Przemierzałem rozległą pustynię. Spękane pustkowia ożywiały
jedynie pojedyncze krzewy i drzewa. Miały niesamowity i niemal nie spotykany w
przyrodzie kolor. Nazwałbym go brudnym odcieniem błękitu, ale chyba
najtrafniejsze znane mi określenie tej barwy to cyjan. Zrobiłem im zdjęcie i wróciłem do domu.
Spotkałem tam Ją. Pisała coś na moim starym komputerze. Kiedy skończyła,
zapisała wyniki swojej pracy na starej dyskietce (FDD). Odwróciła się do mnie i
coś mi powiedziała. Coś bardzo ważnego, ale niestety nie mogłem sobie
przypomnieć co (...)
Znalazłem się przy wielkim kanionie. Rdzawe skały kryły w sobie
wijącą się rzekę o lazurowym odcieniu i wartkim nurcie. Powoli i ostrożnie
schodziłem po niemal pionowym zboczu kanionu. Co jakiś czas luźne kawałki skały
odrywały się, kończąc swój długi lot z chlupotem w wodzie. Im byłem niżej tym
robiło się ciemniej. Na swej drodze napotkałem wielkie pajęczyny i równie wielkich, ich konstruktorów.
Włochate pająki cierpliwie oczekiwały, aż coś wpadnie w ich
misternie utkane sidła. Rzuciłem kamieniami w ich kierunku, co wystarczyło, by
zeszły mi z drogi. W końcu zszedłem na samo dno kanionu. Wąski brzeg rzeki
okazał się bardzo mulisty. Stąpając zanurzałem się po kostki w grząskim błocie.
Miejscami kanion się rozszerzał. Na zakrętach tworzyły się szerokie mielizny.
Opuściłem kanion i trafiłem na rozległe bagna. Co chwilę widziałem przemykające
małe węże. Były czarne z jaskrawo
żółtymi elementami. Poruszały się zadziwiająco szybko.
Zahaczyłem o korzeń i
przewróciłem się lądując w niezbyt przyjemnej mieszance błota i butwiejącej
roślinności. Jeden z węży ukąsił mnie w dłoń. Nie mogłem się ruszyć, a dłoń
zaczęła puchnąć. Po chwili była już trzy razy większa niż normalnie…



