się do czerwoności. W pewnym momencie po prostu się rozpadł, ale w całkowicie kontrolowany sposób. Fragmenty odleciały napędzane mikrosilniczkami, a ja przykucałem na podłużnym elemencie z dziwnego metalicznego materiału. Pokrywały go jakieś cewki, ścieżki drukowane opalizujące różnobarwnym światłem i niezwykle złożone elementy elektroniczne. Kształtem przypominał deskę do prasowania, ale był dużo bardziej zróżnicowany i opływowy. Stawiał duży opór podczas spadania, przez co znacznie wyhamowywał prędkość w atmosferze przypominającej konsystencją ubite białko. W końcu z impetem uderzyłem w wodę, ale zdołałem utrzymać się na nogach. Wokół ,mnie znajdował się potężny, wzburzony wszechocean. Spływałem po krawędzi fali przypominającej zbocze okazałego wzgórza. Deska na której surfowałem zaczęła przyjemnie wibrować i brzęczeć, jednocześnie rozjarzając się światłem na optycznych ścieżkach, przypominających teraz bardziej arterie jakiejś żywej istoty. Chyżo zaczęła wspinać się na grzbiet kolejnej wielkiej fali napędzana jakimś tajemniczym, ale bardzo wydajnym napędem. Przemierzyłem tak wiele falistych szczytów i dolin, aż natrafiłem na wyjątkowo okazałą falę. Deska płynęła przed siebie nabierając prędkości, aż trafiła na niespodziewane urwisko. Spadałem teraz z kilkusetmetrowej fali w mroczną, granatową otchłań morskiej doliny. Czułem to nieprzyjemne ściskanie w żołądku, gdy ciało osiąga chwilowy stan nieważkości, by potem w nieunikniony sposób zacząć opadać. Mrok mnie pochłonął… Ocknąłem się w soczysto zielonej łodzi zrobionej najprawdopodobniej z jakichś egzotycznych hydrofobowych roślin. Mą twarz muskały przyjemne promienie słońca, które po chwili przysłoniła jakaś postać. Z początku była tylko ciemnym kształtem, który odzywał się do mnie obcym, jakby brzęczącym głosem. Istota była humanoidalna, ale bardzo
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pszczoły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pszczoły. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 15 września 2015
Kosmiczna otchłań wszechoceanu
Dryfowałem przez chłodną i niegościnną przestrzeń kosmiczną. Leżałem w kapsule, która wielkością przypominała raczej trumnę niż pojazd kosmiczny. Planeta złapała mnie w objęcia swego grawitacyjnego przyciągania. Poruszałem się coraz szybciej. Zagłębiając się w gęstą atmosferę, pojazd rozgrzewał
się do czerwoności. W pewnym momencie po prostu się rozpadł, ale w całkowicie kontrolowany sposób. Fragmenty odleciały napędzane mikrosilniczkami, a ja przykucałem na podłużnym elemencie z dziwnego metalicznego materiału. Pokrywały go jakieś cewki, ścieżki drukowane opalizujące różnobarwnym światłem i niezwykle złożone elementy elektroniczne. Kształtem przypominał deskę do prasowania, ale był dużo bardziej zróżnicowany i opływowy. Stawiał duży opór podczas spadania, przez co znacznie wyhamowywał prędkość w atmosferze przypominającej konsystencją ubite białko. W końcu z impetem uderzyłem w wodę, ale zdołałem utrzymać się na nogach. Wokół ,mnie znajdował się potężny, wzburzony wszechocean. Spływałem po krawędzi fali przypominającej zbocze okazałego wzgórza. Deska na której surfowałem zaczęła przyjemnie wibrować i brzęczeć, jednocześnie rozjarzając się światłem na optycznych ścieżkach, przypominających teraz bardziej arterie jakiejś żywej istoty. Chyżo zaczęła wspinać się na grzbiet kolejnej wielkiej fali napędzana jakimś tajemniczym, ale bardzo wydajnym napędem. Przemierzyłem tak wiele falistych szczytów i dolin, aż natrafiłem na wyjątkowo okazałą falę. Deska płynęła przed siebie nabierając prędkości, aż trafiła na niespodziewane urwisko. Spadałem teraz z kilkusetmetrowej fali w mroczną, granatową otchłań morskiej doliny. Czułem to nieprzyjemne ściskanie w żołądku, gdy ciało osiąga chwilowy stan nieważkości, by potem w nieunikniony sposób zacząć opadać. Mrok mnie pochłonął… Ocknąłem się w soczysto zielonej łodzi zrobionej najprawdopodobniej z jakichś egzotycznych hydrofobowych roślin. Mą twarz muskały przyjemne promienie słońca, które po chwili przysłoniła jakaś postać. Z początku była tylko ciemnym kształtem, który odzywał się do mnie obcym, jakby brzęczącym głosem. Istota była humanoidalna, ale bardzo
przypominała mi pszczołę. Pokryta była czarnożółtym
puszkiem, a kształtem tali przypominała wręcz osę. Wydawała się całkiem atrakcyjna i przyjazna. Choć nie mogłem jej zrozumieć, wiedziałem, że była kimś ważnym i musiała być żeńską przedstawicielką swego gatunku. Gdy się uniosłem na łokciach, dostrzegłem więcej istot na łodzi. Niektóre przypominały mi mą wybawicielkę, ale niektóre były zielonej karnacji i trochę przypominały świerszcze. Wszechocean był teraz spokojny…
się do czerwoności. W pewnym momencie po prostu się rozpadł, ale w całkowicie kontrolowany sposób. Fragmenty odleciały napędzane mikrosilniczkami, a ja przykucałem na podłużnym elemencie z dziwnego metalicznego materiału. Pokrywały go jakieś cewki, ścieżki drukowane opalizujące różnobarwnym światłem i niezwykle złożone elementy elektroniczne. Kształtem przypominał deskę do prasowania, ale był dużo bardziej zróżnicowany i opływowy. Stawiał duży opór podczas spadania, przez co znacznie wyhamowywał prędkość w atmosferze przypominającej konsystencją ubite białko. W końcu z impetem uderzyłem w wodę, ale zdołałem utrzymać się na nogach. Wokół ,mnie znajdował się potężny, wzburzony wszechocean. Spływałem po krawędzi fali przypominającej zbocze okazałego wzgórza. Deska na której surfowałem zaczęła przyjemnie wibrować i brzęczeć, jednocześnie rozjarzając się światłem na optycznych ścieżkach, przypominających teraz bardziej arterie jakiejś żywej istoty. Chyżo zaczęła wspinać się na grzbiet kolejnej wielkiej fali napędzana jakimś tajemniczym, ale bardzo wydajnym napędem. Przemierzyłem tak wiele falistych szczytów i dolin, aż natrafiłem na wyjątkowo okazałą falę. Deska płynęła przed siebie nabierając prędkości, aż trafiła na niespodziewane urwisko. Spadałem teraz z kilkusetmetrowej fali w mroczną, granatową otchłań morskiej doliny. Czułem to nieprzyjemne ściskanie w żołądku, gdy ciało osiąga chwilowy stan nieważkości, by potem w nieunikniony sposób zacząć opadać. Mrok mnie pochłonął… Ocknąłem się w soczysto zielonej łodzi zrobionej najprawdopodobniej z jakichś egzotycznych hydrofobowych roślin. Mą twarz muskały przyjemne promienie słońca, które po chwili przysłoniła jakaś postać. Z początku była tylko ciemnym kształtem, który odzywał się do mnie obcym, jakby brzęczącym głosem. Istota była humanoidalna, ale bardzo
niedziela, 30 listopada 2014
Andrzejkowy sen...
Zmierzałem w kierunku jeziora. Z oddali widziałem Szymona i Jagodę. Chwilę ze sobą rozmawiali po czym Szymon wykonał zapraszający gest w kierunku przeciwległego brzegu i wszedł do jeziora. Jagoda chwilę stała, po czym się rozebrała i naga podążyła za nim. Jezioro nie było głębokie. Woda sięgała im do pasa, czasem do pach w najgłębszych miejscach. Poszedłem w stronę starego szklanego budynku. Przypominał trochę szklarnię, ale o dość sporej kubaturze. Tafle szkła pokryte były
brunatno rdzawym osadem. Powietrze we wnętrzu było przyjemnie ciepłe i wypełnione słodką wonią. Słychać też było niemal hipnotyczne bzyczenie. Dostrzegłem przepiękną mahoniową szafkę z „walizkowym” uchwytem na górze. Była przepięknie zdobiona. Za na wpół otwartymi podwójnymi drzwiczkami kryły się półeczki i szufladki. Niestety była zaciekle broniona przez roje pszczół. Nie były agresywne, dopóki nie zacząłem się do nich zbliżać.
Bzyczenie przybierało wtedy ostrzegawczą częstotliwość. Oddaliłem się więc w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby przyciągnąć ich uwagę. Zobaczyłem osobliwą postać. Kształtem przypominała starszą kobietę z kokiem, ale była to cieniutka błona wypełniona lepką, przeźroczystą, pomarańczowożółtą cieczą. Wewnątrz można było dostrzec kości, częściowo nadtrawione lub rozpuszczone. Dostrzegłem kręgosłup, część żeber i miednicę. Nie dostrzegłem ani czaszki, ani pozostałych kości. Kobiecą postać próbował objąć starszy mężczyzna. Robił to tak delikatnie i czule jak tylko potrafił. Niestety po chwili postać pękła jak bańka mydlana, a cała wewnętrzna zawartość się rozlała. Zrobiło mi się przykro, ale starszy mężczyzna wyglądał na pogodzonego z tym co się stało, choć można było w nim dostrzec ból po stracie. Po chwili dostrzegłem więcej takich osobliwych par. Na ziemi natomiast znalazłem coś na kształt skórzanego jaja wielkości grejpfruta. Miało pomarańczową barwę i delikatnie świeciło. Gdy się zbliżyłem pękło, a z wnętrza wypłynęło coś przypominającego miód. Przyciągnęło wszystkie pszczoły znajdujące się w budynku. Wyglądały teraz na odurzone i spokojne. Wykorzystałem tą sposobność do dyskretnego wyniesienia szafki. Na zewnątrz spotkałem mojego przyjaciela Ł. Razem sprawdziliśmy jej zawartość. Były tam przeróżne buteleczki z płynami, karty tarota, pionki, kości do gry wykonane z kości i lniane woreczki z ziołami. Po dokładnym obejrzeniu odłożyłem wszystko na swoje miejsce i razem poszliśmy w stronę autokaru. Wszedłem po schodkach, a na siedzeniu przy nich siedziała M. Przywitała mnie całusem i sugestywnie podała dłoń. Delikatnie ująłem ja w swoją i dostojnie wyprowadziłem z autokaru jak damę, którą niewątpliwie była. Powiedziałem, że chciałbym się jeszcze przejść, a Ona stwierdziła, że możemy spotkać się „na miejscu” i znów mnie pocałowała. Szedłem zalesioną dolinką między wzgórzami i natrafiłem na bardzo stary kamienny kościółek, częściowo pokryty zielonymi porostami. Nie widziałem ani jednego krzyża, aczkolwiek tuż obok niego stał okazały obelisk. Z trzech stron pokryty był hieroglifami, a na czwartej wyryty był wizerunek Jezusa. Po chwili dostrzegłem księdza wychodzącego z kościółka. Nim zdążyłem się odezwać, powiedział: „To nie Twoja wiara. Ludzie już nie pamiętają jaka była, że chrześcijaństwo było egipskie”. Po czym na dowód otworzył Pismo, które miał w dłoni. Wypełnione było papirusowymi stronicami pokrytymi częściowo hieroglifami i częściowo pismem, które uważałem za hebrajskie. Wszedłem na wzgórze, gdzie był zamek, czyli miejsce, gdzie miałem się spotkać z M. Spotkałem Ją w rozległej Sali Sypialnej, gdzie dość gęsto porozstawiane były łóżka. Większość była już pozajmowana. Na łóżku, tuż obok mojego leżała M. Położyłem się na swoim, a M. podniosła się lekko, oparła na łokciu i obróciła w moją stronę. Zrobiłem to samo i po chwili nasze usta się spotkały. Zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej i usiedliśmy. Nasz pocałunek był cudownie namiętny. Nasze języki tańczyły i czułem Jej słodki ciepły smak. Zdawał się trwać wieczność, a gdy już skończyliśmy się wzajemnie „kosztować”, powiedziałem, że po drodze widziałem coś dziwnego. Spytała się, czy też widziałem te dziwne znaki na drzewach w lesie. Zaprzeczyłem i opowiedziałem o tajemniczym kościele. Nie wydawała się tym zdziwiona i powiedziała, że na drzewach były też hieroglify i inne znaki. Spotkaliśmy się znowu w centrum handlowym. Dała mi całusa i zaczęła uciekać. Zacząłem Ją gonić, a Ona się śmiała, gdy się odwracała. Po chwili Ją dogoniłem i złapałem. Delikatnie oswobodziła się z moich objęć. Obróciła się w moim kierunku, a po Jej policzku spływała łza. Łamiącym się głosem powiedziała: „Obawiam się, że nie…”. Nie musiała kończyć. „Obawiam się, że ja też…” Odpowiedziałem, równie łamiącym się głosem i przytuliliśmy się…
brunatno rdzawym osadem. Powietrze we wnętrzu było przyjemnie ciepłe i wypełnione słodką wonią. Słychać też było niemal hipnotyczne bzyczenie. Dostrzegłem przepiękną mahoniową szafkę z „walizkowym” uchwytem na górze. Była przepięknie zdobiona. Za na wpół otwartymi podwójnymi drzwiczkami kryły się półeczki i szufladki. Niestety była zaciekle broniona przez roje pszczół. Nie były agresywne, dopóki nie zacząłem się do nich zbliżać.
Bzyczenie przybierało wtedy ostrzegawczą częstotliwość. Oddaliłem się więc w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby przyciągnąć ich uwagę. Zobaczyłem osobliwą postać. Kształtem przypominała starszą kobietę z kokiem, ale była to cieniutka błona wypełniona lepką, przeźroczystą, pomarańczowożółtą cieczą. Wewnątrz można było dostrzec kości, częściowo nadtrawione lub rozpuszczone. Dostrzegłem kręgosłup, część żeber i miednicę. Nie dostrzegłem ani czaszki, ani pozostałych kości. Kobiecą postać próbował objąć starszy mężczyzna. Robił to tak delikatnie i czule jak tylko potrafił. Niestety po chwili postać pękła jak bańka mydlana, a cała wewnętrzna zawartość się rozlała. Zrobiło mi się przykro, ale starszy mężczyzna wyglądał na pogodzonego z tym co się stało, choć można było w nim dostrzec ból po stracie. Po chwili dostrzegłem więcej takich osobliwych par. Na ziemi natomiast znalazłem coś na kształt skórzanego jaja wielkości grejpfruta. Miało pomarańczową barwę i delikatnie świeciło. Gdy się zbliżyłem pękło, a z wnętrza wypłynęło coś przypominającego miód. Przyciągnęło wszystkie pszczoły znajdujące się w budynku. Wyglądały teraz na odurzone i spokojne. Wykorzystałem tą sposobność do dyskretnego wyniesienia szafki. Na zewnątrz spotkałem mojego przyjaciela Ł. Razem sprawdziliśmy jej zawartość. Były tam przeróżne buteleczki z płynami, karty tarota, pionki, kości do gry wykonane z kości i lniane woreczki z ziołami. Po dokładnym obejrzeniu odłożyłem wszystko na swoje miejsce i razem poszliśmy w stronę autokaru. Wszedłem po schodkach, a na siedzeniu przy nich siedziała M. Przywitała mnie całusem i sugestywnie podała dłoń. Delikatnie ująłem ja w swoją i dostojnie wyprowadziłem z autokaru jak damę, którą niewątpliwie była. Powiedziałem, że chciałbym się jeszcze przejść, a Ona stwierdziła, że możemy spotkać się „na miejscu” i znów mnie pocałowała. Szedłem zalesioną dolinką między wzgórzami i natrafiłem na bardzo stary kamienny kościółek, częściowo pokryty zielonymi porostami. Nie widziałem ani jednego krzyża, aczkolwiek tuż obok niego stał okazały obelisk. Z trzech stron pokryty był hieroglifami, a na czwartej wyryty był wizerunek Jezusa. Po chwili dostrzegłem księdza wychodzącego z kościółka. Nim zdążyłem się odezwać, powiedział: „To nie Twoja wiara. Ludzie już nie pamiętają jaka była, że chrześcijaństwo było egipskie”. Po czym na dowód otworzył Pismo, które miał w dłoni. Wypełnione było papirusowymi stronicami pokrytymi częściowo hieroglifami i częściowo pismem, które uważałem za hebrajskie. Wszedłem na wzgórze, gdzie był zamek, czyli miejsce, gdzie miałem się spotkać z M. Spotkałem Ją w rozległej Sali Sypialnej, gdzie dość gęsto porozstawiane były łóżka. Większość była już pozajmowana. Na łóżku, tuż obok mojego leżała M. Położyłem się na swoim, a M. podniosła się lekko, oparła na łokciu i obróciła w moją stronę. Zrobiłem to samo i po chwili nasze usta się spotkały. Zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej i usiedliśmy. Nasz pocałunek był cudownie namiętny. Nasze języki tańczyły i czułem Jej słodki ciepły smak. Zdawał się trwać wieczność, a gdy już skończyliśmy się wzajemnie „kosztować”, powiedziałem, że po drodze widziałem coś dziwnego. Spytała się, czy też widziałem te dziwne znaki na drzewach w lesie. Zaprzeczyłem i opowiedziałem o tajemniczym kościele. Nie wydawała się tym zdziwiona i powiedziała, że na drzewach były też hieroglify i inne znaki. Spotkaliśmy się znowu w centrum handlowym. Dała mi całusa i zaczęła uciekać. Zacząłem Ją gonić, a Ona się śmiała, gdy się odwracała. Po chwili Ją dogoniłem i złapałem. Delikatnie oswobodziła się z moich objęć. Obróciła się w moim kierunku, a po Jej policzku spływała łza. Łamiącym się głosem powiedziała: „Obawiam się, że nie…”. Nie musiała kończyć. „Obawiam się, że ja też…” Odpowiedziałem, równie łamiącym się głosem i przytuliliśmy się…
Subskrybuj:
Posty (Atom)















