Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ból. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ból. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 czerwca 2014

Zakończenie leczenia...

Zakład Teleradioterapii by DT
Jakieś trzy tygodnie temu niespodziewanie zasłabłem podczas rozmowy telefonicznej z koleżanką. Potem pojawił się ekstremalnie silny ból w klatce piersiowej i plecach. Wziąłem kodeinę, ale nawet ona nie pomogła. Zadzwoniłem po siostrę, a koleżanka w
"Rozbieralnia" :D by DT
międzyczasie skontaktowała się z moim przyjacielem. Ledwo mogłem się ruszać, ale jakoś wstałem i zaprowadzili mnie do auta. Zawieźli mnie do szpitala i potem wozili mnie po nim na wózku inwalidzkim. Z wielkim trudem pobrano mi krew (niestety moje żyły są już strasznie zniszczone od licznych wkłuć podczas leczenia) i podano silny środek
Radioaktywność by DT
przeciwbólowy. Zrobiono mi EKG i zmierzono ciśnienie, które okazało się być bardzo wysokie. Lekarka ustaliła, że to wczesny odczyn popromienny. Przepisała mi Tramal, sterydy i Paracetamol. Tak się jakoś złożyło, że rozpoczęła się wtedy konserwacja Przyspieszacza, na którym byłem naświetlany i miałem kilka dni odpoczynku od naświetlań. Na mieszance Tramalu i dużej dawki Paracetamolu jakoś funkcjonowałem, a teraz ból pleców jest na tyle mały, że jakoś funkcjonuję bez leków przeciwbólowych. Najgorzej jest jednak przy wstawaniu i schylaniu się. Kilka dni temu byłem na ostatnim, siedemnastym naświetlaniu. W sumie przyjąłem 30,6 Gy  (Grejów) promieniowania. Tak więc radykalna radioterapia została zakończona.
"Murghi Tikka Masala" by DT
Otrzymane promieniowanie będzie działało jeszcze co najmniej przez 8 tygodni i wtedy dopiero będzie można ocenić efekty leczenia za pomocą badania PET. Na razie czuję, że terapia uszkodziła mi przełyk, a jedzenie i picie jest dość bolesne. Nadal nie mogę wziąć porządnej kąpieli i wymoczyć się w wannie. Nie mogę też korzystać z basenów i kąpać się w jeziorze. Napromieniowane miejsce mogę jedynie przemywać czystą wodą pod prysznicem. Muszę też chronić to miejsce przed słońcem.

poniedziałek, 31 marca 2014

Reakcja alergiczna...

Wczoraj ból ekstremalnie się nasilił, więc rodzice postanowili mi podać jakiś lek by go uśmierzyć. Z tego co mówili, to z bólu miałem nawet sine usta i białe palce od zaciskania. Niestety mniej więcej pół godziny po podaniu leku zrobiło mi się strasznie gorąco, pojawiło się bardzo silne kołatanie serca i bardzo silne trudności z oddychaniem. Nie mogłem złapać tchu. Tata kazał mi się położyć i chyba myślał, że mi
przejdzie. Powiedziałem, żeby wezwał pogotowie i uznając, że mimo walki o każdy chust powietrza, sam przygotuję wszystko szybciej, niż miałbym próbować tłumaczyć, przygotowałem dokumentacją medyczną i najważniejsze rzeczy potrzebne w szpitalu. Rodzice chyba trochę spanikowali, ale dyspozytorka ich uspokajała i kazała mi siedzieć, a nie leżeć. Ratownicy medyczni przyjechali bardzo szybko, zbadali mnie i podali 2,5 mg morfiny. Potem się dowiedziałem, że taka mała dawka ułatwia oddychanie. Wsiadłem do karetki i podawano mi tam jeszcze tlen. Zanim dojechaliśmy do szpitala już prawie zupełnie doszedłem do siebie.
Specjalistyczny szpital w którym się leczę, jest na drugim końcu miasta, więc zanim dojechaliśmy minęło ponad pół godziny. W szpitalu stwierdzono, że miałem reakcję alergiczną na lek. Kiedyś go brałem bez problemów, ale najwidoczniej chemioterapia zwiększyła na niego reakcję organizmu. 

czwartek, 27 marca 2014

Piekło...

Prawdziwym piekłem jest cierpienie najbliższych.  W czwartek 13 marca miałem znowu jechać  na kilka dni do szpitala, na kolejny cykl chemii. Jak zawsze miał mnie tam zawieźć mój tata. Jednak o 4 nad ranem zadzwoniła babcia z płaczem, by do niej przyjechał. Do szpitala pojechałem więc sam, a tata udał się do babci. Okazało się, że upadła. Prześwietlenie i tomografia komputerowa wykazały, że złamała sobie kręgosłup, a dokładniej roztrzaskała krąg L4 i przez kilka dni leżała w szpitalu. Fragment kości jest odłamany i uciska rdzeń kręgowy. Lekarz chciał ją operować. Rodzice uznali jednak, że ryzyko
jest zbyt duże. Babcia ma już 91 lat i szereg innych dolegliwości, które nie sprzyjają przeprowadzeniu bezpiecznej operacji. Babica trafiła więc do nas i od tej pory codziennie się nią opiekuję, co niestety wyklucza też opuszczanie domu i spacery. Przez poprzedni tydzień prawie nie sypiałem. Babcia przez całe noce jęczała z bólu, mimo bardzo silnych środków przeciwbólowych i mówiła wiele nieprzyjemnych rzeczy. Powinna jak najmniej się ruszać i nosić specjalny gorset usztywniający kręgosłup. Problem w tym, że próbowała wstawać i zdejmowała gorset, bo był niewygodny. Sama chodziła po mieszkaniu, a każdy
kolejny upadek może być tragiczny w skutkach. Ma dużo szczęścia, że ma czucie w nogach i może jeszcze chodzić. Każdy dźwięk wyrywał więc mnie z łóżka. Dostała dzwonek, by dzwoniła, jak będzie chciała np. iść do ubikacji, tak by ktoś ją zawsze przytrzymał i zaprowadził. Niestety babcia okazała się bardzo uparta i nieodpowiedzialna. Sama chadzała i to bez gorsetu, przy okazji i tak wszystkich stawiając na nogi. Kilka dni temu zaproponowałem, by wezwać do niej panią psycholog. Jak na razie bardzo to pomogło. Oczywiście przedstawiliśmy ją jako lekarza z jej szpitala od jej lekarki. Babcia ma jedną lekarkę, której ufa i dla niej inni lekarze, to nie lekarze. Pani psycholog okazała się bardzo kompetentna. Długo rozmawiała z babcią i dobrała dodatkowe leki. Cierpienie babci bardzo mnie dotknęło. Strasznie jest obserwować cierpienie bliskiej osoby i nie mieć na to zbyt dużego wpływu…
Co do mnie. Jak babcia została zawieziona do szpitala, ja również udałem się do szpitala na kilka dni. To był pierwszy raz, jak nikt mnie nie odwiedził i pierwszy raz zniosłem chemię tak źle. Wymiotowałem i czułem mdłości. Nie mogłem patrzeć na jedzenie na stołówce, sam jego zapach był dla mnie skrajnie odpychający. Prawie nie spałem i chyba miałem jakieś przewidzenia, jak się budziłem. Płytki krwi spadły mi sporo poniżej normy, ale enzymy wątrobowe miałem już coraz bliżej górnej jej granicy. W między czasie pojawiły się jeszcze dodatkowe skutki uboczne leczenia. Krwotoki z nosa i drętwienie opuszków palców. Na drętwienie przepisano mi
Mój zestaw leków, potem jeszcze kilka doszło...
magnez, ale pomimo iż biorę już go dwa tygodnie, nadal się nieprzerwanie utrzymuje. Co do krwawień, jak występowały chciałem odstawić Clexan, zastrzyki, które codziennie musiałem sobie robić na krzepliwość krwi. Wolałem jednak tego nie robić bez konsultacji z lekarzem. Intuicja jednak mnie nie myliła i lekarz zdecydował się go na jakiś czas odstawić. Tydzień po opuszczeniu oddziału, musiałem znowu udać się do szpitala, ale tym razem na ambulatoryjne podanie chemii. Pojechałem do szpitala na 6 rano, a chemię dostałem dopiero o 18. Cały dzień przesiedziałem w szpitalnych kolejkach w podziemiach. To był pierwszy dzień wiosny, niezwykle pogodny. Telefon mi
Dzienny zestaw w pudełku...
pokazywał, że było wtedy 21 stopni. Wyszedłem tylko na chwilę, by zadzwonić. Było bardzo ciepło i przyjemnie. Niestety w budynku zasięg jeśli nawet się pojawiał, to był szczątkowy. Po raz pierwszy miałem idealne wyniki krwi. Enzymy wątrobowe były idealnie w normie, a ilość pytek krwi również znacznie wzrosła. Niestety z powodu tak późnego podania chemii, nie zdążyłem już do przyszpitalnej apteki. Tylko tam można kupić od ręki zastrzyki z leukocytami. Trzeba je przewozić jak najszybciej w torbie termicznej, dlatego nie mogłem kupić ich wcześniej. Miałem je brać od następnego dnia. Na szczęście udało mi się je zamówić w innej
Dzienna porcja leków bez pudełka...
aptece, która jeszcze była otwarta. Sprowadzili je na następny dzień, choć na początku twierdzili, że się nie da. Przeważnie jestem już w stanie określić, kiedy maksymalnie nasilą się skutki uboczne po chemii. Tak jak w zegarku nastąpiło to wczoraj. Pomimo iż ból jest bardzo silny, nadal nie biorę środków przeciwbólowych by oszczędzać wątrobę. Dziś ból stawów i pleców nasilił się tak bardzo, że ledwo mogłem chodzić. Jutro i pojutrze powinno już być lepiej. Drętwienie opuszków palców
chyba nawet się nasiliło. Dziś noc znowu była tragiczna. Co chwilę się budziłem. Śniły mi się nieprzyjemne i niepokojące rzeczy. Chyba do mnie strzelano. Gonił mnie wielki spasły nagi mężczyzna. Cały w fałdach tłuszczu, łysy, z przyrodzeniem na wierzchu. Miał chyba ze dwa metry wzrostu i ewidentnie chciał mnie skrzywdzić. Wkręcały mi się jakieś schematy działań, które musiałem wykonywać by przetrwać i się obudzić. Powtarzało się to chyba z kilkanaście razy. Z tego co udało mi się zapamiętać, to różne rzeczy np. cytryny i inne przedmioty spontanicznie zmieniały się w wodę i po prosty rozpływały. Pozostawały po nich tylko kałuże...

Za tydzień znowu idę do szpitala na oddział, na kolejny cykl chemii. Może przyczyna tego drętwienia jest jednak inna niż niedobór magnezu…

wtorek, 11 lutego 2014

Skutki uboczne...

Leczenie cytostatykami już trochę trwa, więc zaobserwowałem pewne korelacje. Najgorzej czuję się mniej więcej dwa tygodnie po podaniu potocznie nazywanej "czerwonej chemii". Jest to chyba najbardziej toksyczny specyfik z tych, które mi podają. To po nim zazwyczaj wypadają włosy i jest szczególnie toksyczny dla układu krążenia. Przypuszczam, że poprawna nazwa to doksorubicyna. Pozostałe "chemie" to: bleomycyna, etopozyd, cyklofosfamid, winkrystyna, prokarbazyna, prednizon i wiele leków osłonowych oraz sterydowych. Mam wrażenie, że
właśnie te sterydy źle na mnie wpływają. Powodują bezsenność, wpływają na psychikę (negatywne i realistyczne sny jeśli już się uda zasnąć), powodują lekkie zwiększenie masy ciała i pogorszenie wzroku. Od jutra według zaleceń zmniejszam dawkę i potem odstawiam. W ciągu ostatnich kilku dni nastąpiło nałożenie się skutków ubocznych zarówno "czerwonej chemii" (minęło kilkanaście dni od podania) i sterydów. Miałem bardzo specyficzny, nieciekawy, realistyczny sen, mieszający się z rzeczywistością w bardzo nieprzyjemny sposób.
Mianowicie, śniło mi się, że pomagałem różnym duchom przejść jakąś skomplikowaną drogę, by je uwolnić. Przemierzaliśmy jakieś bagna, podziemia i krypty. Większość musiałem po prostu bezpiecznie przeprowadzić. Niektórym musiałem pomóc coś dokończyć. Pomogłem wszystkim, prócz jednemu. Nie byłem w stanie. Zgubiliśmy się.
Rozwścieczył się z tego powodu i postanowił mnie ukarać zsyłając na mnie ból i cierpienie. Będąc w stanie takiego półsnu, rozkojarzenia i skołowania zacząłem odczuwać przeraźliwy, jakby rozrywający ból we wnętrzu śródpiersia. Towarzyszył temu też ból mięśni i stawów, zwłaszcza kolanowych, dziąseł, ucha wewnętrznego, skroni i przede wszystkim bardzo intensywny kręgosłupa, tuż powyżej kości ogonowej. Do tego doszło okropne
rozwolnienie. Objawy bardzo podobne do tych, które wystąpiły również po dwóch tygodniach po podaniu "czerwonej chemii" za pierwszym razem.
Wtedy śniło mi się, że lekarka wysłała mnie na operację do jakiegoś chińczyka. Chińczyk podszedł wtedy do mnie trzymając w dłoni wielki drut, taki jak do robienia na drutach. Wbił mi go przez gałkę oczną i wykonał operację na mózgu, po prostu w nim gmerając. Wszystko bez znieczulenia. Obudziłem się z lękiem, że ten chińczyk cięgle, gdzieś jest i tylko się czai w ciemności, by jeszcze na mnie
poeksperymentować. Na szczęście te najgorsze objawy bólowe nie trwają za długo i po dwóch trzech dniach czuję się dużo lepiej. Nie biorę środków przeciwbólowych, ponieważ od leczenia oberwała trochę wątroba. Mam bardzo podwyższony poziom enzymów wątrobowych (aminotransferazy alaninowej) do 160. Norma jest do 41. Widząc ilość leków, które i tak
muszę połykać, wolę jej już bardziej nie obciążać i po prostu jakoś przetrwać te gorsze dni. Lekarze w przypadku bólu zalecają paracetamol, ponieważ nie wpływa na działanie innych podawanych leków, ale wyczytałem, że ma silne działanie hepatoksyczne. Jeśli kogoś zaniepokoiłem, to pragnę nadmienić, że pomimo tych niedogodności trzymam się całkiem dobrze. Bez większych problemów
dochodzę w końcu do siebie po każdym cyklu chemii. Psychicznie też jestem silny i pełen optymizmu na przyszłość. Stosuję odpowiednią dietę oszczędzającą wątrobę i w miarę możliwości niwelującą skutki uboczne leczenia. Wykonuję codziennie umiarkowane ćwiczenia fizyczne (Tai Chi), dzięki czemu sukcesywnie odzyskują formę. Mam też
subiektywne wrażenie, że leczenie przebiega pomyślnie i guzy się zmniejszają. Pewność uzyskam pod koniec miesiąca jak zostanie wykonane kontrolne badanie PET (Pozytonowa Tomografia Emisyjna).