Na trawiastym pasie startowym stał samolot. Był to czerwony dwupłatowiec z wielkim śmigłem z przodu. Podszedłem do niego i zająłem jedyne wolne miejsce z tyłu. Z przodu siedziała już moja przyjaciółka P. ubrana na zielono z czerwonymi elementami. Ktoś krzyknął kontakt i mocno zakręcił śmigłem. Uruchomiłem silnik, który zaczął bardzo głośno terkotać w charakterystyczny sposób. Powoli ruszyliśmy i miarowo nabieraliśmy prędkości. W
pewnym momencie oderwaliśmy się od ziemi i poszybowaliśmy wysoko w kierunku nieba, Długie czerwone włosy P. powiewały od pędu powietrza i smagały moją twarz. Coś krzyczała uśmiechając się, ale silnik i wiatr wszystko skutecznie zagłuszały. Pod nami przemykały pola, lasy, rzeki i jeziora. Gdy słońce
zaczęło zbliżać się do horyzontu, a niebo przybrało pomarańczowo- różowawe odcienie, wylądowaliśmy. Poszliśmy na spacer i doszliśmy do centrum miasta. Zbliżyliśmy się do przejścia dla pieszych przez tory tramwajowe i ulicę. P. jak to ma w zwyczaju, ani myślała o zatrzymaniu się, pomimo czerwonego światła dla pieszych. Złapałem ją za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Tuż przed P. z dużą prędkością śmignął tramwaj. Zarówno ja jak i P. byliśmy
przerażeni. Przytuliła się do mnie mocno i rozdygotanym głosem wycedziła cicho „dziękuję…”, a po chwili odsunęła się odrobinę. Spojrzała mi w oczy i tym razem pewniej i spokojniej powiedziała: „Kocham Cię” po czym namiętnie mnie pocałowała… Obudziłem się zaskoczony tym wyznaniem…
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Las. Pokaż wszystkie posty
piątek, 20 czerwca 2014
niedziela, 3 lutego 2013
Konie w galopie
Stary, zdezelowany samochód toczył się ostrożnie po
wyboistej polnej drodze. Każdemu wybojowi towarzyszył nieprzyjemny jęk
karoserii. Droga stawała się coraz bardziej błotnista, a polny krajobraz
zmienił się na leśny. Prowadziłem teraz jeszcze bardziej ostrożnie, a przy
rozwidleniu zatrzymałem się.
Prawa odnoga prowadziła w dół i niknęła w
niezwykle gęstym i mrocznym lesie. Lewa wiła się wzdłuż polany, tuż przy
krawędzi zagajnika. W oddali skręcała w stronę dziwnego obozowiska. Widziałem
ścianę ze śnieżnobiałego płótna, wysoką na kilka metrów i tworzącą niemal pełny krąg o średnicy może ze
dwustu metrów.
Ruszyłem w kierunku tej zagadkowej konstrukcji. Wysiadłem z auta
i zobaczyłem, że jechałem chyba bardzo starym Volkswagenem Golfem koloru
białego, w licznych miejscach nadgryzionym przez rdzę. Przekroczyłem granicę
płóciennego kręgu. Było tam kilkadziesiąt koni wraz z opiekunami, którzy
poddawali je zabiegom pielęgnacyjnym. Czesali sierść, masowali mięśnie i
oczyszczali kopyta. Jeden samotny koń powoli podszedł do mnie.
Miał piękną,
lśniącą sierść. W zależności od tego jak się ustawił względem słońca, barwa
zmieniała się od bardzo ciemnego brązu do czerni. Spojrzał na mnie swoimi
mądrymi oczyma i poczułem pewną nienamacalną więź. Wyczułem, że chce bym na
niego wsiadł. Inni ludzie również dosiedli konie i wszyscy ustawili się przy
wyjściu. Znaleźliśmy się na samym końcu zgrupowania.
W pewnym momencie tętent
kopyt wzruszył ziemię i rozpoczął się wyścig. Powoli przekroczyliśmy umowną
linię startu i po chwili przeszliśmy w galop. Czułem omiatający nas wiatr i
niemal jedność ze zwierzęciem. W ciągu kilku chwil minęliśmy wszystkich
zawodników i objęliśmy prowadzenie. Nagle koń się potknął o rozciągniętą w
poprzek drogi żyłkę i upadliśmy.
Pozostałe konie przeskakiwały nad nami, a gdy
wszyscy nas minęli dostrzegłem, że przednia noga mego końskiego towarzysza
obficie krwawi. Mimo obrażeń i z moją drobną pomocą zdołał się podnieść, a rana
okazała się mniej poważna niż się wydawało w pierwszej chwili. Zaczęła się goić
i w końcu zanikła, a ja poczułem ulgę.
wtorek, 4 grudnia 2012
Gorączkowe sny
Dawno nic nie pisałem. Przez osiem dni męczyłem się z ponad
czterdziestostopniową gorączką, a temperaturę udawało mi się nieco zbić
najwyżej na kilka godzin. Nie chorowałem poważniej od kilkunastu lat i już
niemal zapomniałem, że podczas wysokiej gorączki nawiedzał mnie zawsze ten sam
sen. Tak było i tym razem. Uciekam, a za mną toczy się ogromna kamienna kula.
Nie mogę jej zgubić. Nie ważne jak skręcę i gdzie wejdę, ciągle jest tuż za
mną. Kula przypomina tą z filmu z Indianą Jonesem. Budzę się zlany potem, a jak
znowu zasypiam, to sen się powtarza.
Pojawił się też inny sen. Uciekam w nim
przez ciemny i dziwny las. Zamiast drzew są wysokie kolumny z niechlujnie
poukładanych na sobie książek. Są oplecione lianami i pokryte mchem. Lawirując
między nimi wpadam w końcu w bagno ze szmat. Plączę się w kawałkach materiału i
coraz głębiej zapadam. Jak nie spałem, gorączka powodowała halucynacje.
Wydawało mi się, że gdzieś w pokoju czyha na mnie jakiś Azjata, który chce mnie
skrzywdzić. Czułem się osaczony i bezbronny.
Mimo iż go nie widziałem, to
wyczuwałem obecność i bardzo mnie to przerażało. Wydawało mi się też, że kwiat,
którego zarys widziałem, powiększa się i wypełnia przestrzeń.
Został mi przepisany antybiotyk o nazwie Duomox. Odradzam go
każdemu i jeśli jakiś lekarz komuś go przepisze, lepiej zażądać innego. Dla
mnie okazał się całkowicie nieskuteczny. Pojawiły się powikłania. Najpierw
zapalenie gardła, a potem płuc. Wylądowałem w końcu w szpitalu z ostrą
niewydolnością oddechową i spędziłem tam kilka dni.
Przez cały pobyt nie udało
mi zasnąć ani na chwilę. Od kilku dni znowu jestem w domu i powoli dochodzę do
siebie, choć nadal "nie mam głosu". Czuję się bardzo wycieńczony i osłabiony, a
nieco większy wysiłek jak chociażby umycie kilku talerzy i kubków powoduje lekką
zadyszkę. Na szczęście gorączka ustąpiła już całkowicie, a nowy antybiotyk
przepisany w szpitalu zdaje się działać bardzo dobrze.
niedziela, 4 listopada 2012
Mój ślub
Przedzierałem się przez ciemny las, co chwilę odsuwając
dłonią pojawiające się na mej drodze gałęzie. W oddali ledwo dostrzegałem
słabe, pomarańczowe światło, migoczące niczym latarnia na morzu nocnej
ciemności. Wyłaniając się zza linii drzew zobaczyłem niewielki drewniany domek
stojący w płomieniach. Nagle zerwał się bardzo silny wiatr, a właściwie
pojedynczy podmuch, który momentalnie zgasił pożar. Dom wyglądał na
nienaruszony. Odnalazłem drogę, która doprowadziła mnie do sklepu. W środku
spotkałem swoją ciotkę i kuzynkę. Stały przy czterech eliptycznych portalach, z
których emanowało delikatne pomarańczowe światło.
Ciotka uczyła moją kuzynkę
jak odczytywać symbole w nich się pojawiające. Kuzynka z wielką pieczołowitością
i powagą rozpracowywała właśnie ostatni. Oznaczał "prędkość światła".
Zaciekawiony podszedłem do niego. Zaczął się mocniej żarzyć. W chwili, gdy go
dotknąłem poczułem ciepło i przyspieszenie, a po ułamku sekundy byłem w
zupełnie innym miejscu. Leżałem w dużym łożu, przykryty jedwabną pościelą.
Odezwał się inteligentny budzik, który grzecznie mnie przywitał i poinformował,
że najwyższy czas już wstać.
![]() |
| Dodaj napis |
Wyglądał jak gałka oczna unosząca się wewnątrz
szklanego klosza. Zadziwiające, że wyrażała całą gamę emocji wyłącznie przez
rozszerzanie i zwężanie źrenicy oraz zmianę barwy. Przeprowadziłem z nim
ciekawą rozmowę. Dowiedziałem się, że jest godzina dziesiąta oraz jaka będzie
przewidywana pogoda. Najważniejszą jednak informacją było to, że o godzinie
szesnastej miałem wziąć ślub z Nią. Dopiero wtedy dostrzegłem garnitur wiszący
tuż obok łóżka. Był jasny, w stylu wiktoriańskim z różą wystającą z kieszeni.
Kolejnym odkryciem było to, że pomieszczenie w którym się znajdowałem, było na
jednym z najwyższych pięter drapacza chmur i z trzech stron było całkowicie
przeszklone.
Rozpościerający się z niego widok wprost zapierał dech w
piersiach. Z góry ledwo dostrzegłem Ją, ubraną w suknie również chyba w stylu
wiktoriańskim w kolorze écru i z
kilkumetrowym welonem. Wsiadała do auta. Przeszedłem się po pokoju i usiadłem
przy stoliku na którym znajdował się półmisek z dziwną nasadką na krawędzi.
Znajdował się tam żarnik jak w piecu elektrycznym, rozgrzany do czerwoności i
wentylator, rozprowadzający ciepłe powietrze w kierunku potrawy. Był to jakiś
krem z delikatnie skarmelizowaną skorupką na wierzchu.
Nie miałem jednak czasu
na delektowanie się tym deserem. Szybko się ubrałem i wyszedłem na zewnątrz.
Czekał tam mój przyjaciel, który przyjechał minivanem. W środku siedziała już
moja siostra i szwagier. Nagle wewnątrz auta zaczął padać deszcz tuż nad moją
siostrą. Wyjęła parasol, który wywinął się na lewą stronę i został zassany do
dachu auta. Siostra wzruszyła z dezaprobatą ramionami, a po chwili przestało
padać.
Przyjaciel zawiózł nas za miasto. Z oddali widziałem Ją jak stała na
niewielkim wzgórzu pod wielkim, rozłożystym dębem, nieopodal pięknego jeziora.
piątek, 27 lipca 2012
Atak zombich i mutantów
Byłem w eleganckim i futurystycznie wyglądającym klubie. W
detalach wystroju znajdowało się dużo szklanych i aluminiowych elementów.
Siedziałem przy stoliku z jakimś kolegą. Przyszedł mój szwagier i powiedział,
że ten kolega jest jego kuzynem. Przyprowadził ze sobą też ojca tego kolegi.
Okazało się, że jest artystą malarzem. Miał długie siwe włosy i brodę.
Przyniósł ze sobą nawet kilka obrazów.
Były to jakieś abstrakcje złożone z
intensywnie kolorowych linii, bardzo silnie ze sobą kontrastujących. Po chwili
do klubu przyszedł mój przyjaciel wraz z kilkoma koleżankami. Nagle padł pomysł
by nakręcić jakiś film. Wyszliśmy na zewnątrz w poszukiwaniu ciekawych miejsc,
które miały pełnić funkcję scenografii. Wsiedliśmy do dziwnego latającego
pojazdu i lecieliśmy nad rzeką. Minęliśmy ciekawe industrialne budynki z czerwonej
cegły, a następnie stary gotycki kościół. Wylądowaliśmy przy starym,
opuszczonym dworku zbudowanym w stylu secesyjnym.
Gdzieś daleko zobaczyliśmy
latający radiowóz policyjny, ale poleciał dalej. Zaczęliśmy zwiedzać dworek.
Wszystkie meble były pokryte grubą warstwą kurzu i pajęczynami. Usłyszeliśmy
coś na zewnątrz. Spojrzeliśmy przez okno i zobaczyliśmy zbliżające się hordy
zombich. Poruszały się wolno, co niektórzy gubili po drodze kończyny, a mimo to
brnęli dalej w naszą stronę. Zabarykadowaliśmy się. Koleżanka dała mi rewolwer.
Postanowiłem udać się na tyły budynku i wyjść na zewnątrz. Przebiegłem może z
kilometr i zostałem otoczony przez chłopów z widłami. Były wśród nich także
dzieci, chude i zaniedbane. Dostrzegłem spadającą bombę i krzyknąłem do chłopów,
żeby uciekali i się ukryli. Sam pobiegłem za kontener. Pobiegł za mną jakiś
chłopiec. Krzyknąłem by padł na ziemię i przykryłem go własnym ciałem.
Zobaczyłem w oddali wybuch. Był bardzo potężny. Ziemia się zatrzęsła.
Kolumna
jasnoszarego dymu wzbiła się w niebo, a następnie jakby wywinęła na zewnątrz,
tworząc coś na wzór grzyba. Tuż przy ziemi natomiast rozprzestrzeniał się
pierścień pyłu z zawrotną prędkością.
Zamknąłem oczy i przeczołgałem się dalej za kontener, tak by
jak najskuteczniej ukryć się przed falą uderzeniową. Nie był to wybuch
nuklearny, ale potężny ładunek konwencjonalny, inaczej bym oślepł w chwili
wybuchu. Otrzepałem się z pyłu, a ocalony chłopiec uciekł. Pobiegłem w stronę
lasu. Tam zaatakowały mnie mutanty, dziwnie zdeformowani ludzie, niektórzy z
cechami zwierzęcymi. Mieli improwizowaną broń.
Jakieś oszczepy z zardzewiałymi
metalowymi elementami przywiązanymi sznurkiem. Jeden miał nawet pistolet, tylko
wyglądał jakby był pochodzenia biologicznego. Strzelałem do nich z rewolweru.
Jakiś mutant który przypominał kruka sfrunął na mnie z drzewa. Już chciał wbić
we mnie swój okazały dziób, gdy uratowała mnie
jakaś skąpo ubrana kobieta.
Odstraszyła pozostałe stwory i powiedziała, że jest androidem. Wyjaśniła także,
że jej wygląd jest zasługą zewnętrznych procesorów graficznych i pokazała kilka
innych swoich oblicz.
środa, 30 maja 2012
Sopor Aeternus
Wraz z kilkudziesięcioma innymi ludźmi siedziałem w
niewielkiej sali. Panował półmrok, a oświetlona była jedynie scena w rogu. Na podeście stała Anna Varney.
Śpiewała na swym kameralnym koncercie. Zeszła ze sceny i przechodząc między
krzesłami na widowni, podeszła do mnie. Wyciągnęła do mnie dłoń, więc ją
chwyciłem i wstałem. Zaprowadziła mnie na scenę i zaczęliśmy tańczyć. Poczułem
się wyróżniony. Niespodziewanie spróbowała mnie pocałować.
Odepchnąłem ją lekko
i wybiegłem z sali, a ona kontynuowała koncert. Chyba się jej przestraszyłem. Drzwi zamknęły się za mną, a ja znalazłem się
na korytarzu. Widziałem sporo znajomych z liceum, ze studiów oraz poznanych
jeszcze później. Nagle drzwi od sali koncertowej znowu się otworzyły i ku memu
zaskoczeniu zobaczyłem tam Ją. Okazało się, że też była na koncercie. Powoli do
mnie podeszła. Objęła mnie, spojrzała w oczy i zaczęła całować. Długo i namiętnie...
Znalazłem się w namiocie. Wyszedłem na zewnątrz i odkryłem, że
byłem w lesie, a nieopodal znajdowało się jezioro. Była noc i padał intensywny
deszcz. Wróciłem więc do namiotu. Tym razem dostrzegłem tam Ją. Siedziała z
podkurczonymi nogami. Powiedziała, że zamierza się przeprowadzić. Podała nawet
adres. Nazwa ulicy zaczynała się na "P" i była dość długa, a numer
mieszkania to 2310... Znalazłem się w mieście. Miałem złe przeczucia. Natknąłem
się na patrol policji. Zapytałem się ich, czy mogliby mi pomóc odnaleźć adres,
który mi podała.
Zaczęli mnie wypytywać, co wydało mi się podejrzane. Miałem
wrażenie, że już tam byli. Nie wiem dlaczego, ale podałem im fałszywe imię i
nazwisko. Chyba przedstawiłem się jako Marek. Ruszyłem w drogę według ich
wskazówek, a mimo to błądziłem. Przeszedłem obok placu zabaw, na którego środku
znajdował się mały staw rybny. Pływały tam niewielkie pomarańczowe i złote
ryby. W końcu dotarłem do bardzo długiego, szarego i wysokiego wieżowca.
Klatka
schodowa obudowana była rusztowaniem, więc trzeba się było mocno schylić, by do
niej wejść. Będąc już wewnątrz budynku znów musiałem trochę pobłądzić zanim
odnalazłem windę. Sama winda także była osobliwa. Jej długość i szerokość były
na tyle duże, że bez trudu można by tam wjechać autobusem. Nie miała drzwi, ani
żadnych innych zabezpieczeń. Wznosiła się bardzo wolno, a mijane piętra były
bardzo wysokie. Jakieś trzy razy wyższe niż zazwyczaj bywają w blokach.
Wysiadłem na trzecim lub czwartym piętrze.
Odnalazłem mieszkanie z właściwym
numerem i zapukałem. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyłem tam Ją.
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Odkryłem, że mam dla Niej jakiś prezent.
Była to szklana kula. Wewnątrz niej znajdowała się jakaś ciecz. Z dna unosiły
się cztery kolumny z drobnych pęcherzyków powietrza. Każda z nich była
podświetlona światłem o innej barwie, a odcienie się zmieniały.
Między nimi
pływał miniaturowy delfin. W chwili, gdy oboje ją dotknęliśmy przenieśliśmy się
do jakiejś alternatywnej rzeczywistości lub gry. Niewiele z tego pamiętam, ale
było tam dziwnie i opuściliśmy ją. W drzwiach do pokoju dostrzegłem Jej
współlokatora. Zachowywał się dość agresywnie. Wyciągnął nóż i ruszył w Jej
stronę.
Zagrodziłem mu drogę i zostałem dźgnięty w brzuch. W tym samym momencie
drzwi do mieszkania wyważyła policja. Obudziłem się...
Jest to sen z nocy 25/26.05.2012
Etykiety:
Anna Varney,
Delfin,
Deszcz,
Dream,
Jezioro,
Koncert,
Las,
Miasto,
Namiot,
Noc,
Sen,
Sopor Aeternus,
Szklana Kula,
Szkoła,
Sztylet,
Światło,
Wieżowiec,
Winda
piątek, 23 marca 2012
Kociaki i kuny
Spoglądałem przez otwarte okno w moim pokoju. Widok był
nieco odmienny od rzeczywistego. Rozciągała się za nim piękna łąka, a na skraju
horyzontu znajdował się las. Nagle na parapet wdrapała się kuna i próbowała
wejść do mieszkania.
Zepchnąłem ją. Po chwili pojawiło się kolejnych
kilkanaście kun. Za wszelką cenę próbowały wedrzeć się do środka. Wśród nich
znalazła się jedna bardzo młoda. Postanowiłem ją przepuścić i zobaczyć co się
stanie. Dopiero teraz zobaczyłem, że pod biurkiem siedzą skulone, dwa małe,
puszyste kociaki. Jeden był śnieżnobiały, a drugi czarny z kilkoma małymi,
białymi łatkami. Kuna powoli zbliżała się w ich kierunku.
Szykowała już się do
bezwzględnego ataku, ale w ostatniej chwili udało mi się ją powstrzymać. Wyrzuciłem
ją przez okno. Wylądowała na miękkiej trawie i szybko uciekła. Znalazłem się na
basenie i przepłynąłem kilka długości. Po opuszczeniu pływalni znalazłem się na
skalistej ścieżce. Idąc przed siebie dotarłem do rozległego wąwozu. Z jego dna
mogłem podziwiać majestatycznie wznoszące się, piękne i niemal pionowe, czerwone
skały.
Następnie droga poprowadziła mnie przez dom kolegi. Odbywała się tam
jakaś impreza urodzinowa. Złożyłem
Spotkałem tam też moją byłą dziewczynę, z którą rozstałem się wiele lat temu. Chciała ze mną porozmawiać,
więc poszliśmy do niej. Mieszkała ze współlokatorami. Nagle przyszli chyba jej
rodzice z dzieckiem i poprosili o opiekę.
niedziela, 15 stycznia 2012
Duchem być…
Jechałem razem z rodziną na wycieczkę samochodem. Prowadził
ojciec. Mijaliśmy pola i lasy. Nagle ojciec stwierdził, że pojedziemy skrótem.
Prowadził wąską piaszczystą dróżką przez las, a potem przez pomost. Ludzie
uskakiwali przed autem do wody. Potem była stroma rampa. Za pierwszym razem nie
daliśmy rady podjechać i grawitacja cofnęła nas na sam dół.
Zaproponowałem, by
spróbować na pierwszym biegu i jakoś podjechaliśmy, i zaparkowaliśmy na
drewnianej platformie. Był tam urządzony letni ogródek z parasolkami. Zamówiłem
lody waniliowe z bitą śmietaną i karmelem. Znalazłem się w domu. Zadzwonił
dzwonek, więc wstałem z kanapy i otworzyłem drzwi. Zobaczyłem Ją. Przyjechała
do mnie z niespodziewaną wizytą. Bardzo miła niespodzianka. Usiedliśmy obok
siebie na dywanie.
Wyjęła swoją komórkę. Była duża i miała dwa ekrany, na całej
swej powierzchni po jednym z każdej strony. Pokazała mi zdjęcia z jakiegoś
wyjazdu. Był tam przepiękny ogród na dziedzińcu jakiegoś pałacu, wąskie
brukowane uliczki oświetlone światłem latarń, jakieś ruiny oświetlone światłem
zachodzącego słońca i morze. Zauważyłem, że robi się zmęczona i oczy Jej się
same zamykają. Wziąłem Ją na ręce.
Objęła mnie i przytuliła. Spojrzała mi prosto w oczy i pięknie uśmiechnęła, a po
chwili zasnęła. Powiedziałem Jej, że bardzo Ją kocham, ale chyba już tego nie
usłyszała, zanurzyła się w świecie snów. Położyłem Ją delikatnie na kanapie i
przykryłem kocem...
...pojawiłem się na stacji kosmicznej. Jakiś teleskop kosmiczny
miał awarię i schodził z orbity. Gdyby wszedł w atmosferę, jakieś toksyczne
substancje dostałyby się do środowiska i doprowadziły do katastrofy
ekologicznej. Do stacji był zadokowany statek, który miał go naprawić. Problem
w tym, że nie miał dość paliwa, by go dogonić. O całej sytuacji wiedziałem
tylko ja i kobieta, która była dowódcą misji. Wszystko było tajne i reszta
załogi nie mogła się o tym dowiedzieć. Wpadłem na pomysł jak rozwiązać problem,
ale nie mogłem o tym mówić. Stacja była na tyle mała, że nawet szept był
słyszany w każdym jej zakamarku. Odciągnąłem panią kapitan na bok i
podryfowaliśmy w najdalszy skraj stacji. Spisałem swój pomysł na kartce.
Polegał on na tym, by wprowadzić stację
w szybki ruch wirowy i w odpowiednim momencie odczepić statek, by został
wystrzelony jak z procy. Przeciążenie wewnątrz stacji byłoby znaczne i
nieprzyjemne, ale powinniśmy to wytrzymać. Wyszeptała: genialne i
niespodziewanie mnie pocałowała. Szybko oddaliła się by zacząć realizować plan...
...znalazłem się w kościele i poszedłem do spowiedzi. Niestety
ksiądz był stary i przygłuchy. Musiałem wykrzyczeć swoje grzechy na cały kościół.
Jako pokutę dostałem dzień postu i trzy zdrowaś Maryjo...
...byłem w jakiejś restauracji. Wokół długiego stołu,
przykrytego białym obrusem i bogato zastawionego jedzeniem, siedzieli jacyś
ludzie. Miałem wrażenie, że to rodzina, ale nikogo nie mogłem rozpoznać.
Wszyscy wydawali się być obcy. Usiadłem na wolnym siedzeniu, ale przeniknąłem
przez nie.
Chciałem wziąć coś do zjedzenia, ale nie byłem w stanie niczego
chwycić. Próby komunikacji z kimkolwiek kończyły się fiaskiem, tak jakby nikt
mnie nie dostrzegał. Nagle jakaś kobieta zaczęła się dusić. Złapała się za
serce i upadła na podłogę. Podszedłem do niej. Dostrzegła mnie i zwróciła po
imieniu, w tym momencie rozpoznałem ją.
Była to jedna z dalszych ciotek. Ktoś
zaczął ją reanimować. Podniosła się, zakasłała trochę i znowu zaczęła jeść
jakąś wykwintną potrawę.
Znów stała się obca i mnie nie dostrzegała. Nikt mnie
nie dostrzegał…
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































