Zmierzałem wraz z kuzynem wzdłuż płotu okalającego lotnisko.
Kilkaset metrów przed nami znajdował się terminal. Nie spieszyliśmy się
specjalnie. Minęliśmy półokrągły blaszany hangar. Wysoko na niebie dostrzegłem jaskrawo
pomarańczowy punkcik. W miarę jak się zbliżał, dostrzegłem w nim zarys śmigłowca.
Wciąż obniżając swój lot, zrobił rundkę wokół terminala pasażerskiego.
Wtedy
dostrzegłem, że był dość osobliwy. Pomimo iż był duży, był jednocześnie niesamowicie
płaski i wyginał się falująco jak pływająca ryba. Troszkę jak płaszczka. Nagle
na wysokości kilkunastu metrów jakby stracił sterowność. Przechylił się na bok
i spadł na ziemię jak kamień. Towarzyszył temu przeraźliwy dźwięk gnącego się
metalu i eksplozja. Kontenerowa
przybudówka, nieopodal terminala, wzbiła się w
powietrze na skutek fali uderzeniowej. Przeleciała kilkadziesiąt metrów, po
czym pozgniatane i powyginane elementy spadły na wagony cysterny, stojące
nieopodal na bocznicy kolejowej. Zaczęły się wykolejać, wybuchać i
zapoczątkowały reakcję łańcuchową kolejnych eksplozji. Kilka płonących wagonów
wylądowało w hangarze. Jeden rozpędzony
przejechał nieopodal nas na tyle blisko,
że aż można było poczuć żar. Biegliśmy szybko w kierunku bezpiecznego gmachu
terminala pasażerskiego. Inni ludzie również zmierzali w tym kierunku w
wszechogarniającej panice…Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pociąg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pociąg. Pokaż wszystkie posty
sobota, 1 marca 2014
niedziela, 9 czerwca 2013
Ostatni nieśmiertelni na gigantycznym statku kosmicznym
Byłem na pokładzie gigantycznego statku kosmicznego. Na tym
poziomie znajdowało się miasto.
Liczne kamienice i brukowane ulice przypominały te budowane
na ziemi. Na statku odbywała się
zażarta walka między normalnymi ludźmi, a nielicznymi już
przedstawicielami nieśmiertelnych.
Byłem jednym z nich.
Nasza nieśmiertelność polegała na tym,
że nie umieraliśmy ze starości, ale poza tym nie różniliśmy się od innych ludzi. Byliśmy tak
samo podatni na choroby i obrażenia. Ludzie nie mogli zaakceptować naszej odmienności. Miałem
przekonanie, że jestem po stronie "dobra", że byliśmy opiekunami, a atakujący nas
byli bezmyślni i "źli". Zabarykadowaliśmy się w
niewielkim pubie.
Przypominał mi jeden z tych, które
odwiedziłem kiedyś w Dublinie. Długa
czerwona lada barowa, a wzdłuż niej pojedyncze stoliki.
Zabarykadowaliśmy drzwi w
akompaniamencie kul przeszywających drewniane drzwi.
Przemknęliśmy pochyleni, by unikać
zabłąkanych pocisków i dotarliśmy do klatki schodowej.
Godzinami wchodziliśmy na coraz wyższe,
bardziej zewnętrzne poziomy statku, aż dotarliśmy do poziomu
handlowo-parkowego.
Rozległe przestrzenie przypominały galerie handlowe, z szerokimi
chodnikami, ławkami i skwerami.
Kilkadziesiąt metrów wyżej był szklany sufit o
kilkunastometrowej grubości, przez który widać
było przestrzeń kosmiczną. Wzdłuż szerokich
spacerowo-parkowych alei wyrastały galerie i sklepy.
Wszystkie miały
wielkie przeszklone witryny. Światła były przygaszone do ułamka swojej mocy, a rozległe przestrzenie puste.
Chyba właśnie była symulacja
nocy. Szliśmy dalej, aż dotarliśmy do
naszych ciasnych kajut mieszkalnych. Były w nich tylko rzędy
piętrowych łóżek i skrzynie na rzeczy osobiste i ubrania. Uświadomiłem sobie, że jestem
bosy i nie mogę znaleźć butów. Nagle rozbrzmiał komunikat, że ostatni pociąg odjedzie za 9 minut.
Był to bardzo szybki pociąg
magnetyczny w samym centrum statku. Mimo to dotarcie z
jednego końca statku kosmicznego na drugi trwało kilka godzin. Wiedziałem, że
ten komunikat oznacza, że przegrywamy, a ja nie zdążę do niego dotrzeć.
Nawet gdybym dobiegł do najbliższej windy,
zjazd do wnętrza trwałby piętnaście minut. Segment w którym byłem miał zostać zniszczony, a ja
razem z nim.
niedziela, 12 maja 2013
Katastrofa kolejowa
Byłem w jakimś mieszkaniu. Znajdowało się tam wiele
połączonych ze sobą sal. Ściany ozdobiono ekskluzywnymi tapetami w paski,
przeważnie w barwach ciemnej zieleni, purpury z elementami ze złota. Odbywało
się tam jakieś przyjęcie. Pomiędzy pomieszczeniami przepływały nieustannie
potoki przebranych ludzi. Wszyscy mieli maski i panował nieznośny gwar. W
jednej z sal był telewizor. Widziałem w nim wiadomości. Z lotu ptaka pokazywane
było miejsce katastrofy kolejowej. Pozgniatane metalowe elementy tworzyły
upiorną mozaikę rozświetlaną potężnymi płomieniami.
Przeprowadzony był wywiad z
jakąś ciemnowłosą dziewczyną, która była świadkiem wypadku. Nie słyszałem
niestety treści wywiadu. Jakaś zamaskowana dziewczyna chwyciła mnie
niespodziewanie za rękę i wyprowadziła z tej maskarady. Poszliśmy skrajem lasu.
Usiedliśmy na zboczu kilkumetrowego rowu, na dnie którego znajdowały się tory kolejowe.
Kończyły się specjalnym zderzaczem i nasypem tuż obok miejsca w którym
siedzieliśmy. Po chwili z lasu wyszła dziewczyna, którą widziałem wcześniej w
telewizji.
Przysiadła się i poczęstowała nas czerwonym winem. Prowadziliśmy
ciekawą dyskusję, którą przerwał charakterystyczny hałas toczących się
metalowych kół na torach. Zbliżał się rozpędzony pojedynczy wagon pasażerski.
Wyglądał na zabytkowy. Nim zdążyliśmy zareagować, uderzył gwałtownie w
zderzacz. Powietrze przeszył dźwięk zgniatanego metalu. Wagon wgniótł się w
dolnej części, ale impet z którym się wcześniej poruszał, wyrzucił go w
powietrze. Przeleciał tuż obok nas.
Odruchowo przylgnęliśmy do ziemi i
zasłoniliśmy oczy. Szczątki zbiły się w jedną powykręcaną stertę kilkanaście
metrów dalej. Niedługo po zdarzeniu przybiegł kolejarz w mundurze. Wrzeszczał,
że nie powinno nas tu być. Odpowiedzieliśmy, że nie było zakazu. Zmieszał się
tym i zakazał nam mówić komukolwiek o tym co zobaczyliśmy.
Gruba księga z
adresami firm, którą uznałem z jakiegoś powodu za bardzo przydatną. Dostaliśmy
również kubki termiczne. W ich wnętrzu znalazłem dodatkowo długopis, ołówek i
cyrkiel.
Sen z dnia 04.05.2013 r.
wtorek, 29 stycznia 2013
Szympansy
Wybrałem
się na spacer po wąskich i urokliwych uliczkach starego miasta. Towarzyszyła mi
siostra, a jej obcasy głośno stukały na kamienistym bruku. Odgłos roznosił się
echem po opustoszałym deptaku. Po jakimś czasie spotkaliśmy jej koleżanki,
których ja nie znałem. Jedna z nich była blondynką. Włosy miała krótkie, a
twarz pogodną. Ubrana była w szarą, błyszczącą spódnicę i białą bluzkę bez
rękawów, związaną z tyłu. Za namową nowo poznanych koleżanek udaliśmy się do
pobliskiej dyskoteki. Ludzi było tam sporo, ale nikt nie tańczył. Z głośników
wydobywała się muzyka techno, co mi bardzo się nie podobało, więc wyszedłem.
Dotarłem do sklepu. Ekspedientka zachwalała, że wszystkie sprzedawane tam
produkty są w stu procentach naturalne.
Moją uwagę przykuły olbrzymie czarne raki, które rozmiarami przypominały raczej homary. Znalazłem się nad jeziorem. Woda była spokojna i krystalicznie czysta, tak że bez problemu można było dostrzec dno. Wszedłem na niewielkie drewniane molo. Na barierkach siedziały szympansy, które niespodziewanie zaczęły się na nich huśtać i nimi kołysać. W końcu skoczyły do wody. Chodziły "na czworakach" po dnie, a ich ogony wystawały nad powierzchnię niczym peryskopy (Dziwne, szympansy nie mają przecież ogonów).
Podszedłem do końca mola, usiadłem na barierce i skoczyłem z zamiarem zbadania zachowania szympansów. Było jednak wyżej niż myślałem, a woda była płytka w miejscu lądowania. Uderzenie było bolesne, ale grząskie dno zamortyzowało upadek. Z trudem wyczołgałem się na brzeg. Cały byłem pokryty mułem i piaskiem. Ktoś krzyknął, że zaraz rusza ostatni pociąg. Instynktownie pstryknąłem palcami i nagle byłem czysty, pstryknąłem drugi raz i byłem ubrany.
Pobiegłem na pociąg i wskoczyłem w ostatniej chwili. W przedziale do którego wsiadłem, przebywała pewna młoda para. Przygotowywali się do narodzin dziecka i wywiązała się dyskusja na temat bajek, a dokładniej o tym, które są najlepsze dla dzieci.
Moją uwagę przykuły olbrzymie czarne raki, które rozmiarami przypominały raczej homary. Znalazłem się nad jeziorem. Woda była spokojna i krystalicznie czysta, tak że bez problemu można było dostrzec dno. Wszedłem na niewielkie drewniane molo. Na barierkach siedziały szympansy, które niespodziewanie zaczęły się na nich huśtać i nimi kołysać. W końcu skoczyły do wody. Chodziły "na czworakach" po dnie, a ich ogony wystawały nad powierzchnię niczym peryskopy (Dziwne, szympansy nie mają przecież ogonów).
Podszedłem do końca mola, usiadłem na barierce i skoczyłem z zamiarem zbadania zachowania szympansów. Było jednak wyżej niż myślałem, a woda była płytka w miejscu lądowania. Uderzenie było bolesne, ale grząskie dno zamortyzowało upadek. Z trudem wyczołgałem się na brzeg. Cały byłem pokryty mułem i piaskiem. Ktoś krzyknął, że zaraz rusza ostatni pociąg. Instynktownie pstryknąłem palcami i nagle byłem czysty, pstryknąłem drugi raz i byłem ubrany.
Pobiegłem na pociąg i wskoczyłem w ostatniej chwili. W przedziale do którego wsiadłem, przebywała pewna młoda para. Przygotowywali się do narodzin dziecka i wywiązała się dyskusja na temat bajek, a dokładniej o tym, które są najlepsze dla dzieci.
piątek, 11 stycznia 2013
Średniowieczna kamienica, świątynia i małpy...
Byłem na wycieczce zagranicznej, chyba we Francji.
Towarzyszyli mi rodzice oraz wujek ze Śląska. Mieliśmy zwiedzać zabytkową kamienicę.
Robiłem dużo zdjęć detali takich jak: kołatka w kształcie głowy lwa, zdobienia
okalające okna, rzygacze w formie małych demonów. Weszliśmy do środka i każdy z
nas dostał słuchawkę z której można było usłyszeć komentarz lektora opisujący
zabytek. By usłyszeć go w języku polskim, należało nacisnąć przycisk z numerem
7. Z holu odjeżdżała mini ciuchcia, jako atrakcja dla najmłodszych.
Postanowiłem sam obejść to miejsce własnym tempem. Wyszedłem do ogrodu, a jego
urokliwość mnie zachwyciła. Pnącza w jesiennych odcieniach czerwieni i żółci
wspinały się i oplatały stary budynek. Krzewy były elegancko przycięte,
wielokolorowe kwiaty tworzyły geometryczne wzory. Przysiadłem na ławce przy
stawie. Przyszli tam również obecni właściciele kamienicy (w rzeczywistości to
właściciele osiedlowego sklepiku w którym obecnie jest remont). Po chwili
odezwała się słuchawka i wysłuchałem wiadomości, że czas już kończyć
zwiedzanie.
Wsiadłem do auta. Było czerwone, a w środku znajdowało się sześć
miejsc. Trzy z przodu i trzy z tyłu. Samochód bardzo dziwnie się prowadziło.
Miałem problemy z całkowitym wyhamowaniem. Zbliżając się do przejścia dla pieszych, musiałem
otworzyć drzwi i wyhamowywać pojazd nogą. Reagował też z opóźnieniem na skręt,
przez co lekko zarysowałem jakieś inne auto. Dojechałem w końcu do jakiejś
świątyni. Wysiadłem, wziąłem auto pod pachę i wniosłem je po schodach do środka (jakoś
mnie wtedy to nie dziwiło i wydawało się czymś normalnym). Odłożyłem je w
przedsionku tuż obok kilku innych. Świątynia była ogromna, zbudowana na planie
kwadratu z zaokrąglonymi narożnikami. Ołtarz był na podeście, na samym środku
świątyni.
Na ścianach znajdowało się dużo starych obrazów, poczerniałych od
dymu świec. Stało też sporo rzeźb. Zwiedzając to miejsce czułem się jak w
jakiejś galerii lub muzeum. Kiedy wyszedłem, wynosząc ze sobą auto, zauważyłem
czekających na mnie znajomych. Mój przyjaciel przedstawił swoją nową dziewczynę.
Była wysoka i miała niesamowicie długie, rude włosy sięgające aż do kolan. W
sumie było nas ośmioro i jakoś upchnęliśmy się do pojazdu. Przyjaciel
zaproponował, że poprowadzi. Zamiast patrzeć na drogę, co chwilę spoglądał na
niewiastę siedzącą obok i przejeżdżał na czerwonych światłach. Po zwróceniu mu uwagi,
w końcu zaczął się na nich zatrzymywać.
Podczas jednego z takich postojów
zobaczyłem przez okno pewnego chłopaka o latynoskiej urodzie. Ubrany był w
popielaty prochowiec i rzucał jakąś szmatą. Przechodnie podnosili ją, a wtedy
wypadało z niej kilka kości do gry. Podnosił je i przechodził na kolanach tyle
kroków ile było oczek. Następnie owijał kości szmatą i sytuacja się powtarzała.
Dojechaliśmy i wszedłem do domu razem z moim kolegą lekarzem. Dał mi dwie
lalki, chłopca i dziewczynkę, mniej więc półmetrowej wysokości. Powiedziałem, że
ich nie potrzebuję i by je zabrał. Po chwili wrócił z dwiema wypchanymi
małpami. Jedna nie miała dolnej połowy ciała i była pocerowana grubymi szwami.
Obie miały postrzępione futro, typowe dla wypchanych zwierząt. Ich nosy miały
bladoróżowy kolor i przypominały kocie. Przerażały mnie. Kolega podał mi ich
imiona. Jedna nazywała się Słoneczko i tak była podpisana czarnym flamastrem na
futrze, a imienia drugiej nie zapamiętałem. Kolega wyszedł, ale miał zaraz
wrócić. Zostaliśmy sami i właśnie wtedy podniosły powieki i przekręciły głowy w
moim kierunku. Wypowiedziałem ich imiona, a one wzdrygały się na nie. Oczy miały
bardzo mętne i mimo wszystko wyglądały przerażająco martwo…
czwartek, 14 czerwca 2012
Senna pustynia...
Od dłuższego czasu nie pamiętam swoich snów. Właściwie od
prawie trzech tygodni. Nie wiem czym to jest spowodowane. Może to i lepiej, bo
moje sny stawały się coraz dziwniejsze. Nie mając możliwości opisywania
"onirycznych podróży", może napiszę trochę o tym co się u mnie
dzieje. Prawie dwa tygodnie temu, spędziłem weekend na Ursynaliach w Warszawie.
W końcu zobaczyłem na żywo mój ulubiony zespół, czyli Nightwish'a.
Szkoda
tylko, że ludzie zachowywali się jak bydło i zamiast skupić się całkowicie na
chłonięciu muzyki, musiałem niemal walczyć o przetrwanie. Żal mi było młodych
dziewczyn, które były niemal miażdżone przez tłum. Poza tym co chwilę
przepływało mi nad głową jakieś tłuste i obleśne cielsko. Moim odkryciem na tym
festiwalu był Jelonek. Miał świetny kontakt z publiką. Polecam. Bardzo dobrze
wypadł też Limp Bizkit. Podróż powrotna pociągiem okazała się dla mnie dość
bolesna. Gdy wsiadałem do pociągu, mając obie ręce zajęte niesieniem bagażów,
zatoczył się już trochę podchmielony jegomość przede mną i mnie potrącił.
Spadłem na metalowe stopnie od wagonu, a gdybym się w ostatniej chwili nie
zaparł, to pewnie wpadłbym między peron, a pociąg. Jakoś się spiąłem i
wysiłkiem woli wpełzłem do pociągu. W podróży starałem się jakoś ignorować ból,
ale w domu okazało się, że moje nogi były dość mocno zakrwawione. Na szczęście
poza bolesnym obtłuczeniem nic gorszego się nie stało. Poza tym przeciąga się
remont balkonu, a całe mieszkanie pokrywa biały, drobny, ceramiczny pył od
cięcia kafelków. Przypomina to trochę scenerię po wybuchu wulkanu. A z bardziej
pozytywnych rzeczy.
Wczoraj zobaczyłem film z USG mojej siostry. Prawdopodobnie
będę miał siostrzenicę, choć to nie jest jeszcze pewne. Maleństwu chyba się nie
podobało to podglądanie, bo zakrywało drobnymi rączkami twarz. Potem się
jeszcze spotkałem ze znajomymi, których już prawie od roku nie widziałem. Ich
trzyletni syn nadal nic nie mówi poza "mhhm" lub "Yyy Yyy".
Cały czas jest niesamowitym urwisem niczym mały przenośny Armagedon. Wracając
wczoraj wieczorem do domu nie musiałem oglądać meczu, by wiedzieć co się
dzieje. Najpierw słyszałem gwizdy i
różne inne epitety wyrażające dezaprobatę, a po jakimś czasie z dziesiątków
mieszkań wydobyły się okrzyki radości.
Docierając do domu już się domyślałem
remisowego wyniku meczu Polska-Rosja. Nie jestem kibicem. Piłka nożna mnie nie
interesuje, ale ciekawie jest obserwować jak niemal cały kraj
"oszalał". Dziś natomiast spędziłem pierwszy dzień w nowej pracy.
Zdziwiłem się, że zostałem zaproszony do budynku, który przyśnił mi się kilka
miesięcy temu (Ponaddźwiękowy tramwaj i monstrualny czołg). Nie wiem co z tego
wyniknie. Szef jest bardzo zadowolony z tego co robię, dużo obiecuje, ale jakoś
mu nie ufam. Ciągle krytykuje innych pracowników, gdy tylko nie ma ich w
pobliżu. Przyszłość wszystko zweryfikuje...
A jeszcze na koniec zmieniając temat. Ostatnio wkręcił mi
się ten utwór Janusza Radka, który jest muzyczną interpretacją wiersza Haliny
Poświatowskiej o tym samym tytule.
Etykiety:
Halina Poświatowska,
Janusz Radek,
Jelonek,
Limp Bizkit,
Mecz,
Nightwish,
Oniryzm,
Pociąg,
Podróżnik,
Przemyślenia,
Ursynalia,
USG,
Zwierzenia
wtorek, 6 marca 2012
Próba
Biegliśmy razem. Przed Nami było rondo. Najbliższe wejście do podziemnego przejścia było zamknięte, więc poszukaliśmy innego. Strop w podziemnym przejściu opierał się na grubych, okrągłych filarach. Zarówno filary jak i ściany wyłożone były jasnożółtym granitem. Było tam kilka sklepów, punkt ksero i punkt sprzedaży biletów. Mieliśmy iść na jakiś pociąg, a na peron prowadził tunel. Przeszliśmy nim i wyszliśmy na polanę, na której rozdzielały się tory kolejowe pochowane w trawach i porośnięte mchem.
Przy torach czekali zniecierpliwieni ludzie i narzekali na kolejne opóźnienia. Spytałem Ją, czy chce się Jej tu czekać? Powiedziała, że i tak nie wiadomo kiedy przyjedzie ten pociąg. Zaproponowała, że możemy w tym czasie trochę pobiegać. Tak też zrobiliśmy. Dobiegliśmy do uniwersyteckiego stadionu. Zrobiliśmy kilka okrążeń na niebieskiej bieżni, po czym na boisko wbiegły dwie drużyny grające w rugby. Przedzieraliśmy się między wielkimi zawodnikami w plastikowych ochronnych zbrojach.
Następnie wbiegliśmy po schodach do jakiegoś budynku. Rozdzieliliśmy się. Spotkałem starego, siwowłosego mistrza walk wschodnich, który chciał mnie poddać jakiejś próbie. Zaprowadził mnie do podnóża bardzo stromego wzgórza, które nazywał Owczym Wzgórzem. Miałem się na nie wspiąć i poszukać śladów bardzo niebezpiecznego człowieka. Przekazał mi też maczetę. Wejście było niemal pionowe, ale udało mi się wspiąć. Na szczycie wzgórze okazało się być niemal płaskie i dość rozległe.
Widziałem pasące się krowy i owce. Dostrzegłem jakąś ścieżkę i poszedłem nią. Wzgórze okazało się być dość łagodne z drugiej strony. Po obu stronach ścieżki rosły duże i grube Juki. Zamachnąłem się maczetą i precyzyjnym cięciem ściąłem jedną z nich. Znalazłem się na dużym stalowym moście. Dostrzegłem łysego mężczyznę zakładającego ładunki wybuchowe do jego filarów. Kierował się łodzią do następnych. Skoczyłem z mostu i spadałem przez kilkanaście metrów. Uderzyłem w taflę wody i po chwili wypłynąłem na powierzchnię.
Dopłynąłem do brzegu i dostrzegłem uchylone stalowe drzwi, prowadzące do wnętrza mostu. W niewielkim pomieszczeniu dostrzegłem laptopa podłączonego do wiązki przewodów. Na jego ekranie odliczany był czas. Delikatnie go odłączyłem. Nagle poczułem zimno stali na karku i usłyszałem charakterystyczne kliknięcie odbezpieczanej broni.
Miałem w dłoni maczetę. Odwróciłem się instynktownie, a ostrze odcięło napastnikowi głowę. Pomimo iż widziałem tchawicę i wystające żyły, z szyi nie wydobyła się ani kropla krwi. Makabryczna scena spowodowała natychmiastowe przebudzenie...
Przy torach czekali zniecierpliwieni ludzie i narzekali na kolejne opóźnienia. Spytałem Ją, czy chce się Jej tu czekać? Powiedziała, że i tak nie wiadomo kiedy przyjedzie ten pociąg. Zaproponowała, że możemy w tym czasie trochę pobiegać. Tak też zrobiliśmy. Dobiegliśmy do uniwersyteckiego stadionu. Zrobiliśmy kilka okrążeń na niebieskiej bieżni, po czym na boisko wbiegły dwie drużyny grające w rugby. Przedzieraliśmy się między wielkimi zawodnikami w plastikowych ochronnych zbrojach.
Następnie wbiegliśmy po schodach do jakiegoś budynku. Rozdzieliliśmy się. Spotkałem starego, siwowłosego mistrza walk wschodnich, który chciał mnie poddać jakiejś próbie. Zaprowadził mnie do podnóża bardzo stromego wzgórza, które nazywał Owczym Wzgórzem. Miałem się na nie wspiąć i poszukać śladów bardzo niebezpiecznego człowieka. Przekazał mi też maczetę. Wejście było niemal pionowe, ale udało mi się wspiąć. Na szczycie wzgórze okazało się być niemal płaskie i dość rozległe.
Widziałem pasące się krowy i owce. Dostrzegłem jakąś ścieżkę i poszedłem nią. Wzgórze okazało się być dość łagodne z drugiej strony. Po obu stronach ścieżki rosły duże i grube Juki. Zamachnąłem się maczetą i precyzyjnym cięciem ściąłem jedną z nich. Znalazłem się na dużym stalowym moście. Dostrzegłem łysego mężczyznę zakładającego ładunki wybuchowe do jego filarów. Kierował się łodzią do następnych. Skoczyłem z mostu i spadałem przez kilkanaście metrów. Uderzyłem w taflę wody i po chwili wypłynąłem na powierzchnię.
Dopłynąłem do brzegu i dostrzegłem uchylone stalowe drzwi, prowadzące do wnętrza mostu. W niewielkim pomieszczeniu dostrzegłem laptopa podłączonego do wiązki przewodów. Na jego ekranie odliczany był czas. Delikatnie go odłączyłem. Nagle poczułem zimno stali na karku i usłyszałem charakterystyczne kliknięcie odbezpieczanej broni.
Miałem w dłoni maczetę. Odwróciłem się instynktownie, a ostrze odcięło napastnikowi głowę. Pomimo iż widziałem tchawicę i wystające żyły, z szyi nie wydobyła się ani kropla krwi. Makabryczna scena spowodowała natychmiastowe przebudzenie...
piątek, 6 stycznia 2012
Awaria
Mój komputer uległ awarii.
Wyczerpałem wszystkie znane mi sposoby jego naprawy. Przyszedł do mnie
przyjaciel i przyniósł batoniki mające kształt pamięci RAM otoczonej
radiatorami. Oblane były białą czekoladą. Po chwili mój komputer się uruchomił,
ale system operacyjny był jakiś inny. Przypominał ten, który jest instalowany
na Macach. W lewym górnym rogu ekranu pojawił się napis iPad. Przyszedł do mnie
inny kolega i nagle otworzyła się przeglądarka z kilkoma zakładkami. Były tam
uruchomione jakieś proste gry i muzyka streamingowana online.
Znalazłem się na starym
rynku w jakimś starym mieście. Kamienice były stare, ale w bardzo dobrym stanie.
Miejsce to tętniło życiem mimo późnej nocy. Tłumy ludzi przelewały się przez
wybrukowany plac. Wszyscy byli ubrani w eleganckie stroje wiktoriańskie. Na
niebie pojawił się jakiś kształt. Opadał powoli. Z małego punktu stał się jakąś
postacią przyczepioną do białego, okrągłego spadochronu. Człowiek ten wylądował
niedaleko mnie, ale nim zdążyłem mu się lepiej przyjrzeć, opadła na niego
czasza spadochronu. Kotłował się przez jakiś czas pod płócienną tkaniną, aż w
końcu udało mu się z niej uwolnić.
Mężczyzna był przebrany za Draculę.
Przypominał powszechnie znany wizerunek Vlada Tepesa. Nagle podbiegła ogromna,
potężna kobieta, przebrana za wikinga. Ubrana była w skórę z futrem, a na
głowie miała hełm z rogami. Wystawały spod niego dwa blond warkocze. Z oburzeniem
wydarła się na biednego ”Vlada”, który przedstawił się jako Robert. Skulił się
pod natłokiem wyzwisk zwalistej kobiety. Nie spodobało jej się, że tak
wylądował. Co by było, gdyby każdy tak lądował.
Postanowiłem wcielić się w rolę
mediatora i po chwili razem przemierzaliśmy wąskie alejki uroczego miasta.
Niektóre mijane kamienice był wybudowane na wzór pruski, z drewnianymi belkami
zatopionymi w mury. Inne były zbudowane w stylu secesyjnym, a jeszcze inne
jakby wyjęte ze średniowiecza. Udaliśmy się do dekadenckiej knajpki urządzonej
w obszernej piwnicy. Znajdowały się tam wielkie beczki piwa, a także bardziej
kameralne odnogi ze stolikami stylizowanymi na wzór gotycki.
Po chwili
kelnerka w bufiastej sukni przyniosła
nam kieliszki z płonącym absyntem. Wypiłem go i znalazłem się w pociągu ze
swoim komputerem i monitorem pod pachą. Pociąg był nietypowy. Mógł mieć z
piętnaście metrów szerokości, a jego długość, aż trudno by było sobie
wyobrazić. Zostawiłem sprzęt w przedziale i po chwili odnalazł mnie mój
przyjaciel. Udaliśmy się razem do bufetu. Nad ladą była metalowa siatka.
Sprzedawca grał z kelnerką w karty. Wyglądali jakby siedzieli w klatce.
Niechętnie wstał na widok klientów. Był chudy i odzywał się w sposób bardzo
opryskliwy.
Sprawiał wrażenie, że klienci byli dla niego złem koniecznym, które
niechętnie, ale musiał tolerować. Kupiliśmy ciastka z kremem. Wyglądały trochę
jak bagietki z ciasta francuskiego. W środku miały nadzienie z delikatnego
waniliowego kremu i odrobiny marmolady. Były bardzo dobre. Wracając
przedzieraliśmy się przez labirynt korytarzy z przesuwnymi drzwiami. W końcu
dotarliśmy do naszego przedziału. Siedziały tam cztery dziewczyny, a właściwie
siedziały trzy, a czwarta leżała im na kolanach.
Grały na gitarze i śpiewały
strasznie przy tym fałszując. Przyjaciel powiedział, że wyjeżdża za granicę.
Nie będzie go między szóstym, a szesnastym. Udaje się do Meksyku...
niedziela, 16 października 2011
Cthulhu
Siedzę w wagonie na drewnianej ławce. Jest twarda i
niewygodna. Do mych uszu dobiega rytmiczny i miarowy stukot żeliwnych kół i
charakterystyczny dźwięk pracy parowej lokomotywy, ciągnącej cały skład. Na
zakrętach mogłem dostrzec jej lśniące w słońcu chromowane elementy i wielkie
obłoki pary. Za oknem rozciąga się przepiękny widok na ocean. Jedziemy na
krawędzi wysokiego klifu. Po drugiej stronie przemyka niekończący się ciąg
kamienic w pastelowych kolorach. Ich dachy wykończone są w nietypowy sposób. Są
to blanki, takie jak na murach obronnych, z tą różnicą, że są zaokrąglone na
krawędziach. Przypominają przez to dziecięce rysunki. Zbliżamy się do tunelu
zagłębiającego się w ogromną skalistą górę. Po pewnym czasie dojeżdżamy do
stacji kolejowej skrytej głęboko w jej wnętrzu. Jedyna droga prowadzi przez
wąski tunel do monumentalnego pomieszczenia. W chwili, gdy się w nim znalazłem, zaparło mi
dech w piersiach. Podłogę pokrywają duże eleganckie kwadraty z ciemnoszarego
betonu. Upstrzona jest licznymi pasami i wysepkami zieleni, oraz równo
przystrzyżonymi drzewkami owocowymi. Liczne ławki nadają pomieszczeniu niemal
parkowy charakter. Spoglądając w górę dostrzegam szklany dach, niczym w
wiktoriańskiej palmiarni, przez który wpada naturalne jasne światło słoneczne.
Znajduje się niespodziewanie wysoko, bo niemal kilometr nade mną. Ściany to
naturalnie postrzępiona grafitowa skała. Moją uwagę przykuwa jedna ze ścian,
która jest czymś w rodzaju ogromnego akwarium z krawędziami płynnie
zatapiającymi się w pozostałe skalne ściany. Podobnie jak całe pomieszczenie,
jest ogromne i sięga niemal sklepienia. Jednolita tafla szkła może mieć nawet
kilkanaście metrów grubości. Kilkadziesiąt metrów za szkłem wyrastają z
piaszczystego dna, grube jak najstarsze dęby, stalowe kolumny krat. Owinięte są
grubymi linami przez co z daleka przypominają ogromną sieć. Zaintrygowany
podszedłem do akwarium i nagle podpłynęło największe stworzenie jakie
kiedykolwiek widziałem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































