Byłem w okolicy starego rynku. Z ciekawości wszedłem do
nieco zapuszczonego budynku, który zapewne kiedyś był dobrze prosperującą
restauracją. Stoliki i krzesła porozstawiane w nieładzie zdążył pokryć kurz.
Wszedłem w głąb restauracji i podążałem plątaniną sal i pomieszczeń, aż
wyszedłem na dziedziniec. Tam stoliki były bardziej zadbane. Dziedziniec był
ogromny, wybrukowany małymi kostkami z szarego kamienia. Zajmował całą
powierzchnię pagórka, którego podnóże opływała wolno płynąca rzeka. Po chwili
podeszła starsza kobieta, bogato i elegancko odziana, o
arystokratycznych
manierach. Oprowadziła mnie. Mówiła, że kiedyś tu była wspaniała winnica. Teraz
pozostało kilka krzewów winnych i pamiątkowa tablica. Wszędzie były trochę zaniedbane
kwietniki i niedziałające już fontanny. Największe wrażenie jednak robiła
ogromna kamienna wieża. Zmierzaliśmy właśnie w jej kierunku, kiedy dołączył do
nas znajomy arystokratki. Bardzo mi przypominał Lesliego Nilsena. Weszliśmy do
środka. Kamienna wieża była pusta w środku. Kręte, spiralne kamienne schody pięły
się do góry wzdłuż ścian. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki, w końcu
doszliśmy do stropu, a właściwie do pierwszego piętra wieży. Nie dziwiło mnie
wtedy, że otaczało nas jezioro. Olbrzymia tafla wody
sięgająca niemal po horyzont,
przez co bardziej przypominała morze. Woda była całkowicie nieruchoma i gładka
niczym tafla szkła. Odbijało się w niej przyjemne pomarańczowe światło, jak
przy zachodzie słońca. W oddali można było dostrzec sylwetki olbrzymich dźwigów
portowych i kontenerów poustawianych w stosy, przez co upodabniały się do
piramid. Kobieta odebrała telefon. Usłyszałem krzyki kucharza, coś że się nie
wyrabia i chce zrezygnować. Staruszka pojednawczym tonem próbowała go uspokajać
i Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 listopada 2016
Duchy Kamiennej Wieży
niedziela, 30 listopada 2014
Andrzejkowy sen...
Zmierzałem w kierunku jeziora. Z oddali widziałem Szymona i Jagodę. Chwilę ze sobą rozmawiali po czym Szymon wykonał zapraszający gest w kierunku przeciwległego brzegu i wszedł do jeziora. Jagoda chwilę stała, po czym się rozebrała i naga podążyła za nim. Jezioro nie było głębokie. Woda sięgała im do pasa, czasem do pach w najgłębszych miejscach. Poszedłem w stronę starego szklanego budynku. Przypominał trochę szklarnię, ale o dość sporej kubaturze. Tafle szkła pokryte były
brunatno rdzawym osadem. Powietrze we wnętrzu było przyjemnie ciepłe i wypełnione słodką wonią. Słychać też było niemal hipnotyczne bzyczenie. Dostrzegłem przepiękną mahoniową szafkę z „walizkowym” uchwytem na górze. Była przepięknie zdobiona. Za na wpół otwartymi podwójnymi drzwiczkami kryły się półeczki i szufladki. Niestety była zaciekle broniona przez roje pszczół. Nie były agresywne, dopóki nie zacząłem się do nich zbliżać.
Bzyczenie przybierało wtedy ostrzegawczą częstotliwość. Oddaliłem się więc w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby przyciągnąć ich uwagę. Zobaczyłem osobliwą postać. Kształtem przypominała starszą kobietę z kokiem, ale była to cieniutka błona wypełniona lepką, przeźroczystą, pomarańczowożółtą cieczą. Wewnątrz można było dostrzec kości, częściowo nadtrawione lub rozpuszczone. Dostrzegłem kręgosłup, część żeber i miednicę. Nie dostrzegłem ani czaszki, ani pozostałych kości. Kobiecą postać próbował objąć starszy mężczyzna. Robił to tak delikatnie i czule jak tylko potrafił. Niestety po chwili postać pękła jak bańka mydlana, a cała wewnętrzna zawartość się rozlała. Zrobiło mi się przykro, ale starszy mężczyzna wyglądał na pogodzonego z tym co się stało, choć można było w nim dostrzec ból po stracie. Po chwili dostrzegłem więcej takich osobliwych par. Na ziemi natomiast znalazłem coś na kształt skórzanego jaja wielkości grejpfruta. Miało pomarańczową barwę i delikatnie świeciło. Gdy się zbliżyłem pękło, a z wnętrza wypłynęło coś przypominającego miód. Przyciągnęło wszystkie pszczoły znajdujące się w budynku. Wyglądały teraz na odurzone i spokojne. Wykorzystałem tą sposobność do dyskretnego wyniesienia szafki. Na zewnątrz spotkałem mojego przyjaciela Ł. Razem sprawdziliśmy jej zawartość. Były tam przeróżne buteleczki z płynami, karty tarota, pionki, kości do gry wykonane z kości i lniane woreczki z ziołami. Po dokładnym obejrzeniu odłożyłem wszystko na swoje miejsce i razem poszliśmy w stronę autokaru. Wszedłem po schodkach, a na siedzeniu przy nich siedziała M. Przywitała mnie całusem i sugestywnie podała dłoń. Delikatnie ująłem ja w swoją i dostojnie wyprowadziłem z autokaru jak damę, którą niewątpliwie była. Powiedziałem, że chciałbym się jeszcze przejść, a Ona stwierdziła, że możemy spotkać się „na miejscu” i znów mnie pocałowała. Szedłem zalesioną dolinką między wzgórzami i natrafiłem na bardzo stary kamienny kościółek, częściowo pokryty zielonymi porostami. Nie widziałem ani jednego krzyża, aczkolwiek tuż obok niego stał okazały obelisk. Z trzech stron pokryty był hieroglifami, a na czwartej wyryty był wizerunek Jezusa. Po chwili dostrzegłem księdza wychodzącego z kościółka. Nim zdążyłem się odezwać, powiedział: „To nie Twoja wiara. Ludzie już nie pamiętają jaka była, że chrześcijaństwo było egipskie”. Po czym na dowód otworzył Pismo, które miał w dłoni. Wypełnione było papirusowymi stronicami pokrytymi częściowo hieroglifami i częściowo pismem, które uważałem za hebrajskie. Wszedłem na wzgórze, gdzie był zamek, czyli miejsce, gdzie miałem się spotkać z M. Spotkałem Ją w rozległej Sali Sypialnej, gdzie dość gęsto porozstawiane były łóżka. Większość była już pozajmowana. Na łóżku, tuż obok mojego leżała M. Położyłem się na swoim, a M. podniosła się lekko, oparła na łokciu i obróciła w moją stronę. Zrobiłem to samo i po chwili nasze usta się spotkały. Zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej i usiedliśmy. Nasz pocałunek był cudownie namiętny. Nasze języki tańczyły i czułem Jej słodki ciepły smak. Zdawał się trwać wieczność, a gdy już skończyliśmy się wzajemnie „kosztować”, powiedziałem, że po drodze widziałem coś dziwnego. Spytała się, czy też widziałem te dziwne znaki na drzewach w lesie. Zaprzeczyłem i opowiedziałem o tajemniczym kościele. Nie wydawała się tym zdziwiona i powiedziała, że na drzewach były też hieroglify i inne znaki. Spotkaliśmy się znowu w centrum handlowym. Dała mi całusa i zaczęła uciekać. Zacząłem Ją gonić, a Ona się śmiała, gdy się odwracała. Po chwili Ją dogoniłem i złapałem. Delikatnie oswobodziła się z moich objęć. Obróciła się w moim kierunku, a po Jej policzku spływała łza. Łamiącym się głosem powiedziała: „Obawiam się, że nie…”. Nie musiała kończyć. „Obawiam się, że ja też…” Odpowiedziałem, równie łamiącym się głosem i przytuliliśmy się…
brunatno rdzawym osadem. Powietrze we wnętrzu było przyjemnie ciepłe i wypełnione słodką wonią. Słychać też było niemal hipnotyczne bzyczenie. Dostrzegłem przepiękną mahoniową szafkę z „walizkowym” uchwytem na górze. Była przepięknie zdobiona. Za na wpół otwartymi podwójnymi drzwiczkami kryły się półeczki i szufladki. Niestety była zaciekle broniona przez roje pszczół. Nie były agresywne, dopóki nie zacząłem się do nich zbliżać.
Bzyczenie przybierało wtedy ostrzegawczą częstotliwość. Oddaliłem się więc w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby przyciągnąć ich uwagę. Zobaczyłem osobliwą postać. Kształtem przypominała starszą kobietę z kokiem, ale była to cieniutka błona wypełniona lepką, przeźroczystą, pomarańczowożółtą cieczą. Wewnątrz można było dostrzec kości, częściowo nadtrawione lub rozpuszczone. Dostrzegłem kręgosłup, część żeber i miednicę. Nie dostrzegłem ani czaszki, ani pozostałych kości. Kobiecą postać próbował objąć starszy mężczyzna. Robił to tak delikatnie i czule jak tylko potrafił. Niestety po chwili postać pękła jak bańka mydlana, a cała wewnętrzna zawartość się rozlała. Zrobiło mi się przykro, ale starszy mężczyzna wyglądał na pogodzonego z tym co się stało, choć można było w nim dostrzec ból po stracie. Po chwili dostrzegłem więcej takich osobliwych par. Na ziemi natomiast znalazłem coś na kształt skórzanego jaja wielkości grejpfruta. Miało pomarańczową barwę i delikatnie świeciło. Gdy się zbliżyłem pękło, a z wnętrza wypłynęło coś przypominającego miód. Przyciągnęło wszystkie pszczoły znajdujące się w budynku. Wyglądały teraz na odurzone i spokojne. Wykorzystałem tą sposobność do dyskretnego wyniesienia szafki. Na zewnątrz spotkałem mojego przyjaciela Ł. Razem sprawdziliśmy jej zawartość. Były tam przeróżne buteleczki z płynami, karty tarota, pionki, kości do gry wykonane z kości i lniane woreczki z ziołami. Po dokładnym obejrzeniu odłożyłem wszystko na swoje miejsce i razem poszliśmy w stronę autokaru. Wszedłem po schodkach, a na siedzeniu przy nich siedziała M. Przywitała mnie całusem i sugestywnie podała dłoń. Delikatnie ująłem ja w swoją i dostojnie wyprowadziłem z autokaru jak damę, którą niewątpliwie była. Powiedziałem, że chciałbym się jeszcze przejść, a Ona stwierdziła, że możemy spotkać się „na miejscu” i znów mnie pocałowała. Szedłem zalesioną dolinką między wzgórzami i natrafiłem na bardzo stary kamienny kościółek, częściowo pokryty zielonymi porostami. Nie widziałem ani jednego krzyża, aczkolwiek tuż obok niego stał okazały obelisk. Z trzech stron pokryty był hieroglifami, a na czwartej wyryty był wizerunek Jezusa. Po chwili dostrzegłem księdza wychodzącego z kościółka. Nim zdążyłem się odezwać, powiedział: „To nie Twoja wiara. Ludzie już nie pamiętają jaka była, że chrześcijaństwo było egipskie”. Po czym na dowód otworzył Pismo, które miał w dłoni. Wypełnione było papirusowymi stronicami pokrytymi częściowo hieroglifami i częściowo pismem, które uważałem za hebrajskie. Wszedłem na wzgórze, gdzie był zamek, czyli miejsce, gdzie miałem się spotkać z M. Spotkałem Ją w rozległej Sali Sypialnej, gdzie dość gęsto porozstawiane były łóżka. Większość była już pozajmowana. Na łóżku, tuż obok mojego leżała M. Położyłem się na swoim, a M. podniosła się lekko, oparła na łokciu i obróciła w moją stronę. Zrobiłem to samo i po chwili nasze usta się spotkały. Zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej i usiedliśmy. Nasz pocałunek był cudownie namiętny. Nasze języki tańczyły i czułem Jej słodki ciepły smak. Zdawał się trwać wieczność, a gdy już skończyliśmy się wzajemnie „kosztować”, powiedziałem, że po drodze widziałem coś dziwnego. Spytała się, czy też widziałem te dziwne znaki na drzewach w lesie. Zaprzeczyłem i opowiedziałem o tajemniczym kościele. Nie wydawała się tym zdziwiona i powiedziała, że na drzewach były też hieroglify i inne znaki. Spotkaliśmy się znowu w centrum handlowym. Dała mi całusa i zaczęła uciekać. Zacząłem Ją gonić, a Ona się śmiała, gdy się odwracała. Po chwili Ją dogoniłem i złapałem. Delikatnie oswobodziła się z moich objęć. Obróciła się w moim kierunku, a po Jej policzku spływała łza. Łamiącym się głosem powiedziała: „Obawiam się, że nie…”. Nie musiała kończyć. „Obawiam się, że ja też…” Odpowiedziałem, równie łamiącym się głosem i przytuliliśmy się…
środa, 12 lutego 2014
Kryształowy smok
Brałem udział w jakiejś grze terenowej. Miałem wrażenie, że
w tej grze rywalizacja miała drugorzędne znaczenie, a dużo ważniejsza była
współpraca i integracja . Wraz z grupą znajomych oraz kilku nieznajomych,
biegliśmy po pięknych, dzikich i niedostępnych terenach. Przypominały trochę podmokłe wzgórza i doliny,
które przemierzałem kiedyś w Irlandii.
Stoki pokryte wrzosami i ziołami udekorowane starymi drewnianymi płotami.
Wspólnymi siłami przeprawialiśmy się przez
strumienie i okrążaliśmy smagane
wiatrem, pofalowane tafle jezior. Napotykaliśmy na swej drodze liczne ruiny,
które ochoczo eksplorowaliśmy. W ruinach klasztoru porośniętych bujnym
bluszczem znaleźliśmy wejście do jaskini. Długi i ciemny korytarz doprowadził
nas w końcu do olbrzymiej komory w której bez trudu zmieściła by się
katedra.
Monumentalna sala pokryta była wspaniałymi i okazałymi kryształami. Emanowały
wewnętrznym, opalizującym blaskiem. Odniosłem wrażenie, że jeden z kryształów
poruszył się i ożył. Oderwał się od sklepienia i poszybował w naszym kierunku.
Łagodnie wylądował kilkanaście metrów od nas, kilkoma machnięciami skrzydeł
wytracając prędkość. Wielki i lśniący smok przyglądał się nam z
zainteresowaniem i
niepewnością. Jego ciało wydawało się na wpół przeźroczyste,
jakby krystaliczne. Było źródłem łagodnego szafirowego światła. Nagle jego
wnętrze przybrało barwę bursztynu. Blask szybko przemieścił się z klatki
piersiowej, przez szyję i opuścił imponującą paszczę płomienistą strugą. Chmura
ognia podpaliła kilka pobliskich kryształów. Zajęły się
ogniem i poczułem jakby
swąd topiącego się plastiku. Ktoś podbiegł z gaśnicą i ugasił kryształy.
Następnie skierował śnieżnobiałą chmurę w kierunku smoka. Płomień w jego
wnętrzu zgasł. Znieruchomiał w majestatycznej pozie i przemienił się w piękny
krystaliczny posąg. Usłyszałem
przytłumione brzęczenie. Nasilało się i po chwili z gardzieli
wyfrunęła wielka
mucha. Mogła mieć z dziesięć centymetrów. Zbliżała się do mnie z zamiarem
ataku. Instynktownie zacząłem bzyczeć, próbując naśladować wydawany przez nią
dźwięk. Znieruchomiała i wydawała się być zahipnotyzowana niczym wąż grą fakira
na flecie. Unosiła się niemal nieruchomo, próbując żądlić. Robiła
to jednak tak
wolno i niezdarnie, że bez problemu unikałem użądlenia. Wyjąłem strzykawkę i
wbiłem w jej odwłok. Mucha po chwili łagodnie opadła i zasnęła.sobota, 8 czerwca 2013
Rubinowa gwiazda i ciasteczkowy bałwan
Jechałem z tatą samochodem. Była głęboka noc. Mrok
rozpraszały jedynie reflektory auta. Ściany drzew ciągnęły się monotonnie po
obu stronach drogi. W końcu dojechaliśmy nad jezioro. Usiadłem na trawie i
spojrzałem do góry. Niebo przybrało niesamowitą barwę. Opalizowało ciekawym
odcieniem zieleni i jakby emanowało wewnętrzną poświatą.
To niezwykłe zjawisko
tworzyło kształt kraba. Dostrzegłem też niezwykłą gwiazdę. Była dużo jaśniejsza
od pozostałych i miała intensywnie głęboką czerwoną barwę niczym rubin. Nagle
dostrzegłem jakiś ruch. Pobiegłem w tamtą stronę i rozpoznałem nasze auto,
które zaczęło staczać się ze wzniesienia. Nie mogłem nic zrobić. Po chwili, już
trochę rozpędzone, uderzyło w inny samochód.
Zderzenie nastąpiło w miejscu
pasażera z przodu, czyli tam, gdzie zazwyczaj siedziałem. Co dziwne wgniecenie
było idealnie równe o koncie 90 stopni. Miejsce pasażera po prostu przestało
istnieć. Poszedłem do lasu i trafiłem na polankę. Była cała pokryta śniegiem i
oświetlona ciepłym beżowym światłem.
Czułem na niej zapach ciasteczek, a na
samym jej środku dostrzegłem bałwana. Wydawało mi się, że się porusza i że to
on był źródłem przyjemnego zapachu.
środa, 10 kwietnia 2013
Turystyka ekstremalna
Byłem w górach, a właściwie na płaskim i rozległym szczycie
jednej z gór. Przede mną rozciągało
się lustro sporego jeziora. Z jednej strony było ograniczone
konstrukcją z mlecznozielonkawych
szklanych paneli, niczym krawędź wielkiego akwarium. Ścieżka
kończyła się tam, gdzie owa krawędź zbiornika się zaczynała. Jedynym sposobem by iść
dalej było przesuwanie się wzdłuż
niej. Miałem pod sobą jedynie bezkresną przepaść, której dno
niknęło w mroku.
Przez chwilę rozważałem wskoczenie do jeziora i
przepłynięcie tego fragmentu, lecz woda mogła mieć najwyżej kilka stopni.
Przesuwałem się więc powoli wzdłuż zimnych, szklanych paneli i w końcu dotarłem
do schroniska przy jeziorze. Przed schroniskiem spotkałem tatę i mojego kolegę.
Właśnie zamierzali sobie popływać i chyba byli przygotowani na chłód, bo ubrali
rękawiczki i czapki. Przeszedłem przez budynek i spotykałem kobietę w średnim
wieku.
Powiedziała, że zaprowadzi mnie do kawałka terenu, który mi przydzielono
i z zazdrością stwierdziła, że mi się poszczęściło. Doszliśmy do peronu
kolejki. Postanowiłem szybko odmalować ławki, by to miejsce robiło większe
wrażenie na turystach. Moja przewodniczka wskazała całkowicie zarośnięty
cmentarz, znajdujący się sto metrów niżej i powiedziała, że to jej.
Podziękowałem jej i
obiecałem, że kiedyś pomogę w jego uprzątnięciu. Chciałem zejść z góry zanim się ściemni. Po
drodze spotkałem dalszego wujka, który mopem szorował kamienistą ścieżkę. Na moje pytanie,
dlaczego to robi, odpowiedział, że
"tak trzeba, bo turyści nie powinni widzieć
brudu". Podczas, gdy z nim rozmawiałem, dołączyła do mnie moja siostra. Co dziwne, wyglądała najwyżej na dziewięć
lat. Prowadziła też na smyczy kota.
Był to biały dachowiec w czarne łatki. Wołała na niego
"Schulz". (W rzeczywistości moja siostra ma ponad dwadzieścia lat i nigdy nie mieliśmy kota). Schodząc
razem z góry, opuściliśmy obszar typowo skalisty i przeszliśmy przez las. Wyszliśmy prosto na
rozległe targowisko. Ktoś nas obserwował. Wziąłem kota, chwyciłem siostrę za rękę i zaczęliśmy
lawirować pomiędzy straganami.
Prześladowca nie odpuszczał. Wbiegliśmy do wieżowca, a
korytarz poprowadził nas do jedynego mieszkania, w którym były uchylone drzwi. Weszliśmy do pokoju
po prawej i usiedliśmy w niepokoju. Przez na wpół przeźroczystą szybę w drzwiach,
obserwowaliśmy rozwój wydarzeń. Ktoś otwierał po kolei wszystkie drzwi w mieszkaniu. Siostra
teraz już rozpłakana, przytuliła się do mnie.
W końcu ktoś otworzył drzwi od pokoju, w którym
przebywaliśmy. Nie mieliśmy już gdzie
dalej uciekać. Pulchny mężczyzna i równie puszysta kobieta celowali
do nas ze strzelby i dubeltówki. Byłem przerażony
i próbowałem odpychać wycelowane w nas lufy. Nagle oboje się
roześmiali i powiedzieli, że to taki żart, który robią wszystkim
turystom. Wyszliśmy roztrzęsieni, ale szczęśliwi, że tak to się skończyło.
Siostra chciała bym ją wziął na ręce i tak zrobiłem. Zasnęła. Szliśmy przez miasto. W oddali
widziałem palące się budynki. Jakieś biurowce i hale. Doszedłem do pętli tramwajowej. Spojrzałem
na rozkłady i miejsca docelowe nie miały żadnego sensu. Były to np. "ibn" lub
"lbl" i inne również nie posiadające logicznego
znaczenia. Poszedłem więc dalej i zobaczyłem przystanek
autobusowy. Stał tam autobus o numerze 49, ale również nie miałem pojęcia, gdzie on jedzie.
Pamiętam jedynie, że nazwa składała się z dłuższego ciągu liter. Wróciłem więc na pętlę tramwajową. Budynki
nadal się paliły i co dziwne nie spalały, tylko trwały niezmiennie w płomieniach...
wtorek, 29 stycznia 2013
Szympansy
Wybrałem
się na spacer po wąskich i urokliwych uliczkach starego miasta. Towarzyszyła mi
siostra, a jej obcasy głośno stukały na kamienistym bruku. Odgłos roznosił się
echem po opustoszałym deptaku. Po jakimś czasie spotkaliśmy jej koleżanki,
których ja nie znałem. Jedna z nich była blondynką. Włosy miała krótkie, a
twarz pogodną. Ubrana była w szarą, błyszczącą spódnicę i białą bluzkę bez
rękawów, związaną z tyłu. Za namową nowo poznanych koleżanek udaliśmy się do
pobliskiej dyskoteki. Ludzi było tam sporo, ale nikt nie tańczył. Z głośników
wydobywała się muzyka techno, co mi bardzo się nie podobało, więc wyszedłem.
Dotarłem do sklepu. Ekspedientka zachwalała, że wszystkie sprzedawane tam
produkty są w stu procentach naturalne.
Moją uwagę przykuły olbrzymie czarne raki, które rozmiarami przypominały raczej homary. Znalazłem się nad jeziorem. Woda była spokojna i krystalicznie czysta, tak że bez problemu można było dostrzec dno. Wszedłem na niewielkie drewniane molo. Na barierkach siedziały szympansy, które niespodziewanie zaczęły się na nich huśtać i nimi kołysać. W końcu skoczyły do wody. Chodziły "na czworakach" po dnie, a ich ogony wystawały nad powierzchnię niczym peryskopy (Dziwne, szympansy nie mają przecież ogonów).
Podszedłem do końca mola, usiadłem na barierce i skoczyłem z zamiarem zbadania zachowania szympansów. Było jednak wyżej niż myślałem, a woda była płytka w miejscu lądowania. Uderzenie było bolesne, ale grząskie dno zamortyzowało upadek. Z trudem wyczołgałem się na brzeg. Cały byłem pokryty mułem i piaskiem. Ktoś krzyknął, że zaraz rusza ostatni pociąg. Instynktownie pstryknąłem palcami i nagle byłem czysty, pstryknąłem drugi raz i byłem ubrany.
Pobiegłem na pociąg i wskoczyłem w ostatniej chwili. W przedziale do którego wsiadłem, przebywała pewna młoda para. Przygotowywali się do narodzin dziecka i wywiązała się dyskusja na temat bajek, a dokładniej o tym, które są najlepsze dla dzieci.
Moją uwagę przykuły olbrzymie czarne raki, które rozmiarami przypominały raczej homary. Znalazłem się nad jeziorem. Woda była spokojna i krystalicznie czysta, tak że bez problemu można było dostrzec dno. Wszedłem na niewielkie drewniane molo. Na barierkach siedziały szympansy, które niespodziewanie zaczęły się na nich huśtać i nimi kołysać. W końcu skoczyły do wody. Chodziły "na czworakach" po dnie, a ich ogony wystawały nad powierzchnię niczym peryskopy (Dziwne, szympansy nie mają przecież ogonów).
Podszedłem do końca mola, usiadłem na barierce i skoczyłem z zamiarem zbadania zachowania szympansów. Było jednak wyżej niż myślałem, a woda była płytka w miejscu lądowania. Uderzenie było bolesne, ale grząskie dno zamortyzowało upadek. Z trudem wyczołgałem się na brzeg. Cały byłem pokryty mułem i piaskiem. Ktoś krzyknął, że zaraz rusza ostatni pociąg. Instynktownie pstryknąłem palcami i nagle byłem czysty, pstryknąłem drugi raz i byłem ubrany.
Pobiegłem na pociąg i wskoczyłem w ostatniej chwili. W przedziale do którego wsiadłem, przebywała pewna młoda para. Przygotowywali się do narodzin dziecka i wywiązała się dyskusja na temat bajek, a dokładniej o tym, które są najlepsze dla dzieci.
niedziela, 4 listopada 2012
Mój ślub
Przedzierałem się przez ciemny las, co chwilę odsuwając
dłonią pojawiające się na mej drodze gałęzie. W oddali ledwo dostrzegałem
słabe, pomarańczowe światło, migoczące niczym latarnia na morzu nocnej
ciemności. Wyłaniając się zza linii drzew zobaczyłem niewielki drewniany domek
stojący w płomieniach. Nagle zerwał się bardzo silny wiatr, a właściwie
pojedynczy podmuch, który momentalnie zgasił pożar. Dom wyglądał na
nienaruszony. Odnalazłem drogę, która doprowadziła mnie do sklepu. W środku
spotkałem swoją ciotkę i kuzynkę. Stały przy czterech eliptycznych portalach, z
których emanowało delikatne pomarańczowe światło.
Ciotka uczyła moją kuzynkę
jak odczytywać symbole w nich się pojawiające. Kuzynka z wielką pieczołowitością
i powagą rozpracowywała właśnie ostatni. Oznaczał "prędkość światła".
Zaciekawiony podszedłem do niego. Zaczął się mocniej żarzyć. W chwili, gdy go
dotknąłem poczułem ciepło i przyspieszenie, a po ułamku sekundy byłem w
zupełnie innym miejscu. Leżałem w dużym łożu, przykryty jedwabną pościelą.
Odezwał się inteligentny budzik, który grzecznie mnie przywitał i poinformował,
że najwyższy czas już wstać.
![]() |
| Dodaj napis |
Wyglądał jak gałka oczna unosząca się wewnątrz
szklanego klosza. Zadziwiające, że wyrażała całą gamę emocji wyłącznie przez
rozszerzanie i zwężanie źrenicy oraz zmianę barwy. Przeprowadziłem z nim
ciekawą rozmowę. Dowiedziałem się, że jest godzina dziesiąta oraz jaka będzie
przewidywana pogoda. Najważniejszą jednak informacją było to, że o godzinie
szesnastej miałem wziąć ślub z Nią. Dopiero wtedy dostrzegłem garnitur wiszący
tuż obok łóżka. Był jasny, w stylu wiktoriańskim z różą wystającą z kieszeni.
Kolejnym odkryciem było to, że pomieszczenie w którym się znajdowałem, było na
jednym z najwyższych pięter drapacza chmur i z trzech stron było całkowicie
przeszklone.
Rozpościerający się z niego widok wprost zapierał dech w
piersiach. Z góry ledwo dostrzegłem Ją, ubraną w suknie również chyba w stylu
wiktoriańskim w kolorze écru i z
kilkumetrowym welonem. Wsiadała do auta. Przeszedłem się po pokoju i usiadłem
przy stoliku na którym znajdował się półmisek z dziwną nasadką na krawędzi.
Znajdował się tam żarnik jak w piecu elektrycznym, rozgrzany do czerwoności i
wentylator, rozprowadzający ciepłe powietrze w kierunku potrawy. Był to jakiś
krem z delikatnie skarmelizowaną skorupką na wierzchu.
Nie miałem jednak czasu
na delektowanie się tym deserem. Szybko się ubrałem i wyszedłem na zewnątrz.
Czekał tam mój przyjaciel, który przyjechał minivanem. W środku siedziała już
moja siostra i szwagier. Nagle wewnątrz auta zaczął padać deszcz tuż nad moją
siostrą. Wyjęła parasol, który wywinął się na lewą stronę i został zassany do
dachu auta. Siostra wzruszyła z dezaprobatą ramionami, a po chwili przestało
padać.
Przyjaciel zawiózł nas za miasto. Z oddali widziałem Ją jak stała na
niewielkim wzgórzu pod wielkim, rozłożystym dębem, nieopodal pięknego jeziora.
poniedziałek, 23 lipca 2012
Obsydianowa plaża
Znalazłem przejście między garażami, kilka kilometrów od
domu. Dokonałem też dziwnego odkrycia. W głąb lądu wdarło się morze i wąskim
kanałem połączyło się z jeziorem w dolinie. Nie byłoby to aż tak bardzo dziwne,
gdyby nie to, że morski brzeg powinien być oddalony od tego miejsca o ponad sto
kilkadziesiąt kilometrów. Plaża cała była czarna.
Widziałem też kikuty
spalonych budynków wystające z ziemi i straszące swą zwęgloną czernią.
Podchodząc bliżej dostrzegłem, że to co uważałem wcześniej za ciemną ziemię,
było w rzeczywistości czarnym, ostrym szkliwem. Szedłem boso i pokaleczyłem
sobie stopy. Co jakiś czas przechodziłem obok otworów w ziemi, które zostały
przykryte zbrojonymi, trochę
nadkruszonymi, betonowymi płytami. Tuż przy wodzie
leżała Ona. Chyba spała, ale była osmalona i mokra. Gdy do Niej podszedłem,
okazało się, że jest gorąca. Rozglądając się dookoła zobaczyłem, że znajdujemy
się w samym centrum krateru...
środa, 30 maja 2012
Sopor Aeternus
Wraz z kilkudziesięcioma innymi ludźmi siedziałem w
niewielkiej sali. Panował półmrok, a oświetlona była jedynie scena w rogu. Na podeście stała Anna Varney.
Śpiewała na swym kameralnym koncercie. Zeszła ze sceny i przechodząc między
krzesłami na widowni, podeszła do mnie. Wyciągnęła do mnie dłoń, więc ją
chwyciłem i wstałem. Zaprowadziła mnie na scenę i zaczęliśmy tańczyć. Poczułem
się wyróżniony. Niespodziewanie spróbowała mnie pocałować.
Odepchnąłem ją lekko
i wybiegłem z sali, a ona kontynuowała koncert. Chyba się jej przestraszyłem. Drzwi zamknęły się za mną, a ja znalazłem się
na korytarzu. Widziałem sporo znajomych z liceum, ze studiów oraz poznanych
jeszcze później. Nagle drzwi od sali koncertowej znowu się otworzyły i ku memu
zaskoczeniu zobaczyłem tam Ją. Okazało się, że też była na koncercie. Powoli do
mnie podeszła. Objęła mnie, spojrzała w oczy i zaczęła całować. Długo i namiętnie...
Znalazłem się w namiocie. Wyszedłem na zewnątrz i odkryłem, że
byłem w lesie, a nieopodal znajdowało się jezioro. Była noc i padał intensywny
deszcz. Wróciłem więc do namiotu. Tym razem dostrzegłem tam Ją. Siedziała z
podkurczonymi nogami. Powiedziała, że zamierza się przeprowadzić. Podała nawet
adres. Nazwa ulicy zaczynała się na "P" i była dość długa, a numer
mieszkania to 2310... Znalazłem się w mieście. Miałem złe przeczucia. Natknąłem
się na patrol policji. Zapytałem się ich, czy mogliby mi pomóc odnaleźć adres,
który mi podała.
Zaczęli mnie wypytywać, co wydało mi się podejrzane. Miałem
wrażenie, że już tam byli. Nie wiem dlaczego, ale podałem im fałszywe imię i
nazwisko. Chyba przedstawiłem się jako Marek. Ruszyłem w drogę według ich
wskazówek, a mimo to błądziłem. Przeszedłem obok placu zabaw, na którego środku
znajdował się mały staw rybny. Pływały tam niewielkie pomarańczowe i złote
ryby. W końcu dotarłem do bardzo długiego, szarego i wysokiego wieżowca.
Klatka
schodowa obudowana była rusztowaniem, więc trzeba się było mocno schylić, by do
niej wejść. Będąc już wewnątrz budynku znów musiałem trochę pobłądzić zanim
odnalazłem windę. Sama winda także była osobliwa. Jej długość i szerokość były
na tyle duże, że bez trudu można by tam wjechać autobusem. Nie miała drzwi, ani
żadnych innych zabezpieczeń. Wznosiła się bardzo wolno, a mijane piętra były
bardzo wysokie. Jakieś trzy razy wyższe niż zazwyczaj bywają w blokach.
Wysiadłem na trzecim lub czwartym piętrze.
Odnalazłem mieszkanie z właściwym
numerem i zapukałem. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyłem tam Ją.
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Odkryłem, że mam dla Niej jakiś prezent.
Była to szklana kula. Wewnątrz niej znajdowała się jakaś ciecz. Z dna unosiły
się cztery kolumny z drobnych pęcherzyków powietrza. Każda z nich była
podświetlona światłem o innej barwie, a odcienie się zmieniały.
Między nimi
pływał miniaturowy delfin. W chwili, gdy oboje ją dotknęliśmy przenieśliśmy się
do jakiejś alternatywnej rzeczywistości lub gry. Niewiele z tego pamiętam, ale
było tam dziwnie i opuściliśmy ją. W drzwiach do pokoju dostrzegłem Jej
współlokatora. Zachowywał się dość agresywnie. Wyciągnął nóż i ruszył w Jej
stronę.
Zagrodziłem mu drogę i zostałem dźgnięty w brzuch. W tym samym momencie
drzwi do mieszkania wyważyła policja. Obudziłem się...
Jest to sen z nocy 25/26.05.2012
Etykiety:
Anna Varney,
Delfin,
Deszcz,
Dream,
Jezioro,
Koncert,
Las,
Miasto,
Namiot,
Noc,
Sen,
Sopor Aeternus,
Szklana Kula,
Szkoła,
Sztylet,
Światło,
Wieżowiec,
Winda
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































