Dziś śniło mi się, że uciekałem i walczyłem z zombie. Co dziwne oprócz zombie ludzkich były też zwierzęce. Widziałem też wielkie zombie dinozaury. Przemierzałem rozległe budynki przypominające szkoły lub szpitale, oraz rozległe otwarte przestrzenie, porośnięte bujną roślinnością...
W ciągu ostatnich dwóch tygodni moje życie mocno się zmieniło. Przez ciąg niesamowitych zbiegów okoliczności, oraz mojej ciekawości i dociekliwości, dowiedziałem się, że noszę w sobie nowotwór. Jest mniej więcej wielkości pomelo i rozpycha się między płucem, a sercem. Rośnie bardzo szybko, mniej więcej o 50% miesięcznie i największym niebezpieczeństwem w tej chwili jest możliwość zatrzymania serca. Byłem w czterech szpitalach. Dziś znowu idę do szpitala onkologicznego. Jutro torakochirurg zrobi mi biopsję gruboigłową. Dzięki temu będzie wiadomo jaki "obcy" dokładnie we mnie siedzi i jak najskuteczniej z nim walczyć. Przez jakiś czas raczej nie będą zbyt aktywny na blogu. Muszę skupić się na batalii, którą zamierzam wygrać!
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zombie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zombie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 grudnia 2013
piątek, 27 lipca 2012
Atak zombich i mutantów
Byłem w eleganckim i futurystycznie wyglądającym klubie. W
detalach wystroju znajdowało się dużo szklanych i aluminiowych elementów.
Siedziałem przy stoliku z jakimś kolegą. Przyszedł mój szwagier i powiedział,
że ten kolega jest jego kuzynem. Przyprowadził ze sobą też ojca tego kolegi.
Okazało się, że jest artystą malarzem. Miał długie siwe włosy i brodę.
Przyniósł ze sobą nawet kilka obrazów.
Były to jakieś abstrakcje złożone z
intensywnie kolorowych linii, bardzo silnie ze sobą kontrastujących. Po chwili
do klubu przyszedł mój przyjaciel wraz z kilkoma koleżankami. Nagle padł pomysł
by nakręcić jakiś film. Wyszliśmy na zewnątrz w poszukiwaniu ciekawych miejsc,
które miały pełnić funkcję scenografii. Wsiedliśmy do dziwnego latającego
pojazdu i lecieliśmy nad rzeką. Minęliśmy ciekawe industrialne budynki z czerwonej
cegły, a następnie stary gotycki kościół. Wylądowaliśmy przy starym,
opuszczonym dworku zbudowanym w stylu secesyjnym.
Gdzieś daleko zobaczyliśmy
latający radiowóz policyjny, ale poleciał dalej. Zaczęliśmy zwiedzać dworek.
Wszystkie meble były pokryte grubą warstwą kurzu i pajęczynami. Usłyszeliśmy
coś na zewnątrz. Spojrzeliśmy przez okno i zobaczyliśmy zbliżające się hordy
zombich. Poruszały się wolno, co niektórzy gubili po drodze kończyny, a mimo to
brnęli dalej w naszą stronę. Zabarykadowaliśmy się. Koleżanka dała mi rewolwer.
Postanowiłem udać się na tyły budynku i wyjść na zewnątrz. Przebiegłem może z
kilometr i zostałem otoczony przez chłopów z widłami. Były wśród nich także
dzieci, chude i zaniedbane. Dostrzegłem spadającą bombę i krzyknąłem do chłopów,
żeby uciekali i się ukryli. Sam pobiegłem za kontener. Pobiegł za mną jakiś
chłopiec. Krzyknąłem by padł na ziemię i przykryłem go własnym ciałem.
Zobaczyłem w oddali wybuch. Był bardzo potężny. Ziemia się zatrzęsła.
Kolumna
jasnoszarego dymu wzbiła się w niebo, a następnie jakby wywinęła na zewnątrz,
tworząc coś na wzór grzyba. Tuż przy ziemi natomiast rozprzestrzeniał się
pierścień pyłu z zawrotną prędkością.
Zamknąłem oczy i przeczołgałem się dalej za kontener, tak by
jak najskuteczniej ukryć się przed falą uderzeniową. Nie był to wybuch
nuklearny, ale potężny ładunek konwencjonalny, inaczej bym oślepł w chwili
wybuchu. Otrzepałem się z pyłu, a ocalony chłopiec uciekł. Pobiegłem w stronę
lasu. Tam zaatakowały mnie mutanty, dziwnie zdeformowani ludzie, niektórzy z
cechami zwierzęcymi. Mieli improwizowaną broń.
Jakieś oszczepy z zardzewiałymi
metalowymi elementami przywiązanymi sznurkiem. Jeden miał nawet pistolet, tylko
wyglądał jakby był pochodzenia biologicznego. Strzelałem do nich z rewolweru.
Jakiś mutant który przypominał kruka sfrunął na mnie z drzewa. Już chciał wbić
we mnie swój okazały dziób, gdy uratowała mnie
jakaś skąpo ubrana kobieta.
Odstraszyła pozostałe stwory i powiedziała, że jest androidem. Wyjaśniła także,
że jej wygląd jest zasługą zewnętrznych procesorów graficznych i pokazała kilka
innych swoich oblicz.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Powietrza… !
Znajduję się na obcej planecie lub na księżycu Jowisza.
Teraz przypomina już Ziemię. Niebo zasnute jest gęstymi, ciężkimi chmurami, które z trudem się
przewalają po nieboskłonie. Jadę autobusem, a na drodze panuje chaos. Każdy
jedzie jak chce. Po prawej stronie mijamy duże gmachy, jeden z nich to budynek
sądu. Wszystkie są zniszczone. Ściany boczne i tylne jeszcze jakoś się
trzymają, ale po przednich pozostały tylko kopce cegieł i gruzu z
wystającymi grubymi belkami.
Pomieszczenia jakby ścięte, są widoczne z zewnątrz. Część sprzętów biurowych
jeszcze się uchowało. Wysiadłem na najbliższym przystanku, a autobus wjechał
spiralą na estakady, które w tym miejscu krzyżowały się wielopoziomowo.
Kolumny je podtrzymujące są popękane, ale
wciąż wyglądają solidnie. Dostrzegam dziesiątki ludzi, są niespokojni, a nawet
agresywni względem siebie. Atakują się wzajemnie czym popadnie. Ranią się
bezlitośnie i zachowują jakby byli nieświadomi swojego stanu. Biegnę w kierunku
podziemnego przejścia pod rondem. Wychodzę po drugiej stronie do budynku
przypominającego kaplicę w budowie. Ściany
są z czerwonych cegieł pomiędzy którymi jest biała fuga.
Krzyżowe sklepienie
pokryte jest białym tynkiem. Okna są wąskie i wysokie z przezroczystymi,
kwadratowymi szybkami. Pomieszczenie jest ascetycznie puste. Wychodzę otwartymi
drzwiami. Znajduję się nad rzeką, która wylała i zalała bulwary oraz alejki. Z
trudem ominąłem rozlewisko. Wszedłem do najbliższego wieżowca. Spotkałem
sąsiadkę, która zaprosiła mnie do siebie. Okazało się, że ma właśnie urodziny,
a ja mam dla niej prezent. Wręczyłem jej grubą książkę. Potem zaczęli się
schodzić inni goście. Usiadłem na łóżku, a z radioodbiornika właśnie dobiegał
jakiś ważny komunikat. Wywnioskowałem z niego, że w wyniku zamieszek uległy
uszkodzeniu urządzenia terraformacyjne produkujące powietrze. Bez nich
atmosfera była bardzo rozrzedzona.
Ci co się tu urodzili byli do niej
przystosowani fizjologicznie. Niestety nie byłem jednym z nich. Zacząłem się
dusić. Rozpaczliwie walczyłem o każdy kolejny haust powietrza...
Subskrybuj:
Posty (Atom)











