Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 listopada 2014

Andrzejkowy sen...

Zmierzałem w kierunku jeziora. Z oddali widziałem Szymona i Jagodę. Chwilę ze sobą rozmawiali po czym Szymon wykonał zapraszający gest w kierunku przeciwległego brzegu i wszedł do jeziora. Jagoda chwilę stała, po czym się rozebrała i naga podążyła za nim. Jezioro nie było głębokie. Woda sięgała im do pasa, czasem do pach w najgłębszych miejscach. Poszedłem w stronę starego szklanego budynku. Przypominał trochę szklarnię, ale o dość sporej kubaturze. Tafle szkła pokryte były
brunatno rdzawym osadem. Powietrze we wnętrzu było przyjemnie ciepłe i wypełnione słodką wonią. Słychać też było niemal hipnotyczne bzyczenie. Dostrzegłem przepiękną mahoniową szafkę z „walizkowym” uchwytem na górze. Była przepięknie zdobiona. Za na wpół otwartymi podwójnymi drzwiczkami kryły się półeczki i szufladki. Niestety była zaciekle broniona przez roje pszczół. Nie były agresywne, dopóki nie zacząłem się do nich zbliżać.
Bzyczenie przybierało wtedy ostrzegawczą częstotliwość. Oddaliłem się więc w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby przyciągnąć ich uwagę. Zobaczyłem osobliwą postać. Kształtem przypominała starszą kobietę z kokiem, ale była to cieniutka błona wypełniona lepką, przeźroczystą, pomarańczowożółtą cieczą. Wewnątrz można było dostrzec kości, częściowo nadtrawione lub rozpuszczone. Dostrzegłem kręgosłup, część żeber i miednicę. Nie dostrzegłem ani czaszki, ani pozostałych kości. Kobiecą postać próbował objąć
starszy mężczyzna. Robił to tak delikatnie i czule jak tylko potrafił. Niestety po chwili postać pękła jak bańka mydlana, a cała wewnętrzna zawartość się rozlała. Zrobiło mi się przykro, ale starszy mężczyzna wyglądał na pogodzonego z tym co się stało, choć można było w nim dostrzec ból po stracie. Po chwili dostrzegłem więcej takich osobliwych par. Na ziemi natomiast znalazłem coś na kształt skórzanego jaja wielkości grejpfruta. Miało pomarańczową barwę i delikatnie świeciło. Gdy się zbliżyłem pękło, a z wnętrza wypłynęło coś 
przypominającego miód. Przyciągnęło wszystkie pszczoły znajdujące się w budynku. Wyglądały teraz na odurzone i spokojne. Wykorzystałem tą sposobność do dyskretnego wyniesienia szafki. Na zewnątrz spotkałem mojego przyjaciela Ł. Razem sprawdziliśmy jej zawartość. Były tam przeróżne buteleczki z płynami, karty tarota, pionki, kości do gry wykonane z kości i lniane woreczki z ziołami. Po dokładnym obejrzeniu odłożyłem wszystko na swoje miejsce i razem poszliśmy w stronę autokaru.
Wszedłem po schodkach, a na siedzeniu przy nich siedziała M. Przywitała mnie całusem i sugestywnie podała dłoń. Delikatnie ująłem ja w swoją i dostojnie wyprowadziłem z autokaru jak damę, którą niewątpliwie była. Powiedziałem, że chciałbym się jeszcze przejść, a Ona stwierdziła, że możemy spotkać się „na miejscu” i znów mnie pocałowała. Szedłem zalesioną dolinką między wzgórzami i natrafiłem na bardzo stary kamienny kościółek, częściowo pokryty zielonymi porostami. Nie
widziałem ani jednego krzyża, aczkolwiek tuż obok niego stał okazały obelisk. Z trzech stron pokryty był hieroglifami, a na czwartej wyryty był wizerunek Jezusa. Po chwili dostrzegłem księdza wychodzącego z kościółka. Nim zdążyłem się odezwać, powiedział: „To nie Twoja wiara. Ludzie już nie pamiętają jaka była, że chrześcijaństwo było egipskie”. Po czym na dowód otworzył Pismo, które miał w dłoni. Wypełnione było papirusowymi stronicami pokrytymi częściowo hieroglifami i
częściowo pismem, które uważałem za hebrajskie. Wszedłem na wzgórze, gdzie był zamek, czyli miejsce, gdzie miałem się spotkać z M. Spotkałem Ją w rozległej Sali Sypialnej, gdzie dość gęsto porozstawiane były łóżka. Większość była już pozajmowana. Na łóżku, tuż obok mojego leżała M. Położyłem się na swoim, a M. podniosła się lekko, oparła na łokciu i obróciła w moją stronę. Zrobiłem to samo i po chwili nasze usta się spotkały. Zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej i usiedliśmy. Nasz pocałunek był cudownie namiętny. Nasze języki tańczyły i czułem Jej słodki ciepły smak. Zdawał się trwać wieczność, a gdy już skończyliśmy się wzajemnie „kosztować”, powiedziałem, że po drodze widziałem coś dziwnego. Spytała się, czy też
widziałem te dziwne znaki na drzewach w lesie. Zaprzeczyłem i opowiedziałem o tajemniczym kościele. Nie wydawała się tym zdziwiona i powiedziała, że na drzewach były też hieroglify i inne znaki. Spotkaliśmy się znowu w centrum handlowym. Dała mi całusa i zaczęła uciekać. Zacząłem Ją gonić, a Ona się śmiała, gdy się odwracała. Po chwili Ją dogoniłem i złapałem. Delikatnie oswobodziła się z moich objęć. Obróciła się w moim kierunku, a po Jej policzku
spływała łza. Łamiącym się głosem powiedziała: „Obawiam się, że nie…”. Nie musiała kończyć. „Obawiam się, że ja też…” Odpowiedziałem, równie łamiącym się głosem i przytuliliśmy się…

piątek, 11 kwietnia 2014

Kawiorowy protest…

Przemierzałem ulice niewielkiej miejscowości pogrążone w nocnym mroku. Rozświetlały je tylko sodowe latarnie uliczne i reflektory tirów. Coś się jednak zaczęło dziać. Kierowcy zaczęli wysypywać na ulice zawartość naczep i wywrotek. Ulice w mig pokryły się morzem kawioru. Miliardy czarnych i czerwonych
rybich jajeczek rozpłynęły się po asfalcie. Dowiedziałem się od gapiów, że za całe to zamieszanie odpowiedzialna jest znana piosenkarka Madonna. Postanowiła w ten sposób zaprotestować przeciw działaniom Rosji i Putina na Ukrainie.  Poszedłem dalej i wstąpiłem do zajazdu. Zdziwiłem się trochę, jak zobaczyłem w nim
samą Madonnę. Wokół niej wił się wianuszek pochlebczyń i innych piosenkarek w wieczorowych strojach. Wszędzie były małe salaterki z kawiorem. Spróbowałem go. Każdy miał inny smak, jeden np. miał smak kurczaka, inny galaretki owocowej inny jeszcze warzywny. Część miała smak prawdziwego kawioru. Rozmawiałem z Madonną i innymi kobietami po angielsku, ale gdy Madonna na chwilę opuszczała pomieszczenie, wszyscy nagle zaczynali mówić po polsku. Kiedy zaczęło się przejaśniać, opuściłem zajazd. Chciałem dotrzeć do
jakiegoś ciekawego miejsca nieopodal. Kojarzyło mi się to z Włocławkiem, choć nigdy tam nie byłem, poza pojedynczymi przejazdami i wiem, że wygląda zupełnie inaczej. Miała to być miejscowość wypoczynkowa. Główną atrakcją była ciekawa budowla. Wyglądała jak olbrzymi zbiornik retencyjny zbudowany z trapezowatych, wysokich wałów na bazie prostokąta.
Stworzono je z czarnej, szklistej, wypalanej, porowatej substancji. Może coś pomiędzy żużlem, a obsydianem.  Wewnątrz tego wielkiego zbiornika można było znaleźć głazy i plaże. Kąpały się tam setki ludzi. Słońce wychylało się nieśmiało zza horyzontu i oświetlało taflę wody,
przyjemną pomarańczową poświatą. Całość kompleksu otoczona była fosą. Jedyną drogą, by ją przekroczyć był most zwodzony zabudowany strzelistą wieżą na bazie kwadratu. 

wtorek, 9 kwietnia 2013

Zasypany zamek


Przechadzając się po moim rodzinnym mieście, dotarłem do Wzgórza D. Wiedziałem skądś, że był
tam kiedyś zamek. Wśród liści odnalazłem ukryte wejście. Wąskim tunelem dotarłem do obszernej komnaty z łukowym sklepieniem. Zbudowana była z czerwonej cegły. Uświadomiłem sobie, że zamek 
ciągle istnieje ukryty we wnętrzu wzgórza. Co dziwne byłem z nim jakoś powiązany. Znałem go i chyba byłem kimś w rodzaju strażnika jego tajemnic. Przechadzałem się po komnatach i korytarzach oświetlonych pomarańczowymi płomieniami pochodni. Zza rogu dostrzegłem zakapturzone postacie w brązowych togach. 
W dłoniach dzierżyli sztylety i z całą pewnością byłem ich celem. Chcieli posiąść moją wiedzę. Zacząłem uciekać. Przechodziłem ukrytymi tunelami i tajnymi przejściami...

piątek, 4 stycznia 2013

„…i tak wszyscy umrzemy”


Pojechałem w odwiedziny do wujka. Zobaczyłem tam Ją jak siedzi samotnie przy małym stoliku w kuchni. Przysiadłem się i zamieniliśmy ze sobą kilka słów. Znalazłem się w hotelu lub internacie. Duża sala wypełniona była ustawionymi obok siebie łóżkami. Łóżka przypominały trochę szpitalne. Leżeli na nich moi znajomi ze studiów. Sam także siedziałem niedbale na jednym z łóżek i wertowałem notatki. Uczyłem się do jakiegoś egzaminu i nie szło mi najlepiej. Notatki wydawały się nieczytelne. Innym chyba też nie szło za dobrze. Koleżanka rzuciła swoje notatki i powiedziała, że pewnie i tak obleje. 
Wyszedłem z pomieszczenia i dotarłem do eleganckiej restauracji. Trzymałem za rękę małe kilkuletnie dziecko i wydawało mi się, że to ktoś mi bliski (wyśniona córka/syn?). Były tylko dwa wolne miejsca przy jednym ze stolików. Siedziała przy nim starsza kobieta z synem. Przysiedliśmy się więc. Siedzieliśmy w niszy, a z trzech stron znajdowały się okna. Spojrzałem po kolei przez każde. 
Przez pierwsze zobaczyłem Łuk Tryumfalny. W drugim dostrzegłem zamek cesarski. Natomiast w trzecim bardzo ciekawy, wręcz designerski niewielki budynek ze szkła i stali. Był to skręcony prostopadłościan, a w górnej części zainstalowane było kryształowe oko rozszczepiające światło na wszystkie kolory tęczy niczym pryzmat. Wydawało mi się, że to wyjście z metra. Ludzie wybiegali z niego w panice. Zwróciłem na to uwagę kobiety. 
Spojrzała na moment i wróciła do konsumpcji obiadu oraz wycierania podbródka synowi. Powiedziała, że to pewnie jakiś zamach lub epidemia. Zamyśliła się na chwilę i dodała… i tak wszyscy umrzemy… jest nas za dużo. Chwyciłem dziecko, które wcześniej przyprowadziłem i wybiegłem. Trafiłem do labiryntu korytarzy i dziesiątków drzwi. Wszystkie wyglądały tak samo. Nie wiedziałem, które są właściwe, z których wcześniej wyszedłem. 
Wybrałem ostatnie, na samym końcu korytarza i wszedłem do sali sypialnej, w której byłem wcześniej. Spakowałem swoje rzeczy i opuściłem budynek. Wspiąłem się na wzgórze i czułem niepokój, tak jakby coś się miało zdarzyć…

czwartek, 27 września 2012

Inside View


Wraz z grupą znajomych znaleźliśmy się przy rzece. Prowizorycznym promem skleconym z desek i beczek mieliśmy się przeprawić na wyspę. Odbywał się tam dziwny festiwal, który był połączeniem festiwalu fantastyki, takiego jak Polcon, Pyrcon czy Copernicon z festiwalem muzycznym, takim jak Castle Party. Spośród wielu prelekcji moją uwagę przykuła prezentacja Googla. Promowali swoją nową usługę o nazwie Inside View. Schludnie ubrany wykładowca uruchomił aplikację na ogromnym wyświetlaczu. Prezentacja rozpoczęła się od widoku na kulę ziemską znaną z Google Earth. 
Obraz zaczął się powiększać przechodząc przez warstwę chmur. Ukazał się zarys kontynentu, a potem miasta. Przybliżanie następowało nadal, aż cały ekran wypełnił dach pojedynczego budynku. Prowadzący entuzjastycznie powiedział, że teraz nastąpi rewolucja. Obraz znowu zaczął się powiększać i przekroczył granice domostwa ukazując jego wnętrze. W elegancko urządzonym salonie dostrzegłem jakiegoś mężczyznę drzemiącego na fotelu. Powiększanie następowało nadal i kamera wstąpiła w jego ciało pokazując jego narządy wewnętrzne. Żyły zaczęły przypominać skomplikowany rurociąg. 
Pojedyncze krwinki stały się wielkie jak światy. W końcu można było dostrzec komórki, a potem atomy. Proces powiększania postępował dalej aż zobaczyłem rozedrgane włókna. Na tym prezentacja się skończyła z zastrzeżeniem, że to jeszcze nie koniec. Udałem się na kilka koncertów nie znanych mi zespołów. Pożegnałem kolegów i koleżanki. Ku mojemu zaskoczeniu jedna z nich mnie pocałowała. Po chwili spotkałem siostrę z jej mężem. Prowadził dużą ciężarówkę i powiedział, żebym wsiadł szybko do środka, to mnie podwiezie. Patrząc po drodze przez okna spostrzegłem, że pola i lasy po obu stronach drogi są zalane mętną wodą jak podczas powodzi. 
Dojechaliśmy do jakiegoś zamku i przekroczyliśmy jego mury. Weszliśmy do jakiejś kaplicy. Ktoś przetrzymywał tam zakładników, a przy okazji odbywała się jakaś ceremonia. Nieoczekiwanie na ratunek przybyła małpa o białej sierści i wszystkich uwolniła.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Zamek


Przebywałem w starym średniowiecznym zamku. Mury były grube, zbudowane z ciemnych, ciosanych kamieni. Panował tam przenikliwy chłód. Korytarze były szerokie i wysokie.  Zamek miał nietypowych lokatorów. Mieszkały tam Krasnoludy, Elfy i Niziołki. Był jedynym miejscem na świecie w którym mogli żyć, swego rodzaju rezerwatem. Zakaz opuszczania go był dla nich trudny do wytrzymania. Szczególnie niecierpliwe były niziołki, które nieustannie na wszystko narzekały. 
Atmosferę nieco poprawiła wielka impreza. Wielka sala bankietowa wypełniła się istotami rodem ze świata fantasy. Stoły uginały się od wykwintnych potraw, a na parkiet zapraszali bardzi, współpracujący ze współczesnymi muzykami. Nie zabrakło gitar elektrycznych, perkusji i syntezatorów. Pijane Krasnoludy i Elfy szalały na parkiecie z kolorowymi, papierowymi czapkami na głowach, typowymi dla dziecięcych imprez urodzinowych. Wyszedłem na zewnątrz i spostrzegłem, że to nadzwyczajne miejsce znajduje się w samym centrum miasta, a niczego nieświadomi przechodnie nawet nie zwracali na nie szczególnej uwagi. 
Tuż obok, na starym rynku spotkałem dwóch moich przyjaciół. Jeden z nich z entuzjazmem wymachiwał zadrukowanymi kartkami papieru, na których wydrukowany został scenariusz nowego filmu. Opowiadał o nim z fanatyczną niemal fascynacją, aż do chwili, gdy pojawił się jakiś urzędnik i poinformował go, że nie ma pieczątki resortu kinematografii. Udaliśmy się więc wszyscy do Urzędu. Przeszliśmy między wielkimi ostrzami poruszającymi się ruchem wahadłowym i stanęliśmy w długiej kolejce. Poruszała się wolno, ale w końcu urzędniczka bez słowa przybiła wielką pieczęć, która zajęła niemal całą stronę formatu A4 (…) 
Miałem wziąć udział w strzelance ASG (Air Soft Gun – rodzaj gry terenowej w której strzela się plastikowymi kulkami z replik broni). Zostałem pochowany w płytkim grobie na środku trawnika, nieopodal miejsca w którym mieszkam. Z ziemi wystawała mi tylko głowa. Wokół mnie byli mężczyźni w kominiarkach, kaskach i czarnych kamizelkach, uzbrojeni w futurystycznie wyglądające repliki broni. 
Przypominali trochę oddział antyterrorystyczny. Mieli za zadanie mnie bronić. Przeciwnikami okazali się bardzo liczni Indianie, których zadaniem było wykradzenie mnie z grobu…

czwartek, 21 czerwca 2012

Królowa bez twarzy


Wyruszyłem na wycieczkę do niewielkiej, ale malowniczej mieściny. Domki wyglądały na zabytkowe, ale były w dobrym stanie. Wszedłem do sklepu. Odbywała się tam promocja na bilety autobusowe. Każdy klient dostawał po pięć sztuk owiniętych banderolą, za darmo. Brało się je z dużego wiklinowego kosza. Podchodząc zauważyłem, że siedzi w nim Michał Koterski i podaje po pakiecie z charakterystycznym dla siebie, nieco głupkowatym uśmiechem. 
Wziąłem podany przez niego pakiet i wyszedłem. Udałem się za miasto. Rozciągały się tam przepiękne zielone wzgórza przyprószone wrzosowiskami, jak w Irlandii. Gdy wspiąłem się na jedno z wyższych wzniesień, spostrzegłem zbliżającą się do mnie kolejkę linową. Wagonik się zatrzymał, więc do niego wszedłem. Podróż odbywała się od wzgórza do wzgórza. Ostatecznie wagon zmierzał w kierunku masywnego zamku. 
Podobno mieszkała tam jakaś przerażająca królowa bez twarzy. Wyskoczyłem z kolejki tuż za murami zamku. Miałem wrażenie, że nie powinienem tam być. Ukrywałem się więc, dyskretnie przemierzając kolejne komnaty zamku. Jedna z nich zwróciła moją uwagę. Były tam dziesiątki kobiecych twarzy umieszczonych na stojakach oraz równie dużo peruk. 
Twarze wyglądały na prawdziwe jakby zostały wycięte z ludzkich głów. Usłyszałem odgłos zbliżających się kroków. Szybko skryłem się za jedną z szaf. Po chwili do pokoju wkroczyła kobieca postać w płaszczu z kapturem, który całkowicie zasłaniał jej twarz. Stanęła przy jednym z regałów, odwrócona do mnie plecami. Sięgnęła po jedną z twarzy i założyła ją niczym maskę. Obróciła się. 
Dostrzegłem napiętą twarz młodej, bladej kobiety. Dopasowała sobie ją dokładnie i sięgnęła po czarną perukę. Wymknąłem się gdy była zajęta dobieraniem najodpowiedniejszej peruki. Usłyszałem płacz dziecka. Pobiegłem w tamtym kierunku i dotarłem do lochu. Niemowlę było zamknięte w klatce wiszącej na grubym łańcuchu. Uwolniłem je i uspokoiłem. Jakoś udało mi się niepostrzeżenie opuścić zamek. Wiedziałem, że to jest ważne dziecko i muszę je chronić. 
Biegłem w stronę wieżowca. Gdy byłem już kilkadziesiąt metrów od niego, postanowiłem się zatrzymać przy kępie krzaków i rozejrzeć, czy jest bezpiecznie. 
Nagle w wieżowcu pojawił się gęsty jasnoszary dym, a może to był pył. Wydawał się być niemal żywy. Widziałem jak wypełnia cały budynek. Piętro po piętrze, od parteru, aż po dach. W chwili gdy dotarł na sam szczyt budynku nastąpiła wielka eksplozja, równocześnie wybijając wszystkie okna i spowijając cały budynek jasnym pomarańczowobiałym płomieniem. Byłem przerażony. Wiedziałem, że w środku była moja rodzina.

czwartek, 10 maja 2012

Labirynt


Podróżowałem razem  z kolegą białym autem. Chyba to był jakiś sedan. Gdy droga zaczęła być dziurawa, auto zaczęło podskakiwać na wertepach. Jakimś cudem wypadłem z samochodu i znalazłem się na szosie. Zobaczyłem tylko jak auto przejechało obok mnie, a za nim znajdował się Rowan Atkinson na desce przyczepionej do zderzaka. Siedział na niej kurczowo się trzymając i pojękując podczas podskoków na nierównościach. 
Gdy mnie zobaczył, pomachał mi i się uśmiechnął typowym uśmiechem Jasia Fasoli. Po chwili zostałem sam na zupełnym odludziu. Po długiej wędrówce dotarłem do zaułka, który wydawał mi się jedyną możliwą drogą. Trafiłem do zawiłego labiryntu ciemnych korytarzy. Błądziłem w czeluściach, aż ujrzałem w oddali słoneczne światło. Wyszedłem na zadaszone zaplecze jakiegoś kiosku, co wnioskowałem po pakietach gazet związanych plastikową taśmą. Niestety było otoczone grubą 
nylonową siatką. Wspiąłem się w nadziei, że uda mi się przecisnąć przy połączeniu z dachem. Po drugiej stronie przeszedł jakiś dziadek i pogroził mi laską. Wróciłem więc do labiryntu. Natrafiłem na pomieszczenie, w którym siedziały afrykańskie dzieci. Ucieszyły się jak tylko mnie zobaczyły, podbiegły i wciągnęły do środka. Na każdy mój gest reagowały śmiechem. Znalazłem elementarz i chciałem je uczyć polskiego. 
Po jakimś czasie przyszła starsza siwowłosa kobieta i zaczęła mnie uczyć jakiegoś afrykańskiego języka. Szło mi gorzej niż dzieciakom. Po zakończeniu nieplanowanej lekcji udałem się na dalszą eksplorację plątaniny ciemnych korytarzy. Natrafiłem na mieszkanie znajomego. Właśnie zamontował sobie bardzo nowoczesny zamek w drzwiach. Nieopatrznie włączył funkcję, która go blokowała, gdy w 
pomieszczeniu było ciemno. Nie mógł więc wejść do środka, a dodatkowo każda próba otwarcia drzwi włączała alarm. Udałem się na dalszą tułaczkę i spotkałem jakąś nie znaną mi niewiastę, która również  tu utknęła. Dalej więc szliśmy razem. Natrafiliśmy na zejście do podziemi, a tam na puste betonowe pomieszczenie. Zaczęliśmy je obklejać jakimiś naklejkami imitującymi bele leśnego domku i przyozdobiliśmy obrazami. Nie mając nadziei na wydostanie się z labiryntu, postanowiliśmy tam zamieszkać...

niedziela, 1 kwietnia 2012

Castle Party


Zostałem poproszony przez kuzynów o nakręcenie filmu. Zgodziłem się i pojechałem do nich. Nagrałem kilka dialogów, kaskaderski pościg samochodem i kilka ujęć panoramicznych pokazujących przemysłowe miasto. Następnie zacząłem samotnie zwiedzać okolice. Dotarłem do monumentalnego wieżowca z wielkiej płyty. Ten relikt PRLu mógł mieć z kilkadziesiąt pięter. 
Wszedłem do niego i zacząłem mozolną wspinaczkę po schodach. W pewnym momencie schody skończyły się, a kilka pięter połączono w jedną dużą salę. Ściany wyłożono drewnem i przyozdobiono czerwonym materiałem. Zbudowano też coś w rodzaju drewnianego amfiteatru z podestem i mównicą na środku. Wszystkie miejsca zajmowali starsi, siwowłosi mężczyźni w czarnych frakach i garniturach. Moje pojawienie się wywołało niewielkie zamieszanie, a przemawiający właśnie mężczyzna przerwał swój wywód. 
Nieśmiało zapytałem o dalszą drogę do góry, a ktoś niedbale wskazał mi okno. Alternatywna droga nieco mnie przeraziła. Trzeba było wyjść na zewnątrz budynku, a następnie wspinać się po drabinie przez kilka pięter. Powoli i ostrożnie wychyliłem się przez okno i mocno złapałem szczebel metalowej i już nieco zardzewiałej drabiny. Było ciemno i padał deszcz. Wspinaczka zdawała się trwać wieczność, a paraliżujący strach mi jej nie ułatwiał. 
W końcu dotarłem do jej końca i ochoczo wszedłem do wnętrza budynku. Po kilkunastu piętrach osiągnąłem w końcu szczyt budynku i zobaczyłem tam Ją. Czekała na mnie. Razem zaczęliśmy planować wyjazd na CP. Okazało się, że festiwal został przeniesiony w inne miejsce. Wynajęliśmy pokój w kamienicy. Właściciel co jakiś czas do Nas wydzwaniał i śpiewał przez telefon. Wyszliśmy na taras. Domek znajdował się na szczycie wzgórza więc mieliśmy dobry widok na okolicę. 
Na rozległej polanie robotnicy budowali scenę, a wokół niej zamek. Nagle zerwał się bardzo silny wiatr i prace zostały wstrzymane. Poszliśmy na spacer i spotkaliśmy jednego z członków zespołu "At the Lake". Narzekał, że czuje się niedoceniony i chce odejść z zespołu. 
Niestety nie udało Nam się rozwiać jego wątpliwości. 
Zmierzając w kierunku budowanej sceny usłyszeliśmy religijne piosenki. Jakaś katolicka grupa religijna rozbiła swój obóz...