Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samochód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samochód. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 grudnia 2014

Planeta małp

Wokół mnie było pełno ludzi. Reżyser kłócił się ze scenarzystą, a operatorzy ze zniecierpliwieniem chodzili z wielkimi kamerami. Technicy przenosili tony sprzętu. Mieszkanie zmieniło się w plan filmowy. Wszyscy gromadzili się na balkonie i przy oknach.
Przedsięwzięcie wyglądało na wysokobudżetowe. Zerkając przez okno widziałem aktorów, którym poprawiano makijaż i setki małp. Wszystkie miały na sobie skafandry kosmiczne ze szklanymi hełmami. Małpy wydawały się dużo bardziej zdyscyplinowane oraz skoordynowane niż aktorzy będący przedstawicielami
Homo Sapiens Sapiens. Sprawiały też wrażenie niebywale inteligentnych, a każdy ich ruch przejawiał znamiona precyzyjnej celowości. Zbierały wszystkie metalowe elementy jakie napotkały, a z mieszkań wynosiły elektronikę. Odnosiłem wrażenie, że aktorzy nieudolnie próbowali się ustawiać wśród nich według jakiejś absurdalnej fabuły. Całe to filmowanie
wydawało się jakąś farsą. Wyszedłem z domu i nadepnąłem na model samochodu sportowego, minimalnie większego od stopy. Jacyś kaskaderzy przyczepili sobie po jednym takim do każdej stopy i ścigali się ze sobą jak na wrotkach.
Wskoczyłem na model, który miałem przed sobą i po chwili zacząłem wymijać kaskaderów, bez problemu ich wyprzedzając i wykonując przy tym karkołomne ewolucje. Byli tym zaskoczeni i mimo wysiłków nie potrafili mnie dogonić…

czwartek, 12 września 2013

Projekcja przodka przyjaciela

Byłem w mieszkaniu przyjaciela. Znajdowało się w starej kamienicy. Pokazywał mi swoje najnowsze zdjęcia. Większość z nich było fotomontażami. Były bardzo interesujące. Dominował w nich motyw chmur. Spostrzegłem bardzo stary klucz leżący na piecu kaflowym. Kiedy się o niego spytałem, odpowiedział, że jest w jego rodzinie od pokoleń. Wziąłem go i obejrzałem dokładnie obracając w dłoni. Był duży, ciężki i bardzo precyzyjnie wykonany. Wyrzeźbiono w nim misterne ornamenty i miniaturowe płaskorzeźby. Dostrzegłem fresk na jednej ze ścian. Zbliżyłem się do niego.
Wyglądał jak małe drzwi, również pięknie zdobione w podobnym stylu co klucz. Postanowiłem włożyć klucz w miejsce, gdzie powinien być zamek, gdyby to były prawdziwe drzwiczki. Klucz wszedł w namalowany obraz, tak jakby to była projekcja na mgle, a nie farba na litej ścianie. W niemal magiczny sposób drzwiczki otworzyły się. W środku zaś znajdowała się szkatułka i metalowy cylinder z wklęsłym żłobieniem na górze. Wyjąłem oba przedmioty i podałem zaskoczonemu przyjacielowi.
Usiedliśmy przy biurku i oglądaliśmy je z zaciekawieniem. Szkatułka przypominała skomplikowany mechanizm z kółkami zębatymi, sprężynami i mosiężnymi zdobieniami. Stanowiła jednolitą całość i w żaden sposób nie można było jej otworzyć. Natomiast oglądając cylinder dostrzegłem mały otwór na dnie żłobienia. Kierowany instynktem postanowiłem umieścić w nim klucz. Przekręcając go wydobyło się kilka dźwięków z wnętrza cylindra. W tym samym momencie zazgrzytała szkatułka.
 Zacząłem obracać klucz w jednostajnym i stałym tempie. Z cylindra wydobyła się muzyka, która uruchomiła mechanizm w skrzynce. Jego zgrzytanie idealnie komponowało się z melodią. Koła zębate obracały się, ruszały się przekładnie, tłoczki i zamki. Szkatułka ożyła i transformowała się. Po kilku minutach była już otwarta, a w jej wnętrzu ujrzałem piękny, eliptyczny kamień. Wyglądał jak wielki bursztyn z licznymi wbitymi w jego powierzchnię paciorkami brylantów, szafirów, szmaragdów i rubinów. Skojarzyłem, że kształt kamienia idealnie
pasuje do żłobienia na cylindrze. Przyjaciel będąc pod wrażeniem moich trafnych spostrzeżeń, zgodził się bym go tam umieścił. Momentalnie rozbłysło ciepłe żółte światło z wnętrza kamienia. Po chwili rozbłysły pozostałe kamienie szlachetne, a pomieszczenie pokryło się fantastycznymi barwami. Na wszystkich powierzchniach pomieszczenia pojawiły się przestrzenne obrazy z przeszłości. Niezwykła projekcja przeniosła nas na polną drogę. W oddali na wzgórzu wznosił się kamienny zamek z basztami. Drogą pędził potężny jednomiejscowy automobil. Zatrzymał się efektownie wzbijając tumany kurzu. Pomachał z niego gruby mężczyzna w czapce pilotce. Na oczach miał gogle, a na szyi powiewał biały szal. Spod sumiastych wąsów wyłaniał się szeroki
uśmiech kierowany do mojego przyjaciela. Po chwili dostrzegłem , że mężczyzna był nagi, a fałdy tłuszczu falowały w rytm potężnego silnika. Przyjaciel powiedział, że rozpoznaje w nim swojego przodka, którego widział kiedyś na starych fotografiach. Podszedł do jego niezwykłej projekcji i zaczęli rozmawiać ze sobą szeptem. Po chwili ruszył i odjechał, a projekcja się skończyła. Przyjaciel powiedział, że posiadł niezwykłą wiedzę, rodzinną tajemnicę i dokładnie wie co ma robić…

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Wyścig osobliwie medyczny

Wraz z moim przyjacielem A. braliśmy udział w wyścigu. W pierwszym etapie był to rajd między gliniankami i strumieniami. Mój przyjaciel kierował, a ja byłem pilotem. Udało nam się go wygrać. Na mecie czekało na nas kilku znajomych oraz czarnowłosa półazjatka. Drugi etap wyścigu był dużo bardziej nietypowy. Trzeba było wsiąść do pojazdu będącego połączeniem gokarta i wózka sklepowego. Troszkę przypominał pojazd Buggy. Każda para zawodników dostawała jeszcze bijące świńskie serce i należało przejechać odcinek zanim przestanie bić. A. odebrał telefon. Byłem na tyle
blisko, że słyszałem rozmowę. Jakiś jego znajomy odebrał w jego imieniu list polecony i było w nim zawiadomienie o wystawieniu listu gończego. A. się załamał, ale powiedziałem mu, by się nie martwił, że go ukryję. Nie był w stanie prowadzić, więc zaofiarowałem się, że pojadę sam. Udało mi się ukończyć etap chyba na drugim lub trzecim miejscu. Było to o tyle trudne, że ręką w której trzymałem bijące i ciepłe serce,
musiałem jednocześnie zmieniać biegi. Na mecie podbiegła do mnie ciemnowłosa półazjatka i była zafascynowana sercem, które ciągle jeszcze biło. Wystawały z niego tętnice i żyły. Po chwili podszedł do nas stary, siwy i lekko zgarbiony mężczyzna. Otworzył szeroko buzię i zobaczyłem, że ma w gardle dziurę na wylot o średnicy pięciozłotówki. Krawędzie rany były przypalone. Dziewczyna oniemiała z zachwytu. Okazało się, że właśnie się rozpoczął bardzo osobliwy zjazd medyczny.

sobota, 8 czerwca 2013

Rubinowa gwiazda i ciasteczkowy bałwan

Jechałem z tatą samochodem. Była głęboka noc. Mrok rozpraszały jedynie reflektory auta. Ściany drzew ciągnęły się monotonnie po obu stronach drogi. W końcu dojechaliśmy nad jezioro. Usiadłem na trawie i spojrzałem do góry. Niebo przybrało niesamowitą barwę. Opalizowało ciekawym odcieniem zieleni i jakby emanowało wewnętrzną poświatą. 
To niezwykłe zjawisko tworzyło kształt kraba. Dostrzegłem też niezwykłą gwiazdę. Była dużo jaśniejsza od pozostałych i miała intensywnie głęboką czerwoną barwę niczym rubin. Nagle dostrzegłem jakiś ruch. Pobiegłem w tamtą stronę i rozpoznałem nasze auto, które zaczęło staczać się ze wzniesienia. Nie mogłem nic zrobić. Po chwili, już trochę rozpędzone, uderzyło w inny samochód. 
Zderzenie nastąpiło w miejscu pasażera z przodu, czyli tam, gdzie zazwyczaj siedziałem. Co dziwne wgniecenie było idealnie równe o koncie 90 stopni. Miejsce pasażera po prostu przestało istnieć. Poszedłem do lasu i trafiłem na polankę. Była cała pokryta śniegiem i oświetlona ciepłym beżowym światłem. 
Czułem na niej zapach ciasteczek, a na samym jej środku dostrzegłem bałwana. Wydawało mi się, że się porusza i że to on był źródłem przyjemnego zapachu.

sobota, 25 maja 2013

Pojazdy elektromagnetyczne

Nogi poniosły mnie do parku w rodzinnym mieście. Zatrzymałem się na polanie otoczonej drzewami. Usłyszałem jak coś przemieszcza się pomiędzy liśćmi i gałęziami. Po chwili wyłonił się spomiędzy nich wspaniały żuraw. Zrobił kilka dostojnych kroków i wzbił się w powietrze. Położyłem się na trawie i podziwiałem jego lot. Szybował z szeroko rozpiętymi skrzydłami. Ich końce były zakończone pojedynczymi piórami przypominającymi palce. Zrobił kilkanaście kręgów nad polanką i odleciał. 
Poszedłem w okolice mojego starego liceum. Tuż obok, niemal od zawsze stał charakterystyczny, wysoki maszt od radia CB. Teraz został zmodyfikowany. Mocno go rozbudowano. Przypominał Toronto Tower z metalowymi, ruchomymi kręgami wokół górnej części. Pomalowano go farbą, która przybierała srebrnobiałe odcienie, zależnie od tego pod jakim kątem się na nią patrzyło. Wszedłem do środka, gdzie właśnie trwało uroczyste otwarcie. 
Przewodniczyły mu Krystyna Pawłowicz i Grażyna Ciemniak. Po chwili z tłumu wystąpiła starsza kobieta z chustą na głowie. Podeszła do nich i zaczęła je ściskać. Natychmiast pojawili się ochroniarze w postaci starszych, wychudzonych mężczyzn w różowych ortalionowych dresach, od których czuć było tanie wino i papierosy. Bezwzględnie pochwycili kobietę i wyprowadzili na zewnątrz. Przemówienie kontynuowano, a po jego zakończeniu rozpoczęła się wystawa futurystycznych pojazdów zasilanych elektrycznie. Moją uwagę przykuł samochód pomalowany na jaskrawy odcień zieleni. Miał bardzo opływowy kształt i coś w rodzaju dwóch warstw podwozia. Uklęknąłem by przyjrzeć mu się dokładniej. 
Między jedną, a drugą była wolna przestrzeń, zaprojektowana tak, by przysysała auto do nawierzchni jak odkurzacz. Na dolnej zamontowano miliardy skomplikowanych układów scalonych zintegrowanych z elektromagnesami. Podszedł do mnie jakiś naukowiec i widząc moje zainteresowanie zaczął mi wyjaśniać mechanizm działania tego pojazdu. Z tego co zapamiętałem, to odpychał się od ziemskiego pola elektromagnetycznego, a ponieważ ziemskie pole 
elektromagnetyczne jest bardzo zmienne i nieustannie fluktuuje, dlatego elektromagnesów i mikroprocesorów zintegrowanych z magnometrami musiało być tak dużo. Nieustannie się dostosowywały by ruch był jak najbardziej wydajny i płynny. Wskazałem mu kilka wad konstrukcyjnych, które wydały mi się oczywiste. 
Zadziwiłem tym naukowca. Chciał podjąć ze mną współpracę jednocześnie prosząc bym nic nie mówił w tym pomieszczeniu. Wtedy poczułem, że jestem obserwowany i dostrzegłem skierowane na mnie kamery monitoringu.

piątek, 3 maja 2013

Baśniowy Ogród


Chodziłem po mieszkaniu. Przystanąłem przy oknie. Powinienem być na parterze, ale widok sugerował, że znajdowałem się na ostatnim piętrze wieżowca. Wiedziałem, że znajduję się na swoim rodzinnym osiedlu, tylko widok był inny. Nie było bloków, wieżowców i ulic, a łąki i pola. 
Na południu zaś dostrzegłem leniwie wijący się strumyk, a dalej rozległe lasy.  Znowu przemierzałem domowe pomieszczenia i dostrzegłem drzwi, których nie powinno być. Spróbowałem je otworzyć, ale niestety były zamknięte. Bezszelestnie pojawiła się Ona. Przestraszyła mnie dotykając mego ramienia. Wyszeptała „Dlaczego nie wchodzisz?”. Odpowiedziałem, że próbowałem, ale są zamknięte. 
„Otwórzmy je” odparła łagodnym i kojącym głosem. Położyłem dłoń na klamce, a Ona swoją na mojej. Drzwi uchyliły się bez oporu. Weszliśmy razem do pomieszczenia. Znajdowało się tam kolejnych kilkanaście drzwi. Otwieraliśmy je po kolei, a te które się nie otwierały, wyważaliśmy wspólnymi siłami. Za każdymi drzwiami kryły się szafy. Były tam stare ubrania i przedmioty. Niektóre z niech można śmiało nazwać antykami. 
Najbardziej zapadł mi w pamięci wielki globus w odcieniach sepii i stara lampa naftowa. Wyszliśmy z budynku. Stary samochód zatrzymał się gwałtownie tuż przy Nas. Wzbił przy tym tumany kurzu. Drzwi otworzył mężczyzna w średnim wieku. Na głowie miał kapelusz. Nakazującym tonem zaprosił Nas do środka i ruszył z dużym przyspieszeniem. 
Samochód mimo archaicznego wyglądu, napędzany był elektrycznie. Lawirowaliśmy po wiejskich drogach. Tuż przed zakrętem zjechaliśmy z drogi i zatrzymaliśmy się za zaroślami. Po chwili drogą przejechały transportery opancerzone. Wiedziałem, że to mnie szukają, ale nie miałem pojęcia dlaczego. Gdy się oddaliły, ruszyliśmy w dalszą drogę i dojechaliśmy do centrum miasta. 
Kamienice były zupełnie inaczej wykończone. Zapamiętane przeze mnie secesyjne elewacje przypominały teraz barokowe, z bogatymi zdobieniami i wykończone złotą farbą.  Przed jedną z kamienic siedziało jury. Naprzeciwko zaś kandydaci, którzy właśnie w skupieniu wypełniali testy. Byłem ciekawy co to za casting i kogo szukają. Ich odpowiedzi nie były zbyt jasne. 
Mówili coś o Internecie i telewizji. Dali mi nawet ulotkę, ale była tak zrobiona, że szybko się pokruszyła i rozpadła. Przeszedłem obok nich i wstąpiłem do najbliższej kamienicy. Korytarz był zaniedbany, a farba na ścianach łuszczyła się i odpadała. Na suficie migała świetlówka świecąca zielonym światłem.  Czułem atmosferę zepsucia i niepokoju. Wszedłem łukowatym wejściem do wielkiej sali. Panował tam zupełnie inny klimat. Pomieszczenie było jasno oświetlone i pokryte kolorowymi roślinami. 
Można by to miejsce śmiało nazwać Baśniowym Ogrodem i chyba właśnie tak się nazywało. Dostrzegłem Elfkę w zielonej sukni. Sadziła konwalie i tulipany.  Wyglądała na strapioną. Wyjaśniła mi, że tworzy właśnie przedszkole, ale rodzice widząc korytarz, nie zostawiają swoich dzieci pod jej opieką. Próbowałem ją pocieszyć i pomogłem przy sadzeniu kwiatów. 
Jakieś dwie dziewczynki przeszły przez korytarz i zachwyciły się przedszkolem. Ucieszyła się. Po chwili jednak spojrzała na mnie jakby sobie o czymś przypomniała. Spytała się, gdzie jest Ona i dlaczego Jej nie ma przy mnie…

niedziela, 3 lutego 2013

Konie w galopie


Stary, zdezelowany samochód toczył się ostrożnie po wyboistej polnej drodze. Każdemu wybojowi towarzyszył nieprzyjemny jęk karoserii. Droga stawała się coraz bardziej błotnista, a polny krajobraz zmienił się na leśny. Prowadziłem teraz jeszcze bardziej ostrożnie, a przy rozwidleniu zatrzymałem się. 
Prawa odnoga prowadziła w dół i niknęła w niezwykle gęstym i mrocznym lesie. Lewa wiła się wzdłuż polany, tuż przy krawędzi zagajnika. W oddali skręcała w stronę dziwnego obozowiska. Widziałem ścianę ze śnieżnobiałego płótna, wysoką na kilka metrów i  tworzącą niemal pełny krąg o średnicy może ze dwustu metrów. 
Ruszyłem w kierunku tej zagadkowej konstrukcji. Wysiadłem z auta i zobaczyłem, że jechałem chyba bardzo starym Volkswagenem Golfem koloru białego, w licznych miejscach nadgryzionym przez rdzę. Przekroczyłem granicę płóciennego kręgu. Było tam kilkadziesiąt koni wraz z opiekunami, którzy poddawali je zabiegom pielęgnacyjnym. Czesali sierść, masowali mięśnie i oczyszczali kopyta. Jeden samotny koń powoli podszedł do mnie. 
Miał piękną, lśniącą sierść. W zależności od tego jak się ustawił względem słońca, barwa zmieniała się od bardzo ciemnego brązu do czerni. Spojrzał na mnie swoimi mądrymi oczyma i poczułem pewną nienamacalną więź. Wyczułem, że chce bym na niego wsiadł. Inni ludzie również dosiedli konie i wszyscy ustawili się przy wyjściu. Znaleźliśmy się na samym końcu zgrupowania. 
W pewnym momencie tętent kopyt wzruszył ziemię i rozpoczął się wyścig. Powoli przekroczyliśmy umowną linię startu i po chwili przeszliśmy w galop. Czułem omiatający nas wiatr i niemal jedność ze zwierzęciem. W ciągu kilku chwil minęliśmy wszystkich zawodników i objęliśmy prowadzenie. Nagle koń się potknął o rozciągniętą w poprzek drogi żyłkę i upadliśmy. 
Pozostałe konie przeskakiwały nad nami, a gdy wszyscy nas minęli dostrzegłem, że przednia noga mego końskiego towarzysza obficie krwawi. Mimo obrażeń i z moją drobną pomocą zdołał się podnieść, a rana okazała się mniej poważna niż się wydawało w pierwszej chwili. Zaczęła się goić i w końcu zanikła, a ja poczułem ulgę.

piątek, 11 stycznia 2013

Średniowieczna kamienica, świątynia i małpy...


Byłem na wycieczce zagranicznej, chyba we Francji. Towarzyszyli mi rodzice oraz wujek ze Śląska. Mieliśmy zwiedzać zabytkową kamienicę. Robiłem dużo zdjęć detali takich jak: kołatka w kształcie głowy lwa, zdobienia okalające okna, rzygacze w formie małych demonów. Weszliśmy do środka i każdy z nas dostał słuchawkę z której można było usłyszeć komentarz lektora opisujący zabytek. By usłyszeć go w języku polskim, należało nacisnąć przycisk z numerem 7. Z holu odjeżdżała mini ciuchcia, jako atrakcja dla najmłodszych. 
Postanowiłem sam obejść to miejsce własnym tempem. Wyszedłem do ogrodu, a jego urokliwość mnie zachwyciła. Pnącza w jesiennych odcieniach czerwieni i żółci wspinały się i oplatały stary budynek. Krzewy były elegancko przycięte, wielokolorowe kwiaty tworzyły geometryczne wzory. Przysiadłem na ławce przy stawie. Przyszli tam również obecni właściciele kamienicy (w rzeczywistości to właściciele osiedlowego sklepiku w którym obecnie jest remont). Po chwili odezwała się słuchawka i wysłuchałem wiadomości, że czas już kończyć zwiedzanie. 
Wsiadłem do auta. Było czerwone, a w środku znajdowało się sześć miejsc. Trzy z przodu i trzy z tyłu. Samochód bardzo dziwnie się prowadziło. Miałem problemy z całkowitym wyhamowaniem. Zbliżając się do przejścia dla pieszych, musiałem otworzyć drzwi i wyhamowywać pojazd nogą. Reagował też z opóźnieniem na skręt, przez co lekko zarysowałem jakieś inne auto. Dojechałem w końcu do jakiejś świątyni. Wysiadłem, wziąłem auto pod pachę  i wniosłem je po schodach do środka (jakoś mnie wtedy to nie dziwiło i wydawało się czymś normalnym). Odłożyłem je w przedsionku tuż obok kilku innych. Świątynia była ogromna, zbudowana na planie kwadratu z zaokrąglonymi narożnikami. Ołtarz był na podeście, na samym środku świątyni. 
Na ścianach znajdowało się dużo starych obrazów, poczerniałych od dymu świec. Stało też sporo rzeźb. Zwiedzając to miejsce czułem się jak w jakiejś galerii lub muzeum. Kiedy wyszedłem, wynosząc ze sobą auto, zauważyłem czekających na mnie znajomych. Mój przyjaciel przedstawił swoją nową dziewczynę. Była wysoka i miała niesamowicie długie, rude włosy sięgające aż do kolan. W sumie było nas ośmioro i jakoś upchnęliśmy się do pojazdu. Przyjaciel zaproponował, że poprowadzi. Zamiast patrzeć na drogę, co chwilę spoglądał na niewiastę siedzącą obok i przejeżdżał na czerwonych światłach. Po zwróceniu mu uwagi, w końcu zaczął się na nich zatrzymywać. 
Podczas jednego z takich postojów zobaczyłem przez okno pewnego chłopaka o latynoskiej urodzie. Ubrany był w popielaty prochowiec i rzucał jakąś szmatą. Przechodnie podnosili ją, a wtedy wypadało z niej kilka kości do gry. Podnosił je i przechodził na kolanach tyle kroków ile było oczek. Następnie owijał kości szmatą i sytuacja się powtarzała. Dojechaliśmy i wszedłem do domu razem z moim kolegą lekarzem. Dał mi dwie lalki, chłopca i dziewczynkę, mniej więc półmetrowej wysokości. Powiedziałem, że ich nie potrzebuję i by je zabrał. Po chwili wrócił z dwiema wypchanymi małpami. Jedna nie miała dolnej połowy ciała i była pocerowana grubymi szwami. 
Obie miały postrzępione futro, typowe dla wypchanych zwierząt. Ich nosy miały bladoróżowy kolor i przypominały kocie. Przerażały mnie. Kolega podał mi ich imiona. Jedna nazywała się Słoneczko i tak była podpisana czarnym flamastrem na futrze, a imienia drugiej nie zapamiętałem. Kolega wyszedł, ale miał zaraz wrócić. Zostaliśmy sami i właśnie wtedy podniosły powieki i przekręciły głowy w moim kierunku. Wypowiedziałem ich imiona, a one wzdrygały się na nie. Oczy miały bardzo mętne i mimo wszystko wyglądały przerażająco martwo… 

niedziela, 4 listopada 2012

Mój ślub


Przedzierałem się przez ciemny las, co chwilę odsuwając dłonią pojawiające się na mej drodze gałęzie. W oddali ledwo dostrzegałem słabe, pomarańczowe światło, migoczące niczym latarnia na morzu nocnej ciemności. Wyłaniając się zza linii drzew zobaczyłem niewielki drewniany domek stojący w płomieniach. Nagle zerwał się bardzo silny wiatr, a właściwie pojedynczy podmuch, który momentalnie zgasił pożar. Dom wyglądał na nienaruszony. Odnalazłem drogę, która doprowadziła mnie do sklepu. W środku spotkałem swoją ciotkę i kuzynkę. Stały przy czterech eliptycznych portalach, z których emanowało delikatne pomarańczowe światło. 
Ciotka uczyła moją kuzynkę jak odczytywać symbole w nich się pojawiające. Kuzynka z wielką pieczołowitością i powagą rozpracowywała właśnie ostatni. Oznaczał "prędkość światła". Zaciekawiony podszedłem do niego. Zaczął się mocniej żarzyć. W chwili, gdy go dotknąłem poczułem ciepło i przyspieszenie, a po ułamku sekundy byłem w zupełnie innym miejscu. Leżałem w dużym łożu, przykryty jedwabną pościelą. Odezwał się inteligentny budzik, który grzecznie mnie przywitał i poinformował, że najwyższy czas już wstać. 
Dodaj napis
Wyglądał jak gałka oczna unosząca się wewnątrz szklanego klosza. Zadziwiające, że wyrażała całą gamę emocji wyłącznie przez rozszerzanie i zwężanie źrenicy oraz zmianę barwy. Przeprowadziłem z nim ciekawą rozmowę. Dowiedziałem się, że jest godzina dziesiąta oraz jaka będzie przewidywana pogoda. Najważniejszą jednak informacją było to, że o godzinie szesnastej miałem wziąć ślub z Nią. Dopiero wtedy dostrzegłem garnitur wiszący tuż obok łóżka. Był jasny, w stylu wiktoriańskim z różą wystającą z kieszeni. Kolejnym odkryciem było to, że pomieszczenie w którym się znajdowałem, było na jednym z najwyższych pięter drapacza chmur i z trzech stron było całkowicie przeszklone. 
Rozpościerający się z niego widok wprost zapierał dech w piersiach. Z góry ledwo dostrzegłem Ją, ubraną w suknie również chyba w stylu wiktoriańskim  w kolorze écru i z kilkumetrowym welonem. Wsiadała do auta. Przeszedłem się po pokoju i usiadłem przy stoliku na którym znajdował się półmisek z dziwną nasadką na krawędzi. Znajdował się tam żarnik jak w piecu elektrycznym, rozgrzany do czerwoności i wentylator, rozprowadzający ciepłe powietrze w kierunku potrawy. Był to jakiś krem z delikatnie skarmelizowaną skorupką na wierzchu. 
Nie miałem jednak czasu na delektowanie się tym deserem. Szybko się ubrałem i wyszedłem na zewnątrz. Czekał tam mój przyjaciel, który przyjechał minivanem. W środku siedziała już moja siostra i szwagier. Nagle wewnątrz auta zaczął padać deszcz tuż nad moją siostrą. Wyjęła parasol, który wywinął się na lewą stronę i został zassany do dachu auta. Siostra wzruszyła z dezaprobatą ramionami, a po chwili przestało padać. 
Przyjaciel zawiózł nas za miasto. Z oddali widziałem Ją jak stała na niewielkim wzgórzu pod wielkim, rozłożystym dębem, nieopodal pięknego jeziora.