, a przyjaciel powiedział: "Od dziś nie piję"...
Subskrybuj:
Posty (Atom)























