Zmierzałem w kierunku jeziora. Z oddali widziałem Szymona i Jagodę. Chwilę ze sobą rozmawiali po czym Szymon wykonał zapraszający gest w kierunku przeciwległego brzegu i wszedł do jeziora. Jagoda chwilę stała, po czym się rozebrała i naga podążyła za nim. Jezioro nie było głębokie. Woda sięgała im do pasa, czasem do pach w najgłębszych miejscach. Poszedłem w stronę starego szklanego budynku. Przypominał trochę szklarnię, ale o dość sporej kubaturze. Tafle szkła pokryte były
brunatno rdzawym osadem. Powietrze we wnętrzu było przyjemnie ciepłe i wypełnione słodką wonią. Słychać też było niemal hipnotyczne bzyczenie. Dostrzegłem przepiękną mahoniową szafkę z „walizkowym” uchwytem na górze. Była przepięknie zdobiona. Za na wpół otwartymi podwójnymi drzwiczkami kryły się półeczki i szufladki. Niestety była zaciekle broniona przez roje pszczół. Nie były agresywne, dopóki nie zacząłem się do nich zbliżać.
Bzyczenie przybierało wtedy ostrzegawczą częstotliwość. Oddaliłem się więc w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby przyciągnąć ich uwagę. Zobaczyłem osobliwą postać. Kształtem przypominała starszą kobietę z kokiem, ale była to cieniutka błona wypełniona lepką, przeźroczystą, pomarańczowożółtą cieczą. Wewnątrz można było dostrzec kości, częściowo nadtrawione lub rozpuszczone. Dostrzegłem kręgosłup, część żeber i miednicę. Nie dostrzegłem ani czaszki, ani pozostałych kości. Kobiecą postać próbował objąć
starszy mężczyzna. Robił to tak delikatnie i czule jak tylko potrafił. Niestety po chwili postać pękła jak bańka mydlana, a cała wewnętrzna zawartość się rozlała. Zrobiło mi się przykro, ale starszy mężczyzna wyglądał na pogodzonego z tym co się stało, choć można było w nim dostrzec ból po stracie. Po chwili dostrzegłem więcej takich osobliwych par. Na ziemi natomiast znalazłem coś na kształt skórzanego jaja wielkości grejpfruta. Miało pomarańczową barwę i delikatnie świeciło. Gdy się zbliżyłem pękło, a z wnętrza wypłynęło coś
przypominającego miód. Przyciągnęło wszystkie pszczoły znajdujące się w budynku. Wyglądały teraz na odurzone i spokojne. Wykorzystałem tą sposobność do dyskretnego wyniesienia szafki. Na zewnątrz spotkałem mojego przyjaciela Ł. Razem sprawdziliśmy jej zawartość. Były tam przeróżne buteleczki z płynami, karty tarota, pionki, kości do gry wykonane z kości i lniane woreczki z ziołami. Po dokładnym obejrzeniu odłożyłem wszystko na swoje miejsce i razem poszliśmy w stronę autokaru.
Wszedłem po schodkach, a na siedzeniu przy nich siedziała M. Przywitała mnie całusem i sugestywnie podała dłoń. Delikatnie ująłem ja w swoją i dostojnie wyprowadziłem z autokaru jak damę, którą niewątpliwie była. Powiedziałem, że chciałbym się jeszcze przejść, a Ona stwierdziła, że możemy spotkać się „na miejscu” i znów mnie pocałowała. Szedłem zalesioną dolinką między wzgórzami i natrafiłem na bardzo stary kamienny kościółek, częściowo pokryty zielonymi porostami. Nie
widziałem ani jednego krzyża, aczkolwiek tuż obok niego stał okazały obelisk. Z trzech stron pokryty był hieroglifami, a na czwartej wyryty był wizerunek Jezusa. Po chwili dostrzegłem księdza wychodzącego z kościółka. Nim zdążyłem się odezwać, powiedział: „To nie Twoja wiara. Ludzie już nie pamiętają jaka była, że chrześcijaństwo było egipskie”. Po czym na dowód otworzył Pismo, które miał w dłoni. Wypełnione było papirusowymi stronicami pokrytymi częściowo hieroglifami i
częściowo pismem, które uważałem za hebrajskie. Wszedłem na wzgórze, gdzie był zamek, czyli miejsce, gdzie miałem się spotkać z M. Spotkałem Ją w rozległej Sali Sypialnej, gdzie dość gęsto porozstawiane były łóżka. Większość była już pozajmowana. Na łóżku, tuż obok mojego leżała M. Położyłem się na swoim, a M. podniosła się lekko, oparła na łokciu i obróciła w moją stronę. Zrobiłem to samo i po chwili nasze usta się spotkały. Zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej i usiedliśmy. Nasz pocałunek był cudownie namiętny. Nasze języki tańczyły i czułem Jej słodki ciepły smak. Zdawał się trwać wieczność, a gdy już skończyliśmy się wzajemnie „kosztować”, powiedziałem, że po drodze widziałem coś dziwnego. Spytała się, czy też
widziałem te dziwne znaki na drzewach w lesie. Zaprzeczyłem i opowiedziałem o tajemniczym kościele. Nie wydawała się tym zdziwiona i powiedziała, że na drzewach były też hieroglify i inne znaki. Spotkaliśmy się znowu w centrum handlowym. Dała mi całusa i zaczęła uciekać. Zacząłem Ją gonić, a Ona się śmiała, gdy się odwracała. Po chwili Ją dogoniłem i złapałem. Delikatnie oswobodziła się z moich objęć. Obróciła się w moim kierunku, a po Jej policzku
spływała łza. Łamiącym się głosem powiedziała: „Obawiam się, że nie…”. Nie musiała kończyć. „Obawiam się, że ja też…” Odpowiedziałem, równie łamiącym się głosem i przytuliliśmy się…
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamek. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 listopada 2014
piątek, 11 kwietnia 2014
Kawiorowy protest…
Przemierzałem ulice niewielkiej miejscowości pogrążone w
nocnym mroku. Rozświetlały je tylko sodowe latarnie uliczne i reflektory tirów.
Coś się jednak zaczęło dziać. Kierowcy zaczęli wysypywać na ulice zawartość
naczep i wywrotek. Ulice w mig pokryły się morzem kawioru. Miliardy czarnych i
czerwonych
rybich jajeczek rozpłynęły się po asfalcie. Dowiedziałem się od
gapiów, że za całe to zamieszanie odpowiedzialna jest znana piosenkarka
Madonna. Postanowiła w ten sposób zaprotestować przeciw działaniom Rosji i
Putina na Ukrainie. Poszedłem dalej i
wstąpiłem do zajazdu. Zdziwiłem się trochę, jak zobaczyłem w nim
samą Madonnę.
Wokół niej wił się wianuszek pochlebczyń i innych piosenkarek w wieczorowych
strojach. Wszędzie były małe salaterki z kawiorem. Spróbowałem go. Każdy miał
inny smak, jeden np. miał smak kurczaka, inny galaretki owocowej inny jeszcze warzywny.
Część miała smak prawdziwego kawioru. Rozmawiałem z Madonną i innymi kobietami
po angielsku, ale gdy Madonna na chwilę opuszczała pomieszczenie, wszyscy nagle
zaczynali mówić po polsku. Kiedy zaczęło się przejaśniać, opuściłem zajazd.
Chciałem dotrzeć do
jakiegoś ciekawego miejsca nieopodal. Kojarzyło mi się to z
Włocławkiem, choć nigdy tam nie byłem, poza pojedynczymi przejazdami i wiem, że
wygląda zupełnie inaczej. Miała to być miejscowość wypoczynkowa. Główną
atrakcją była ciekawa budowla. Wyglądała jak olbrzymi zbiornik retencyjny
zbudowany z trapezowatych, wysokich wałów na bazie prostokąta.
Stworzono je z
czarnej, szklistej, wypalanej, porowatej substancji. Może coś pomiędzy żużlem, a
obsydianem. Wewnątrz tego wielkiego
zbiornika można było znaleźć głazy i plaże. Kąpały się tam setki ludzi. Słońce
wychylało się nieśmiało zza horyzontu i oświetlało taflę wody,
przyjemną
pomarańczową poświatą. Całość kompleksu otoczona była fosą. Jedyną drogą, by ją
przekroczyć był most zwodzony zabudowany strzelistą wieżą na bazie kwadratu. wtorek, 9 kwietnia 2013
Zasypany zamek
Przechadzając się po moim rodzinnym mieście, dotarłem do
Wzgórza D. Wiedziałem skądś, że był
tam kiedyś zamek. Wśród liści odnalazłem ukryte wejście.
Wąskim tunelem dotarłem do obszernej komnaty z łukowym sklepieniem. Zbudowana
była z czerwonej cegły. Uświadomiłem sobie, że zamek
ciągle istnieje ukryty we
wnętrzu wzgórza. Co dziwne byłem z nim jakoś powiązany. Znałem go i chyba byłem
kimś w rodzaju strażnika jego tajemnic. Przechadzałem się po komnatach i korytarzach oświetlonych pomarańczowymi płomieniami
pochodni. Zza rogu dostrzegłem zakapturzone postacie w brązowych togach.
W
dłoniach dzierżyli sztylety i z całą pewnością byłem ich celem. Chcieli posiąść
moją wiedzę. Zacząłem uciekać. Przechodziłem ukrytymi tunelami i tajnymi
przejściami...
piątek, 4 stycznia 2013
„…i tak wszyscy umrzemy”
Pojechałem w odwiedziny do wujka. Zobaczyłem tam Ją jak
siedzi samotnie przy małym stoliku w kuchni. Przysiadłem się i zamieniliśmy ze
sobą kilka słów. Znalazłem się w hotelu lub internacie. Duża sala wypełniona była
ustawionymi obok siebie łóżkami. Łóżka przypominały trochę szpitalne. Leżeli na
nich moi znajomi ze studiów. Sam także siedziałem niedbale na jednym z łóżek i
wertowałem notatki. Uczyłem się do jakiegoś egzaminu i nie szło mi najlepiej.
Notatki wydawały się nieczytelne. Innym chyba też nie szło za dobrze. Koleżanka
rzuciła swoje notatki i powiedziała, że pewnie i tak obleje.
Wyszedłem z
pomieszczenia i dotarłem do eleganckiej restauracji. Trzymałem za rękę małe kilkuletnie
dziecko i wydawało mi się, że to ktoś mi bliski (wyśniona córka/syn?). Były tylko dwa
wolne miejsca przy jednym ze stolików. Siedziała przy nim starsza kobieta z
synem. Przysiedliśmy się więc. Siedzieliśmy w niszy, a z trzech stron
znajdowały się okna. Spojrzałem po kolei przez każde.
Przez pierwsze zobaczyłem
Łuk Tryumfalny. W drugim dostrzegłem zamek cesarski. Natomiast w trzecim bardzo
ciekawy, wręcz designerski niewielki budynek ze szkła i stali. Był to skręcony
prostopadłościan, a w górnej części zainstalowane było kryształowe oko
rozszczepiające światło na wszystkie kolory tęczy niczym pryzmat. Wydawało mi się, że to wyjście
z metra. Ludzie wybiegali z niego w panice. Zwróciłem na to uwagę kobiety.
Spojrzała na moment i wróciła do konsumpcji obiadu oraz wycierania podbródka synowi.
Powiedziała, że to pewnie jakiś zamach lub epidemia. Zamyśliła się na chwilę i
dodała… i tak wszyscy umrzemy… jest nas za dużo. Chwyciłem dziecko, które
wcześniej przyprowadziłem i wybiegłem. Trafiłem do labiryntu korytarzy i
dziesiątków drzwi. Wszystkie wyglądały tak samo. Nie wiedziałem, które są
właściwe, z których wcześniej wyszedłem.
Wybrałem ostatnie, na samym końcu
korytarza i wszedłem do sali sypialnej, w której byłem wcześniej. Spakowałem
swoje rzeczy i opuściłem budynek. Wspiąłem się na wzgórze i czułem niepokój,
tak jakby coś się miało zdarzyć…
czwartek, 27 września 2012
Inside View
Wraz z grupą znajomych znaleźliśmy się przy rzece.
Prowizorycznym promem skleconym z desek i beczek mieliśmy się przeprawić na
wyspę. Odbywał się tam dziwny festiwal, który był połączeniem festiwalu
fantastyki, takiego jak Polcon, Pyrcon czy Copernicon z festiwalem muzycznym,
takim jak Castle Party. Spośród wielu prelekcji moją uwagę przykuła prezentacja
Googla. Promowali swoją nową usługę o nazwie Inside View. Schludnie ubrany
wykładowca uruchomił aplikację na ogromnym wyświetlaczu. Prezentacja rozpoczęła
się od widoku na kulę ziemską znaną z Google Earth.
Obraz zaczął się powiększać
przechodząc przez warstwę chmur. Ukazał się zarys kontynentu, a potem miasta.
Przybliżanie następowało nadal, aż cały ekran wypełnił dach pojedynczego budynku.
Prowadzący entuzjastycznie powiedział, że teraz nastąpi rewolucja. Obraz znowu
zaczął się powiększać i przekroczył granice domostwa ukazując jego wnętrze. W
elegancko urządzonym salonie dostrzegłem jakiegoś mężczyznę drzemiącego na
fotelu. Powiększanie następowało nadal i kamera wstąpiła w jego ciało pokazując
jego narządy wewnętrzne. Żyły zaczęły przypominać skomplikowany rurociąg.
Pojedyncze
krwinki stały się wielkie jak światy. W końcu można było dostrzec komórki, a
potem atomy. Proces powiększania postępował dalej aż zobaczyłem rozedrgane
włókna. Na tym prezentacja się skończyła z zastrzeżeniem, że to jeszcze nie
koniec. Udałem się na kilka koncertów nie znanych mi zespołów. Pożegnałem
kolegów i koleżanki. Ku mojemu zaskoczeniu jedna z nich mnie pocałowała. Po
chwili spotkałem siostrę z jej mężem. Prowadził dużą ciężarówkę i powiedział,
żebym wsiadł szybko do środka, to mnie podwiezie. Patrząc po drodze przez okna
spostrzegłem, że pola i lasy po obu stronach drogi są zalane mętną wodą jak
podczas powodzi.
Dojechaliśmy do jakiegoś zamku i przekroczyliśmy jego mury. Weszliśmy
do jakiejś kaplicy. Ktoś przetrzymywał tam zakładników, a przy okazji odbywała
się jakaś ceremonia. Nieoczekiwanie na ratunek przybyła małpa o białej sierści
i wszystkich uwolniła.
czwartek, 30 sierpnia 2012
Zamek
Przebywałem w starym średniowiecznym zamku. Mury były grube,
zbudowane z ciemnych, ciosanych kamieni. Panował tam przenikliwy chłód.
Korytarze były szerokie i wysokie. Zamek
miał nietypowych lokatorów. Mieszkały tam Krasnoludy, Elfy i Niziołki. Był
jedynym miejscem na świecie w którym mogli żyć, swego rodzaju rezerwatem. Zakaz
opuszczania go był dla nich trudny do wytrzymania. Szczególnie niecierpliwe
były niziołki, które nieustannie na wszystko narzekały.
Atmosferę nieco
poprawiła wielka impreza. Wielka sala bankietowa wypełniła się istotami rodem
ze świata fantasy. Stoły uginały się od wykwintnych potraw, a na parkiet
zapraszali bardzi, współpracujący ze współczesnymi muzykami. Nie zabrakło gitar
elektrycznych, perkusji i syntezatorów. Pijane Krasnoludy i Elfy szalały na
parkiecie z kolorowymi, papierowymi czapkami na głowach, typowymi dla
dziecięcych imprez urodzinowych. Wyszedłem na zewnątrz i spostrzegłem, że to
nadzwyczajne miejsce znajduje się w samym centrum miasta, a niczego nieświadomi
przechodnie nawet nie zwracali na nie szczególnej uwagi.
Tuż obok, na starym
rynku spotkałem dwóch moich przyjaciół. Jeden z nich z entuzjazmem wymachiwał
zadrukowanymi kartkami papieru, na których wydrukowany został scenariusz nowego
filmu. Opowiadał o nim z fanatyczną niemal fascynacją, aż do chwili, gdy
pojawił się jakiś urzędnik i poinformował go, że nie ma pieczątki resortu
kinematografii. Udaliśmy się więc wszyscy do Urzędu. Przeszliśmy między wielkimi
ostrzami poruszającymi się ruchem wahadłowym i stanęliśmy w długiej kolejce.
Poruszała się wolno, ale w końcu urzędniczka bez słowa przybiła wielką pieczęć,
która zajęła niemal całą stronę formatu A4 (…)
Miałem wziąć udział w strzelance
ASG (Air Soft Gun – rodzaj gry terenowej w której strzela się plastikowymi
kulkami z replik broni). Zostałem pochowany w płytkim grobie na środku
trawnika, nieopodal miejsca w którym mieszkam. Z ziemi wystawała mi tylko
głowa. Wokół mnie byli mężczyźni w kominiarkach, kaskach i czarnych
kamizelkach, uzbrojeni w futurystycznie wyglądające repliki broni.
Przypominali trochę oddział antyterrorystyczny. Mieli za zadanie mnie bronić. Przeciwnikami okazali się bardzo liczni Indianie, których zadaniem było wykradzenie mnie z grobu…
Przypominali trochę oddział antyterrorystyczny. Mieli za zadanie mnie bronić. Przeciwnikami okazali się bardzo liczni Indianie, których zadaniem było wykradzenie mnie z grobu…
czwartek, 21 czerwca 2012
Królowa bez twarzy
Wyruszyłem na wycieczkę do niewielkiej, ale malowniczej
mieściny. Domki wyglądały na zabytkowe, ale były w dobrym stanie. Wszedłem do
sklepu. Odbywała się tam promocja na bilety autobusowe. Każdy klient dostawał
po pięć sztuk owiniętych banderolą, za darmo. Brało się je z dużego wiklinowego
kosza. Podchodząc zauważyłem, że siedzi w nim Michał Koterski i podaje po
pakiecie z charakterystycznym dla siebie, nieco głupkowatym uśmiechem.
Wziąłem
podany przez niego pakiet i wyszedłem. Udałem się za miasto. Rozciągały się tam
przepiękne zielone wzgórza przyprószone wrzosowiskami, jak w Irlandii. Gdy
wspiąłem się na jedno z wyższych wzniesień, spostrzegłem zbliżającą się do mnie
kolejkę linową. Wagonik się zatrzymał, więc do niego wszedłem. Podróż odbywała
się od wzgórza do wzgórza. Ostatecznie wagon zmierzał w kierunku masywnego
zamku.
Podobno mieszkała tam jakaś przerażająca królowa bez twarzy. Wyskoczyłem
z kolejki tuż za murami zamku. Miałem wrażenie, że nie powinienem tam być.
Ukrywałem się więc, dyskretnie przemierzając kolejne komnaty zamku. Jedna z
nich zwróciła moją uwagę. Były tam dziesiątki kobiecych twarzy umieszczonych na
stojakach oraz równie dużo peruk.
Twarze wyglądały na prawdziwe jakby zostały
wycięte z ludzkich głów. Usłyszałem odgłos zbliżających się kroków. Szybko
skryłem się za jedną z szaf. Po chwili do pokoju wkroczyła kobieca postać w
płaszczu z kapturem, który całkowicie zasłaniał jej twarz. Stanęła przy jednym
z regałów, odwrócona do mnie plecami. Sięgnęła po jedną z twarzy i założyła ją
niczym maskę. Obróciła się.
Dostrzegłem napiętą twarz młodej, bladej kobiety.
Dopasowała sobie ją dokładnie i sięgnęła po czarną perukę. Wymknąłem się gdy
była zajęta dobieraniem najodpowiedniejszej peruki. Usłyszałem płacz dziecka.
Pobiegłem w tamtym kierunku i dotarłem do lochu. Niemowlę było zamknięte w
klatce wiszącej na grubym łańcuchu. Uwolniłem je i uspokoiłem. Jakoś udało mi
się niepostrzeżenie opuścić zamek. Wiedziałem, że to jest ważne dziecko i muszę
je chronić.
Biegłem w stronę wieżowca. Gdy byłem już kilkadziesiąt metrów od
niego, postanowiłem się zatrzymać przy kępie krzaków i rozejrzeć, czy jest
bezpiecznie.
Nagle w wieżowcu pojawił się gęsty jasnoszary dym, a może to był pył. Wydawał się być niemal żywy. Widziałem jak wypełnia cały budynek. Piętro po piętrze, od parteru, aż po dach. W chwili gdy dotarł na sam szczyt budynku nastąpiła wielka eksplozja, równocześnie wybijając wszystkie okna i spowijając cały budynek jasnym pomarańczowobiałym płomieniem. Byłem przerażony. Wiedziałem, że w środku była moja rodzina.
Nagle w wieżowcu pojawił się gęsty jasnoszary dym, a może to był pył. Wydawał się być niemal żywy. Widziałem jak wypełnia cały budynek. Piętro po piętrze, od parteru, aż po dach. W chwili gdy dotarł na sam szczyt budynku nastąpiła wielka eksplozja, równocześnie wybijając wszystkie okna i spowijając cały budynek jasnym pomarańczowobiałym płomieniem. Byłem przerażony. Wiedziałem, że w środku była moja rodzina.
Etykiety:
Bilet,
Dream,
Dym,
Głowa,
Klatka,
Kolejka Linowa,
Miasto,
Michał Koterski,
Peruka,
Podziemia,
Sen,
Twarz,
Wieżowiec,
Wybuch,
Wzgórze,
Zamek
czwartek, 10 maja 2012
Labirynt
Podróżowałem razem z
kolegą białym autem. Chyba to był jakiś sedan. Gdy droga zaczęła być dziurawa,
auto zaczęło podskakiwać na wertepach. Jakimś cudem wypadłem z samochodu i
znalazłem się na szosie. Zobaczyłem tylko jak auto przejechało obok mnie, a za nim
znajdował się Rowan Atkinson na desce przyczepionej do zderzaka. Siedział na
niej kurczowo się trzymając i pojękując podczas podskoków na nierównościach.
Gdy mnie zobaczył, pomachał mi i się uśmiechnął typowym uśmiechem Jasia Fasoli.
Po chwili zostałem sam na zupełnym odludziu. Po długiej wędrówce dotarłem do
zaułka, który wydawał mi się jedyną możliwą drogą. Trafiłem do zawiłego
labiryntu ciemnych korytarzy. Błądziłem w czeluściach, aż ujrzałem w oddali
słoneczne światło. Wyszedłem na zadaszone zaplecze jakiegoś kiosku, co
wnioskowałem po pakietach gazet związanych plastikową taśmą. Niestety było
otoczone grubą
nylonową siatką. Wspiąłem się w nadziei, że uda mi się przecisnąć
przy połączeniu z dachem. Po drugiej stronie przeszedł jakiś dziadek i pogroził
mi laską. Wróciłem więc do labiryntu. Natrafiłem na pomieszczenie, w którym
siedziały afrykańskie dzieci. Ucieszyły się jak tylko mnie zobaczyły, podbiegły
i wciągnęły do środka. Na każdy mój gest reagowały śmiechem. Znalazłem
elementarz i chciałem je uczyć polskiego.
Po jakimś czasie przyszła starsza
siwowłosa kobieta i zaczęła mnie uczyć jakiegoś afrykańskiego języka. Szło mi
gorzej niż dzieciakom. Po zakończeniu nieplanowanej lekcji udałem się na dalszą
eksplorację plątaniny ciemnych korytarzy. Natrafiłem na mieszkanie znajomego.
Właśnie zamontował sobie bardzo nowoczesny zamek w drzwiach. Nieopatrznie
włączył funkcję, która go blokowała, gdy w
pomieszczeniu było ciemno. Nie mógł
więc wejść do środka, a dodatkowo każda próba otwarcia drzwi włączała alarm.
Udałem się na dalszą tułaczkę i spotkałem jakąś nie znaną mi niewiastę, która
również tu utknęła. Dalej więc szliśmy
razem. Natrafiliśmy na zejście do podziemi, a tam na puste betonowe pomieszczenie. Zaczęliśmy je obklejać jakimiś naklejkami imitującymi bele
leśnego domku i przyozdobiliśmy obrazami. Nie mając nadziei na wydostanie się z
labiryntu, postanowiliśmy tam zamieszkać...niedziela, 1 kwietnia 2012
Castle Party
Zostałem poproszony przez kuzynów o nakręcenie filmu.
Zgodziłem się i pojechałem do nich. Nagrałem kilka dialogów, kaskaderski pościg
samochodem i kilka ujęć panoramicznych pokazujących przemysłowe miasto.
Następnie zacząłem samotnie zwiedzać okolice. Dotarłem do monumentalnego
wieżowca z wielkiej płyty. Ten relikt PRLu mógł mieć z kilkadziesiąt pięter.
Wszedłem
do niego i zacząłem mozolną wspinaczkę po schodach. W pewnym momencie schody
skończyły się, a kilka pięter połączono w jedną dużą salę. Ściany wyłożono
drewnem i przyozdobiono czerwonym materiałem. Zbudowano też coś w rodzaju drewnianego
amfiteatru z podestem i mównicą na środku. Wszystkie miejsca zajmowali starsi,
siwowłosi mężczyźni w czarnych frakach i garniturach. Moje pojawienie się
wywołało niewielkie zamieszanie, a przemawiający właśnie mężczyzna przerwał
swój wywód.
Nieśmiało zapytałem o dalszą drogę do góry, a ktoś niedbale wskazał
mi okno. Alternatywna droga nieco mnie przeraziła. Trzeba było wyjść na
zewnątrz budynku, a następnie wspinać się po drabinie przez kilka pięter.
Powoli i ostrożnie wychyliłem się przez okno i mocno złapałem szczebel
metalowej i już nieco zardzewiałej drabiny. Było ciemno i padał deszcz. Wspinaczka
zdawała się trwać wieczność, a paraliżujący strach mi jej nie ułatwiał.
W końcu
dotarłem do jej końca i ochoczo wszedłem do wnętrza budynku. Po kilkunastu
piętrach osiągnąłem w końcu szczyt budynku i zobaczyłem tam Ją. Czekała na
mnie. Razem zaczęliśmy planować wyjazd na CP. Okazało się, że festiwal został
przeniesiony w inne miejsce. Wynajęliśmy pokój w kamienicy. Właściciel co jakiś
czas do Nas wydzwaniał i śpiewał przez telefon. Wyszliśmy na taras. Domek
znajdował się na szczycie wzgórza więc mieliśmy dobry widok na okolicę.
Na
rozległej polanie robotnicy budowali scenę, a wokół niej zamek. Nagle zerwał
się bardzo silny wiatr i prace zostały wstrzymane. Poszliśmy na spacer i
spotkaliśmy jednego z członków zespołu "At the Lake". Narzekał, że
czuje się niedoceniony i chce odejść z zespołu.
Zmierzając w kierunku budowanej sceny usłyszeliśmy religijne piosenki. Jakaś katolicka grupa religijna rozbiła swój obóz...
Etykiety:
At the Lake,
Castle Party,
Drabina,
Dream,
Fabryka,
Film,
Kamienica,
Masoni,
Okno,
Samochód,
Schody,
Sen,
Wieżowiec,
Wzgórze,
Zamek
Subskrybuj:
Posty (Atom)













































.jpg)