Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 listopada 2016

Duchy Kamiennej Wieży


Byłem w okolicy starego rynku. Z ciekawości wszedłem do nieco zapuszczonego budynku, który zapewne kiedyś był dobrze prosperującą restauracją. Stoliki i krzesła porozstawiane w nieładzie zdążył pokryć kurz. Wszedłem w głąb restauracji i podążałem plątaniną sal i pomieszczeń, aż wyszedłem na dziedziniec. Tam stoliki były bardziej zadbane. Dziedziniec był ogromny, wybrukowany małymi kostkami z szarego kamienia. Zajmował całą powierzchnię pagórka, którego podnóże opływała wolno płynąca rzeka. Po chwili podeszła starsza kobieta, bogato i elegancko odziana, o
arystokratycznych manierach. Oprowadziła mnie. Mówiła, że kiedyś tu była wspaniała winnica. Teraz pozostało kilka krzewów winnych i pamiątkowa tablica. Wszędzie były trochę zaniedbane kwietniki i niedziałające już fontanny. Największe wrażenie jednak robiła ogromna kamienna wieża. Zmierzaliśmy właśnie w jej kierunku, kiedy dołączył do nas znajomy arystokratki. Bardzo mi przypominał Lesliego Nilsena. Weszliśmy do środka. Kamienna wieża była pusta w środku. Kręte, spiralne kamienne schody pięły się do góry wzdłuż ścian. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki, w końcu doszliśmy do stropu, a właściwie do pierwszego piętra wieży. Nie dziwiło mnie wtedy, że otaczało nas jezioro. Olbrzymia tafla wody
sięgająca niemal po horyzont, przez co bardziej przypominała morze. Woda była całkowicie nieruchoma i gładka niczym tafla szkła. Odbijało się w niej przyjemne pomarańczowe światło, jak przy zachodzie słońca. W oddali można było dostrzec sylwetki olbrzymich dźwigów portowych i kontenerów poustawianych w stosy, przez co upodabniały się do piramid. Kobieta odebrała telefon. Usłyszałem krzyki kucharza, coś że się nie wyrabia i chce zrezygnować. Staruszka pojednawczym tonem próbowała go uspokajać i
zapewniła, że już do niego idzie, po czym skinieniem wskazała, byśmy szli dalej i napomknęła, byśmy się nie bali
dzieciaków. Wspinaliśmy się więc dalej po schodach, z tą różnicą, że teraz oplatały wieżę z zewnątrz. Drewniana balustrada była w opłakanym stanie, w kilku miejscach uszkodzona, jakby ktoś podczas dynamicznej bójki ją złamał i wpadł w otchłań przestrzeni poza nią. "Nilsen" po chwili się zmęczył i stwierdził, że musi chwilkę odsapnąć i że mnie dogoni. Kontynuowałem wchodzenia sam. Po kilkuset metrach dotarłem w końcu na szczyt. Był tam rozległy park. Nastała noc, ale niezwykle jasna, bo rozświetlona przez rozgwieżdżone niebo i wielki księżyc w pełni. Przechadzałem się alejkami podziwiając piękne kwiaty, które zdawały się niemal ożywać oświetlane srebrnym globem. Nad jedną z ławek unosiła się trupioblada para
dzieci, chłopiec i dziewczynka. Oboje odziani w białe koszule nocne. Twarze znaczyła sieć czarnych żył prześwitujących przez półprzezroczystą, błękitnawą skórę. Oczy były puste i ciemne, a dziąsła zapadnięte, przez co zęby były bardziej wydatne. Powinienem się chyba ich bać, ale nie czułem wtedy strachu. Wyczuwałem od nich radość i jednocześnie nieprzewidywalność typową dla beztroskich dzieci, co makabrycznie kontrastowało z ich martwym stanem. Unosili się w powietrzu wyraźnie zaciekawieni moją obecnością, a jednocześnie dawało się
wyczuć dozę ostrożności i niepewności. Ciszę nocy rozdarł hałas potężnego tłokowego silnika. Na trawie obok mnie wylądował dwupłatowy samolot śmigłowy, a z wnętrza wrzeszczał "Nilsen" bym natychmiast wsiadał. Spojrzałem jeszcze na "dzieciaki", które teraz wszystko obserwowały całkowicie nieobecnie i już bez emocji. Odlecieliśmy...

niedziela, 30 listopada 2014

Andrzejkowy sen...

Zmierzałem w kierunku jeziora. Z oddali widziałem Szymona i Jagodę. Chwilę ze sobą rozmawiali po czym Szymon wykonał zapraszający gest w kierunku przeciwległego brzegu i wszedł do jeziora. Jagoda chwilę stała, po czym się rozebrała i naga podążyła za nim. Jezioro nie było głębokie. Woda sięgała im do pasa, czasem do pach w najgłębszych miejscach. Poszedłem w stronę starego szklanego budynku. Przypominał trochę szklarnię, ale o dość sporej kubaturze. Tafle szkła pokryte były
brunatno rdzawym osadem. Powietrze we wnętrzu było przyjemnie ciepłe i wypełnione słodką wonią. Słychać też było niemal hipnotyczne bzyczenie. Dostrzegłem przepiękną mahoniową szafkę z „walizkowym” uchwytem na górze. Była przepięknie zdobiona. Za na wpół otwartymi podwójnymi drzwiczkami kryły się półeczki i szufladki. Niestety była zaciekle broniona przez roje pszczół. Nie były agresywne, dopóki nie zacząłem się do nich zbliżać.
Bzyczenie przybierało wtedy ostrzegawczą częstotliwość. Oddaliłem się więc w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby przyciągnąć ich uwagę. Zobaczyłem osobliwą postać. Kształtem przypominała starszą kobietę z kokiem, ale była to cieniutka błona wypełniona lepką, przeźroczystą, pomarańczowożółtą cieczą. Wewnątrz można było dostrzec kości, częściowo nadtrawione lub rozpuszczone. Dostrzegłem kręgosłup, część żeber i miednicę. Nie dostrzegłem ani czaszki, ani pozostałych kości. Kobiecą postać próbował objąć
starszy mężczyzna. Robił to tak delikatnie i czule jak tylko potrafił. Niestety po chwili postać pękła jak bańka mydlana, a cała wewnętrzna zawartość się rozlała. Zrobiło mi się przykro, ale starszy mężczyzna wyglądał na pogodzonego z tym co się stało, choć można było w nim dostrzec ból po stracie. Po chwili dostrzegłem więcej takich osobliwych par. Na ziemi natomiast znalazłem coś na kształt skórzanego jaja wielkości grejpfruta. Miało pomarańczową barwę i delikatnie świeciło. Gdy się zbliżyłem pękło, a z wnętrza wypłynęło coś 
przypominającego miód. Przyciągnęło wszystkie pszczoły znajdujące się w budynku. Wyglądały teraz na odurzone i spokojne. Wykorzystałem tą sposobność do dyskretnego wyniesienia szafki. Na zewnątrz spotkałem mojego przyjaciela Ł. Razem sprawdziliśmy jej zawartość. Były tam przeróżne buteleczki z płynami, karty tarota, pionki, kości do gry wykonane z kości i lniane woreczki z ziołami. Po dokładnym obejrzeniu odłożyłem wszystko na swoje miejsce i razem poszliśmy w stronę autokaru.
Wszedłem po schodkach, a na siedzeniu przy nich siedziała M. Przywitała mnie całusem i sugestywnie podała dłoń. Delikatnie ująłem ja w swoją i dostojnie wyprowadziłem z autokaru jak damę, którą niewątpliwie była. Powiedziałem, że chciałbym się jeszcze przejść, a Ona stwierdziła, że możemy spotkać się „na miejscu” i znów mnie pocałowała. Szedłem zalesioną dolinką między wzgórzami i natrafiłem na bardzo stary kamienny kościółek, częściowo pokryty zielonymi porostami. Nie
widziałem ani jednego krzyża, aczkolwiek tuż obok niego stał okazały obelisk. Z trzech stron pokryty był hieroglifami, a na czwartej wyryty był wizerunek Jezusa. Po chwili dostrzegłem księdza wychodzącego z kościółka. Nim zdążyłem się odezwać, powiedział: „To nie Twoja wiara. Ludzie już nie pamiętają jaka była, że chrześcijaństwo było egipskie”. Po czym na dowód otworzył Pismo, które miał w dłoni. Wypełnione było papirusowymi stronicami pokrytymi częściowo hieroglifami i
częściowo pismem, które uważałem za hebrajskie. Wszedłem na wzgórze, gdzie był zamek, czyli miejsce, gdzie miałem się spotkać z M. Spotkałem Ją w rozległej Sali Sypialnej, gdzie dość gęsto porozstawiane były łóżka. Większość była już pozajmowana. Na łóżku, tuż obok mojego leżała M. Położyłem się na swoim, a M. podniosła się lekko, oparła na łokciu i obróciła w moją stronę. Zrobiłem to samo i po chwili nasze usta się spotkały. Zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej i usiedliśmy. Nasz pocałunek był cudownie namiętny. Nasze języki tańczyły i czułem Jej słodki ciepły smak. Zdawał się trwać wieczność, a gdy już skończyliśmy się wzajemnie „kosztować”, powiedziałem, że po drodze widziałem coś dziwnego. Spytała się, czy też
widziałem te dziwne znaki na drzewach w lesie. Zaprzeczyłem i opowiedziałem o tajemniczym kościele. Nie wydawała się tym zdziwiona i powiedziała, że na drzewach były też hieroglify i inne znaki. Spotkaliśmy się znowu w centrum handlowym. Dała mi całusa i zaczęła uciekać. Zacząłem Ją gonić, a Ona się śmiała, gdy się odwracała. Po chwili Ją dogoniłem i złapałem. Delikatnie oswobodziła się z moich objęć. Obróciła się w moim kierunku, a po Jej policzku
spływała łza. Łamiącym się głosem powiedziała: „Obawiam się, że nie…”. Nie musiała kończyć. „Obawiam się, że ja też…” Odpowiedziałem, równie łamiącym się głosem i przytuliliśmy się…

środa, 12 lutego 2014

Kryształowy smok

Brałem udział w jakiejś grze terenowej. Miałem wrażenie, że w tej grze rywalizacja miała drugorzędne znaczenie, a dużo ważniejsza była współpraca i integracja . Wraz z grupą znajomych oraz kilku nieznajomych, biegliśmy po pięknych, dzikich i niedostępnych terenach.  Przypominały trochę podmokłe wzgórza i doliny, które przemierzałem  kiedyś w Irlandii. Stoki pokryte wrzosami i ziołami udekorowane starymi drewnianymi płotami. Wspólnymi siłami przeprawialiśmy się przez
strumienie i okrążaliśmy smagane wiatrem, pofalowane tafle jezior. Napotykaliśmy na swej drodze liczne ruiny, które ochoczo eksplorowaliśmy. W ruinach klasztoru porośniętych bujnym bluszczem znaleźliśmy wejście do jaskini. Długi i ciemny korytarz doprowadził nas w końcu do olbrzymiej komory w której bez trudu zmieściła by się
katedra. Monumentalna sala pokryta była wspaniałymi i okazałymi kryształami. Emanowały wewnętrznym, opalizującym blaskiem. Odniosłem wrażenie, że jeden z kryształów poruszył się i ożył. Oderwał się od sklepienia i poszybował w naszym kierunku. Łagodnie wylądował kilkanaście metrów od nas, kilkoma machnięciami skrzydeł wytracając prędkość. Wielki i lśniący smok przyglądał się nam z zainteresowaniem i
niepewnością. Jego ciało wydawało się na wpół przeźroczyste, jakby krystaliczne. Było źródłem łagodnego szafirowego światła. Nagle jego wnętrze przybrało barwę bursztynu. Blask szybko przemieścił się z klatki piersiowej, przez szyję i opuścił imponującą paszczę płomienistą strugą. Chmura ognia podpaliła kilka pobliskich kryształów. Zajęły się
ogniem i poczułem jakby swąd topiącego się plastiku. Ktoś podbiegł z gaśnicą i ugasił kryształy. Następnie skierował śnieżnobiałą chmurę w kierunku smoka. Płomień w jego wnętrzu zgasł. Znieruchomiał w majestatycznej pozie i przemienił się w piękny krystaliczny posąg.  Usłyszałem przytłumione brzęczenie. Nasilało się i po chwili z gardzieli
wyfrunęła wielka mucha. Mogła mieć z dziesięć centymetrów. Zbliżała się do mnie z zamiarem ataku. Instynktownie zacząłem bzyczeć, próbując naśladować wydawany przez nią dźwięk. Znieruchomiała i wydawała się być zahipnotyzowana niczym wąż grą fakira na flecie. Unosiła się niemal nieruchomo, próbując żądlić. Robiła
to jednak tak wolno i niezdarnie, że bez problemu unikałem użądlenia. Wyjąłem strzykawkę i wbiłem w jej odwłok. Mucha po chwili łagodnie opadła i zasnęła.

sobota, 8 czerwca 2013

Rubinowa gwiazda i ciasteczkowy bałwan

Jechałem z tatą samochodem. Była głęboka noc. Mrok rozpraszały jedynie reflektory auta. Ściany drzew ciągnęły się monotonnie po obu stronach drogi. W końcu dojechaliśmy nad jezioro. Usiadłem na trawie i spojrzałem do góry. Niebo przybrało niesamowitą barwę. Opalizowało ciekawym odcieniem zieleni i jakby emanowało wewnętrzną poświatą. 
To niezwykłe zjawisko tworzyło kształt kraba. Dostrzegłem też niezwykłą gwiazdę. Była dużo jaśniejsza od pozostałych i miała intensywnie głęboką czerwoną barwę niczym rubin. Nagle dostrzegłem jakiś ruch. Pobiegłem w tamtą stronę i rozpoznałem nasze auto, które zaczęło staczać się ze wzniesienia. Nie mogłem nic zrobić. Po chwili, już trochę rozpędzone, uderzyło w inny samochód. 
Zderzenie nastąpiło w miejscu pasażera z przodu, czyli tam, gdzie zazwyczaj siedziałem. Co dziwne wgniecenie było idealnie równe o koncie 90 stopni. Miejsce pasażera po prostu przestało istnieć. Poszedłem do lasu i trafiłem na polankę. Była cała pokryta śniegiem i oświetlona ciepłym beżowym światłem. 
Czułem na niej zapach ciasteczek, a na samym jej środku dostrzegłem bałwana. Wydawało mi się, że się porusza i że to on był źródłem przyjemnego zapachu.

środa, 10 kwietnia 2013

Turystyka ekstremalna


Byłem w górach, a właściwie na płaskim i rozległym szczycie jednej z gór.  Przede mną rozciągało
się lustro sporego jeziora. Z jednej strony było ograniczone konstrukcją z mlecznozielonkawych
szklanych paneli, niczym krawędź wielkiego akwarium. Ścieżka kończyła się tam, gdzie owa krawędź zbiornika się zaczynała. Jedynym sposobem by iść dalej było przesuwanie się wzdłuż
niej. Miałem pod sobą jedynie bezkresną przepaść, której dno niknęło w mroku. 
Przez chwilę rozważałem wskoczenie do jeziora i przepłynięcie tego fragmentu, lecz woda mogła mieć najwyżej kilka stopni. Przesuwałem się więc powoli wzdłuż zimnych, szklanych paneli i w końcu dotarłem do schroniska przy jeziorze. Przed schroniskiem spotkałem tatę i mojego kolegę. Właśnie zamierzali sobie popływać i chyba byli przygotowani na chłód, bo ubrali rękawiczki i czapki. Przeszedłem przez budynek i spotykałem kobietę w średnim wieku. 
Powiedziała, że zaprowadzi mnie do kawałka terenu, który mi przydzielono i z zazdrością stwierdziła, że mi się poszczęściło. Doszliśmy do peronu kolejki. Postanowiłem szybko odmalować ławki, by to miejsce robiło większe wrażenie na turystach. Moja przewodniczka wskazała całkowicie zarośnięty cmentarz, znajdujący się sto metrów niżej i powiedziała, że to jej. 
Podziękowałem jej i obiecałem, że kiedyś pomogę w jego uprzątnięciu. Chciałem zejść z góry zanim się ściemni. Po drodze spotkałem dalszego wujka, który mopem szorował kamienistą ścieżkę. Na moje pytanie, dlaczego to robi, odpowiedział, że
"tak trzeba, bo turyści nie powinni widzieć brudu". Podczas, gdy z nim rozmawiałem, dołączyła do mnie moja siostra. Co dziwne, wyglądała najwyżej na dziewięć lat. Prowadziła też na smyczy kota. 
Był to biały dachowiec w czarne łatki. Wołała na niego "Schulz". (W rzeczywistości moja siostra ma ponad dwadzieścia lat i nigdy nie mieliśmy kota). Schodząc razem z góry, opuściliśmy obszar typowo skalisty i przeszliśmy przez las. Wyszliśmy prosto na rozległe targowisko. Ktoś nas obserwował. Wziąłem kota, chwyciłem siostrę za rękę i zaczęliśmy lawirować pomiędzy straganami.
Prześladowca nie odpuszczał. Wbiegliśmy do wieżowca, a korytarz poprowadził nas do jedynego mieszkania, w którym były uchylone drzwi. Weszliśmy do pokoju po prawej i usiedliśmy w niepokoju. Przez na wpół przeźroczystą szybę w drzwiach, obserwowaliśmy rozwój wydarzeń. Ktoś otwierał po kolei wszystkie drzwi w mieszkaniu. Siostra teraz już rozpłakana, przytuliła się do mnie. 
W końcu ktoś otworzył drzwi od pokoju, w którym przebywaliśmy. Nie mieliśmy już gdzie
dalej uciekać. Pulchny mężczyzna i równie puszysta kobieta celowali do nas ze strzelby i dubeltówki.  Byłem przerażony i próbowałem odpychać wycelowane w nas lufy. Nagle oboje się
roześmiali i powiedzieli, że to taki żart, który robią wszystkim turystom. Wyszliśmy roztrzęsieni, ale szczęśliwi, że tak to się skończyło. 
Siostra chciała bym ją wziął na ręce i tak zrobiłem. Zasnęła. Szliśmy przez miasto. W oddali widziałem palące się budynki. Jakieś biurowce i hale. Doszedłem do pętli tramwajowej. Spojrzałem na rozkłady i miejsca docelowe nie miały żadnego sensu. Były to np. "ibn" lub "lbl" i inne również nie posiadające logicznego
znaczenia. Poszedłem więc dalej i zobaczyłem przystanek autobusowy. Stał tam autobus o numerze 49, ale również nie miałem pojęcia, gdzie on jedzie. 
Pamiętam jedynie, że nazwa składała się z dłuższego ciągu liter. Wróciłem więc na pętlę tramwajową. Budynki nadal się paliły i co dziwne nie spalały, tylko trwały niezmiennie w płomieniach...

wtorek, 29 stycznia 2013

Szympansy

Wybrałem się na spacer po wąskich i urokliwych uliczkach starego miasta. Towarzyszyła mi siostra, a jej obcasy głośno stukały na kamienistym bruku. Odgłos roznosił się echem po opustoszałym deptaku. Po jakimś czasie spotkaliśmy jej koleżanki, których ja nie znałem. Jedna z nich była blondynką. Włosy miała krótkie, a twarz pogodną. Ubrana była w szarą, błyszczącą spódnicę i białą bluzkę bez rękawów, związaną z tyłu. Za namową nowo poznanych koleżanek udaliśmy się do pobliskiej dyskoteki. Ludzi było tam sporo, ale nikt nie tańczył. Z głośników wydobywała się muzyka techno, co mi bardzo się nie podobało, więc wyszedłem. Dotarłem do sklepu. Ekspedientka zachwalała, że wszystkie sprzedawane tam produkty są w stu procentach naturalne. 
Moją uwagę przykuły olbrzymie czarne raki, które rozmiarami przypominały raczej homary. Znalazłem się nad jeziorem. Woda była spokojna i krystalicznie czysta, tak że bez problemu można było dostrzec dno. Wszedłem na niewielkie drewniane molo. Na barierkach siedziały szympansy, które niespodziewanie zaczęły się na nich huśtać i nimi kołysać. W końcu skoczyły do wody. Chodziły "na czworakach" po dnie, a ich ogony wystawały nad powierzchnię niczym peryskopy (Dziwne, szympansy nie mają przecież ogonów). 
Podszedłem do końca mola, usiadłem na barierce i skoczyłem z zamiarem zbadania zachowania szympansów. Było jednak wyżej niż myślałem, a woda była płytka w miejscu lądowania. Uderzenie było bolesne, ale grząskie dno zamortyzowało upadek. Z trudem wyczołgałem się na brzeg. Cały byłem pokryty mułem i piaskiem. Ktoś krzyknął, że zaraz rusza ostatni pociąg. Instynktownie pstryknąłem palcami i nagle byłem czysty, pstryknąłem drugi raz i byłem ubrany. 
Pobiegłem na pociąg i wskoczyłem w ostatniej chwili. W przedziale do którego wsiadłem, przebywała pewna młoda para. Przygotowywali się do narodzin dziecka i wywiązała się dyskusja na temat bajek, a dokładniej o tym, które są najlepsze dla dzieci.

niedziela, 4 listopada 2012

Mój ślub


Przedzierałem się przez ciemny las, co chwilę odsuwając dłonią pojawiające się na mej drodze gałęzie. W oddali ledwo dostrzegałem słabe, pomarańczowe światło, migoczące niczym latarnia na morzu nocnej ciemności. Wyłaniając się zza linii drzew zobaczyłem niewielki drewniany domek stojący w płomieniach. Nagle zerwał się bardzo silny wiatr, a właściwie pojedynczy podmuch, który momentalnie zgasił pożar. Dom wyglądał na nienaruszony. Odnalazłem drogę, która doprowadziła mnie do sklepu. W środku spotkałem swoją ciotkę i kuzynkę. Stały przy czterech eliptycznych portalach, z których emanowało delikatne pomarańczowe światło. 
Ciotka uczyła moją kuzynkę jak odczytywać symbole w nich się pojawiające. Kuzynka z wielką pieczołowitością i powagą rozpracowywała właśnie ostatni. Oznaczał "prędkość światła". Zaciekawiony podszedłem do niego. Zaczął się mocniej żarzyć. W chwili, gdy go dotknąłem poczułem ciepło i przyspieszenie, a po ułamku sekundy byłem w zupełnie innym miejscu. Leżałem w dużym łożu, przykryty jedwabną pościelą. Odezwał się inteligentny budzik, który grzecznie mnie przywitał i poinformował, że najwyższy czas już wstać. 
Dodaj napis
Wyglądał jak gałka oczna unosząca się wewnątrz szklanego klosza. Zadziwiające, że wyrażała całą gamę emocji wyłącznie przez rozszerzanie i zwężanie źrenicy oraz zmianę barwy. Przeprowadziłem z nim ciekawą rozmowę. Dowiedziałem się, że jest godzina dziesiąta oraz jaka będzie przewidywana pogoda. Najważniejszą jednak informacją było to, że o godzinie szesnastej miałem wziąć ślub z Nią. Dopiero wtedy dostrzegłem garnitur wiszący tuż obok łóżka. Był jasny, w stylu wiktoriańskim z różą wystającą z kieszeni. Kolejnym odkryciem było to, że pomieszczenie w którym się znajdowałem, było na jednym z najwyższych pięter drapacza chmur i z trzech stron było całkowicie przeszklone. 
Rozpościerający się z niego widok wprost zapierał dech w piersiach. Z góry ledwo dostrzegłem Ją, ubraną w suknie również chyba w stylu wiktoriańskim  w kolorze écru i z kilkumetrowym welonem. Wsiadała do auta. Przeszedłem się po pokoju i usiadłem przy stoliku na którym znajdował się półmisek z dziwną nasadką na krawędzi. Znajdował się tam żarnik jak w piecu elektrycznym, rozgrzany do czerwoności i wentylator, rozprowadzający ciepłe powietrze w kierunku potrawy. Był to jakiś krem z delikatnie skarmelizowaną skorupką na wierzchu. 
Nie miałem jednak czasu na delektowanie się tym deserem. Szybko się ubrałem i wyszedłem na zewnątrz. Czekał tam mój przyjaciel, który przyjechał minivanem. W środku siedziała już moja siostra i szwagier. Nagle wewnątrz auta zaczął padać deszcz tuż nad moją siostrą. Wyjęła parasol, który wywinął się na lewą stronę i został zassany do dachu auta. Siostra wzruszyła z dezaprobatą ramionami, a po chwili przestało padać. 
Przyjaciel zawiózł nas za miasto. Z oddali widziałem Ją jak stała na niewielkim wzgórzu pod wielkim, rozłożystym dębem, nieopodal pięknego jeziora.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Obsydianowa plaża


Znalazłem przejście między garażami, kilka kilometrów od domu. Dokonałem też dziwnego odkrycia. W głąb lądu wdarło się morze i wąskim kanałem połączyło się z jeziorem w dolinie. Nie byłoby to aż tak bardzo dziwne, gdyby nie to, że morski brzeg powinien być oddalony od tego miejsca o ponad sto kilkadziesiąt kilometrów. Plaża cała była czarna. 
Widziałem też kikuty spalonych budynków wystające z ziemi i straszące swą zwęgloną czernią. Podchodząc bliżej dostrzegłem, że to co uważałem wcześniej za ciemną ziemię, było w rzeczywistości czarnym, ostrym szkliwem. Szedłem boso i pokaleczyłem sobie stopy. Co jakiś czas przechodziłem obok otworów w ziemi, które zostały przykryte zbrojonymi, trochę
 nadkruszonymi, betonowymi płytami. Tuż przy wodzie leżała Ona. Chyba spała, ale była osmalona i mokra. Gdy do Niej podszedłem, okazało się, że jest gorąca. Rozglądając się dookoła zobaczyłem, że znajdujemy się w samym centrum krateru...

środa, 30 maja 2012

Sopor Aeternus


Wraz z kilkudziesięcioma innymi ludźmi siedziałem w niewielkiej sali. Panował półmrok, a oświetlona była jedynie  scena w rogu. Na podeście stała Anna Varney. Śpiewała na swym kameralnym koncercie. Zeszła ze sceny i przechodząc między krzesłami na widowni, podeszła do mnie. Wyciągnęła do mnie dłoń, więc ją chwyciłem i wstałem. Zaprowadziła mnie na scenę i zaczęliśmy tańczyć. Poczułem się wyróżniony. Niespodziewanie spróbowała mnie pocałować. 
Odepchnąłem ją lekko i wybiegłem z sali, a ona kontynuowała koncert. Chyba się jej przestraszyłem.  Drzwi zamknęły się za mną, a ja znalazłem się na korytarzu. Widziałem sporo znajomych z liceum, ze studiów oraz poznanych jeszcze później. Nagle drzwi od sali koncertowej znowu się otworzyły i ku memu zaskoczeniu zobaczyłem tam Ją. Okazało się, że też była na koncercie. Powoli do mnie podeszła. Objęła mnie, spojrzała w oczy i zaczęła całować. Długo i namiętnie... 
Znalazłem się w namiocie. Wyszedłem na zewnątrz i odkryłem, że byłem w lesie, a nieopodal znajdowało się jezioro. Była noc i padał intensywny deszcz. Wróciłem więc do namiotu. Tym razem dostrzegłem tam Ją. Siedziała z podkurczonymi nogami. Powiedziała, że zamierza się przeprowadzić. Podała nawet adres. Nazwa ulicy zaczynała się na "P" i była dość długa, a numer mieszkania to 2310... Znalazłem się w mieście. Miałem złe przeczucia. Natknąłem się na patrol policji. Zapytałem się ich, czy mogliby mi pomóc odnaleźć adres, który mi podała. 
Zaczęli mnie wypytywać, co wydało mi się podejrzane. Miałem wrażenie, że już tam byli. Nie wiem dlaczego, ale podałem im fałszywe imię i nazwisko. Chyba przedstawiłem się jako Marek. Ruszyłem w drogę według ich wskazówek, a mimo to błądziłem. Przeszedłem obok placu zabaw, na którego środku znajdował się mały staw rybny. Pływały tam niewielkie pomarańczowe i złote ryby. W końcu dotarłem do bardzo długiego, szarego i wysokiego wieżowca. 
Klatka schodowa obudowana była rusztowaniem, więc trzeba się było mocno schylić, by do niej wejść. Będąc już wewnątrz budynku znów musiałem trochę pobłądzić zanim odnalazłem windę. Sama winda także była osobliwa. Jej długość i szerokość były na tyle duże, że bez trudu można by tam wjechać autobusem. Nie miała drzwi, ani żadnych innych zabezpieczeń. Wznosiła się bardzo wolno, a mijane piętra były bardzo wysokie. Jakieś trzy razy wyższe niż zazwyczaj bywają w blokach. Wysiadłem na trzecim lub czwartym piętrze. 
Odnalazłem mieszkanie z właściwym numerem i zapukałem. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyłem tam Ją. Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Odkryłem, że mam dla Niej jakiś prezent. Była to szklana kula. Wewnątrz niej znajdowała się jakaś ciecz. Z dna unosiły się cztery kolumny z drobnych pęcherzyków powietrza. Każda z nich była podświetlona światłem o innej barwie, a odcienie się zmieniały. 
Między nimi pływał miniaturowy delfin. W chwili, gdy oboje ją dotknęliśmy przenieśliśmy się do jakiejś alternatywnej rzeczywistości lub gry. Niewiele z tego pamiętam, ale było tam dziwnie i opuściliśmy ją. W drzwiach do pokoju dostrzegłem Jej współlokatora. Zachowywał się dość agresywnie. Wyciągnął nóż i ruszył w Jej stronę. 
Zagrodziłem mu drogę i zostałem dźgnięty w brzuch. W tym samym momencie drzwi do mieszkania wyważyła policja. Obudziłem się...

Jest to sen z nocy 25/26.05.2012