Płynąłem łódką. Wokół mnie rozciągały się ruiny zalanego miasta. Musiało to nastąpić dawno temu, ponieważ resztki budynków zaczęły oplatać rośliny. Niektóre tylko cienką warstwą pomalowały na zielono mchy i porosty. Woda stała w miejscu. Była mętna i gęsta od kwitnącego w niej życia.
Dopłynąłem do wielkiej betonowej kopuły. Wpłynąłem do małej zatoczki wżerającej się w głąb kopuły. Były tam piętrowe platformy, do których można było przymocować łodzie, zależnie od poziomu wody. Wszedłem do środka. Żyjąca tam społeczność w dużej mierze składała się z kobiet. Wszystkie były ubrane w jednakowe
ciemnoniebieskie mundury. Różniły się jedynie przypiętymi symbolami, które określały miejsce w społecznej hierarchii. Swobodnie przemierzałem rozległe trzewia budowli. Doszedłem do wielkiej auli. Ktoś rozszczelnił zewnętrzne grodzie i do sali wlała się woda. Ludzie byli tym uradowani i beztrosko pływali. Pobiegłem do siedziby wyższych oficerów, a właściwie dziewięciu
oficerek, bo były to wyłącznie kobiety. Zastałem je, jak zażywały kąpieli w niewielkim, prostokątnym, acz dość głębokim baseniku. Wyłożony był drobną, błękitną mozaiką, a na jego dno prowadziły schody. Panie śmiały się głośno i dopiero po chwili dostrzegły moją obecność. Zamilkły by wysłuchać mojej relacji i nieskrępowane swoją nagością, pobiegły oburzone
wprost do zalanej auli. Z wymiany zdań wywnioskowałem, że oburzenie wynikało z faktu, że zwykli szeregowi obywatele mają większy basen od nich. Udałem się na targ staroci. Liczne stoiska i kramiki tworzyły zawiłą sieć alejek przykrytych barwnymi płachtami. Widziałem stare naczynia z brązu, stoiska ze świecami z prawdziwego pszczelego wosku i pordzewiałymi
wojskowymi akcesoriami. Wydaje mi się, że szukałem biżuterii dla bliskiej mi osoby. Spotkałem swojego kolegę A. Poprosił bym mu przegrał jakieś dwie gry i podał mi starą dyskietkę. Zdaje mi się, że chodziło mu o gry związane z piłką nożną. Po chwili napotkałem swoją babcię. Koniecznie chciała zajść do fryzjera. Weszliśmy więc do pierwszego napotkanego zakładu fryzjerskiego. Obsługiwał go starszy mężczyzna w
okularach z potarganą fryzurą i papierosem w ustach. Nie budził mojego zaufania, ale babcia ochoczo usiadła na fotelu. Fryzjer założył jej na głowę wojskowy hełm przecięty w połowie, tak, że wystawał z niego czubek głowy. Mężczyzna wziął maszynkę i zaczął golić babci wystającą cześć głowy na łyso. Zdjął hełm i pokazał babci efekt swojej pracy. O dziwo, babcia była zachwycona tą dziwaczną fryzurą i wychwalała
niebywałe zdolności fryzjera. Wyszliśmy i przeszliśmy obok kliniki, która została przekształcona w sklep obuwniczy, ale stary szyld pozostał. Nagle babcia sobie zażyczyła, byśmy zaszli do kosmetyczki, by jej nakremowała i wymasowała stopy. Zaprowadziłem ją do najbliższego salonu kosmetycznego i poszedłem dalej. Usłyszałem krzyki mojego przyjaciela Ł. z wnętrza jednego z domów. Wszedłem i po poszukiwaniach odkryłem, że wpadł do kamiennej studni w przedpokoju. Zacząłem
szukać pomocy lub czegoś, co pomogłoby go wydostać. W kuchni znalazłem swoją siostrę. Siedziała, przy komputerze i robiła w nim porządki. Potem weszła jakaś dziewczyna w kręconych włosach. Powiedziała, że pomoże przyjacielowi, ale dopiero po przyjęciu. Zaczęli schodzić się goście, co dziwne przeważnie pary męsko-męskie. Patrzyli się na mnie tak jakbym się im podobał i zapraszali mnie do stołu. Nie miałem jednak zamiaru korzystać z ich zaproszenia. Kilkakrotnie jakiś facet przechodził obok mnie i niby przypadkowo mnie dotykał. Bardzo mi się to nie podobało. Napawało mnie to wręcz
obrzydzeniem. Wolałem przebywać raczej w kuchni. Spojrzałem jeszcze raz do studni i dostrzegłem, że ze ścian wystają końcówki belek. Odłączyłem kabel sieciowy od komputera w kuchni i zrobiłem na jego końcu pętle. Wrzuciłem do studni i krzyknąłem by się nim obwiązał i zaczął wspinać po balach, a prowizoryczna lina miała służyć asekuracji.
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miasto. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Piękna zatoka i niesamowity tablet
Niespiesznie podszedłem w kierunku okna. Było pozbawione
szyb i przypominało raczej otwór w kamiennej ścianie o łukowym sklepieniu.
Oparłem się o kamienny parapet zbudowany z grubo ciosanych ciemnych kamieni,
idealnie spasowanych i połączonych znikomą ilością zaprawy murarskiej. Przede
mną rozpostarł się przepiękny widok na zielone wzgórza, stromo opadające do
zatoki i upstrzone setkami kamiennych domostw o ciemnografitowym zabarwieniu.
Postanowiłem się
przejść. Spacerując natknąłem się na przyjaciela z
podstawówki. Oświadczył, że jutro się do mnie wprowadza. Pomyślałem, dlaczego
nie i poszedłem zrobić zakupy. Obciążony reklamówkami postanowiłem podjechać
jeden przystanek tramwajem, jak to zwykłem robić w takiej sytuacji.
Nieoczekiwanie tramwaj zmienił trasę i zatrzymał się na jakimś poligonie. Tuż
nade mną,
nisko przelatywały samoloty. Były to zarówno myśliwce, ogromne
samoloty transportowe, ale też pasażerskie Boeingi. Domyśliłem się, że muszą
się odbywać jakieś manewry, bo w oddali dostrzegałem czołgi i ciężkie
transportery opancerzone. Postanowiłem ich unikać i przeszedłem pieszo przez
park. Niespodziewanie doszedłem do dworca kolejowego. Zrobiłem to w samą porę,
bo z pociągu wysiadła moja siostra wraz z mężem.
Postanowili mnie odwiedzić i chcieli bym ich
oprowadził po mieście. Postanowiliśmy iść na tramwaj. Najbliższy przystanek był
przy szkole sportowej. Trafiliśmy akurat na jakiś festyn w klimacie Gwiezdnych
Wojen. Odbywały się tam również liczne rywalizacje sportowe. Szwagier
postanowił się sprawdzić w podciąganie się po linie na czas. Szło mu całkiem
dobrze. Nagle został zapowiedziany nasz
tramwaj przez megafon, lecz niestety na niego nie zdążyliśmy z powodu licznych
stoisk stojących nam na drodze. Zaproponowałem skrót. Weszliśmy na wzgórze i
następnie zeszliśmy w kierunku oczka wodnego. Trasa tramwaju robiła tam pętlę i
udało nam się go
dogonić. Dojechaliśmy do jakiejś szkoły lub internatu. Okazało
się, że teraz tam mieszkam i postanowiłem się natychmiast wyprowadzić. Nagle
zjechała się cała rodzina łącznie z ciotkami, których nie znam, a każdy miał
jakieś złote rady co brać, a czego nie pakować. Podczas
pakowania potłukłem kilka talerzy. Znalazłem też tablet, o
którym nie miałem pojęcia, że go
posiadam. Miał ciekawe możliwości. Jedną z funkcji było coś w
rodzaju symulatora lotu drona. Wyglądało to jak wirtualna kamera, dzięki której
można było się rozejrzeć po okolicy. Zafascynowała mnie także
funkcja chodzenia
po wodzie. Jak się przytrzymało odpowiedni przycisk, to mogłem kroczyć po tafli
jeziora, ale jak przystawałem, to zapadałem się powoli w wodę niczym w jakiś
kisiel.
Chodziłem więc zafascynowany tym urządzeniem.
piątek, 27 grudnia 2013
Chupacabra
Uliczki starego miasta były wyludnione. Nocny mrok
rozświetlało jedynie światło księżyca w pełni i gwiazdy. Zarysy kamiennych
budynków nie budziły lęku. Przemierzałem wąskie uliczki powolnym, spacerowym
tempem. Moja przechadzka musiała trwać długo, ponieważ dochodząc nad rzekę
obserwowałem wschód słońca. Przybyłem do przystani, gdzie czekali na mnie
rodzice.
Skorzystaliśmy z wypożyczalni tratw. Dziarsko wszedłem na
prowizoryczny, pływający pomost. Zrobiony był z drewnianych bali związanych lianami.
Splecione w ten sposób unosiły się na wodzie i falowały, gdy się po nich
stąpało. Wypożyczone tratwy były podobne i trzeba je było własnoręcznie złożyć.
Połączyłem kilka pierwszych elementów i
zorientowałem się, że łącząc je zanurzam
się częściowo w wodzie. Ubrany byłem w jeansy, a w kieszeniach miałem dokumenty
i telefon. Przestraszyłem się, że mogę je zniszczyć i wstałem energicznie. W
sobota, 6 kwietnia 2013
Kiwi w starym mieście
Otaczała mnie piękna i zapierająca dech w piersiach panorama
średniowiecznego miasta. Podziwiałem ją z dachu starej i wysokiej na kilka
pięter kamienicy. Czubek dachu był ścięty i wybrukowany, a ograniczały go niskie
barierki. Towarzyszyła mi grupka nieznanych mi ludzi oraz przewodnik, który
opowiadał o najciekawszych zabytkach, które mieliśmy okazję podziwiać z
niecodziennej perspektywy.
Trasa prowadziła przez dachy kilku centralnych
dzielnic i upstrzona była licznymi mostkami łączącymi sąsiadujące ze sobą dachy
przeciwległych budynków. Czułem spory dyskomfort z powodu dużej wysokości,
wspomagany podmuchami wiatru. Najsilniej go odczuwałem przechodząc po żeliwnych
i chwiejnych mostkach, mając pod sobą jedynie brukowane uliczki. W końcu
zeszliśmy po drabinach i spiralnych schodach do niewielkiego placu.
Tam
oficjalne zwiedzanie dobiegło końca, lecz ja nie zamierzałem na tym poprzestać
i kontynuowałem zwiedzanie na własną rękę. Kręte uliczki czasami się
rozdzielały i przechodziły przez budynki. Przystanąłem na chwilę w jednym z
większych, który był połączeniem tawerny i młyna wodnego. Chciałem podejść do
okna, ale zatrzymał mnie mężczyzna w białym fartuchu informując, że jest to
część izby zarezerwowana tylko dla personelu.
Postanowiłem podążać wzdłuż
rzeki, która przepływała przez budynek. Spostrzegłem kilka charakterystycznych
miejsc, które widziałem wcześniej w Edynburgu, Mont Saint Michel i Saint Paul
de Vence. Miasto było w sumie ich
kompilacją. Zatrzymałem się na nabrzeżu. W nasypie z żółtawej gliny, miały swoje
norki małe ptaszki. Posiadały żółte główki z czarnymi kropkami, a wielkością
przypominały zimorodki. Co chwilę wlatywały i wylatywały z wydrążonych przez
siebie tuneli.
Na chodniku przy skraju rzeki przechadzały się ptaki Kiwi, które
w tym mieście zastępowały gołębie. Co dziwne były zielone i podszczypywały
przechodniów w nadziei, że poczęstują je winogronami. Liczni handlarze
sprzedawali ich całe kiście, zapewniając, że innych owoców nie jedzą.
W tak zwanym międzyczasie, miałem jeszcze dwa sny, z których zapamiętałem jedynie pojedyncze motywy.
W pierwszym śniło mi się, że nowy Papież Franciszek postanowił abdykować i zamknął się w Castel Gandolfo, a miliony rozczarowanych wiernych postanowiło go okupować, mając nadzieję, że jednak zmieni zdanie.
W drugim miałem iść na koncert mojego ulubionego zespołu Nightwish z nową wokalistką. Okazała się nią być Emilie Autumn i niestety, ku memu rozgoryczeniu, zgubiłem bilet.
W tak zwanym międzyczasie, miałem jeszcze dwa sny, z których zapamiętałem jedynie pojedyncze motywy.
W pierwszym śniło mi się, że nowy Papież Franciszek postanowił abdykować i zamknął się w Castel Gandolfo, a miliony rozczarowanych wiernych postanowiło go okupować, mając nadzieję, że jednak zmieni zdanie.
W drugim miałem iść na koncert mojego ulubionego zespołu Nightwish z nową wokalistką. Okazała się nią być Emilie Autumn i niestety, ku memu rozgoryczeniu, zgubiłem bilet.
niedziela, 9 września 2012
Jaskinia Fauna
Chodziłem
po górach i dotarłem do wejścia do jaskini. Wszedłem tam i spotkałem liczną
grupę dziewczyn. Większość z nich to moje koleżanki ze szkoły podstawowej i
liceum. Doszliśmy do wielkiej konstrukcji wewnątrz jaskini. Schody pięły się w
górę przechodząc przez budynek przypominający kopalnię połączoną z wiktoriańskim,
opuszczonym dworkiem. Wszędzie były pajęczyny i kurz. Drewniane elementy
skrzypiały złowieszczo strasząc część moich koleżanek. Spytałem się dokąd i po
co zmierzamy.
Odpowiedziały, że ktoś został porwany, chyba jakiś kolega, przez Cthulhu lub innego Wielkiego Przedwiecznego. Schody zaczęły się wić spiralnie w górę wokół skalnego szybu. Doprowadziły nas do drewnianej platformy na szczycie góry. Na niej stała dziwna postać, która przypominała trochę Fauna i odrobinę diabła Piszczałkę (z filmu "Przyjaciele Wesołego Diabła", który oglądałem w dzieciństwie). Wzbudził ogólne
przerażenie, ale nie u mnie. Widziałem, że sam był przerażony. Porozmawiałem z nim i przekazał mi kilka wskazówek. Udałem się do średniowiecznego miasta otoczonego murem. Strażnicy wpuścili mnie przez bramę. Ujrzałem mnóstwo straganów. Odbywał się tam jakiś jarmark lub festyn. Jakieś dziecko płakało. Zgubiło się. Zaopiekowałem się dziewczynką i zaczęliśmy szukać jej rodziców. Weszliśmy brukowaną uliczką na
najwyższe wzniesienie w mieście. Była tam wielka zjeżdżalnia, którą postanowiliśmy zjechać. Dotarliśmy nad brzeg morza. Czekała tam moja siostra wraz ze swoim mężem. Dziewczynka pobiegła radośnie do niej...
Odpowiedziały, że ktoś został porwany, chyba jakiś kolega, przez Cthulhu lub innego Wielkiego Przedwiecznego. Schody zaczęły się wić spiralnie w górę wokół skalnego szybu. Doprowadziły nas do drewnianej platformy na szczycie góry. Na niej stała dziwna postać, która przypominała trochę Fauna i odrobinę diabła Piszczałkę (z filmu "Przyjaciele Wesołego Diabła", który oglądałem w dzieciństwie). Wzbudził ogólne
przerażenie, ale nie u mnie. Widziałem, że sam był przerażony. Porozmawiałem z nim i przekazał mi kilka wskazówek. Udałem się do średniowiecznego miasta otoczonego murem. Strażnicy wpuścili mnie przez bramę. Ujrzałem mnóstwo straganów. Odbywał się tam jakiś jarmark lub festyn. Jakieś dziecko płakało. Zgubiło się. Zaopiekowałem się dziewczynką i zaczęliśmy szukać jej rodziców. Weszliśmy brukowaną uliczką na
najwyższe wzniesienie w mieście. Była tam wielka zjeżdżalnia, którą postanowiliśmy zjechać. Dotarliśmy nad brzeg morza. Czekała tam moja siostra wraz ze swoim mężem. Dziewczynka pobiegła radośnie do niej...
niedziela, 8 lipca 2012
Orbitalna wycieczka i odroczenie końca świata…
Słońce chyliło się ku zachodowi oświetlając obce mi budynki
pomarańczowym światłem. Cienie wysokich, zbudowanych na planie kwadratu bloków
i kamienic, niepokojąco się wydłużały. Nie byłem w stanie rozpoznać miasta, ale
dostrzegłem znajomą, brodatą twarz. Razem z kolegą skierowaliśmy swe kroki w
kierunku najdziwniejszego z budynków. Miał kopulasty kształt i zbudowany był z
solidnej stali o czerwonej barwie. Po naciśnięciu przycisku, z sykiem rozsunęły
się solidne drzwi.
Była to winda, którą zjechaliśmy w dół. Po ponownym rozwarciu
się drzwi, ukazała się nam przestronna, okrągła sala, w której odbywała się
właśnie impreza w stylu lat osiemdziesiątych. Z głośników dobiegała muzyka
Depeche Mode. Kolega natychmiast zintegrował się z roztańczonym tłumem. Ja
natomiast dostrzegłem kilka futurystycznych biurek na środku pomieszczenia.
Zbliżając się dostrzegłem na nim liczne przyciski, joysticki i pokrętła.
Był także spory ekran na którym poruszały się
symboliczne wizerunki latających spodków. Wszyscy myśleli,
że to jakaś gra komputerowa.
Na sprawiającym wrażenie bardzo komfortowego
fotelu, leżał hełm. Włożyłem go na głowę i wygodnie zasiadłem przy konsolecie. Nagle
wszystko jakby ożyło. Rozświetliły się przyciski, zapaliły światła, a całe
pomieszczenie uniosło się o kilka metrów do góry niczym winda. Na półprzezroczystym wizjerze w hełmie pojawiły
się różne symbole, parametry, a przy prawym skraju mojego pola widzenia
dostrzegłem schematyczny rysunek robota.
Nastąpiło zbliżenie na jego głowę.
Schematyczny, okrągły, podświetlony na czerwono dysk zacumował w miejscu, gdzie
u człowieka znajdowałby się mózg. Przed sobą dostrzegłem dwa wielkie okna rozstawione
niczym oczy. Za grubym szkłem dostrzegłem jedynie warstwy ziemi. Wszyscy
imprezowicze usiedli na podłodze w niemym oczekiwaniu. Całą konstrukcje
przeszył potężny wstrząs. Miałem wrażenie, że piasek za panoramicznymi bulajami
zaczyna się przesuwać, ale symboliczne informacje na wyświetlaczu wskazywały,
że to my się wznosimy.
Po chwili przebiliśmy się przez ziemię. Przez chmurę
gleby dostrzegłem zarysy miasta, które szybko zaczynało maleć. Horyzont zaczął się
zaokrąglać. Wlecieliśmy w chmury, a następnie niebo pociemniało. Ukazał nam się
bezkresny kosmos, a ziemia się oddalała. Weszliśmy na jej orbitę. Po chwili
zbliżyły się do nas trzy, srebrzyście lśniące, latające spodki. W jakiś sposób
udało mi się wyczuć płynące od nich emocje. Był to paniczny strach i niepewność.
Jeden z nich wystrzelił rakietę w naszym kierunku. Pomyślałem o zniszczeniu jej
i z naszego pojazdu wystrzeliła jasna wiązka energii, która ją zniszczyła.
Kolejną reakcją obcych pojazdów było wysunięcie się działek. Nie chciałem
niszczyć tych spodków. Nie czułem do nich wrogości. Wiązką energii udało mi się
uszkodzić ich broń. Wycofali się pozostawiając za sobą jedynie świetlistą smugę
zjonizowanego gazu w skrajnej warstwie ziemskiej atmosfery. Postanowiłem
wylądować. Przeprowadziłem nasz pojazd przez atmosferę i bardzo niezdarnie
zbliżyłem się do powierzchni Ziemi, karczując sporą połać gwatemalskiej
dżungli.
Wysiadłem i dopiero wtedy zobaczyłem wielkie, metalowe cielsko
przypominające robota. Miał humanoidalny kształt, był czerwony i ciągle jeszcze
rozgrzany po przejściu przez atmosferę. W oddali zobaczyłem wzgórze wznoszące
się ponad linię drzew. Po przedarciu się przez dżunglę, dotarłem do niego.
Patrząc na nie z bliska zobaczyłem kamienną piramidę pokrytą zielonym mchem.
Udało mi się odnaleźć wejście. Wszystkie kosztowności dawno zostały zrabowane.
Pozostały natomiast liczne piktogramy na ścianach. Co dziwne potrafiłem je
odczytać. Były to liczne przepowiednie. Nie pamiętam ich treści, ale część z
nich była datowana nawet na siódme tysiąclecie.
Etykiety:
Blok,
Depeche Mode,
Dream,
Dżungla,
Kamienica,
Komputer,
Kosmici,
Kosmos,
Latający Spodek,
Majowie,
Miasto,
Piramida,
Przepowiednia,
Robot,
Sen,
UFO,
Wieżowiec,
Winda,
Wzgórze,
Ziemia
czwartek, 21 czerwca 2012
Królowa bez twarzy
Wyruszyłem na wycieczkę do niewielkiej, ale malowniczej
mieściny. Domki wyglądały na zabytkowe, ale były w dobrym stanie. Wszedłem do
sklepu. Odbywała się tam promocja na bilety autobusowe. Każdy klient dostawał
po pięć sztuk owiniętych banderolą, za darmo. Brało się je z dużego wiklinowego
kosza. Podchodząc zauważyłem, że siedzi w nim Michał Koterski i podaje po
pakiecie z charakterystycznym dla siebie, nieco głupkowatym uśmiechem.
Wziąłem
podany przez niego pakiet i wyszedłem. Udałem się za miasto. Rozciągały się tam
przepiękne zielone wzgórza przyprószone wrzosowiskami, jak w Irlandii. Gdy
wspiąłem się na jedno z wyższych wzniesień, spostrzegłem zbliżającą się do mnie
kolejkę linową. Wagonik się zatrzymał, więc do niego wszedłem. Podróż odbywała
się od wzgórza do wzgórza. Ostatecznie wagon zmierzał w kierunku masywnego
zamku.
Podobno mieszkała tam jakaś przerażająca królowa bez twarzy. Wyskoczyłem
z kolejki tuż za murami zamku. Miałem wrażenie, że nie powinienem tam być.
Ukrywałem się więc, dyskretnie przemierzając kolejne komnaty zamku. Jedna z
nich zwróciła moją uwagę. Były tam dziesiątki kobiecych twarzy umieszczonych na
stojakach oraz równie dużo peruk.
Twarze wyglądały na prawdziwe jakby zostały
wycięte z ludzkich głów. Usłyszałem odgłos zbliżających się kroków. Szybko
skryłem się za jedną z szaf. Po chwili do pokoju wkroczyła kobieca postać w
płaszczu z kapturem, który całkowicie zasłaniał jej twarz. Stanęła przy jednym
z regałów, odwrócona do mnie plecami. Sięgnęła po jedną z twarzy i założyła ją
niczym maskę. Obróciła się.
Dostrzegłem napiętą twarz młodej, bladej kobiety.
Dopasowała sobie ją dokładnie i sięgnęła po czarną perukę. Wymknąłem się gdy
była zajęta dobieraniem najodpowiedniejszej peruki. Usłyszałem płacz dziecka.
Pobiegłem w tamtym kierunku i dotarłem do lochu. Niemowlę było zamknięte w
klatce wiszącej na grubym łańcuchu. Uwolniłem je i uspokoiłem. Jakoś udało mi
się niepostrzeżenie opuścić zamek. Wiedziałem, że to jest ważne dziecko i muszę
je chronić.
Biegłem w stronę wieżowca. Gdy byłem już kilkadziesiąt metrów od
niego, postanowiłem się zatrzymać przy kępie krzaków i rozejrzeć, czy jest
bezpiecznie.
Nagle w wieżowcu pojawił się gęsty jasnoszary dym, a może to był pył. Wydawał się być niemal żywy. Widziałem jak wypełnia cały budynek. Piętro po piętrze, od parteru, aż po dach. W chwili gdy dotarł na sam szczyt budynku nastąpiła wielka eksplozja, równocześnie wybijając wszystkie okna i spowijając cały budynek jasnym pomarańczowobiałym płomieniem. Byłem przerażony. Wiedziałem, że w środku była moja rodzina.
Nagle w wieżowcu pojawił się gęsty jasnoszary dym, a może to był pył. Wydawał się być niemal żywy. Widziałem jak wypełnia cały budynek. Piętro po piętrze, od parteru, aż po dach. W chwili gdy dotarł na sam szczyt budynku nastąpiła wielka eksplozja, równocześnie wybijając wszystkie okna i spowijając cały budynek jasnym pomarańczowobiałym płomieniem. Byłem przerażony. Wiedziałem, że w środku była moja rodzina.
Etykiety:
Bilet,
Dream,
Dym,
Głowa,
Klatka,
Kolejka Linowa,
Miasto,
Michał Koterski,
Peruka,
Podziemia,
Sen,
Twarz,
Wieżowiec,
Wybuch,
Wzgórze,
Zamek
środa, 30 maja 2012
Sopor Aeternus
Wraz z kilkudziesięcioma innymi ludźmi siedziałem w
niewielkiej sali. Panował półmrok, a oświetlona była jedynie scena w rogu. Na podeście stała Anna Varney.
Śpiewała na swym kameralnym koncercie. Zeszła ze sceny i przechodząc między
krzesłami na widowni, podeszła do mnie. Wyciągnęła do mnie dłoń, więc ją
chwyciłem i wstałem. Zaprowadziła mnie na scenę i zaczęliśmy tańczyć. Poczułem
się wyróżniony. Niespodziewanie spróbowała mnie pocałować.
Odepchnąłem ją lekko
i wybiegłem z sali, a ona kontynuowała koncert. Chyba się jej przestraszyłem. Drzwi zamknęły się za mną, a ja znalazłem się
na korytarzu. Widziałem sporo znajomych z liceum, ze studiów oraz poznanych
jeszcze później. Nagle drzwi od sali koncertowej znowu się otworzyły i ku memu
zaskoczeniu zobaczyłem tam Ją. Okazało się, że też była na koncercie. Powoli do
mnie podeszła. Objęła mnie, spojrzała w oczy i zaczęła całować. Długo i namiętnie...
Znalazłem się w namiocie. Wyszedłem na zewnątrz i odkryłem, że
byłem w lesie, a nieopodal znajdowało się jezioro. Była noc i padał intensywny
deszcz. Wróciłem więc do namiotu. Tym razem dostrzegłem tam Ją. Siedziała z
podkurczonymi nogami. Powiedziała, że zamierza się przeprowadzić. Podała nawet
adres. Nazwa ulicy zaczynała się na "P" i była dość długa, a numer
mieszkania to 2310... Znalazłem się w mieście. Miałem złe przeczucia. Natknąłem
się na patrol policji. Zapytałem się ich, czy mogliby mi pomóc odnaleźć adres,
który mi podała.
Zaczęli mnie wypytywać, co wydało mi się podejrzane. Miałem
wrażenie, że już tam byli. Nie wiem dlaczego, ale podałem im fałszywe imię i
nazwisko. Chyba przedstawiłem się jako Marek. Ruszyłem w drogę według ich
wskazówek, a mimo to błądziłem. Przeszedłem obok placu zabaw, na którego środku
znajdował się mały staw rybny. Pływały tam niewielkie pomarańczowe i złote
ryby. W końcu dotarłem do bardzo długiego, szarego i wysokiego wieżowca.
Klatka
schodowa obudowana była rusztowaniem, więc trzeba się było mocno schylić, by do
niej wejść. Będąc już wewnątrz budynku znów musiałem trochę pobłądzić zanim
odnalazłem windę. Sama winda także była osobliwa. Jej długość i szerokość były
na tyle duże, że bez trudu można by tam wjechać autobusem. Nie miała drzwi, ani
żadnych innych zabezpieczeń. Wznosiła się bardzo wolno, a mijane piętra były
bardzo wysokie. Jakieś trzy razy wyższe niż zazwyczaj bywają w blokach.
Wysiadłem na trzecim lub czwartym piętrze.
Odnalazłem mieszkanie z właściwym
numerem i zapukałem. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyłem tam Ją.
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Odkryłem, że mam dla Niej jakiś prezent.
Była to szklana kula. Wewnątrz niej znajdowała się jakaś ciecz. Z dna unosiły
się cztery kolumny z drobnych pęcherzyków powietrza. Każda z nich była
podświetlona światłem o innej barwie, a odcienie się zmieniały.
Między nimi
pływał miniaturowy delfin. W chwili, gdy oboje ją dotknęliśmy przenieśliśmy się
do jakiejś alternatywnej rzeczywistości lub gry. Niewiele z tego pamiętam, ale
było tam dziwnie i opuściliśmy ją. W drzwiach do pokoju dostrzegłem Jej
współlokatora. Zachowywał się dość agresywnie. Wyciągnął nóż i ruszył w Jej
stronę.
Zagrodziłem mu drogę i zostałem dźgnięty w brzuch. W tym samym momencie
drzwi do mieszkania wyważyła policja. Obudziłem się...
Jest to sen z nocy 25/26.05.2012
Etykiety:
Anna Varney,
Delfin,
Deszcz,
Dream,
Jezioro,
Koncert,
Las,
Miasto,
Namiot,
Noc,
Sen,
Sopor Aeternus,
Szklana Kula,
Szkoła,
Sztylet,
Światło,
Wieżowiec,
Winda
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































