Byłem w okolicy starego rynku. Z ciekawości wszedłem do
nieco zapuszczonego budynku, który zapewne kiedyś był dobrze prosperującą
restauracją. Stoliki i krzesła porozstawiane w nieładzie zdążył pokryć kurz.
Wszedłem w głąb restauracji i podążałem plątaniną sal i pomieszczeń, aż
wyszedłem na dziedziniec. Tam stoliki były bardziej zadbane. Dziedziniec był
ogromny, wybrukowany małymi kostkami z szarego kamienia. Zajmował całą
powierzchnię pagórka, którego podnóże opływała wolno płynąca rzeka. Po chwili
podeszła starsza kobieta, bogato i elegancko odziana, o
arystokratycznych
manierach. Oprowadziła mnie. Mówiła, że kiedyś tu była wspaniała winnica. Teraz
pozostało kilka krzewów winnych i pamiątkowa tablica. Wszędzie były trochę zaniedbane
kwietniki i niedziałające już fontanny. Największe wrażenie jednak robiła
ogromna kamienna wieża. Zmierzaliśmy właśnie w jej kierunku, kiedy dołączył do
nas znajomy arystokratki. Bardzo mi przypominał Lesliego Nilsena. Weszliśmy do
środka. Kamienna wieża była pusta w środku. Kręte, spiralne kamienne schody pięły
się do góry wzdłuż ścian. Po kilkudziesięciu metrach wspinaczki, w końcu
doszliśmy do stropu, a właściwie do pierwszego piętra wieży. Nie dziwiło mnie
wtedy, że otaczało nas jezioro. Olbrzymia tafla wody
sięgająca niemal po horyzont,
przez co bardziej przypominała morze. Woda była całkowicie nieruchoma i gładka
niczym tafla szkła. Odbijało się w niej przyjemne pomarańczowe światło, jak
przy zachodzie słońca. W oddali można było dostrzec sylwetki olbrzymich dźwigów
portowych i kontenerów poustawianych w stosy, przez co upodabniały się do
piramid. Kobieta odebrała telefon. Usłyszałem krzyki kucharza, coś że się nie
wyrabia i chce zrezygnować. Staruszka pojednawczym tonem próbowała go uspokajać
i Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 listopada 2016
Duchy Kamiennej Wieży
środa, 28 stycznia 2015
Sowi Sygnet
Wszedłem wraz z przyjaciółmi P. i Ł. do restauracji typu McDonald. Ustawiliśmy się w kolejce. P. i Ł. zdążyli zamówić jakieś hamburgery, ale gdy nadeszła moja kolej, sprzedawczyni oświadczyła, że niestety zamykają i nie mogą mi nic sprzedać. Zrezygnowany i zawiedziony wyszedłem na zewnątrz i dotarłem nad rzekę W. Dokładnie na cypel, który
znajduje się w połowie mostu przez nią. Była już tam moja siostra. Oznajmiła mi, że właśnie zainstalowano tu nowe ujęcie wody pitnej. Podszedłem na skraj cypla i zauważyłem kratki, przez które wpływała woda wprost z rzeki. Cały półwysep aż drżał i wibrował od maszynerii, którą zainstalowano pod nim. Wzdłuż cypla zainstalowano złożoną i rozbudowaną sieć unoszących się na wodzie kładek. Były wąskie i mogły mieć maksymalnie pół metra szerokości. Wykonano je z drewna tekowego i zanurzały się, gdy się po nich chodziło. Na środku zamontowano bardzo złożoną rzeźbę, tak jakby labirynt z metalowych prętów, przypominających wijące się gałęzie. Należało się po tym wspiąć. Na samym szczycie było naczynie przypominające puchar. Udało mi się do niego dotrzeć, a wewnątrz był piękny złoty sygnet z symbolem sowy. Miała rozłożone skrzydła i mieniła się w płomiennych odcieniach zachodzącego słońca. Zejście było dużo trudniejsze. W chwili, gdy dotykało się gałęziopodobnych prętów, te zaczynały się zaciskać, i łatwo było zostać uwięzionym niczym w klatce. Kiedy byłem już na dole, niestety utknąłem. Użyłem jednak siły. Przy maksymalnym wysiłku udało mi się odgiąć pręty na tyle, by się przez nie przecisnąć. Uwolniłem się, a pręty odgięły się na poprzednią pozycję. Ostrożnie wracałem po kładce, starając się zachować równowagę. Zanurzała się pod ciężarem ciała, a przy skrajnych krawędziach znajdowała się nawet tuż pod powierzchnią wody. Widziałem, że inni, którzy chodzili po tym pomoście, często lądowali w wodzie i płynęli z nurtem rzeki. (Teraz podczas pisania uświadomiłem sobie, że ta rzeka płynie w rzeczywistości w drugą stronę). Dotarłem na cypel i zauważyłem, że woda w rzece zaczyna przybierać. Powoli, ale jednak na tyle szybko, że było to zauważalne.
znajduje się w połowie mostu przez nią. Była już tam moja siostra. Oznajmiła mi, że właśnie zainstalowano tu nowe ujęcie wody pitnej. Podszedłem na skraj cypla i zauważyłem kratki, przez które wpływała woda wprost z rzeki. Cały półwysep aż drżał i wibrował od maszynerii, którą zainstalowano pod nim. Wzdłuż cypla zainstalowano złożoną i rozbudowaną sieć unoszących się na wodzie kładek. Były wąskie i mogły mieć maksymalnie pół metra szerokości. Wykonano je z drewna tekowego i zanurzały się, gdy się po nich chodziło. Na środku zamontowano bardzo złożoną rzeźbę, tak jakby labirynt z metalowych prętów, przypominających wijące się gałęzie. Należało się po tym wspiąć. Na samym szczycie było naczynie przypominające puchar. Udało mi się do niego dotrzeć, a wewnątrz był piękny złoty sygnet z symbolem sowy. Miała rozłożone skrzydła i mieniła się w płomiennych odcieniach zachodzącego słońca. Zejście było dużo trudniejsze. W chwili, gdy dotykało się gałęziopodobnych prętów, te zaczynały się zaciskać, i łatwo było zostać uwięzionym niczym w klatce. Kiedy byłem już na dole, niestety utknąłem. Użyłem jednak siły. Przy maksymalnym wysiłku udało mi się odgiąć pręty na tyle, by się przez nie przecisnąć. Uwolniłem się, a pręty odgięły się na poprzednią pozycję. Ostrożnie wracałem po kładce, starając się zachować równowagę. Zanurzała się pod ciężarem ciała, a przy skrajnych krawędziach znajdowała się nawet tuż pod powierzchnią wody. Widziałem, że inni, którzy chodzili po tym pomoście, często lądowali w wodzie i płynęli z nurtem rzeki. (Teraz podczas pisania uświadomiłem sobie, że ta rzeka płynie w rzeczywistości w drugą stronę). Dotarłem na cypel i zauważyłem, że woda w rzece zaczyna przybierać. Powoli, ale jednak na tyle szybko, że było to zauważalne.
piątek, 20 czerwca 2014
Zaskakujące wyznanie…
Na trawiastym pasie startowym stał samolot. Był to czerwony dwupłatowiec z wielkim śmigłem z przodu. Podszedłem do niego i zająłem jedyne wolne miejsce z tyłu. Z przodu siedziała już moja przyjaciółka P. ubrana na zielono z czerwonymi elementami. Ktoś krzyknął kontakt i mocno zakręcił śmigłem. Uruchomiłem silnik, który zaczął bardzo głośno terkotać w charakterystyczny sposób. Powoli ruszyliśmy i miarowo nabieraliśmy prędkości. W
pewnym momencie oderwaliśmy się od ziemi i poszybowaliśmy wysoko w kierunku nieba, Długie czerwone włosy P. powiewały od pędu powietrza i smagały moją twarz. Coś krzyczała uśmiechając się, ale silnik i wiatr wszystko skutecznie zagłuszały. Pod nami przemykały pola, lasy, rzeki i jeziora. Gdy słońce zaczęło zbliżać się do horyzontu, a niebo przybrało pomarańczowo- różowawe odcienie, wylądowaliśmy. Poszliśmy na spacer i doszliśmy do centrum miasta. Zbliżyliśmy się do przejścia dla pieszych przez tory tramwajowe i ulicę. P. jak to ma w zwyczaju, ani myślała o zatrzymaniu się, pomimo czerwonego światła dla pieszych. Złapałem ją za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Tuż przed P. z dużą prędkością śmignął tramwaj. Zarówno ja jak i P. byliśmy przerażeni. Przytuliła się do mnie mocno i rozdygotanym głosem wycedziła cicho „dziękuję…”, a po chwili odsunęła się odrobinę. Spojrzała mi w oczy i tym razem pewniej i spokojniej powiedziała: „Kocham Cię” po czym namiętnie mnie pocałowała… Obudziłem się zaskoczony tym wyznaniem…
pewnym momencie oderwaliśmy się od ziemi i poszybowaliśmy wysoko w kierunku nieba, Długie czerwone włosy P. powiewały od pędu powietrza i smagały moją twarz. Coś krzyczała uśmiechając się, ale silnik i wiatr wszystko skutecznie zagłuszały. Pod nami przemykały pola, lasy, rzeki i jeziora. Gdy słońce zaczęło zbliżać się do horyzontu, a niebo przybrało pomarańczowo- różowawe odcienie, wylądowaliśmy. Poszliśmy na spacer i doszliśmy do centrum miasta. Zbliżyliśmy się do przejścia dla pieszych przez tory tramwajowe i ulicę. P. jak to ma w zwyczaju, ani myślała o zatrzymaniu się, pomimo czerwonego światła dla pieszych. Złapałem ją za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Tuż przed P. z dużą prędkością śmignął tramwaj. Zarówno ja jak i P. byliśmy przerażeni. Przytuliła się do mnie mocno i rozdygotanym głosem wycedziła cicho „dziękuję…”, a po chwili odsunęła się odrobinę. Spojrzała mi w oczy i tym razem pewniej i spokojniej powiedziała: „Kocham Cię” po czym namiętnie mnie pocałowała… Obudziłem się zaskoczony tym wyznaniem…
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Magia latania
Przepełniony magiczną mocą mogłem się wznosić wyłącznie ze sprawą siły woli. Było to czymś naturalnym jak oddychanie. Niestety coś się zmieniło i utraciłem tę zdolność. Spojrzałem przez okno i zobaczyłem ludzi przy pętli autobusowej. Stali w rzędzie na przystanku w oczekiwaniu na rychły przyjazd autobusu. Nagle wszyscy zaczęli się
wznosić w powietrze na wysokość kilku metrów. Robili to wolno, jak balony, w sposób niezwykle chaotyczny i nieskoordynowany, wymachując niezdarnie kończynami. Bez wątpienia byli zaskoczeni tym faktem i nie potrafili nad tym zapanować. Udałem się do jakiejś wieży, gdzie spotkałem swojego kolegę Szymona. Ponoć też potrafił latać i również utracił tą zdolność. Powiedział,
że wszyscy których znał, też ją stracili, ale za to zaczęły się pojawiać anomalie w różnych częściach miasta. Postanowiłem zejść z wieży i zgromadzić wszystkich, którzy utracili te zdolności. Z wieży schodziło się spiralną pochylnią. Z jednej strony pochylni był chodnik z jednolitego piaskowca, a z drugiej spływał jakby szmaragdowej barwy strumyk. Ciecz jakby emanowała swoim własnym krystalicznym blaskiem. Coś w niej dostrzegłem, jakby
dziesięciocentymetrowy dysk tuż pod powierzchnią. Wszedłem boso i poczułem jakby elektryczne mrowienie. Ciecz łaskotała mnie lekko płynąc żwawym nurtem. Sięgała mi do kostek. Wyciągnąłem przedmiot z dna. Był to jakby srebrny medalion lub moneta, zamknięta w szczelnej plastikowej obudowie. Obudziłem się…
sobota, 10 maja 2014
Postrzępiona bezsenność
Jeśli zaś chodzi o sny, to ostatnio nie mam prawie o czym
pisać. Prawie nie sypiam i ciągle czuję się bardzo zmęczony. Będąc w szpitalu
dostawałem tabletki nasenne i sypiałem po jakieś 5 godzin. W ciągu ostatniego
tygodnia sypiam po 2-3 godziny o ile w ogóle sypiam. Snów nie pamiętam lub
pamiętam niejasne fragmenty. Raz mi się śniła dziwna istota przypominająca
dwumetrowego golema. Była zrobiona jakby ze smolistej gęstej
substancji , która
jakby się przelewała nieustannie z jego wnętrza wraz z dziesiątkami tysięcy
zębów, kłów, paznokci, grubych włosów i drutu kolczastego.
Będąc w szpitalu miałem sen pełen niepokoju o Nią. Nie
jestem w stanie powiedzieć co dokładnie mi się śniło, ale to był sen inny niż te które mi się zazwyczaj śnią. Nie był
fabularny, ale bardziej przeczuciowy i to jest dla mnie całkowita nowość.
Raz śnił mi się dziwny statek. Był to ogromny biały
Dziś w nocy wziąłem tabletkę nasenną by choć trochę w końcu
wypocząć. Ze snu pamiętam, że byłem projektantem sztucznych podziemnych rzek.
Płynąłem różnymi podziemnymi tunelami, a sztuczne rzeki, choć wydawały się
idealnie równe, to raz przyspieszały, a raz zwalniały przy ciekawych
miejscach,
formacjach skalnych, zabytkowych młynach i kamienicach. Czasami wydawały się
nawet płynąć pod górę. Pamiętam, że je regulowałem za pomocą kamienia, w który
były wbite gwoździe. Nawijałem na nie miedziany drut, tworząc pajęczynę pętelek
i zwojów, po czym wrzucałem do wody i nurt się wtedy zmieniał.
środa, 12 lutego 2014
Kryształowy smok
Brałem udział w jakiejś grze terenowej. Miałem wrażenie, że
w tej grze rywalizacja miała drugorzędne znaczenie, a dużo ważniejsza była
współpraca i integracja . Wraz z grupą znajomych oraz kilku nieznajomych,
biegliśmy po pięknych, dzikich i niedostępnych terenach. Przypominały trochę podmokłe wzgórza i doliny,
które przemierzałem kiedyś w Irlandii.
Stoki pokryte wrzosami i ziołami udekorowane starymi drewnianymi płotami.
Wspólnymi siłami przeprawialiśmy się przez
strumienie i okrążaliśmy smagane
wiatrem, pofalowane tafle jezior. Napotykaliśmy na swej drodze liczne ruiny,
które ochoczo eksplorowaliśmy. W ruinach klasztoru porośniętych bujnym
bluszczem znaleźliśmy wejście do jaskini. Długi i ciemny korytarz doprowadził
nas w końcu do olbrzymiej komory w której bez trudu zmieściła by się
katedra.
Monumentalna sala pokryta była wspaniałymi i okazałymi kryształami. Emanowały
wewnętrznym, opalizującym blaskiem. Odniosłem wrażenie, że jeden z kryształów
poruszył się i ożył. Oderwał się od sklepienia i poszybował w naszym kierunku.
Łagodnie wylądował kilkanaście metrów od nas, kilkoma machnięciami skrzydeł
wytracając prędkość. Wielki i lśniący smok przyglądał się nam z
zainteresowaniem i
niepewnością. Jego ciało wydawało się na wpół przeźroczyste,
jakby krystaliczne. Było źródłem łagodnego szafirowego światła. Nagle jego
wnętrze przybrało barwę bursztynu. Blask szybko przemieścił się z klatki
piersiowej, przez szyję i opuścił imponującą paszczę płomienistą strugą. Chmura
ognia podpaliła kilka pobliskich kryształów. Zajęły się
ogniem i poczułem jakby
swąd topiącego się plastiku. Ktoś podbiegł z gaśnicą i ugasił kryształy.
Następnie skierował śnieżnobiałą chmurę w kierunku smoka. Płomień w jego
wnętrzu zgasł. Znieruchomiał w majestatycznej pozie i przemienił się w piękny
krystaliczny posąg. Usłyszałem
przytłumione brzęczenie. Nasilało się i po chwili z gardzieli
wyfrunęła wielka
mucha. Mogła mieć z dziesięć centymetrów. Zbliżała się do mnie z zamiarem
ataku. Instynktownie zacząłem bzyczeć, próbując naśladować wydawany przez nią
dźwięk. Znieruchomiała i wydawała się być zahipnotyzowana niczym wąż grą fakira
na flecie. Unosiła się niemal nieruchomo, próbując żądlić. Robiła
to jednak tak
wolno i niezdarnie, że bez problemu unikałem użądlenia. Wyjąłem strzykawkę i
wbiłem w jej odwłok. Mucha po chwili łagodnie opadła i zasnęła.sobota, 6 kwietnia 2013
Kiwi w starym mieście
Otaczała mnie piękna i zapierająca dech w piersiach panorama
średniowiecznego miasta. Podziwiałem ją z dachu starej i wysokiej na kilka
pięter kamienicy. Czubek dachu był ścięty i wybrukowany, a ograniczały go niskie
barierki. Towarzyszyła mi grupka nieznanych mi ludzi oraz przewodnik, który
opowiadał o najciekawszych zabytkach, które mieliśmy okazję podziwiać z
niecodziennej perspektywy.
Trasa prowadziła przez dachy kilku centralnych
dzielnic i upstrzona była licznymi mostkami łączącymi sąsiadujące ze sobą dachy
przeciwległych budynków. Czułem spory dyskomfort z powodu dużej wysokości,
wspomagany podmuchami wiatru. Najsilniej go odczuwałem przechodząc po żeliwnych
i chwiejnych mostkach, mając pod sobą jedynie brukowane uliczki. W końcu
zeszliśmy po drabinach i spiralnych schodach do niewielkiego placu.
Tam
oficjalne zwiedzanie dobiegło końca, lecz ja nie zamierzałem na tym poprzestać
i kontynuowałem zwiedzanie na własną rękę. Kręte uliczki czasami się
rozdzielały i przechodziły przez budynki. Przystanąłem na chwilę w jednym z
większych, który był połączeniem tawerny i młyna wodnego. Chciałem podejść do
okna, ale zatrzymał mnie mężczyzna w białym fartuchu informując, że jest to
część izby zarezerwowana tylko dla personelu.
Postanowiłem podążać wzdłuż
rzeki, która przepływała przez budynek. Spostrzegłem kilka charakterystycznych
miejsc, które widziałem wcześniej w Edynburgu, Mont Saint Michel i Saint Paul
de Vence. Miasto było w sumie ich
kompilacją. Zatrzymałem się na nabrzeżu. W nasypie z żółtawej gliny, miały swoje
norki małe ptaszki. Posiadały żółte główki z czarnymi kropkami, a wielkością
przypominały zimorodki. Co chwilę wlatywały i wylatywały z wydrążonych przez
siebie tuneli.
Na chodniku przy skraju rzeki przechadzały się ptaki Kiwi, które
w tym mieście zastępowały gołębie. Co dziwne były zielone i podszczypywały
przechodniów w nadziei, że poczęstują je winogronami. Liczni handlarze
sprzedawali ich całe kiście, zapewniając, że innych owoców nie jedzą.
W tak zwanym międzyczasie, miałem jeszcze dwa sny, z których zapamiętałem jedynie pojedyncze motywy.
W pierwszym śniło mi się, że nowy Papież Franciszek postanowił abdykować i zamknął się w Castel Gandolfo, a miliony rozczarowanych wiernych postanowiło go okupować, mając nadzieję, że jednak zmieni zdanie.
W drugim miałem iść na koncert mojego ulubionego zespołu Nightwish z nową wokalistką. Okazała się nią być Emilie Autumn i niestety, ku memu rozgoryczeniu, zgubiłem bilet.
W tak zwanym międzyczasie, miałem jeszcze dwa sny, z których zapamiętałem jedynie pojedyncze motywy.
W pierwszym śniło mi się, że nowy Papież Franciszek postanowił abdykować i zamknął się w Castel Gandolfo, a miliony rozczarowanych wiernych postanowiło go okupować, mając nadzieję, że jednak zmieni zdanie.
W drugim miałem iść na koncert mojego ulubionego zespołu Nightwish z nową wokalistką. Okazała się nią być Emilie Autumn i niestety, ku memu rozgoryczeniu, zgubiłem bilet.
niedziela, 30 grudnia 2012
Bieg labiryntem i Diablo
Mieliśmy gdzieś pojechać. Poszliśmy więc do miasta po
bilety. Wyglądało inaczej. Budynek opery, który składa się z połączonych ze
sobą trzech owalnych części był otoczony dwoma kręgami, nadgryzionych zębem
czasu kolumn. Wewnętrzny rząd przypominał
trochę Stonehenge, a zewnętrzne przypominały kolumny budowane w starożytnym
Rzymie. Sam budynek znajdował się, tak jak w rzeczywistości, tuż przy zakolu
rzeki.
Natomiast nabrzeże znajdowało się za nim i zbudowane było z
kilkudziesięciu bardzo wysokich stopni. Patrzyliśmy więc na niego lekko z góry.
Było dość stromo, więc nie zbliżaliśmy się za bardzo do krawędzi nabrzeża,
przypominającego trochę amfiteatr. Trzymając się za ręce, zaszliśmy do jakiejś
galerii. Podłoga była wyłożona miękkim i przyjemnym w dotyku pluszem. Umyślnie
upadła z rozłożonymi rękami, a ja zrobiłem to samo i po chwili otulił mnie
miękki materiał.
Podszedłem na czworakach do Niej i złapałem za ręce.
Przyciągnąłem Ją delikatnie do siebie. Nasze spojrzenia się spotkały, a po
chwili nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku. Coś do mnie powiedziała
uśmiechając się. Nie pamiętam co, ale było to dziwne i nawet nie jestem pewien
czy zostało wypowiedziane w jakimkolwiek znanym języku. Trzymając się za ręce
wstaliśmy i przeszliśmy przez galerię, nie zwracając uwagi na obrazy wiszące na
ścianach. Podeszliśmy do okienka i kupiliśmy bilet na autobus.
Pojechaliśmy nim na zawody. Był to bieg przez
labirynt. Musieliśmy współpracować by go ukończyć. Miałem dar do bezbłędnego
wybierania właściwych korytarzy, a Ona do wykrywania pułapek, które bez trudu
omijaliśmy. Byliśmy pierwsi. Na chwilę mnie puściła i przebiegłem jeszcze kilka
kroków nim zdołałem się zatrzymać. Odwróciłem się i wróciłem do Niej, ale ktoś
przebiegł obok i Nas wyprzedził. Dokończyliśmy bieg i ostatecznie zajęliśmy
drugie miejsce. Znalazłem się u Babci. Właśnie wchodziłem wraz z rodziną do
klatki schodowej, jak ktoś trzasnął drzwiami i przebiegł obok. Pomimo, że nic
się z nimi nie stało, Babcia zadzwoniła na policję. Po chwili zjawił się
umundurowany policjant i spisał protokół.
Odprowadziliśmy Babcię do mieszkania,
a policjant zaproponował, że obwiezie nas po osiedlu, bo nie ma nic innego do
roboty. Ostatecznie zawiózł nas do siostry. Siostra wraz ze szwagrem dała mi
niespodziewanie prezent. Po odwinięciu z ozdobnego papieru zobaczyłem, że jest
to pudełko z grą komputerową „Diablo 3”. Obrazki na opakowaniu były jednak
inne, a i sama gra okazała się odmienna od rzeczywistej.
Postać oprócz magii i
typowych broni używała jeszcze pistoletów laserowych. Kierując nią natrafiłem
na małe kratery z których uniosły się perłowe kule wystrzeliwujące białe nici. Pokonałem je i dotarłem do ruin. Były to ściany budynków zrobione z czerwonej i
wypalonej gliny. Wewnątrz znajdowały się złote monety. Po chwili napotkałem
kobiety z ruchu oporu.
Okazało się, że gra oferuje naprawdę bardzo rozbudowane
dialogi i mnóstwo zawiłych intryg. Po wykonaniu kilku zadań dostałem zapłatę w
banknotach. Przypominały jednak raczej karty do gry. Miały nominały, a obok
znajdowały się jeszcze litery np. R i J z wizerunkami królów i waletów. Na
jednym nominał 10 został przekreślony i zastąpiony nominałem 20, a litera J
literą R. Chyba to była jakaś wskazówka i część ukrytego szyfru.
Większe nominały
przypominały karty tarota. Na wzgórzu zobaczyłem kapłanów w czarnych habitach,
ale zaczęli uciekać, gdy ich zauważyłem. Gra kryła w sobie mnóstwo tajemnic i
złożonością bardzo odbiegała od rzeczywistej siekanki.
wtorek, 2 października 2012
Dzikie węże
Przemierzałem rozległą pustynię. Spękane pustkowia ożywiały
jedynie pojedyncze krzewy i drzewa. Miały niesamowity i niemal nie spotykany w
przyrodzie kolor. Nazwałbym go brudnym odcieniem błękitu, ale chyba
najtrafniejsze znane mi określenie tej barwy to cyjan. Zrobiłem im zdjęcie i wróciłem do domu.
Spotkałem tam Ją. Pisała coś na moim starym komputerze. Kiedy skończyła,
zapisała wyniki swojej pracy na starej dyskietce (FDD). Odwróciła się do mnie i
coś mi powiedziała. Coś bardzo ważnego, ale niestety nie mogłem sobie
przypomnieć co (...)
Znalazłem się przy wielkim kanionie. Rdzawe skały kryły w sobie
wijącą się rzekę o lazurowym odcieniu i wartkim nurcie. Powoli i ostrożnie
schodziłem po niemal pionowym zboczu kanionu. Co jakiś czas luźne kawałki skały
odrywały się, kończąc swój długi lot z chlupotem w wodzie. Im byłem niżej tym
robiło się ciemniej. Na swej drodze napotkałem wielkie pajęczyny i równie wielkich, ich konstruktorów.
Włochate pająki cierpliwie oczekiwały, aż coś wpadnie w ich
misternie utkane sidła. Rzuciłem kamieniami w ich kierunku, co wystarczyło, by
zeszły mi z drogi. W końcu zszedłem na samo dno kanionu. Wąski brzeg rzeki
okazał się bardzo mulisty. Stąpając zanurzałem się po kostki w grząskim błocie.
Miejscami kanion się rozszerzał. Na zakrętach tworzyły się szerokie mielizny.
Opuściłem kanion i trafiłem na rozległe bagna. Co chwilę widziałem przemykające
małe węże. Były czarne z jaskrawo
żółtymi elementami. Poruszały się zadziwiająco szybko.
Zahaczyłem o korzeń i
przewróciłem się lądując w niezbyt przyjemnej mieszance błota i butwiejącej
roślinności. Jeden z węży ukąsił mnie w dłoń. Nie mogłem się ruszyć, a dłoń
zaczęła puchnąć. Po chwili była już trzy razy większa niż normalnie…
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































