Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miasto. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Zalane miasto

Płynąłem łódką. Wokół mnie rozciągały się ruiny zalanego miasta. Musiało to nastąpić dawno temu, ponieważ resztki budynków zaczęły oplatać rośliny. Niektóre tylko cienką warstwą pomalowały na zielono mchy i porosty. Woda stała w miejscu. Była mętna i gęsta od kwitnącego w niej życia.
Dopłynąłem do wielkiej betonowej kopuły. Wpłynąłem do małej zatoczki wżerającej się w głąb kopuły. Były tam piętrowe platformy, do których można było przymocować łodzie, zależnie od poziomu wody. Wszedłem do środka. Żyjąca tam społeczność w dużej mierze składała się z kobiet. Wszystkie były ubrane w jednakowe
ciemnoniebieskie mundury. Różniły się jedynie przypiętymi symbolami, które określały miejsce w społecznej hierarchii. Swobodnie przemierzałem rozległe trzewia budowli. Doszedłem do wielkiej auli. Ktoś rozszczelnił zewnętrzne grodzie i do sali wlała się woda. Ludzie byli tym uradowani i beztrosko pływali. Pobiegłem do siedziby wyższych oficerów, a właściwie dziewięciu
oficerek, bo były to wyłącznie kobiety. Zastałem je, jak zażywały kąpieli w niewielkim, prostokątnym, acz dość głębokim baseniku. Wyłożony był drobną, błękitną mozaiką, a na jego dno prowadziły schody. Panie śmiały się głośno i dopiero po chwili dostrzegły moją obecność. Zamilkły by wysłuchać mojej relacji i nieskrępowane swoją nagością, pobiegły oburzone
wprost do zalanej auli. Z wymiany zdań wywnioskowałem, że oburzenie wynikało z faktu, że zwykli szeregowi obywatele mają większy basen od nich. Udałem się na targ staroci. Liczne stoiska i kramiki tworzyły zawiłą sieć alejek przykrytych barwnymi płachtami. Widziałem stare naczynia z brązu, stoiska ze świecami z prawdziwego pszczelego wosku i pordzewiałymi
wojskowymi akcesoriami. Wydaje mi się, że szukałem biżuterii dla bliskiej mi osoby. Spotkałem swojego kolegę A. Poprosił bym mu przegrał jakieś dwie gry i podał mi starą dyskietkę. Zdaje mi się, że chodziło mu o gry związane z piłką nożną. Po chwili napotkałem swoją babcię. Koniecznie chciała zajść do fryzjera. Weszliśmy więc do pierwszego napotkanego zakładu fryzjerskiego. Obsługiwał go starszy mężczyzna w
okularach z potarganą fryzurą i papierosem w ustach. Nie budził mojego zaufania, ale babcia ochoczo usiadła na fotelu. Fryzjer założył jej na głowę wojskowy hełm przecięty w połowie, tak, że wystawał z niego czubek głowy. Mężczyzna wziął maszynkę i zaczął golić babci wystającą cześć głowy na łyso. Zdjął hełm i pokazał babci efekt swojej pracy. O dziwo, babcia była zachwycona tą dziwaczną fryzurą i wychwalała
niebywałe zdolności fryzjera. Wyszliśmy i przeszliśmy obok kliniki, która została przekształcona w sklep obuwniczy, ale stary szyld pozostał. Nagle babcia sobie zażyczyła, byśmy zaszli do kosmetyczki, by jej nakremowała i wymasowała stopy. Zaprowadziłem ją do najbliższego salonu kosmetycznego i poszedłem dalej. Usłyszałem krzyki mojego przyjaciela Ł. z wnętrza jednego z domów. Wszedłem i po poszukiwaniach odkryłem, że wpadł do kamiennej studni w przedpokoju. Zacząłem
szukać pomocy lub czegoś, co pomogłoby go wydostać. W kuchni znalazłem swoją siostrę. Siedziała, przy komputerze i robiła w nim porządki. Potem weszła jakaś dziewczyna w kręconych włosach. Powiedziała, że pomoże przyjacielowi, ale dopiero po przyjęciu. Zaczęli schodzić się goście, co dziwne przeważnie pary męsko-męskie. Patrzyli się na mnie tak jakbym się im podobał i zapraszali mnie do stołu. Nie miałem jednak zamiaru korzystać z ich zaproszenia. Kilkakrotnie jakiś facet przechodził obok mnie i niby przypadkowo mnie dotykał. Bardzo mi się to nie podobało. Napawało mnie to wręcz
obrzydzeniem. Wolałem przebywać raczej w kuchni. Spojrzałem jeszcze raz do studni i dostrzegłem, że ze ścian wystają końcówki belek. Odłączyłem kabel sieciowy od komputera w kuchni i zrobiłem na jego końcu pętle.  Wrzuciłem do studni i krzyknąłem by się nim obwiązał i zaczął wspinać po balach, a prowizoryczna lina miała służyć asekuracji.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Piękna zatoka i niesamowity tablet

Niespiesznie podszedłem w kierunku okna. Było pozbawione szyb i przypominało raczej otwór w kamiennej ścianie o łukowym sklepieniu. Oparłem się o kamienny parapet zbudowany z grubo ciosanych ciemnych kamieni, idealnie spasowanych i połączonych znikomą ilością zaprawy murarskiej. Przede mną rozpostarł się przepiękny widok na zielone wzgórza, stromo opadające do zatoki i upstrzone setkami kamiennych domostw o ciemnografitowym zabarwieniu. Postanowiłem się
przejść. Spacerując natknąłem się na przyjaciela z podstawówki. Oświadczył, że jutro się do mnie wprowadza. Pomyślałem, dlaczego nie i poszedłem zrobić zakupy. Obciążony reklamówkami postanowiłem podjechać jeden przystanek tramwajem, jak to zwykłem robić w takiej sytuacji. Nieoczekiwanie tramwaj zmienił trasę i zatrzymał się na jakimś poligonie. Tuż nade mną,
nisko przelatywały samoloty. Były to zarówno myśliwce, ogromne samoloty transportowe, ale też pasażerskie Boeingi. Domyśliłem się, że muszą się odbywać jakieś manewry, bo w oddali dostrzegałem czołgi i ciężkie transportery opancerzone. Postanowiłem ich unikać i przeszedłem pieszo przez park. Niespodziewanie doszedłem do dworca kolejowego. Zrobiłem to w samą porę, bo z pociągu wysiadła moja siostra wraz z mężem.
 Postanowili mnie odwiedzić i chcieli bym ich oprowadził po mieście. Postanowiliśmy iść na tramwaj. Najbliższy przystanek był przy szkole sportowej. Trafiliśmy akurat na jakiś festyn w klimacie Gwiezdnych Wojen. Odbywały się tam również liczne rywalizacje sportowe. Szwagier
postanowił się sprawdzić w podciąganie się po linie na czas. Szło mu całkiem dobrze.  Nagle został zapowiedziany nasz tramwaj przez megafon, lecz niestety na niego nie zdążyliśmy z powodu licznych stoisk stojących nam na drodze. Zaproponowałem skrót. Weszliśmy na wzgórze i następnie zeszliśmy w kierunku oczka wodnego. Trasa tramwaju robiła tam pętlę i udało nam się go
dogonić. Dojechaliśmy do jakiejś szkoły lub internatu. Okazało się, że teraz tam mieszkam i postanowiłem się natychmiast wyprowadzić. Nagle zjechała się cała rodzina łącznie z ciotkami, których nie znam, a każdy miał jakieś złote rady co brać, a czego nie pakować. Podczas

pakowania potłukłem kilka talerzy. Znalazłem też tablet, o którym nie miałem pojęcia, że go
posiadam. Miał ciekawe możliwości. Jedną z funkcji było coś w rodzaju symulatora lotu drona. Wyglądało to jak wirtualna kamera, dzięki której można było się rozejrzeć po okolicy. Zafascynowała mnie także
funkcja chodzenia po wodzie. Jak się przytrzymało odpowiedni przycisk, to mogłem kroczyć po tafli jeziora, ale jak przystawałem, to zapadałem się powoli w wodę niczym w jakiś kisiel.

Chodziłem więc zafascynowany tym urządzeniem.

piątek, 27 grudnia 2013

Chupacabra

Uliczki starego miasta były wyludnione. Nocny mrok rozświetlało jedynie światło księżyca w pełni i gwiazdy. Zarysy kamiennych budynków nie budziły lęku. Przemierzałem wąskie uliczki powolnym, spacerowym tempem. Moja przechadzka musiała trwać długo, ponieważ dochodząc nad rzekę obserwowałem wschód słońca. Przybyłem do przystani, gdzie czekali na mnie rodzice.
Skorzystaliśmy z wypożyczalni tratw. Dziarsko wszedłem na prowizoryczny, pływający pomost. Zrobiony był z drewnianych bali związanych lianami. Splecione w ten sposób unosiły się na wodzie i falowały, gdy się po nich stąpało. Wypożyczone tratwy były podobne i trzeba je było własnoręcznie złożyć. Połączyłem kilka pierwszych elementów i
zorientowałem się, że łącząc je zanurzam się częściowo w wodzie. Ubrany byłem w jeansy, a w kieszeniach miałem dokumenty i telefon. Przestraszyłem się, że mogę je zniszczyć i wstałem energicznie. W
tym samym momencie z wody wyskoczyło dziwaczne stworzenie. Było jakby chimerycznym połączeniem
kilku zwierząt. Przypominało bobra zmutowanego z dobermanem i pokrytego lisim rudym futrem. Przeraziłem się i pobiegłem do stromego brzegu. Udało mi się wdrapać, zanim to stworzenie mnie dogoniło…

sobota, 6 kwietnia 2013

Kiwi w starym mieście


Otaczała mnie piękna i zapierająca dech w piersiach panorama średniowiecznego miasta. Podziwiałem ją z dachu starej i wysokiej na kilka pięter kamienicy. Czubek dachu był ścięty i wybrukowany, a ograniczały go niskie barierki. Towarzyszyła mi grupka nieznanych mi ludzi oraz przewodnik, który opowiadał o najciekawszych zabytkach, które mieliśmy okazję podziwiać z niecodziennej perspektywy. 
Trasa prowadziła przez dachy kilku centralnych dzielnic i upstrzona była licznymi mostkami łączącymi sąsiadujące ze sobą dachy przeciwległych budynków. Czułem spory dyskomfort z powodu dużej wysokości, wspomagany podmuchami wiatru. Najsilniej go odczuwałem przechodząc po żeliwnych i chwiejnych mostkach, mając pod sobą jedynie brukowane uliczki. W końcu zeszliśmy po drabinach i spiralnych schodach do niewielkiego placu. 
Tam oficjalne zwiedzanie dobiegło końca, lecz ja nie zamierzałem na tym poprzestać i kontynuowałem zwiedzanie na własną rękę. Kręte uliczki czasami się rozdzielały i przechodziły przez budynki. Przystanąłem na chwilę w jednym z większych, który był połączeniem tawerny i młyna wodnego. Chciałem podejść do okna, ale zatrzymał mnie mężczyzna w białym fartuchu informując, że jest to część izby zarezerwowana tylko dla personelu. 
Postanowiłem podążać wzdłuż rzeki, która przepływała przez budynek. Spostrzegłem kilka charakterystycznych miejsc, które widziałem wcześniej w Edynburgu, Mont Saint Michel i Saint Paul de Vence.  Miasto było w sumie ich kompilacją. Zatrzymałem się na nabrzeżu. W nasypie z żółtawej gliny, miały swoje norki małe ptaszki. Posiadały żółte główki z czarnymi kropkami, a wielkością przypominały zimorodki. Co chwilę wlatywały i wylatywały z wydrążonych przez siebie tuneli. 
Na chodniku przy skraju rzeki przechadzały się ptaki Kiwi, które w tym mieście zastępowały gołębie. Co dziwne były zielone i podszczypywały przechodniów w nadziei, że poczęstują je winogronami. Liczni handlarze sprzedawali ich całe kiście, zapewniając, że innych owoców nie jedzą.


W tak zwanym międzyczasie, miałem jeszcze dwa sny, z których zapamiętałem jedynie pojedyncze motywy. 


W pierwszym śniło mi się, że nowy Papież Franciszek postanowił abdykować i zamknął się w Castel Gandolfo, a miliony rozczarowanych wiernych postanowiło go okupować, mając nadzieję, że jednak zmieni zdanie.



W drugim miałem iść na koncert mojego ulubionego zespołu Nightwish  z nową wokalistką. Okazała się nią być Emilie Autumn i niestety, ku memu rozgoryczeniu, zgubiłem bilet.

niedziela, 9 września 2012

Jaskinia Fauna

Chodziłem po górach i dotarłem do wejścia do jaskini. Wszedłem tam i spotkałem liczną grupę dziewczyn. Większość z nich to moje koleżanki ze szkoły podstawowej i liceum. Doszliśmy do wielkiej konstrukcji wewnątrz jaskini. Schody pięły się w górę przechodząc przez budynek przypominający kopalnię połączoną z wiktoriańskim, opuszczonym dworkiem. Wszędzie były pajęczyny i kurz. Drewniane elementy skrzypiały złowieszczo strasząc część moich koleżanek. Spytałem się dokąd i po co zmierzamy. 
Odpowiedziały, że ktoś został porwany, chyba jakiś kolega, przez Cthulhu lub innego Wielkiego Przedwiecznego. Schody zaczęły się wić spiralnie w górę wokół skalnego szybu. Doprowadziły nas do drewnianej platformy na szczycie góry. Na niej stała dziwna postać, która przypominała trochę Fauna i odrobinę diabła Piszczałkę (z filmu "Przyjaciele Wesołego Diabła", który oglądałem w dzieciństwie). Wzbudził ogólne 
przerażenie, ale nie u mnie. Widziałem, że sam był przerażony. Porozmawiałem z nim i przekazał mi kilka wskazówek. Udałem się do średniowiecznego miasta otoczonego murem. Strażnicy wpuścili mnie przez bramę. Ujrzałem mnóstwo straganów. Odbywał się tam jakiś jarmark lub festyn. Jakieś dziecko płakało. Zgubiło się. Zaopiekowałem się dziewczynką i zaczęliśmy szukać jej rodziców. Weszliśmy brukowaną uliczką na 
najwyższe wzniesienie w mieście. Była tam wielka zjeżdżalnia, którą postanowiliśmy zjechać. Dotarliśmy nad brzeg morza. Czekała tam moja siostra wraz ze swoim mężem. Dziewczynka pobiegła radośnie do niej...

niedziela, 8 lipca 2012

Orbitalna wycieczka i odroczenie końca świata…


Słońce chyliło się ku zachodowi oświetlając obce mi budynki pomarańczowym światłem. Cienie wysokich, zbudowanych na planie kwadratu bloków i kamienic, niepokojąco się wydłużały. Nie byłem w stanie rozpoznać miasta, ale dostrzegłem znajomą, brodatą twarz. Razem z kolegą skierowaliśmy swe kroki w kierunku najdziwniejszego z budynków. Miał kopulasty kształt i zbudowany był z solidnej stali o czerwonej barwie. Po naciśnięciu przycisku, z sykiem rozsunęły się solidne drzwi. 
Była to winda, którą zjechaliśmy w dół. Po ponownym rozwarciu się drzwi, ukazała się nam przestronna, okrągła sala, w której odbywała się właśnie impreza w stylu lat osiemdziesiątych. Z głośników dobiegała muzyka Depeche Mode. Kolega natychmiast zintegrował się z roztańczonym tłumem. Ja natomiast dostrzegłem kilka futurystycznych biurek na środku pomieszczenia. Zbliżając się dostrzegłem na nim liczne przyciski, joysticki i pokrętła. 
Był także spory ekran na którym poruszały się
symboliczne wizerunki latających spodków. Wszyscy myśleli, że to jakaś gra komputerowa. 
Na sprawiającym wrażenie bardzo komfortowego fotelu, leżał hełm. Włożyłem go na głowę i wygodnie zasiadłem przy konsolecie. Nagle wszystko jakby ożyło. Rozświetliły się przyciski, zapaliły światła, a całe pomieszczenie uniosło się o kilka metrów do góry niczym winda. Na  półprzezroczystym wizjerze w hełmie pojawiły się różne symbole, parametry, a przy prawym skraju mojego pola widzenia dostrzegłem schematyczny rysunek robota. 
Nastąpiło zbliżenie na jego głowę. Schematyczny, okrągły, podświetlony na czerwono dysk zacumował w miejscu, gdzie u człowieka znajdowałby się mózg. Przed sobą dostrzegłem dwa wielkie okna rozstawione niczym oczy. Za grubym szkłem dostrzegłem jedynie warstwy ziemi. Wszyscy imprezowicze usiedli na podłodze w niemym oczekiwaniu. Całą konstrukcje przeszył potężny wstrząs. Miałem wrażenie, że piasek za panoramicznymi bulajami zaczyna się przesuwać, ale symboliczne informacje na wyświetlaczu wskazywały, że to my się wznosimy. 
Po chwili przebiliśmy się przez ziemię. Przez chmurę gleby dostrzegłem zarysy miasta, które szybko zaczynało maleć. Horyzont zaczął się zaokrąglać. Wlecieliśmy w chmury, a następnie niebo pociemniało. Ukazał nam się bezkresny kosmos, a ziemia się oddalała. Weszliśmy na jej orbitę. Po chwili zbliżyły się do nas trzy, srebrzyście lśniące, latające spodki. W jakiś sposób udało mi się wyczuć płynące od nich emocje. Był to paniczny strach i niepewność. Jeden z nich wystrzelił rakietę w naszym kierunku. Pomyślałem o zniszczeniu jej i z naszego pojazdu wystrzeliła jasna wiązka energii, która ją zniszczyła. 
Kolejną reakcją obcych pojazdów było wysunięcie się działek. Nie chciałem niszczyć tych spodków. Nie czułem do nich wrogości. Wiązką energii udało mi się uszkodzić ich broń. Wycofali się pozostawiając za sobą jedynie świetlistą smugę zjonizowanego gazu w skrajnej warstwie ziemskiej atmosfery. Postanowiłem wylądować. Przeprowadziłem nasz pojazd przez atmosferę i bardzo niezdarnie zbliżyłem się do powierzchni Ziemi, karczując sporą połać gwatemalskiej dżungli. 
Wysiadłem i dopiero wtedy zobaczyłem wielkie, metalowe cielsko przypominające robota. Miał humanoidalny kształt, był czerwony i ciągle jeszcze rozgrzany po przejściu przez atmosferę. W oddali zobaczyłem wzgórze wznoszące się ponad linię drzew. Po przedarciu się przez dżunglę, dotarłem do niego. Patrząc na nie z bliska zobaczyłem kamienną piramidę pokrytą zielonym mchem. Udało mi się odnaleźć wejście. Wszystkie kosztowności dawno zostały zrabowane. 
Pozostały natomiast liczne piktogramy na ścianach. Co dziwne potrafiłem je odczytać. Były to liczne przepowiednie. Nie pamiętam ich treści, ale część z nich była datowana nawet na siódme tysiąclecie.


czwartek, 21 czerwca 2012

Królowa bez twarzy


Wyruszyłem na wycieczkę do niewielkiej, ale malowniczej mieściny. Domki wyglądały na zabytkowe, ale były w dobrym stanie. Wszedłem do sklepu. Odbywała się tam promocja na bilety autobusowe. Każdy klient dostawał po pięć sztuk owiniętych banderolą, za darmo. Brało się je z dużego wiklinowego kosza. Podchodząc zauważyłem, że siedzi w nim Michał Koterski i podaje po pakiecie z charakterystycznym dla siebie, nieco głupkowatym uśmiechem. 
Wziąłem podany przez niego pakiet i wyszedłem. Udałem się za miasto. Rozciągały się tam przepiękne zielone wzgórza przyprószone wrzosowiskami, jak w Irlandii. Gdy wspiąłem się na jedno z wyższych wzniesień, spostrzegłem zbliżającą się do mnie kolejkę linową. Wagonik się zatrzymał, więc do niego wszedłem. Podróż odbywała się od wzgórza do wzgórza. Ostatecznie wagon zmierzał w kierunku masywnego zamku. 
Podobno mieszkała tam jakaś przerażająca królowa bez twarzy. Wyskoczyłem z kolejki tuż za murami zamku. Miałem wrażenie, że nie powinienem tam być. Ukrywałem się więc, dyskretnie przemierzając kolejne komnaty zamku. Jedna z nich zwróciła moją uwagę. Były tam dziesiątki kobiecych twarzy umieszczonych na stojakach oraz równie dużo peruk. 
Twarze wyglądały na prawdziwe jakby zostały wycięte z ludzkich głów. Usłyszałem odgłos zbliżających się kroków. Szybko skryłem się za jedną z szaf. Po chwili do pokoju wkroczyła kobieca postać w płaszczu z kapturem, który całkowicie zasłaniał jej twarz. Stanęła przy jednym z regałów, odwrócona do mnie plecami. Sięgnęła po jedną z twarzy i założyła ją niczym maskę. Obróciła się. 
Dostrzegłem napiętą twarz młodej, bladej kobiety. Dopasowała sobie ją dokładnie i sięgnęła po czarną perukę. Wymknąłem się gdy była zajęta dobieraniem najodpowiedniejszej peruki. Usłyszałem płacz dziecka. Pobiegłem w tamtym kierunku i dotarłem do lochu. Niemowlę było zamknięte w klatce wiszącej na grubym łańcuchu. Uwolniłem je i uspokoiłem. Jakoś udało mi się niepostrzeżenie opuścić zamek. Wiedziałem, że to jest ważne dziecko i muszę je chronić. 
Biegłem w stronę wieżowca. Gdy byłem już kilkadziesiąt metrów od niego, postanowiłem się zatrzymać przy kępie krzaków i rozejrzeć, czy jest bezpiecznie. 
Nagle w wieżowcu pojawił się gęsty jasnoszary dym, a może to był pył. Wydawał się być niemal żywy. Widziałem jak wypełnia cały budynek. Piętro po piętrze, od parteru, aż po dach. W chwili gdy dotarł na sam szczyt budynku nastąpiła wielka eksplozja, równocześnie wybijając wszystkie okna i spowijając cały budynek jasnym pomarańczowobiałym płomieniem. Byłem przerażony. Wiedziałem, że w środku była moja rodzina.

środa, 30 maja 2012

Sopor Aeternus


Wraz z kilkudziesięcioma innymi ludźmi siedziałem w niewielkiej sali. Panował półmrok, a oświetlona była jedynie  scena w rogu. Na podeście stała Anna Varney. Śpiewała na swym kameralnym koncercie. Zeszła ze sceny i przechodząc między krzesłami na widowni, podeszła do mnie. Wyciągnęła do mnie dłoń, więc ją chwyciłem i wstałem. Zaprowadziła mnie na scenę i zaczęliśmy tańczyć. Poczułem się wyróżniony. Niespodziewanie spróbowała mnie pocałować. 
Odepchnąłem ją lekko i wybiegłem z sali, a ona kontynuowała koncert. Chyba się jej przestraszyłem.  Drzwi zamknęły się za mną, a ja znalazłem się na korytarzu. Widziałem sporo znajomych z liceum, ze studiów oraz poznanych jeszcze później. Nagle drzwi od sali koncertowej znowu się otworzyły i ku memu zaskoczeniu zobaczyłem tam Ją. Okazało się, że też była na koncercie. Powoli do mnie podeszła. Objęła mnie, spojrzała w oczy i zaczęła całować. Długo i namiętnie... 
Znalazłem się w namiocie. Wyszedłem na zewnątrz i odkryłem, że byłem w lesie, a nieopodal znajdowało się jezioro. Była noc i padał intensywny deszcz. Wróciłem więc do namiotu. Tym razem dostrzegłem tam Ją. Siedziała z podkurczonymi nogami. Powiedziała, że zamierza się przeprowadzić. Podała nawet adres. Nazwa ulicy zaczynała się na "P" i była dość długa, a numer mieszkania to 2310... Znalazłem się w mieście. Miałem złe przeczucia. Natknąłem się na patrol policji. Zapytałem się ich, czy mogliby mi pomóc odnaleźć adres, który mi podała. 
Zaczęli mnie wypytywać, co wydało mi się podejrzane. Miałem wrażenie, że już tam byli. Nie wiem dlaczego, ale podałem im fałszywe imię i nazwisko. Chyba przedstawiłem się jako Marek. Ruszyłem w drogę według ich wskazówek, a mimo to błądziłem. Przeszedłem obok placu zabaw, na którego środku znajdował się mały staw rybny. Pływały tam niewielkie pomarańczowe i złote ryby. W końcu dotarłem do bardzo długiego, szarego i wysokiego wieżowca. 
Klatka schodowa obudowana była rusztowaniem, więc trzeba się było mocno schylić, by do niej wejść. Będąc już wewnątrz budynku znów musiałem trochę pobłądzić zanim odnalazłem windę. Sama winda także była osobliwa. Jej długość i szerokość były na tyle duże, że bez trudu można by tam wjechać autobusem. Nie miała drzwi, ani żadnych innych zabezpieczeń. Wznosiła się bardzo wolno, a mijane piętra były bardzo wysokie. Jakieś trzy razy wyższe niż zazwyczaj bywają w blokach. Wysiadłem na trzecim lub czwartym piętrze. 
Odnalazłem mieszkanie z właściwym numerem i zapukałem. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyłem tam Ją. Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Odkryłem, że mam dla Niej jakiś prezent. Była to szklana kula. Wewnątrz niej znajdowała się jakaś ciecz. Z dna unosiły się cztery kolumny z drobnych pęcherzyków powietrza. Każda z nich była podświetlona światłem o innej barwie, a odcienie się zmieniały. 
Między nimi pływał miniaturowy delfin. W chwili, gdy oboje ją dotknęliśmy przenieśliśmy się do jakiejś alternatywnej rzeczywistości lub gry. Niewiele z tego pamiętam, ale było tam dziwnie i opuściliśmy ją. W drzwiach do pokoju dostrzegłem Jej współlokatora. Zachowywał się dość agresywnie. Wyciągnął nóż i ruszył w Jej stronę. 
Zagrodziłem mu drogę i zostałem dźgnięty w brzuch. W tym samym momencie drzwi do mieszkania wyważyła policja. Obudziłem się...

Jest to sen z nocy 25/26.05.2012