Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wieżowiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wieżowiec. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 września 2015

Zmysłowe tango

Wraz z siostrą byłem w mieszkaniu babci. Podszedłem do okna i odsłoniłem firanki, by spojrzeć na nocne niebo. Stałem tak przez chwilę, gdy moją uwagę przyciągnęła dziwna pomarańczowa łuna, która powoli jaśniała i się zbliżała. Pomyślałem, że może to być pożar. Wziąłem gruby koc i obficie zmoczyłem go zimną wodą, po czym powiesiłem na oknie, by nie dopuścić ewentualnego pożaru do środka. Krzyknąłem też do
siostry, że musimy uciekać. Zeszliśmy klatką schodową, a na samym dole była ogromna hala, która przypominała trochę okazały terminal lotniczy. Były stoiska informacyjne, rzędy krzeseł na których można było usiąść oraz stoły do gry w ruletkę. Przeszliśmy obok tego wszystkiego i wyszliśmy na zewnątrz. Postanowiłem udać się do domu. Wejście do środka okazało się jednak problematyczne. Klucz nie pasował, a klamka się urwała przy pierwszej
próbie jej naciśnięcia. Wyszedłem z budynku i próbowałem wejść przez balkon, ale wszelkie krawędzie i balustrady były tak śliskie, że nie można się było za nie złapać. Po dłuższym okresie drzwi się w końcu otworzyły i wyszli przez nie moi przyjaciele A. i D. Okazało się, że postanowili zrobić niespodziankę i zabrali się za remont mieszkania. Trochę narzekali, że strasznie trudno było mnie powstrzymać przed wejściem i zepsuciem niespodzianki. Wraz z A. postanowiliśmy pojechać do
M. Weszliśmy do Niej przez taras, który był otwarty. Nie spodziewała się nas, ale przywitała mnie z wielkim entuzjazmem. Przytuliła mocno i namiętnie i stwierdziła, że trzeba zrobić jakąś imprezę. Jak na zawołanie zjawiła się cała masa ludzi. Tłum ludzi się bawił, a ja i M. trzymaliśmy się na uboczu okazując sobie bardzo dużo czułości. Impreza w końcu zaczęła wygasać, a ludzie się rozchodzić. Wyszliśmy na
spacer i niespodziewanie znaleźliśmy się na ogromnym parkiecie. Trwał jakiś konkurs taneczny, coś w rodzaju "Tańca z gwiazdami". Prowadzący zapowiedział mnie i M. Światła przygasły i rozbrzmiało tango. Pozwoliliśmy ponieść się zmysłowym dźwiękom, a przeszywające Nas emocje doprowadziły do namiętnych i drapieżnych pocałunków. Słyszeliśmy tylko owacje i komentarze sędziów, że otrzymaliśmy najwyższe noty, ale jednocześnie zostaliśmy zdyskwalifikowanie za nieregulaminowe
zachowanie. Dostaliśmy jednak nagrody pocieszenia. Były to jakby poplątane kłęby z przezroczystego silikonu. Kiedy w końcu udało Nam się je rozplątać, okazało się, że są to maskotki przedstawiające kałamarnice, trochę podobne do Cthulhu. Bardzo Nam się spodobały!

środa, 14 maja 2014

Ruiny...



Jechałem tramwajem. Wysiadłem obok jakichś ruin. Wyglądało to jakby budynek, a raczej jakiś kompleks przypominający bunkier lub fort, został ścięty w połowie. Został las kolumn i zbrojeń niczym żebra olbrzymiej bestii. Przeszedłem kawałek przez las i natknąłem się na kolejne ruiny. Te przypominały rzymską willę z dziedzińcem i resztkami pokruszonej fontanny na środku. Ogród niegdyś pewnie piękny i zadbany, całkowicie zdziczał. Mury porósł ognisty bluszcz.
Powoli udałem się w kierunku wciąż majestatycznej fasady budynku.  Stąpałem wolno po pokrytej mchem mozaikowej podłodze. Wnętrze było bardzo jasne, a spowodowane było to zapewne tym, że brakowało dachu. Miałem się tu z kimś spotkać, ale byłem sam. Na jednej ze ścian namalowane zostały jakieś diagramy i symbole, niestety całkowicie dla mnie nie zrozumiałe. Nagle znowu ogarnęło mnie dziwne przeczucie, dziwny niepokój o Nią, wrażenie, że jest nieszczęśliwa i jakby zagubiona…
Znalazłem się w mieszkaniu w wieżowcu, na jednym z wyższych pięter. Widziałem je po raz pierwszy i nie kojarzyło mi się z żadnym z miejsc, które pamiętałem, wydało mi się jednak jakoś dziwnie znajome. Płakało jakieś dziecko. Podszedłem do pokoju, z którego dobiegało rozpaczliwe łkanie. Na dużym łóżku leżało może półroczne niemowlę. Piękny chłopiec z ledwo wyłaniającą się czupryną. Podniosłem go i przytuliłem. Momentalnie przestał płakać i stał się bardzo spokojny. Chyba nawet się uśmiechnął, tak jakby mnie rozpoznał. Miał piękne niebieskie oczy.
Wydały mi się nawet jakby znajome. Z kuchni wyszedł mój tata i powiedział, że musimy się spieszyć, bo taksówka już czeka. Po chwili siedziałem już w aucie na tylnym lewym siedzeniu z chłopcem leżącym spokojnie w nosidełku, na moich kolanach. Ciągle się we mnie wpatrywał jak w obrazek. Taksówkarz nagle zażądał zapłaty z góry i podał bardzo wysoką kwotę. Udało mi się wytargować bardzo dużą zniżkę. Zapłaciłem za kurs chyba tylko jedną dziesiątą tego, co sobie zażyczył na początku.
Obok nas przejechał czołg. Przypominał brytyjskiego Shermana, tyle że pancerz wydawał się być zrobiony z plastiku i pomalowany stalowo błękitną farbą. Na wieżyczce namalowano wielką czerwoną gwiazdę. Taksówka dowiozła nas w końcu do ciekawej konstrukcji, przypominającej trochę Wielki Mur Chiński. Wszedłem do kwadratowej baszty i spotkałem tam kuzyna. Była tam wystawa jakichś starych urządzeń. Jedno było uszkodzone, ale naprawiłem je od ręki i zaczęło miarowo terkotać.
Szliśmy od sali do sali. W jednym z pomieszczeń spotkałem Ją. Spojrzała na mnie, a potem na dziecko, które cały czas nosiłem w nosidełku i uśmiechnęła się, bardzo szczerze i serdecznie. Dziecko też się uśmiechnęło i wyciągnęło rączki w Jej kierunku…

czwartek, 18 lipca 2013

Fioletoworóżowa energia

Jakiś chłopak zapalił zapałkę. Za jej pomocą podpalił lont rakiety. Iskry wiły się, aż z rakiety wylał się potężny strumień ognia. Wzleciała koślawo i kołując spadła na trawnik sąsiada. Pokręciła się na nim i znów poleciał do góry. Wylądowała na dachu domku przy którym stałem. Po chwili słychać było stłumione pufff. Z dogorywającej rakiety zaczął się wydobywać czarny dym. Kierowany jakimś przeczuciem zacząłem uciekać i rzuciłem się na ziemię. Po chwili rakieta wybuchła doszczętnie niszcząc budynek. Wielki kawał betonu 
spadł tuż obok mnie… Znalazłem się w domu. Było tam pełno ludzi. Moja siostra nerwowo krzątała się w łazience. Zbliżając się do niej spostrzegłem, że w naściennej szafce zalęgły się mole. Liczne kokony i lepiące się nici nie stanowiły miłego widoku. Siostra dzielnie z nimi walczyła, starając się oczyścić szafkę. Usłyszałem jakiś hałas dobiegający z przedpokoju. Poszedłem tam i zobaczyłem, że mój tata leży na podłodze i cicho powtarza, że jest źle. Wydawało mi się, że mogło chodzić o pracę lub o zdrowie… Była wczesna noc. Szedłem ulicą po starej 
części mojego rodzinnego osiedla. Mijałem zaniedbane kamienice, z których tynk już dawno odpadł. Nagle zobaczyłem na niebie coś co przypominało kształtem wielki słup energetyczny wysokiego napięcia. Charakterystyczna kratownicowa konstrukcja, która kształtem przypominała rozłożone ramiona. Opalizowała ciekawym różowofioletowym światłem. Myślałem, że jest holowana przez szybko lecący samolot, ponieważ poruszała się poziomo. Żadnego samolotu jednak nie dostrzegłem. Obiekt leciał sam i się zbliżał. Przeleciał nade mną i był ogromny. Mógł mieć z kilkaset metrów. Pokrywał go 
czarny lustrzany materiał, poprzecinany geometrycznymi świecącymi na różowo-fioletowo, pulsującymi liniami. To one tworzyły wzór kratownicy. Nagle obiekt zaczął się przychylać i spadać, jakby stracił sterowność. Spadał szybko, ale ze względu na wielkość, opadanie wydawało się strasznie powolne. Zniknął za wieżowcem i po chwili musiał się rozbić. Nie słyszałem żadnego wybuchu, ale widziałem potężny rozbłysk jasnego różowo-fioletowego światła. Nagle całe otoczenie zaczęło się zmieniać. Z ziemi wystrzeliły piękne budynki. Wielkie i strzeliste drapacze chmur z czarnego szkła wykończone ceglastym kolorem na 
krawędziach. Ich kształtów nie powstydził by się nawet najlepszy architekt. Pomimo, że każdy był inny, razem tworzyły harmonijną całość. Między nimi istniał jakiś powietrzny system transportu, zrobiony ze współgrających ze sobą potężnych dmuchaw, w taki sposób, że ludzie po prostu latali, unoszeni przez strumienie powietrza… Zobaczyłem Ją ubraną w jaskrawy, pomarańczowy T-shirt. Obok szły inne dziewczyny ubrane tak samo. 
Organizowały jakiś festyn dobroczynny. Zamierzały sprzedawać bandaże. Pokazała mi swoje wyliczenia. Były dość skomplikowane, ale zdawały się mieć sens. Zapamiętałem, że sprzedając trzy sztuki za dwa złote osiągną największy zysk, który w całości miał być przeznaczony na cele charytatywne. 

środa, 19 czerwca 2013

Ciepły wiatr

Wolno dreptałem po równym i soczystozielonym trawniku na szczycie niewielkiego wzgórza. Wokół mnie wyrastały trzy wieżowce z wielkiej płyty. Obserwowałem kilkanaście sokołów wędrownych, które leciały zgodnie w szyku, choć zazwyczaj są samotnikami. Musiały natrafić na jakiś komin ciepłego powietrza, ponieważ szybując zaczęły się wznosić po spirali do góry. 
Kilkunastu dresiarzy w oddali, przesadnie rozłożyście kroczyło tworząc zwartą watahę. Też odkryli ten powietrzny fenomen i zaczęli skakać na dwa metry do góry, podwiewani przez wiatr. Ich skoki przypominały wyczyny astronautów na księżycu. W końcu i ja zbliżyłem się do obszaru na którym występowało to zjawisko. Zacząłem delikatnie podskakiwać, a ciepłe i przyjemne powietrze oplatało me ciało, wznosząc je delikatnie do góry i spowalniając, gdy grawitacja zaczynała przeważać. Wykonałem kilka takich podskoków, gdy nagle zjawisko się wzmogło. Mój kolejny skok ku memu przerażeniu wyniósł mnie na wysokość piątego piętra. 
Powietrze wydawało się teraz wirować wokół jednego z wieżowców, a ja byłem skazany na jego łaskę. Zatoczyłem pełen okrąg wokół budynku i coraz bardziej rozpędzony zacząłem opadać. Obniżałem wysokość po niezwykle płaskiej trajektorii. W końcu ten niewiarygodny powiew zmusił mnie do nieuchronnego spotkania z ziemią, poniewierając mną bez skrupułów. Ostatecznie ten manewr został nieco zamortyzowany przez krzaki w ostatniej fazie. Otrząsnąłem się po tych przeżyciach i odkryłem w owych zaroślach niezwykły przedmiot. Był to żółty cylinder przykryty czerwonym stożkiem, wysokości ze trzydziestu centymetrów. Pastelowymi odcieniami barw przypominał dziecięcą zabawkę. 
Nagle ów stożek zaczął się unosić na niebieskiej tyczce, która wyrosła z cylindra. Stożek przy tym migał czerwonym światłem. Uniósł się na wysokość kilku metrów, a wszystkiemu towarzyszyła melodia jak z  pozytywki. Dobrze ją znałem. Był to utwór Taikatalvi mojego ulubionego zespołu Nightwish. Uświadomiłem sobie, że nie słuchałem żadnego ich utworu od kilku miesięcy z wyjątkiem imprezy z muzyką fińską, na której byłem w połowie kwietnia.

środa, 10 kwietnia 2013

Turystyka ekstremalna


Byłem w górach, a właściwie na płaskim i rozległym szczycie jednej z gór.  Przede mną rozciągało
się lustro sporego jeziora. Z jednej strony było ograniczone konstrukcją z mlecznozielonkawych
szklanych paneli, niczym krawędź wielkiego akwarium. Ścieżka kończyła się tam, gdzie owa krawędź zbiornika się zaczynała. Jedynym sposobem by iść dalej było przesuwanie się wzdłuż
niej. Miałem pod sobą jedynie bezkresną przepaść, której dno niknęło w mroku. 
Przez chwilę rozważałem wskoczenie do jeziora i przepłynięcie tego fragmentu, lecz woda mogła mieć najwyżej kilka stopni. Przesuwałem się więc powoli wzdłuż zimnych, szklanych paneli i w końcu dotarłem do schroniska przy jeziorze. Przed schroniskiem spotkałem tatę i mojego kolegę. Właśnie zamierzali sobie popływać i chyba byli przygotowani na chłód, bo ubrali rękawiczki i czapki. Przeszedłem przez budynek i spotykałem kobietę w średnim wieku. 
Powiedziała, że zaprowadzi mnie do kawałka terenu, który mi przydzielono i z zazdrością stwierdziła, że mi się poszczęściło. Doszliśmy do peronu kolejki. Postanowiłem szybko odmalować ławki, by to miejsce robiło większe wrażenie na turystach. Moja przewodniczka wskazała całkowicie zarośnięty cmentarz, znajdujący się sto metrów niżej i powiedziała, że to jej. 
Podziękowałem jej i obiecałem, że kiedyś pomogę w jego uprzątnięciu. Chciałem zejść z góry zanim się ściemni. Po drodze spotkałem dalszego wujka, który mopem szorował kamienistą ścieżkę. Na moje pytanie, dlaczego to robi, odpowiedział, że
"tak trzeba, bo turyści nie powinni widzieć brudu". Podczas, gdy z nim rozmawiałem, dołączyła do mnie moja siostra. Co dziwne, wyglądała najwyżej na dziewięć lat. Prowadziła też na smyczy kota. 
Był to biały dachowiec w czarne łatki. Wołała na niego "Schulz". (W rzeczywistości moja siostra ma ponad dwadzieścia lat i nigdy nie mieliśmy kota). Schodząc razem z góry, opuściliśmy obszar typowo skalisty i przeszliśmy przez las. Wyszliśmy prosto na rozległe targowisko. Ktoś nas obserwował. Wziąłem kota, chwyciłem siostrę za rękę i zaczęliśmy lawirować pomiędzy straganami.
Prześladowca nie odpuszczał. Wbiegliśmy do wieżowca, a korytarz poprowadził nas do jedynego mieszkania, w którym były uchylone drzwi. Weszliśmy do pokoju po prawej i usiedliśmy w niepokoju. Przez na wpół przeźroczystą szybę w drzwiach, obserwowaliśmy rozwój wydarzeń. Ktoś otwierał po kolei wszystkie drzwi w mieszkaniu. Siostra teraz już rozpłakana, przytuliła się do mnie. 
W końcu ktoś otworzył drzwi od pokoju, w którym przebywaliśmy. Nie mieliśmy już gdzie
dalej uciekać. Pulchny mężczyzna i równie puszysta kobieta celowali do nas ze strzelby i dubeltówki.  Byłem przerażony i próbowałem odpychać wycelowane w nas lufy. Nagle oboje się
roześmiali i powiedzieli, że to taki żart, który robią wszystkim turystom. Wyszliśmy roztrzęsieni, ale szczęśliwi, że tak to się skończyło. 
Siostra chciała bym ją wziął na ręce i tak zrobiłem. Zasnęła. Szliśmy przez miasto. W oddali widziałem palące się budynki. Jakieś biurowce i hale. Doszedłem do pętli tramwajowej. Spojrzałem na rozkłady i miejsca docelowe nie miały żadnego sensu. Były to np. "ibn" lub "lbl" i inne również nie posiadające logicznego
znaczenia. Poszedłem więc dalej i zobaczyłem przystanek autobusowy. Stał tam autobus o numerze 49, ale również nie miałem pojęcia, gdzie on jedzie. 
Pamiętam jedynie, że nazwa składała się z dłuższego ciągu liter. Wróciłem więc na pętlę tramwajową. Budynki nadal się paliły i co dziwne nie spalały, tylko trwały niezmiennie w płomieniach...

czwartek, 21 marca 2013

Steampunkowa biosfera


Znajdowałem się w ogromnej, kulistej biosferze. Była bardzo stara i w niektórych miejscach brakowało szklanych paneli. Te które pozostały, były brudne lub popękane. Żeliwna konstrukcja zaczęła już rdzewieć, ale można było na niej dostrzec misterne, wiktoriańskie zdobienia. Panował gorący i bardzo wilgotny mikroklimat. Monumentalna konstrukcja wypełniona była tropikalną roślinnością. 
Przedzierając się przez gęstwiny i torując sobie drogę maczetą, dotarłem na wzgórze. Dopiero z niego doceniłem prawdziwy ogrom tej budowli. Mogła mieć z kilkanaście kilometrów średnicy. W dolinie krzątała się lokalna społeczność. Mieszkali w industrialnych budynkach z czerwonej cegły, oplecionych lianami i wtapiającymi się w tropikalną gęstwinę. 
Mężczyźni przenosili wytopione tafle szkła i za pomocą skomplikowanych systemów dźwigów, bloczków, balonów i zrobotyzowanych wagoników, transportowali je na sam szczyt konstrukcji, dokonując niezbędnych napraw. Zszedłem ze wzniesienia i napotkałem grupkę młodych dziewczyn. Miałem wrażenie, że je znam, ale nie mogłem sobie przypomnieć kim dokładnie były. 
 One również mnie znały w podobny, nieokreślony sposób. Zaprowadziły mnie do bloku, w którym mieszkała moja babcia. Oglądała właśnie jakiś film w telewizji, ale widząc mnie, wyłączyła go. Poczęstowała mnie herbatą i kruchymi ciasteczkami. Usłyszałem jakiś hałas na zewnątrz, więc wyszedłem śpiesznie na balkon. Rozpoznałem charakterystyczny terkot samolotowego silnika. 
Zbliżał się śmigłowy dwupłatowiec. Kilkadziesiąt metrów od bloku wykonał szaleńczy manewr. Ciasno wzniósł się w górę wykonując „beczkę” i po chwili leciał już w drugim kierunku. Dopiero teraz spostrzegłem, że rozgrywa się ogromna w swojej skali bitwa. Setki samolotów starych i bardziej współczesnych walczyło ze sobą  w powietrzu, a na wielkim zbiorniku wodnym, odbywała się podobna bitwa morska. 
Żaglowce, galery i fregaty strzelały do sobie nawzajem z armat, karabinów maszynowych, dział i wyrzutni rakiet. Motorówki i katamarany manewrowały między wolniejszymi jednostkami. Na samym środku płynął ogromny wycieczkowiec, który próbował opuścić strefę walk. Kilka sterowców zrzucało bomby głębinowe, których wybuchy wyzwalały wysokie fontanny wody. 
Próbując opuścić budynek, przemierzyłem klatkę schodową i wyszedłem w zadbanym parku miejskim. Panowała cisza i spokój. Wzdłuż chodnika biegły wąskie tory. Stały na nich zabytkowe tramwaje pomalowane na biało-czerwono. Zaglądając do wnętrza, zobaczyłem, że urządzono w nich kawiarnie. Pomiędzy małymi, okrągłymi stołami krążyli elegancko ubrani kelnerzy. 
Idąc dalej po parku doszedłem do dużego basenu chyba o wymiarach olimpijskich. Odbywały się na nim dziwne zawody. Na dwóch końcach basenu znajdowały się przeciwne drużyny liczące po kilkaset ludzi. Ich członkowie odróżniali się kolorami czepków. Na wystrzał sędziego, wszyscy wskakiwali do wody. Wygrywała drużyna, której wszyscy członkowie dopłyną jako pierwsi na przeciwległy skraj basenu. 
Spotkanie na środku basenu było dodatkową atrakcją, wzmagającą aplauz kibiców. Po zawodach dotarłem do chaty pokrytej strzechą. Znajdowało się w nim muzeum tortur. Obejrzałem dziesiątki urządzeń i rekwizytów wykorzystywanych w bardzo kreatywny sposób do zadawania cierpienia. Na tyłach spotkałem przyjaciela ubranego w strój ludowy, który 
przygotowywał właśnie bardzo nietypowe obrazy. Był to jaskrawy penaptyk, składający się z części o wymiarach, mniej więcej pół metra na sześć-siedem metrów.

niedziela, 4 listopada 2012

Mój ślub


Przedzierałem się przez ciemny las, co chwilę odsuwając dłonią pojawiające się na mej drodze gałęzie. W oddali ledwo dostrzegałem słabe, pomarańczowe światło, migoczące niczym latarnia na morzu nocnej ciemności. Wyłaniając się zza linii drzew zobaczyłem niewielki drewniany domek stojący w płomieniach. Nagle zerwał się bardzo silny wiatr, a właściwie pojedynczy podmuch, który momentalnie zgasił pożar. Dom wyglądał na nienaruszony. Odnalazłem drogę, która doprowadziła mnie do sklepu. W środku spotkałem swoją ciotkę i kuzynkę. Stały przy czterech eliptycznych portalach, z których emanowało delikatne pomarańczowe światło. 
Ciotka uczyła moją kuzynkę jak odczytywać symbole w nich się pojawiające. Kuzynka z wielką pieczołowitością i powagą rozpracowywała właśnie ostatni. Oznaczał "prędkość światła". Zaciekawiony podszedłem do niego. Zaczął się mocniej żarzyć. W chwili, gdy go dotknąłem poczułem ciepło i przyspieszenie, a po ułamku sekundy byłem w zupełnie innym miejscu. Leżałem w dużym łożu, przykryty jedwabną pościelą. Odezwał się inteligentny budzik, który grzecznie mnie przywitał i poinformował, że najwyższy czas już wstać. 
Dodaj napis
Wyglądał jak gałka oczna unosząca się wewnątrz szklanego klosza. Zadziwiające, że wyrażała całą gamę emocji wyłącznie przez rozszerzanie i zwężanie źrenicy oraz zmianę barwy. Przeprowadziłem z nim ciekawą rozmowę. Dowiedziałem się, że jest godzina dziesiąta oraz jaka będzie przewidywana pogoda. Najważniejszą jednak informacją było to, że o godzinie szesnastej miałem wziąć ślub z Nią. Dopiero wtedy dostrzegłem garnitur wiszący tuż obok łóżka. Był jasny, w stylu wiktoriańskim z różą wystającą z kieszeni. Kolejnym odkryciem było to, że pomieszczenie w którym się znajdowałem, było na jednym z najwyższych pięter drapacza chmur i z trzech stron było całkowicie przeszklone. 
Rozpościerający się z niego widok wprost zapierał dech w piersiach. Z góry ledwo dostrzegłem Ją, ubraną w suknie również chyba w stylu wiktoriańskim  w kolorze écru i z kilkumetrowym welonem. Wsiadała do auta. Przeszedłem się po pokoju i usiadłem przy stoliku na którym znajdował się półmisek z dziwną nasadką na krawędzi. Znajdował się tam żarnik jak w piecu elektrycznym, rozgrzany do czerwoności i wentylator, rozprowadzający ciepłe powietrze w kierunku potrawy. Był to jakiś krem z delikatnie skarmelizowaną skorupką na wierzchu. 
Nie miałem jednak czasu na delektowanie się tym deserem. Szybko się ubrałem i wyszedłem na zewnątrz. Czekał tam mój przyjaciel, który przyjechał minivanem. W środku siedziała już moja siostra i szwagier. Nagle wewnątrz auta zaczął padać deszcz tuż nad moją siostrą. Wyjęła parasol, który wywinął się na lewą stronę i został zassany do dachu auta. Siostra wzruszyła z dezaprobatą ramionami, a po chwili przestało padać. 
Przyjaciel zawiózł nas za miasto. Z oddali widziałem Ją jak stała na niewielkim wzgórzu pod wielkim, rozłożystym dębem, nieopodal pięknego jeziora.

sobota, 1 września 2012

Helikopter nad plażą


Przede mną rozpościerała się piękna i szeroka plaża. Złoty piasek odbijał promienie słoneczne. Morskie fale robiły się coraz większe. Każda fala docierała dalej w głąb lądu. Rodzina siedziała na kocu tuż przy samym skraju plaży, gdzie wyrastały skaliste i niemal pionowe klify. Woda dotarła już prawie do nich. Postanowiłem obudzić ojca, który prażył się na słońcu. Powiedziałem by schował swój czytnik książek, który niedbale leżał na kocu. Pozostali członkowie rodziny też zaczęli się pakować i po chwili wchodziliśmy już po kamiennych schodach wykutych w skale. 
Doszliśmy do przeszklonego budynku o ciekawej i nowoczesnej rzeźbie architektonicznej. Był to terminal. Musieliśmy się spieszyć, ponieważ za chwilę miał być nasz lot. Przeciskaliśmy się przez tłumy ludzi. Niestety się rozdzieliliśmy. Nagle złapała mnie starsza, gruba kobieta, o niezbyt miłej aparycji. Odepchnęła mnie i na siłę przepychała się przez tłum niczym taran, mrucząc pod nosem, że chce się dostać do Paryża. Ja również wtopiłem się w ludzką masę, a następnie dotarłem do długich ruchomych schodów. Będąc już na górze dostrzegłem siostrę za bramką w oddali. Weszła na pokład śmigłowca, który zaczął się powoli wznosić. 
Podszedłem do szyby z pleksiglasu. Śmigłowiec wystartował z okrągłej platformy wystającej poza obrys budynku. Platforma otoczona była szklanymi ekranami. Śmigłowiec zawisł na chwilę nieruchomo w powietrzu. Był czarny, smukły i posiadał dwa zestawy śmigieł głównych, jeden nad drugim. Każdy obracał się w innym kierunku. Śmigło ogonowe było częściowo zabudowane. Helikopter nagle odwrócił się, tak, że śmigła były teraz na dole, a płozy u góry. W takiej pozycji zbliżył się ponownie do lądowiska. Powoli, ale stabilnie obniżał pułap lotu, aż niemal musnął podłoże. Średnica lądowiska z przeźroczystymi panelami była jedynie o pół metra większa od średnicy łopat wirnika. 
Bałem się, że w każdej chwili może dojść do katastrofy. Podeszła do mnie stewardesa i powiedziała, żebym się nie martwił, bo to najlepszy pilot i często lubi się tak popisywać przed turystami. Śmigłowiec znowu oddalił się od platformy, przybrał normalną pozycję i odleciał w stronę nadmorskich klifów. Po jakimś czasie wrócił i bezpiecznie wylądował. Pobiegłem na lądowisko obsypane drobnym, białym żwirem. Coś się tam poruszało. 
Był to owad z dużymi szczypcami przy końcu odwłoka. Wyglądał jak zausznik potocznie nazywany też szczypawicą. Wszedł mi na rękę i zaczął wgryzać się w skórę. Złapałem go i wyciągnąłem. Położyłem na ziemi i po chwili uciekł...