Jechałem z tatą samochodem. Była głęboka noc. Mrok
rozpraszały jedynie reflektory auta. Ściany drzew ciągnęły się monotonnie po
obu stronach drogi. W końcu dojechaliśmy nad jezioro. Usiadłem na trawie i
spojrzałem do góry. Niebo przybrało niesamowitą barwę. Opalizowało ciekawym
odcieniem zieleni i jakby emanowało wewnętrzną poświatą.
To niezwykłe zjawisko
tworzyło kształt kraba. Dostrzegłem też niezwykłą gwiazdę. Była dużo jaśniejsza
od pozostałych i miała intensywnie głęboką czerwoną barwę niczym rubin. Nagle
dostrzegłem jakiś ruch. Pobiegłem w tamtą stronę i rozpoznałem nasze auto,
które zaczęło staczać się ze wzniesienia. Nie mogłem nic zrobić. Po chwili, już
trochę rozpędzone, uderzyło w inny samochód.
Zderzenie nastąpiło w miejscu
pasażera z przodu, czyli tam, gdzie zazwyczaj siedziałem. Co dziwne wgniecenie
było idealnie równe o koncie 90 stopni. Miejsce pasażera po prostu przestało
istnieć. Poszedłem do lasu i trafiłem na polankę. Była cała pokryta śniegiem i
oświetlona ciepłym beżowym światłem.
Czułem na niej zapach ciasteczek, a na
samym jej środku dostrzegłem bałwana. Wydawało mi się, że się porusza i że to
on był źródłem przyjemnego zapachu.



