Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamienice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamienice. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2013

Ostatni nieśmiertelni na gigantycznym statku kosmicznym

Byłem na pokładzie gigantycznego statku kosmicznego. Na tym poziomie znajdowało się miasto.
Liczne kamienice i brukowane ulice przypominały te budowane na ziemi. Na statku odbywała się
zażarta walka między normalnymi ludźmi, a nielicznymi już przedstawicielami nieśmiertelnych.
Byłem jednym z nich. 
Nasza nieśmiertelność polegała na tym, że nie umieraliśmy ze starości, ale poza tym nie różniliśmy się od innych ludzi. Byliśmy tak samo podatni na choroby i obrażenia. Ludzie nie mogli zaakceptować naszej odmienności. Miałem przekonanie, że jestem po stronie "dobra", że byliśmy opiekunami, a atakujący nas byli bezmyślni i "źli". Zabarykadowaliśmy się w
niewielkim pubie. 
Przypominał mi jeden z tych, które odwiedziłem kiedyś w Dublinie. Długa
czerwona lada barowa, a wzdłuż niej pojedyncze stoliki. Zabarykadowaliśmy drzwi w
akompaniamencie kul przeszywających drewniane drzwi. Przemknęliśmy pochyleni, by unikać
zabłąkanych pocisków i dotarliśmy do klatki schodowej. Godzinami wchodziliśmy na coraz wyższe,
bardziej zewnętrzne poziomy statku, aż dotarliśmy do poziomu handlowo-parkowego. 
Rozległe przestrzenie przypominały galerie handlowe, z szerokimi chodnikami, ławkami i skwerami.
Kilkadziesiąt metrów wyżej był szklany sufit o kilkunastometrowej grubości, przez który widać
było przestrzeń kosmiczną. Wzdłuż szerokich spacerowo-parkowych alei wyrastały galerie i sklepy.
Wszystkie  miały wielkie przeszklone witryny. Światła były przygaszone do ułamka swojej mocy, a rozległe przestrzenie puste. 
Chyba właśnie była symulacja nocy. Szliśmy dalej, aż dotarliśmy do
naszych ciasnych kajut mieszkalnych. Były w nich tylko rzędy piętrowych łóżek i skrzynie na rzeczy osobiste i ubrania. Uświadomiłem sobie, że jestem bosy i nie mogę znaleźć butów. Nagle rozbrzmiał komunikat, że ostatni pociąg odjedzie za 9 minut. 
Był to bardzo szybki pociąg
magnetyczny w samym centrum statku. Mimo to dotarcie z jednego końca statku kosmicznego na drugi trwało kilka godzin. Wiedziałem, że ten komunikat oznacza, że przegrywamy, a ja nie zdążę do niego dotrzeć. 
Nawet gdybym dobiegł do najbliższej windy, zjazd do wnętrza trwałby piętnaście minut. Segment w którym byłem miał zostać zniszczony, a ja razem z nim.

piątek, 27 stycznia 2012

Wycieczka klasowa


Wraz z siostrą i z Nią idziemy chodnikiem biegnącym wzdłuż estakady. Za barierką widać pokryte patyną dachy starych kamienic. Zaczyna się ściemniać. Dochodzimy do schodów prowadzących w dół. Docieramy nimi nad rzekę. Wydaje się być dzika i nieuregulowana. Wzdłuż niej prowadzi wydeptana ścieżka, którą ledwo widać w ciemności. Wyciągnęliśmy więc telefony, by oświetlić sobie drogę. Naszą uwagę przykuło wejście do groty. 
Wewnątrz znajdowały się dzieła sztuki, a ze ścian tryskały strumienie wody, które pewnie były częścią instalacji. Po przejściu całej wyznaczonej trasy zwiedzania wyszliśmy do kościoła, bogato zdobionego złotem i z ogromną kopułą.  Pojechaliśmy nad jezioro. Zostawiam Ją w obozie. Jest zmęczona podróżą i chce iść spać. Grupa młodych chłopaków ubranych w mundury moro proponuje mi udział w jakiejś grze terenowej. Wsiadamy do amfibii i przeprawiamy się przez jezioro. Docieramy do ruin jakiegoś kompleksu. 
Ściany zbudowane są z grubego betonu. Przemierzamy kilka podziemnych poziomów i się rozdzielamy by zbadać jak największy obszar. Schodząc na najniższy poziom dokonuję ciekawego odkrycia. Pod płachtami ciemnego materiału stoi kilkadziesiąt nowoczesnych i dość futurystycznie wyglądających czołgów...

...znajduję się na wycieczce klasowej. Oddzielam się i idę do sklepu. Kupuję zdrapkę, ale wyczuwam dziwną atmosferę. Dowiaduję się, że ktoś z załogi sklepu niedawno umarł. Wszyscy są w żałobie i rozważają zamknięcie sklepu. Opuszczam go i trafiam na rozkopaną ulicę. 
Ze studzienek kanalizacyjnych wychodzą górnicy z twarzami ubrudzonymi od węgla i kilofami na ramionach. Kieruję się w stronę kościoła i tam dołączam do wycieczki. Wychowawczyni patrzy na mnie z wyrzutem, a wszyscy wykonują jakieś dziwne i niezrozumiałe dla mnie gesty. Jeden z kolegów daje mi ulotkę wyborczą. Na moje stwierdzenie, że już jest po wyborach, odpowiada, że to nie szkodzi, bo trzeba się promować. Wręcza mi także jakieś klucze…

piątek, 6 stycznia 2012

Awaria


Mój komputer uległ awarii. Wyczerpałem wszystkie znane mi sposoby jego naprawy. Przyszedł do mnie przyjaciel i przyniósł batoniki mające kształt pamięci RAM otoczonej radiatorami. Oblane były białą czekoladą. Po chwili mój komputer się uruchomił, ale system operacyjny był jakiś inny. Przypominał ten, który jest instalowany na Macach. W lewym górnym rogu ekranu pojawił się napis iPad. Przyszedł do mnie inny kolega i nagle otworzyła się przeglądarka z kilkoma zakładkami. Były tam uruchomione jakieś proste gry i muzyka streamingowana online.
Znalazłem się na starym rynku w jakimś starym mieście. Kamienice były stare, ale w bardzo dobrym stanie. Miejsce to tętniło życiem mimo późnej nocy. Tłumy ludzi przelewały się przez wybrukowany plac. Wszyscy byli ubrani w eleganckie stroje wiktoriańskie. Na niebie pojawił się jakiś kształt. Opadał powoli. Z małego punktu stał się jakąś postacią przyczepioną do białego, okrągłego spadochronu. Człowiek ten wylądował niedaleko mnie, ale nim zdążyłem mu się lepiej przyjrzeć, opadła na niego czasza spadochronu. Kotłował się przez jakiś czas pod płócienną tkaniną, aż w końcu udało mu się z niej uwolnić. 
Mężczyzna był przebrany za Draculę. Przypominał powszechnie znany wizerunek Vlada Tepesa. Nagle podbiegła ogromna, potężna kobieta, przebrana za wikinga. Ubrana była w skórę z futrem, a na głowie miała hełm z rogami. Wystawały spod niego dwa blond warkocze. Z oburzeniem wydarła się na biednego ”Vlada”, który przedstawił się jako Robert. Skulił się pod natłokiem wyzwisk zwalistej kobiety. Nie spodobało jej się, że tak wylądował. Co by było, gdyby każdy tak lądował. 
Postanowiłem wcielić się w rolę mediatora i po chwili razem przemierzaliśmy wąskie alejki uroczego miasta. Niektóre mijane kamienice był wybudowane na wzór pruski, z drewnianymi belkami zatopionymi w mury. Inne były zbudowane w stylu secesyjnym, a jeszcze inne jakby wyjęte ze średniowiecza. Udaliśmy się do dekadenckiej knajpki urządzonej w obszernej piwnicy. Znajdowały się tam wielkie beczki piwa, a także bardziej kameralne odnogi ze stolikami stylizowanymi na wzór gotycki.
 Po chwili kelnerka  w bufiastej sukni przyniosła nam kieliszki z płonącym absyntem. Wypiłem go i znalazłem się w pociągu ze swoim komputerem i monitorem pod pachą. Pociąg był nietypowy. Mógł mieć z piętnaście metrów szerokości, a jego długość, aż trudno by było sobie wyobrazić. Zostawiłem sprzęt w przedziale i po chwili odnalazł mnie mój przyjaciel. Udaliśmy się razem do bufetu. Nad ladą była metalowa siatka. Sprzedawca grał z kelnerką w karty. Wyglądali jakby siedzieli w klatce. Niechętnie wstał na widok klientów. Był chudy i odzywał się w sposób bardzo opryskliwy.
 Sprawiał wrażenie, że klienci byli dla niego złem koniecznym, które niechętnie, ale musiał tolerować. Kupiliśmy ciastka z kremem. Wyglądały trochę jak bagietki z ciasta francuskiego. W środku miały nadzienie z delikatnego waniliowego kremu i odrobiny marmolady. Były bardzo dobre. Wracając przedzieraliśmy się przez labirynt korytarzy z przesuwnymi drzwiami. W końcu dotarliśmy do naszego przedziału. Siedziały tam cztery dziewczyny, a właściwie siedziały trzy, a czwarta leżała im na kolanach. 
Grały na gitarze i śpiewały strasznie przy tym fałszując. Przyjaciel powiedział, że wyjeżdża za granicę. Nie będzie go między szóstym, a szesnastym. Udaje się do Meksyku...

niedziela, 16 października 2011

Cthulhu


Siedzę w wagonie na drewnianej ławce. Jest twarda i niewygodna. Do mych uszu dobiega rytmiczny i miarowy stukot żeliwnych kół i charakterystyczny dźwięk pracy parowej lokomotywy, ciągnącej cały skład. Na zakrętach mogłem dostrzec jej lśniące w słońcu chromowane elementy i wielkie obłoki pary. Za oknem rozciąga się przepiękny widok na ocean. Jedziemy na krawędzi wysokiego klifu. Po drugiej stronie przemyka niekończący się ciąg kamienic w pastelowych kolorach. Ich dachy wykończone są w nietypowy sposób. Są to blanki, takie jak na murach obronnych,  z tą różnicą, że są zaokrąglone na krawędziach. Przypominają przez to dziecięce rysunki. Zbliżamy się do tunelu zagłębiającego się w ogromną skalistą górę. Po pewnym czasie dojeżdżamy do stacji kolejowej skrytej głęboko w jej wnętrzu. Jedyna droga prowadzi przez wąski tunel do monumentalnego pomieszczenia.  W chwili, gdy się w nim znalazłem, zaparło mi dech w piersiach. Podłogę pokrywają duże eleganckie kwadraty z ciemnoszarego betonu. Upstrzona jest licznymi pasami i wysepkami zieleni, oraz równo przystrzyżonymi drzewkami owocowymi. Liczne ławki nadają pomieszczeniu niemal parkowy charakter. Spoglądając w górę dostrzegam szklany dach, niczym w wiktoriańskiej palmiarni, przez który wpada naturalne jasne światło słoneczne. Znajduje się niespodziewanie wysoko, bo niemal kilometr nade mną. Ściany to naturalnie postrzępiona grafitowa skała. Moją uwagę przykuwa jedna ze ścian, która jest czymś w rodzaju ogromnego akwarium z krawędziami płynnie zatapiającymi się w pozostałe skalne ściany. Podobnie jak całe pomieszczenie, jest ogromne i sięga niemal sklepienia. Jednolita tafla szkła może mieć nawet kilkanaście metrów grubości. Kilkadziesiąt metrów za szkłem wyrastają z piaszczystego dna, grube jak najstarsze dęby, stalowe kolumny krat. Owinięte są grubymi linami przez co z daleka przypominają ogromną sieć. Zaintrygowany podszedłem do akwarium i nagle podpłynęło największe stworzenie jakie kiedykolwiek widziałem.