Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 listopada 2016

Duchy Kamiennej Wieży


Byłem w okolicy starego rynku. Z ciekawości wszedłem do nieco zapuszczonego budynku, który zapewne kiedyś był dobrze prosperującą restauracją. Stoliki i krzesła porozstawiane w nieładzie zdążył pokryć kurz. Wszedłem w głąb restauracji i podążałem plątaniną sal i pomieszczeń, aż wyszedłem na dziedziniec. Tam stoliki były bardziej zadbane. Dziedziniec był ogromny, wybrukowany małymi kostkami z szarego kamienia. Zajmował całą powierzchnię pagórka, którego podnóże opływała wolno płynąca rzeka. Po chwili podeszła starsza kobieta, bogato i elegancko odziana, o
arystokratycznych manierach. Oprowadziła mnie. Mówiła, że kiedyś tu była wspaniała winnica. Teraz pozostało kilka krzewów winnych i pamiątkowa tablica. Wszędzie były trochę zaniedbane kwietniki i niedziałające już fontanny. Największe wrażenie jednak robiła ogromna kamienna wieża. Zmierzaliśmy właśnie w jej kierunku, kiedy dołączył do nas znajomy arystokratki. Bardzo mi przypominał Lesliego Nilsena. Weszliśmy do środka. Kamienna wieża była pusta w środku. Kręte, spiralne kamienne schody pięły się do góry wzdłuż ścian. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki, w końcu doszliśmy do stropu, a właściwie do pierwszego piętra wieży. Nie dziwiło mnie wtedy, że otaczało nas jezioro. Olbrzymia tafla wody
sięgająca niemal po horyzont, przez co bardziej przypominała morze. Woda była całkowicie nieruchoma i gładka niczym tafla szkła. Odbijało się w niej przyjemne pomarańczowe światło, jak przy zachodzie słońca. W oddali można było dostrzec sylwetki olbrzymich dźwigów portowych i kontenerów poustawianych w stosy, przez co upodabniały się do piramid. Kobieta odebrała telefon. Usłyszałem krzyki kucharza, coś że się nie wyrabia i chce zrezygnować. Staruszka pojednawczym tonem próbowała go uspokajać i
zapewniła, że już do niego idzie, po czym skinieniem wskazała, byśmy szli dalej i napomknęła, byśmy się nie bali
dzieciaków. Wspinaliśmy się więc dalej po schodach, z tą różnicą, że teraz oplatały wieżę z zewnątrz. Drewniana balustrada była w opłakanym stanie, w kilku miejscach uszkodzona, jakby ktoś podczas dynamicznej bójki ją złamał i wpadł w otchłań przestrzeni poza nią. "Nilsen" po chwili się zmęczył i stwierdził, że musi chwilkę odsapnąć i że mnie dogoni. Kontynuowałem wchodzenia sam. Po kilkuset metrach dotarłem w końcu na szczyt. Był tam rozległy park. Nastała noc, ale niezwykle jasna, bo rozświetlona przez rozgwieżdżone niebo i wielki księżyc w pełni. Przechadzałem się alejkami podziwiając piękne kwiaty, które zdawały się niemal ożywać oświetlane srebrnym globem. Nad jedną z ławek unosiła się trupioblada para
dzieci, chłopiec i dziewczynka. Oboje odziani w białe koszule nocne. Twarze znaczyła sieć czarnych żył prześwitujących przez półprzezroczystą, błękitnawą skórę. Oczy były puste i ciemne, a dziąsła zapadnięte, przez co zęby były bardziej wydatne. Powinienem się chyba ich bać, ale nie czułem wtedy strachu. Wyczuwałem od nich radość i jednocześnie nieprzewidywalność typową dla beztroskich dzieci, co makabrycznie kontrastowało z ich martwym stanem. Unosili się w powietrzu wyraźnie zaciekawieni moją obecnością, a jednocześnie dawało się
wyczuć dozę ostrożności i niepewności. Ciszę nocy rozdarł hałas potężnego tłokowego silnika. Na trawie obok mnie wylądował dwupłatowy samolot śmigłowy, a z wnętrza wrzeszczał "Nilsen" bym natychmiast wsiadał. Spojrzałem jeszcze na "dzieciaki", które teraz wszystko obserwowały całkowicie nieobecnie i już bez emocji. Odlecieliśmy...

środa, 28 stycznia 2015

Sowi Sygnet

Wszedłem wraz z przyjaciółmi P. i Ł. do restauracji typu McDonald. Ustawiliśmy się w kolejce. P. i Ł. zdążyli zamówić jakieś hamburgery, ale gdy nadeszła moja kolej, sprzedawczyni oświadczyła, że niestety zamykają i nie mogą mi nic sprzedać. Zrezygnowany i zawiedziony wyszedłem na zewnątrz i dotarłem nad rzekę W. Dokładnie na cypel, który
znajduje się w połowie mostu przez nią. Była już tam moja siostra. Oznajmiła mi, że właśnie zainstalowano tu nowe ujęcie wody pitnej. Podszedłem na skraj cypla i zauważyłem kratki, przez które wpływała woda wprost z rzeki. Cały półwysep aż drżał i wibrował od maszynerii, którą zainstalowano pod nim. Wzdłuż cypla zainstalowano
złożoną i rozbudowaną sieć unoszących się na wodzie kładek. Były wąskie i mogły mieć maksymalnie pół metra szerokości. Wykonano je z drewna tekowego i zanurzały się, gdy się po nich chodziło. Na środku zamontowano bardzo złożoną rzeźbę, tak jakby labirynt z metalowych prętów, przypominających wijące się gałęzie.
Należało się po tym wspiąć. Na samym szczycie było naczynie przypominające puchar. Udało mi się do niego dotrzeć, a wewnątrz był piękny złoty sygnet z symbolem sowy. Miała rozłożone skrzydła i mieniła się w płomiennych odcieniach zachodzącego słońca. Zejście było dużo trudniejsze. W chwili, gdy dotykało się gałęziopodobnych prętów, te zaczynały się zaciskać, i łatwo było zostać uwięzionym niczym w klatce. Kiedy byłem już na dole, niestety utknąłem. Użyłem jednak siły. Przy maksymalnym wysiłku udało mi się odgiąć pręty na
tyle, by się przez nie przecisnąć. Uwolniłem się, a pręty odgięły się na poprzednią pozycję. Ostrożnie wracałem po kładce, starając się zachować równowagę. Zanurzała się pod ciężarem ciała, a przy skrajnych krawędziach znajdowała się nawet tuż pod powierzchnią wody. Widziałem, że inni, którzy chodzili po tym pomoście, często lądowali w wodzie i płynęli z nurtem rzeki.
(Teraz podczas pisania uświadomiłem sobie, że ta rzeka płynie w rzeczywistości w drugą stronę). Dotarłem na cypel i zauważyłem, że woda w rzece zaczyna przybierać. Powoli, ale jednak na tyle szybko, że było to zauważalne.

piątek, 20 czerwca 2014

Zaskakujące wyznanie…

Na trawiastym pasie startowym stał samolot. Był to czerwony dwupłatowiec z wielkim śmigłem z przodu. Podszedłem do niego i zająłem jedyne wolne miejsce z tyłu. Z przodu siedziała już moja przyjaciółka P. ubrana na zielono z czerwonymi elementami. Ktoś krzyknął kontakt i mocno zakręcił śmigłem. Uruchomiłem silnik, który zaczął bardzo głośno terkotać w charakterystyczny sposób. Powoli ruszyliśmy i miarowo nabieraliśmy prędkości. W
pewnym momencie oderwaliśmy się od ziemi i poszybowaliśmy wysoko w kierunku nieba, Długie czerwone włosy P. powiewały od pędu powietrza i smagały moją twarz. Coś krzyczała uśmiechając się, ale silnik i wiatr wszystko skutecznie zagłuszały. Pod nami przemykały pola, lasy, rzeki i jeziora. Gdy słońce
zaczęło zbliżać się do horyzontu, a niebo przybrało pomarańczowo- różowawe odcienie, wylądowaliśmy. Poszliśmy na spacer i doszliśmy do centrum miasta. Zbliżyliśmy się do przejścia dla pieszych przez tory tramwajowe i ulicę. P. jak to ma w zwyczaju, ani myślała o zatrzymaniu się, pomimo czerwonego światła dla pieszych. Złapałem ją za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Tuż przed P. z dużą prędkością śmignął tramwaj. Zarówno ja jak i P. byliśmy
przerażeni. Przytuliła się do mnie mocno i rozdygotanym głosem wycedziła cicho „dziękuję…”, a po chwili odsunęła się odrobinę. Spojrzała mi w oczy i tym razem pewniej i spokojniej powiedziała: „Kocham Cię” po czym namiętnie mnie pocałowała… Obudziłem się zaskoczony tym wyznaniem…

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Magia latania

Przepełniony magiczną mocą mogłem się wznosić wyłącznie ze sprawą siły woli. Było to czymś naturalnym jak oddychanie. Niestety coś się zmieniło i utraciłem tę zdolność. Spojrzałem przez okno i zobaczyłem ludzi przy pętli autobusowej. Stali w rzędzie na przystanku w oczekiwaniu na rychły przyjazd autobusu. Nagle wszyscy zaczęli się
wznosić w powietrze na wysokość kilku metrów. Robili to wolno, jak balony, w sposób niezwykle chaotyczny i nieskoordynowany, wymachując niezdarnie kończynami. Bez wątpienia byli zaskoczeni tym faktem i nie potrafili nad tym zapanować. Udałem się do jakiejś wieży, gdzie spotkałem swojego kolegę Szymona. Ponoć też potrafił latać i również utracił tą zdolność. Powiedział,
że wszyscy których znał, też ją stracili, ale za to zaczęły się pojawiać anomalie w różnych częściach miasta. Postanowiłem zejść z wieży i zgromadzić wszystkich, którzy utracili te zdolności. Z wieży schodziło się spiralną pochylnią. Z jednej strony pochylni był chodnik z jednolitego piaskowca, a z drugiej spływał jakby szmaragdowej barwy strumyk. Ciecz jakby emanowała swoim własnym krystalicznym blaskiem. Coś w niej dostrzegłem, jakby
dziesięciocentymetrowy dysk tuż pod powierzchnią. Wszedłem boso i poczułem jakby elektryczne mrowienie. Ciecz łaskotała mnie lekko płynąc żwawym nurtem. Sięgała mi do kostek. Wyciągnąłem przedmiot z dna. Był to jakby srebrny medalion lub moneta, zamknięta w szczelnej plastikowej obudowie. Obudziłem się…

sobota, 10 maja 2014

Postrzępiona bezsenność



Jeśli zaś chodzi o sny, to ostatnio nie mam prawie o czym pisać. Prawie nie sypiam i ciągle czuję się bardzo zmęczony. Będąc w szpitalu dostawałem tabletki nasenne i sypiałem po jakieś 5 godzin. W ciągu ostatniego tygodnia sypiam po 2-3 godziny o ile w ogóle sypiam. Snów nie pamiętam lub pamiętam niejasne fragmenty. Raz mi się śniła dziwna istota przypominająca dwumetrowego golema. Była zrobiona jakby ze smolistej gęstej
substancji , która jakby się przelewała nieustannie z jego wnętrza wraz z dziesiątkami tysięcy zębów, kłów, paznokci, grubych włosów i drutu kolczastego.

Będąc w szpitalu miałem sen pełen niepokoju o Nią. Nie jestem w stanie powiedzieć co dokładnie mi się śniło, ale to był sen inny niż  te które mi się zazwyczaj śnią. Nie był fabularny, ale bardziej przeczuciowy i to jest dla mnie całkowita nowość.




Raz śnił mi się dziwny statek. Był to ogromny biały
wycieczkowiec. Był to prototyp wyposażony w nową przełomową technologię. Zasysał wodę z oceanu i rósł. Stawał się coraz większy i coraz jaśniejszy. Niemal emanował coraz bardziej oślepiającą bielą. Burty stawały się coraz wyższe, aż osiągnęły wysokość ponad stu metrów. Oglądałem to jakby z perspektywy dryfującej łódki, a ktoś obok komentował, że jest wspaniały, przełomowy i, że jest to przyszłość transportu morskiego.

Dziś w nocy wziąłem tabletkę nasenną by choć trochę w końcu wypocząć. Ze snu pamiętam, że byłem projektantem sztucznych podziemnych rzek. Płynąłem różnymi podziemnymi tunelami, a sztuczne rzeki, choć wydawały się idealnie równe, to raz przyspieszały, a raz zwalniały przy ciekawych
miejscach, formacjach skalnych, zabytkowych młynach i kamienicach. Czasami wydawały się nawet płynąć pod górę. Pamiętam, że je regulowałem za pomocą kamienia, w który były wbite gwoździe. Nawijałem na nie miedziany drut, tworząc pajęczynę pętelek i zwojów, po czym wrzucałem do wody i nurt się wtedy zmieniał.

środa, 12 lutego 2014

Kryształowy smok

Brałem udział w jakiejś grze terenowej. Miałem wrażenie, że w tej grze rywalizacja miała drugorzędne znaczenie, a dużo ważniejsza była współpraca i integracja . Wraz z grupą znajomych oraz kilku nieznajomych, biegliśmy po pięknych, dzikich i niedostępnych terenach.  Przypominały trochę podmokłe wzgórza i doliny, które przemierzałem  kiedyś w Irlandii. Stoki pokryte wrzosami i ziołami udekorowane starymi drewnianymi płotami. Wspólnymi siłami przeprawialiśmy się przez
strumienie i okrążaliśmy smagane wiatrem, pofalowane tafle jezior. Napotykaliśmy na swej drodze liczne ruiny, które ochoczo eksplorowaliśmy. W ruinach klasztoru porośniętych bujnym bluszczem znaleźliśmy wejście do jaskini. Długi i ciemny korytarz doprowadził nas w końcu do olbrzymiej komory w której bez trudu zmieściła by się
katedra. Monumentalna sala pokryta była wspaniałymi i okazałymi kryształami. Emanowały wewnętrznym, opalizującym blaskiem. Odniosłem wrażenie, że jeden z kryształów poruszył się i ożył. Oderwał się od sklepienia i poszybował w naszym kierunku. Łagodnie wylądował kilkanaście metrów od nas, kilkoma machnięciami skrzydeł wytracając prędkość. Wielki i lśniący smok przyglądał się nam z zainteresowaniem i
niepewnością. Jego ciało wydawało się na wpół przeźroczyste, jakby krystaliczne. Było źródłem łagodnego szafirowego światła. Nagle jego wnętrze przybrało barwę bursztynu. Blask szybko przemieścił się z klatki piersiowej, przez szyję i opuścił imponującą paszczę płomienistą strugą. Chmura ognia podpaliła kilka pobliskich kryształów. Zajęły się
ogniem i poczułem jakby swąd topiącego się plastiku. Ktoś podbiegł z gaśnicą i ugasił kryształy. Następnie skierował śnieżnobiałą chmurę w kierunku smoka. Płomień w jego wnętrzu zgasł. Znieruchomiał w majestatycznej pozie i przemienił się w piękny krystaliczny posąg.  Usłyszałem przytłumione brzęczenie. Nasilało się i po chwili z gardzieli
wyfrunęła wielka mucha. Mogła mieć z dziesięć centymetrów. Zbliżała się do mnie z zamiarem ataku. Instynktownie zacząłem bzyczeć, próbując naśladować wydawany przez nią dźwięk. Znieruchomiała i wydawała się być zahipnotyzowana niczym wąż grą fakira na flecie. Unosiła się niemal nieruchomo, próbując żądlić. Robiła
to jednak tak wolno i niezdarnie, że bez problemu unikałem użądlenia. Wyjąłem strzykawkę i wbiłem w jej odwłok. Mucha po chwili łagodnie opadła i zasnęła.

sobota, 6 kwietnia 2013

Kiwi w starym mieście


Otaczała mnie piękna i zapierająca dech w piersiach panorama średniowiecznego miasta. Podziwiałem ją z dachu starej i wysokiej na kilka pięter kamienicy. Czubek dachu był ścięty i wybrukowany, a ograniczały go niskie barierki. Towarzyszyła mi grupka nieznanych mi ludzi oraz przewodnik, który opowiadał o najciekawszych zabytkach, które mieliśmy okazję podziwiać z niecodziennej perspektywy. 
Trasa prowadziła przez dachy kilku centralnych dzielnic i upstrzona była licznymi mostkami łączącymi sąsiadujące ze sobą dachy przeciwległych budynków. Czułem spory dyskomfort z powodu dużej wysokości, wspomagany podmuchami wiatru. Najsilniej go odczuwałem przechodząc po żeliwnych i chwiejnych mostkach, mając pod sobą jedynie brukowane uliczki. W końcu zeszliśmy po drabinach i spiralnych schodach do niewielkiego placu. 
Tam oficjalne zwiedzanie dobiegło końca, lecz ja nie zamierzałem na tym poprzestać i kontynuowałem zwiedzanie na własną rękę. Kręte uliczki czasami się rozdzielały i przechodziły przez budynki. Przystanąłem na chwilę w jednym z większych, który był połączeniem tawerny i młyna wodnego. Chciałem podejść do okna, ale zatrzymał mnie mężczyzna w białym fartuchu informując, że jest to część izby zarezerwowana tylko dla personelu. 
Postanowiłem podążać wzdłuż rzeki, która przepływała przez budynek. Spostrzegłem kilka charakterystycznych miejsc, które widziałem wcześniej w Edynburgu, Mont Saint Michel i Saint Paul de Vence.  Miasto było w sumie ich kompilacją. Zatrzymałem się na nabrzeżu. W nasypie z żółtawej gliny, miały swoje norki małe ptaszki. Posiadały żółte główki z czarnymi kropkami, a wielkością przypominały zimorodki. Co chwilę wlatywały i wylatywały z wydrążonych przez siebie tuneli. 
Na chodniku przy skraju rzeki przechadzały się ptaki Kiwi, które w tym mieście zastępowały gołębie. Co dziwne były zielone i podszczypywały przechodniów w nadziei, że poczęstują je winogronami. Liczni handlarze sprzedawali ich całe kiście, zapewniając, że innych owoców nie jedzą.


W tak zwanym międzyczasie, miałem jeszcze dwa sny, z których zapamiętałem jedynie pojedyncze motywy. 


W pierwszym śniło mi się, że nowy Papież Franciszek postanowił abdykować i zamknął się w Castel Gandolfo, a miliony rozczarowanych wiernych postanowiło go okupować, mając nadzieję, że jednak zmieni zdanie.



W drugim miałem iść na koncert mojego ulubionego zespołu Nightwish  z nową wokalistką. Okazała się nią być Emilie Autumn i niestety, ku memu rozgoryczeniu, zgubiłem bilet.

niedziela, 30 grudnia 2012

Bieg labiryntem i Diablo


Mieliśmy gdzieś pojechać. Poszliśmy więc do miasta po bilety. Wyglądało inaczej. Budynek opery, który składa się z połączonych ze sobą trzech owalnych części był otoczony dwoma kręgami, nadgryzionych zębem czasu kolumn.  Wewnętrzny rząd przypominał trochę Stonehenge, a zewnętrzne przypominały kolumny budowane w starożytnym Rzymie. Sam budynek znajdował się, tak jak w rzeczywistości, tuż przy zakolu rzeki. 
Natomiast nabrzeże znajdowało się za nim i zbudowane było z kilkudziesięciu bardzo wysokich stopni. Patrzyliśmy więc na niego lekko z góry. Było dość stromo, więc nie zbliżaliśmy się za bardzo do krawędzi nabrzeża, przypominającego trochę amfiteatr. Trzymając się za ręce, zaszliśmy do jakiejś galerii. Podłoga była wyłożona miękkim i przyjemnym w dotyku pluszem. Umyślnie upadła z rozłożonymi rękami, a ja zrobiłem to samo i po chwili otulił mnie miękki materiał. 
Podszedłem na czworakach do Niej i złapałem za ręce. Przyciągnąłem Ją delikatnie do siebie. Nasze spojrzenia się spotkały, a po chwili nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku. Coś do mnie powiedziała uśmiechając się. Nie pamiętam co, ale było to dziwne i nawet nie jestem pewien czy zostało wypowiedziane w jakimkolwiek znanym języku. Trzymając się za ręce wstaliśmy i przeszliśmy przez galerię, nie zwracając uwagi na obrazy wiszące na ścianach. Podeszliśmy do okienka i kupiliśmy bilet na autobus.  
Pojechaliśmy nim na zawody. Był to bieg przez labirynt. Musieliśmy współpracować by go ukończyć. Miałem dar do bezbłędnego wybierania właściwych korytarzy, a Ona do wykrywania pułapek, które bez trudu omijaliśmy. Byliśmy pierwsi. Na chwilę mnie puściła i przebiegłem jeszcze kilka kroków nim zdołałem się zatrzymać. Odwróciłem się i wróciłem do Niej, ale ktoś przebiegł obok i Nas wyprzedził. Dokończyliśmy bieg i ostatecznie zajęliśmy drugie miejsce. Znalazłem się u Babci. Właśnie wchodziłem wraz z rodziną do klatki schodowej, jak ktoś trzasnął drzwiami i przebiegł obok. Pomimo, że nic się z nimi nie stało, Babcia zadzwoniła na policję. Po chwili zjawił się umundurowany policjant i spisał protokół. 
Odprowadziliśmy Babcię do mieszkania, a policjant zaproponował, że obwiezie nas po osiedlu, bo nie ma nic innego do roboty. Ostatecznie zawiózł nas do siostry. Siostra wraz ze szwagrem dała mi niespodziewanie prezent. Po odwinięciu z ozdobnego papieru zobaczyłem, że jest to pudełko z grą komputerową „Diablo 3”. Obrazki na opakowaniu były jednak inne, a i sama gra okazała się odmienna od rzeczywistej. 
Postać oprócz magii i typowych broni używała jeszcze pistoletów laserowych. Kierując nią natrafiłem na małe kratery z których uniosły się perłowe kule wystrzeliwujące białe nici. Pokonałem je i dotarłem do ruin. Były to ściany budynków zrobione z czerwonej i wypalonej gliny. Wewnątrz znajdowały się złote monety. Po chwili napotkałem kobiety z ruchu oporu. 
Okazało się, że gra oferuje naprawdę bardzo rozbudowane dialogi i mnóstwo zawiłych intryg. Po wykonaniu kilku zadań dostałem zapłatę w banknotach. Przypominały jednak raczej karty do gry. Miały nominały, a obok znajdowały się jeszcze litery np. R i J z wizerunkami królów i waletów. Na jednym nominał 10 został przekreślony i zastąpiony nominałem 20, a litera J literą R. Chyba to była jakaś wskazówka i część ukrytego szyfru. 
Większe nominały przypominały karty tarota. Na wzgórzu zobaczyłem kapłanów w czarnych habitach, ale zaczęli uciekać, gdy ich zauważyłem. Gra kryła w sobie mnóstwo tajemnic i złożonością bardzo odbiegała od rzeczywistej siekanki. 

wtorek, 2 października 2012

Dzikie węże


Przemierzałem rozległą pustynię. Spękane pustkowia ożywiały jedynie pojedyncze krzewy i drzewa. Miały niesamowity i niemal nie spotykany w przyrodzie kolor. Nazwałbym go brudnym odcieniem błękitu, ale chyba najtrafniejsze znane mi określenie tej barwy to cyjan.  Zrobiłem im zdjęcie i wróciłem do domu. Spotkałem tam Ją. Pisała coś na moim starym komputerze. Kiedy skończyła, zapisała wyniki swojej pracy na starej dyskietce (FDD). Odwróciła się do mnie i coś mi powiedziała. Coś bardzo ważnego, ale niestety nie mogłem sobie przypomnieć co (...) 
Znalazłem się przy wielkim kanionie. Rdzawe skały kryły w sobie wijącą się rzekę o lazurowym odcieniu i wartkim nurcie. Powoli i ostrożnie schodziłem po niemal pionowym zboczu kanionu. Co jakiś czas luźne kawałki skały odrywały się, kończąc swój długi lot z chlupotem w wodzie. Im byłem niżej tym robiło się ciemniej. Na swej drodze napotkałem wielkie pajęczyny i równie wielkich, ich konstruktorów. 
Włochate pająki cierpliwie oczekiwały, aż coś wpadnie w ich misternie utkane sidła. Rzuciłem kamieniami w ich kierunku, co wystarczyło, by zeszły mi z drogi. W końcu zszedłem na samo dno kanionu. Wąski brzeg rzeki okazał się bardzo mulisty. Stąpając zanurzałem się po kostki w grząskim błocie. Miejscami kanion się rozszerzał. Na zakrętach tworzyły się szerokie mielizny. Opuściłem kanion i trafiłem na rozległe bagna. Co chwilę widziałem przemykające małe węże.  Były czarne z jaskrawo żółtymi elementami. Poruszały się zadziwiająco szybko. 
Zahaczyłem o korzeń i przewróciłem się lądując w niezbyt przyjemnej mieszance błota i butwiejącej roślinności. Jeden z węży ukąsił mnie w dłoń. Nie mogłem się ruszyć, a dłoń zaczęła puchnąć. Po chwili była już trzy razy większa niż normalnie…