piątek, 27 lipca 2012

Atak zombich i mutantów


Byłem w eleganckim i futurystycznie wyglądającym klubie. W detalach wystroju znajdowało się dużo szklanych i aluminiowych elementów. Siedziałem przy stoliku z jakimś kolegą. Przyszedł mój szwagier i powiedział, że ten kolega jest jego kuzynem. Przyprowadził ze sobą też ojca tego kolegi. Okazało się, że jest artystą malarzem. Miał długie siwe włosy i brodę. Przyniósł ze sobą nawet kilka obrazów. 
Były to jakieś abstrakcje złożone z intensywnie kolorowych linii, bardzo silnie ze sobą kontrastujących. Po chwili do klubu przyszedł mój przyjaciel wraz z kilkoma koleżankami. Nagle padł pomysł by nakręcić jakiś film. Wyszliśmy na zewnątrz w poszukiwaniu ciekawych miejsc, które miały pełnić funkcję scenografii. Wsiedliśmy do dziwnego latającego pojazdu i lecieliśmy nad rzeką. Minęliśmy ciekawe industrialne budynki z czerwonej cegły, a następnie stary gotycki kościół. Wylądowaliśmy przy starym, opuszczonym dworku zbudowanym w stylu secesyjnym. 
Gdzieś daleko zobaczyliśmy latający radiowóz policyjny, ale poleciał dalej. Zaczęliśmy zwiedzać dworek. Wszystkie meble były pokryte grubą warstwą kurzu i pajęczynami. Usłyszeliśmy coś na zewnątrz. Spojrzeliśmy przez okno i zobaczyliśmy zbliżające się hordy zombich. Poruszały się wolno, co niektórzy gubili po drodze kończyny, a mimo to brnęli dalej w naszą stronę. Zabarykadowaliśmy się. Koleżanka dała mi rewolwer.
 Postanowiłem udać się na tyły budynku i wyjść na zewnątrz. Przebiegłem może z kilometr i zostałem otoczony przez chłopów z widłami. Były wśród nich także dzieci, chude i zaniedbane. Dostrzegłem spadającą bombę i krzyknąłem do chłopów, żeby uciekali i się ukryli. Sam pobiegłem za kontener. Pobiegł za mną jakiś chłopiec. Krzyknąłem by padł na ziemię i przykryłem go własnym ciałem. Zobaczyłem w oddali wybuch. Był bardzo potężny. Ziemia się zatrzęsła.
 Kolumna jasnoszarego dymu wzbiła się w niebo, a następnie jakby wywinęła na zewnątrz, tworząc coś na wzór grzyba. Tuż przy ziemi natomiast rozprzestrzeniał się pierścień pyłu z zawrotną prędkością.
Zamknąłem oczy i przeczołgałem się dalej za kontener, tak by jak najskuteczniej ukryć się przed falą uderzeniową. Nie był to wybuch nuklearny, ale potężny ładunek konwencjonalny, inaczej bym oślepł w chwili wybuchu. Otrzepałem się z pyłu, a ocalony chłopiec uciekł. Pobiegłem w stronę lasu. Tam zaatakowały mnie mutanty, dziwnie zdeformowani ludzie, niektórzy z cechami zwierzęcymi. Mieli improwizowaną broń. 
Jakieś oszczepy z zardzewiałymi metalowymi elementami przywiązanymi sznurkiem. Jeden miał nawet pistolet, tylko wyglądał jakby był pochodzenia biologicznego. Strzelałem do nich z rewolweru. Jakiś mutant który przypominał kruka sfrunął na mnie z drzewa. Już chciał wbić we mnie swój okazały dziób, gdy uratowała mnie 
jakaś skąpo ubrana kobieta. Odstraszyła pozostałe stwory i powiedziała, że jest androidem. Wyjaśniła także, że jej wygląd jest zasługą zewnętrznych procesorów graficznych i pokazała kilka innych swoich oblicz.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Obsydianowa plaża


Znalazłem przejście między garażami, kilka kilometrów od domu. Dokonałem też dziwnego odkrycia. W głąb lądu wdarło się morze i wąskim kanałem połączyło się z jeziorem w dolinie. Nie byłoby to aż tak bardzo dziwne, gdyby nie to, że morski brzeg powinien być oddalony od tego miejsca o ponad sto kilkadziesiąt kilometrów. Plaża cała była czarna. 
Widziałem też kikuty spalonych budynków wystające z ziemi i straszące swą zwęgloną czernią. Podchodząc bliżej dostrzegłem, że to co uważałem wcześniej za ciemną ziemię, było w rzeczywistości czarnym, ostrym szkliwem. Szedłem boso i pokaleczyłem sobie stopy. Co jakiś czas przechodziłem obok otworów w ziemi, które zostały przykryte zbrojonymi, trochę
 nadkruszonymi, betonowymi płytami. Tuż przy wodzie leżała Ona. Chyba spała, ale była osmalona i mokra. Gdy do Niej podszedłem, okazało się, że jest gorąca. Rozglądając się dookoła zobaczyłem, że znajdujemy się w samym centrum krateru...

wtorek, 17 lipca 2012

Słodki sen


Dyrektor fabryki czekolady oprowadzał mnie po zakładzie. Przemierzaliśmy rozległe hale z wielkimi kadziami wypełnionymi płynną, brązową masą. Wielkie maszyny produkowały batony, pralinki i cukierki. Były ich setki o różnych kolorach i smakach. Przejeżdżały na taśmach transmisyjnych przez słodkie wodospady czekolady. 
Samej czekolady były dziesiątki odmian, zaczynając od białej, przez mleczną, gorzką, a kończąc na  przeróżnych kombinacjach tychże. Dyrektor zachęcał mnie do degustacji i prosił o wyrażenie opinii na temat ich smaku. Szczególnie zasmakowały mi praliny w delikatnej, białej i kruchej czekoladzie. 
Wyszliśmy na wewnętrzny dziedziniec. Charakterystycznym elementem był wysoki komin zbudowany z ciemnożółtej cegły o kilkunastometrowej średnicy. Nagle usłyszałem alarm i wszyscy pracownicy zaczęli wbiegać na komin po krętych metalowych schodach, wijących się wokół niego. Wbiegłem za nimi, trzymając się mocno poręczy. Z góry widziałem meandrującą i dziką rzekę przepływającą tuż obok fabryki. 
Z innej strony dostrzegłem domki jednorodzinne, a niedaleko także swój dom. Alarm w końcu ucichł, więc zeszliśmy i kontynuowałem zwiedzanie fabryki łakoci. Ekipa sprzątająca kończyła sprzątać dziedziniec z fali słodkiej czekolady, która go wcześniej zalała...

niedziela, 8 lipca 2012

Orbitalna wycieczka i odroczenie końca świata…


Słońce chyliło się ku zachodowi oświetlając obce mi budynki pomarańczowym światłem. Cienie wysokich, zbudowanych na planie kwadratu bloków i kamienic, niepokojąco się wydłużały. Nie byłem w stanie rozpoznać miasta, ale dostrzegłem znajomą, brodatą twarz. Razem z kolegą skierowaliśmy swe kroki w kierunku najdziwniejszego z budynków. Miał kopulasty kształt i zbudowany był z solidnej stali o czerwonej barwie. Po naciśnięciu przycisku, z sykiem rozsunęły się solidne drzwi. 
Była to winda, którą zjechaliśmy w dół. Po ponownym rozwarciu się drzwi, ukazała się nam przestronna, okrągła sala, w której odbywała się właśnie impreza w stylu lat osiemdziesiątych. Z głośników dobiegała muzyka Depeche Mode. Kolega natychmiast zintegrował się z roztańczonym tłumem. Ja natomiast dostrzegłem kilka futurystycznych biurek na środku pomieszczenia. Zbliżając się dostrzegłem na nim liczne przyciski, joysticki i pokrętła. 
Był także spory ekran na którym poruszały się
symboliczne wizerunki latających spodków. Wszyscy myśleli, że to jakaś gra komputerowa. 
Na sprawiającym wrażenie bardzo komfortowego fotelu, leżał hełm. Włożyłem go na głowę i wygodnie zasiadłem przy konsolecie. Nagle wszystko jakby ożyło. Rozświetliły się przyciski, zapaliły światła, a całe pomieszczenie uniosło się o kilka metrów do góry niczym winda. Na  półprzezroczystym wizjerze w hełmie pojawiły się różne symbole, parametry, a przy prawym skraju mojego pola widzenia dostrzegłem schematyczny rysunek robota. 
Nastąpiło zbliżenie na jego głowę. Schematyczny, okrągły, podświetlony na czerwono dysk zacumował w miejscu, gdzie u człowieka znajdowałby się mózg. Przed sobą dostrzegłem dwa wielkie okna rozstawione niczym oczy. Za grubym szkłem dostrzegłem jedynie warstwy ziemi. Wszyscy imprezowicze usiedli na podłodze w niemym oczekiwaniu. Całą konstrukcje przeszył potężny wstrząs. Miałem wrażenie, że piasek za panoramicznymi bulajami zaczyna się przesuwać, ale symboliczne informacje na wyświetlaczu wskazywały, że to my się wznosimy. 
Po chwili przebiliśmy się przez ziemię. Przez chmurę gleby dostrzegłem zarysy miasta, które szybko zaczynało maleć. Horyzont zaczął się zaokrąglać. Wlecieliśmy w chmury, a następnie niebo pociemniało. Ukazał nam się bezkresny kosmos, a ziemia się oddalała. Weszliśmy na jej orbitę. Po chwili zbliżyły się do nas trzy, srebrzyście lśniące, latające spodki. W jakiś sposób udało mi się wyczuć płynące od nich emocje. Był to paniczny strach i niepewność. Jeden z nich wystrzelił rakietę w naszym kierunku. Pomyślałem o zniszczeniu jej i z naszego pojazdu wystrzeliła jasna wiązka energii, która ją zniszczyła. 
Kolejną reakcją obcych pojazdów było wysunięcie się działek. Nie chciałem niszczyć tych spodków. Nie czułem do nich wrogości. Wiązką energii udało mi się uszkodzić ich broń. Wycofali się pozostawiając za sobą jedynie świetlistą smugę zjonizowanego gazu w skrajnej warstwie ziemskiej atmosfery. Postanowiłem wylądować. Przeprowadziłem nasz pojazd przez atmosferę i bardzo niezdarnie zbliżyłem się do powierzchni Ziemi, karczując sporą połać gwatemalskiej dżungli. 
Wysiadłem i dopiero wtedy zobaczyłem wielkie, metalowe cielsko przypominające robota. Miał humanoidalny kształt, był czerwony i ciągle jeszcze rozgrzany po przejściu przez atmosferę. W oddali zobaczyłem wzgórze wznoszące się ponad linię drzew. Po przedarciu się przez dżunglę, dotarłem do niego. Patrząc na nie z bliska zobaczyłem kamienną piramidę pokrytą zielonym mchem. Udało mi się odnaleźć wejście. Wszystkie kosztowności dawno zostały zrabowane. 
Pozostały natomiast liczne piktogramy na ścianach. Co dziwne potrafiłem je odczytać. Były to liczne przepowiednie. Nie pamiętam ich treści, ale część z nich była datowana nawet na siódme tysiąclecie.


poniedziałek, 2 lipca 2012

Sztuka spadania…


Udałem się na spacer z rodzicami i z kolegą oraz jego rodzicami. Byliśmy młodzi, w wieku około dziewięciu lat. Schodziliśmy stromą ulicą, a na samym dole zatrzymaliśmy się przy szarej kamienicy. Miało być tam jakieś ciekawe wydarzenie. Chyba jakieś pokazy grup artystycznych i wystawy. Wsiadłem do małej i ciasnej kabiny windy. Wjechałem nią na drugie piętro. Sama winda była nietypowa. Przypominała drewnianą skrzynię i była wciągana za pomocą liny przez dwóch chłopaków. Wysiadłem i rozejrzałem się po pomieszczeniach. 
Nagle podłoga pode mną zaczęła trzeszczeć niepokojąco. Usłyszałem odgłos pękania. Szybko podbiegłem do narożnika pokoju w nadziei, że będzie to najstabilniejsze miejsce w pomieszczeniu. Niestety nie było. Pajęczyna pęknięć błyskawicznie pokryła podłogę i po chwili całkowicie się rozpadła. Spadałem długo, uderzyłem w podłogę na niższym piętrze, przebiłem ją i spadałem dalej, bez końca...


...Siedziałem w mieszkaniu kuzynów ze śląska. Dostrzegłem także córkę znajomych rodziców, która w śnie występowała w roli kuzynki. Grała w jakąś grę na komputerze. Chyba był to snowboard i szło jej rewelacyjnie. Jak skończyła, spojrzała na mnie i powiedziała, żebym wziął parasol i skierowała znacząco wzrok na ścianę. Na specjalnie przygotowanym uchwycie spoczywał kolorowy, ale w ciemnych odcieniach, parasol. Podniosłem go, a ona powiedziała, że należał do jej koleżanki. Ponoć właśnie zamierzała się wyprowadzić i szukała kogoś, kto zająłby jej pokój. 
Mieszkała w budynku PCK. Odpowiedziałem, że to rozważę. Po chwili przyszli kuzyni. Byli na występie jakiegoś kabaretu, ale stwierdzili, że był do bani. Wyszliśmy z domu i wsiedliśmy na statek. Rzeka wylała i miała głęboki rdzawy kolor.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Zagubione sny, zagubiona nadzieja...




Znowu noc,
bezgwiezdna noc...
I księżyc znika!
Pogardza mną...
W ciemności tylko trwam,
nadziei nie ma w niej,
A cisza krzykiem swym 
bezbronny dręczy cień...

czwartek, 21 czerwca 2012

Królowa bez twarzy


Wyruszyłem na wycieczkę do niewielkiej, ale malowniczej mieściny. Domki wyglądały na zabytkowe, ale były w dobrym stanie. Wszedłem do sklepu. Odbywała się tam promocja na bilety autobusowe. Każdy klient dostawał po pięć sztuk owiniętych banderolą, za darmo. Brało się je z dużego wiklinowego kosza. Podchodząc zauważyłem, że siedzi w nim Michał Koterski i podaje po pakiecie z charakterystycznym dla siebie, nieco głupkowatym uśmiechem. 
Wziąłem podany przez niego pakiet i wyszedłem. Udałem się za miasto. Rozciągały się tam przepiękne zielone wzgórza przyprószone wrzosowiskami, jak w Irlandii. Gdy wspiąłem się na jedno z wyższych wzniesień, spostrzegłem zbliżającą się do mnie kolejkę linową. Wagonik się zatrzymał, więc do niego wszedłem. Podróż odbywała się od wzgórza do wzgórza. Ostatecznie wagon zmierzał w kierunku masywnego zamku. 
Podobno mieszkała tam jakaś przerażająca królowa bez twarzy. Wyskoczyłem z kolejki tuż za murami zamku. Miałem wrażenie, że nie powinienem tam być. Ukrywałem się więc, dyskretnie przemierzając kolejne komnaty zamku. Jedna z nich zwróciła moją uwagę. Były tam dziesiątki kobiecych twarzy umieszczonych na stojakach oraz równie dużo peruk. 
Twarze wyglądały na prawdziwe jakby zostały wycięte z ludzkich głów. Usłyszałem odgłos zbliżających się kroków. Szybko skryłem się za jedną z szaf. Po chwili do pokoju wkroczyła kobieca postać w płaszczu z kapturem, który całkowicie zasłaniał jej twarz. Stanęła przy jednym z regałów, odwrócona do mnie plecami. Sięgnęła po jedną z twarzy i założyła ją niczym maskę. Obróciła się. 
Dostrzegłem napiętą twarz młodej, bladej kobiety. Dopasowała sobie ją dokładnie i sięgnęła po czarną perukę. Wymknąłem się gdy była zajęta dobieraniem najodpowiedniejszej peruki. Usłyszałem płacz dziecka. Pobiegłem w tamtym kierunku i dotarłem do lochu. Niemowlę było zamknięte w klatce wiszącej na grubym łańcuchu. Uwolniłem je i uspokoiłem. Jakoś udało mi się niepostrzeżenie opuścić zamek. Wiedziałem, że to jest ważne dziecko i muszę je chronić. 
Biegłem w stronę wieżowca. Gdy byłem już kilkadziesiąt metrów od niego, postanowiłem się zatrzymać przy kępie krzaków i rozejrzeć, czy jest bezpiecznie. 
Nagle w wieżowcu pojawił się gęsty jasnoszary dym, a może to był pył. Wydawał się być niemal żywy. Widziałem jak wypełnia cały budynek. Piętro po piętrze, od parteru, aż po dach. W chwili gdy dotarł na sam szczyt budynku nastąpiła wielka eksplozja, równocześnie wybijając wszystkie okna i spowijając cały budynek jasnym pomarańczowobiałym płomieniem. Byłem przerażony. Wiedziałem, że w środku była moja rodzina.

czwartek, 14 czerwca 2012

Senna pustynia...


Od dłuższego czasu nie pamiętam swoich snów. Właściwie od prawie trzech tygodni. Nie wiem czym to jest spowodowane. Może to i lepiej, bo moje sny stawały się coraz dziwniejsze. Nie mając możliwości opisywania "onirycznych podróży", może napiszę trochę o tym co się u mnie dzieje. Prawie dwa tygodnie temu, spędziłem weekend na Ursynaliach w Warszawie. W końcu zobaczyłem na żywo mój ulubiony zespół, czyli Nightwish'a. 

Szkoda tylko, że ludzie zachowywali się jak bydło i zamiast skupić się całkowicie na chłonięciu muzyki, musiałem niemal walczyć o przetrwanie. Żal mi było młodych dziewczyn, które były niemal miażdżone przez tłum. Poza tym co chwilę przepływało mi nad głową jakieś tłuste i obleśne cielsko. Moim odkryciem na tym festiwalu był Jelonek. Miał świetny kontakt z publiką. Polecam. Bardzo dobrze wypadł też Limp Bizkit. Podróż powrotna pociągiem okazała się dla mnie dość bolesna. Gdy wsiadałem do pociągu, mając obie ręce zajęte niesieniem bagażów, zatoczył się już trochę podchmielony jegomość przede mną i mnie potrącił. 
Spadłem na metalowe stopnie od wagonu, a gdybym się w ostatniej chwili nie zaparł, to pewnie wpadłbym między peron, a pociąg. Jakoś się spiąłem i wysiłkiem woli wpełzłem do pociągu. W podróży starałem się jakoś ignorować ból, ale w domu okazało się, że moje nogi były dość mocno zakrwawione. Na szczęście poza bolesnym obtłuczeniem nic gorszego się nie stało. Poza tym przeciąga się remont balkonu, a całe mieszkanie pokrywa biały, drobny, ceramiczny pył od cięcia kafelków. Przypomina to trochę scenerię po wybuchu wulkanu. A z bardziej pozytywnych rzeczy. 
Wczoraj zobaczyłem film z USG mojej siostry. Prawdopodobnie będę miał siostrzenicę, choć to nie jest jeszcze pewne. Maleństwu chyba się nie podobało to podglądanie, bo zakrywało drobnymi rączkami twarz. Potem się jeszcze spotkałem ze znajomymi, których już prawie od roku nie widziałem. Ich trzyletni syn nadal nic nie mówi poza "mhhm" lub "Yyy Yyy". Cały czas jest niesamowitym urwisem niczym mały przenośny Armagedon. Wracając wczoraj wieczorem do domu nie musiałem oglądać meczu, by wiedzieć co się dzieje. Najpierw słyszałem  gwizdy i różne inne epitety wyrażające dezaprobatę, a po jakimś czasie z dziesiątków mieszkań wydobyły się okrzyki radości. 
Docierając do domu już się domyślałem remisowego wyniku meczu Polska-Rosja. Nie jestem kibicem. Piłka nożna mnie nie interesuje, ale ciekawie jest obserwować jak niemal cały kraj "oszalał". Dziś natomiast spędziłem pierwszy dzień w nowej pracy. Zdziwiłem się, że zostałem zaproszony do budynku, który przyśnił mi się kilka miesięcy temu (Ponaddźwiękowy tramwaj i monstrualny czołg). Nie wiem co z tego wyniknie. Szef jest bardzo zadowolony z tego co robię, dużo obiecuje, ale jakoś mu nie ufam. Ciągle krytykuje innych pracowników, gdy tylko nie ma ich w pobliżu. Przyszłość wszystko zweryfikuje...
A jeszcze na koniec zmieniając temat. Ostatnio wkręcił mi się ten utwór Janusza Radka, który jest muzyczną interpretacją wiersza Haliny Poświatowskiej o tym samym tytule.

środa, 30 maja 2012

Sopor Aeternus


Wraz z kilkudziesięcioma innymi ludźmi siedziałem w niewielkiej sali. Panował półmrok, a oświetlona była jedynie  scena w rogu. Na podeście stała Anna Varney. Śpiewała na swym kameralnym koncercie. Zeszła ze sceny i przechodząc między krzesłami na widowni, podeszła do mnie. Wyciągnęła do mnie dłoń, więc ją chwyciłem i wstałem. Zaprowadziła mnie na scenę i zaczęliśmy tańczyć. Poczułem się wyróżniony. Niespodziewanie spróbowała mnie pocałować. 
Odepchnąłem ją lekko i wybiegłem z sali, a ona kontynuowała koncert. Chyba się jej przestraszyłem.  Drzwi zamknęły się za mną, a ja znalazłem się na korytarzu. Widziałem sporo znajomych z liceum, ze studiów oraz poznanych jeszcze później. Nagle drzwi od sali koncertowej znowu się otworzyły i ku memu zaskoczeniu zobaczyłem tam Ją. Okazało się, że też była na koncercie. Powoli do mnie podeszła. Objęła mnie, spojrzała w oczy i zaczęła całować. Długo i namiętnie... 
Znalazłem się w namiocie. Wyszedłem na zewnątrz i odkryłem, że byłem w lesie, a nieopodal znajdowało się jezioro. Była noc i padał intensywny deszcz. Wróciłem więc do namiotu. Tym razem dostrzegłem tam Ją. Siedziała z podkurczonymi nogami. Powiedziała, że zamierza się przeprowadzić. Podała nawet adres. Nazwa ulicy zaczynała się na "P" i była dość długa, a numer mieszkania to 2310... Znalazłem się w mieście. Miałem złe przeczucia. Natknąłem się na patrol policji. Zapytałem się ich, czy mogliby mi pomóc odnaleźć adres, który mi podała. 
Zaczęli mnie wypytywać, co wydało mi się podejrzane. Miałem wrażenie, że już tam byli. Nie wiem dlaczego, ale podałem im fałszywe imię i nazwisko. Chyba przedstawiłem się jako Marek. Ruszyłem w drogę według ich wskazówek, a mimo to błądziłem. Przeszedłem obok placu zabaw, na którego środku znajdował się mały staw rybny. Pływały tam niewielkie pomarańczowe i złote ryby. W końcu dotarłem do bardzo długiego, szarego i wysokiego wieżowca. 
Klatka schodowa obudowana była rusztowaniem, więc trzeba się było mocno schylić, by do niej wejść. Będąc już wewnątrz budynku znów musiałem trochę pobłądzić zanim odnalazłem windę. Sama winda także była osobliwa. Jej długość i szerokość były na tyle duże, że bez trudu można by tam wjechać autobusem. Nie miała drzwi, ani żadnych innych zabezpieczeń. Wznosiła się bardzo wolno, a mijane piętra były bardzo wysokie. Jakieś trzy razy wyższe niż zazwyczaj bywają w blokach. Wysiadłem na trzecim lub czwartym piętrze. 
Odnalazłem mieszkanie z właściwym numerem i zapukałem. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyłem tam Ją. Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Odkryłem, że mam dla Niej jakiś prezent. Była to szklana kula. Wewnątrz niej znajdowała się jakaś ciecz. Z dna unosiły się cztery kolumny z drobnych pęcherzyków powietrza. Każda z nich była podświetlona światłem o innej barwie, a odcienie się zmieniały. 
Między nimi pływał miniaturowy delfin. W chwili, gdy oboje ją dotknęliśmy przenieśliśmy się do jakiejś alternatywnej rzeczywistości lub gry. Niewiele z tego pamiętam, ale było tam dziwnie i opuściliśmy ją. W drzwiach do pokoju dostrzegłem Jej współlokatora. Zachowywał się dość agresywnie. Wyciągnął nóż i ruszył w Jej stronę. 
Zagrodziłem mu drogę i zostałem dźgnięty w brzuch. W tym samym momencie drzwi do mieszkania wyważyła policja. Obudziłem się...

Jest to sen z nocy 25/26.05.2012

niedziela, 20 maja 2012

Sowa, dziadek i wosk…


Odwiedziłem swoją babcię. Jej mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej niż pamiętałem. Pojawiło się wielkie i masywne łoże z drewna wiśniowego, z licznymi i misternie wykonanymi płaskorzeźbami. Pojawiła się także równie masywna i podobnie zdobiona szafa. Na biurku w przedpokoju stała figurka sowy o wysokości około 40 centymetrów. Wykonano ją bardzo starannie z jasnego drewna. Artysta, który ją wykonał, odwzorował nawet fakturę piór. 
Po chwili babcia przyniosła kolejną figurkę o podobnej wysokości. Przypominała trochę matrioszkę i była pomalowana w jaskrawe kolory. Twarz miała wklęsłą, a w oczodołach znajdowały się miejsca na świeczki. Skorzystałem też z gościnności babci i poszedłem się wykąpać. Wszedłem do wanny i odkręciłem kurek. Wanna wypełniła się wodą, aż po same brzegi i to w ułamku sekundy. Ledwo zdążyłem
 zakręcić kurek. Każdy, nawet najdrobniejszy ruch powodował przelanie się wody. Postanowiłem więc wyjąć korek i trochę jej wypuścić. Gdy tylko go uchyliłem w wannie pozostała już tylko połowa wody. Dokonałem też ciekawej obserwacji. Na ściankach wanny pojawiły się woskowe zacieki, których nie było wcześniej. Szybko skończyłem kąpiel i po wytarciu się opuściłem łazienkę. Natknąłem się na dziadka. 
(Nie żyje już od kilku dobrych lat). Był milczący, a wyraz jego twarzy był całkowicie neutralny. Przeszedł obok mnie i udał się do "dużego pokoju". Ja natomiast poszedłem do kuchni. Spojrzałem przez okno i dostrzegłem po lewej stronie jarmark. Kupcy rozstawili swoje stoiska i namioty na parkingu. Sprzedawali owoce, warzywa i jakieś gotowe potrawy.
Natomiast po prawej stronie parking został pokryty morzem czerwonych zniczy. 
Były ich dosłownie tysiące.

Byłem dziś na wycieczce z rodziną. Jak wracaliśmy babcia zaproponowała, żebyśmy pojechali na cmentarz. Choć tego zupełnie nie planowałem zapaliłem znicz na grobie dziadka.