Spacerowałem. Dotarłem do dzielnicy na obrzeżach miasta w
której nigdy wcześniej nie miałem okazji się znaleźć. Tuż obok chodnika
wyrastało duże wzgórze. Podzielone było na liczne tarasy na których uprawiano
jakieś krzewy. Niebo pokryte było ciemnymi
chmurami i powoli zaczynało kropić. Przyspieszyłem kroku i dostrzegłem
jakiś klub. Przy wejściu stała woskowa figura Freddiego Mercury naturalnej wielkości,
gestem rąk zapraszająca do wejścia. Skorzystałem więc z niemego zaproszenia. W
pomieszczeniu panował półmrok. Jedynym źródłem światła były różowe neony
ciągnące się wzdłuż długiej lady. Zamówiłem coś do picia i usiadłem przy jednym
ze stolików, tuż przy ścianie. Po pewnym czasie do klubu wszedł bardzo wysoki i
niezwykle chudy człowiek. Musiało się porządnie rozpadać bo z jego
płaszcza i kapelusza wciąż jeszcze
ściekał strumień wody. Zamówił coś i rozejrzał się po sali. Dostrzegł mnie i
zaczął zmierzać w moim kierunku. Zdjął kapelusz i położył na stoliku. Był łysy.
Jego twarz była podłużna i wychudzona. Kości policzkowe wydatne, a oczodoły
głębokie. Przez jedno oko przebiegała
duża szrama, a samo oko było białe, pozbawione źrenicy. Nie pytając o zgodę
usiadł i zaczął opowiadać. Głos miał niski o obco brzmiącym akcencie. Opowiadał
długo o tym, że jest archeologiem i całe życie spędził na badaniu ruin
starożytnej, zapomnianej przez świat cywilizacji. Znajdowały się gdzieś w sercu
dzikiej dżungli. Ostatnich kilka lat spędził na badaniu świątyni. Liczne
manuskrypty opisywały wizje i przepowiednie potężnego szamana i wieszcza. Jeden
z nich szczególnie przykuł jego uwagę. Miał go ze sobą. Wyjął pożółkły i mocno
nadgryziony przez czas kawałek pergaminu i delikatnie rozwinął. Był tam
opis Wielkiej Wojny. Była też data jej
rozpoczęcia. 28 maja 2012…
