Wybrałem
się na spacer po wąskich i urokliwych uliczkach starego miasta. Towarzyszyła mi
siostra, a jej obcasy głośno stukały na kamienistym bruku. Odgłos roznosił się
echem po opustoszałym deptaku. Po jakimś czasie spotkaliśmy jej koleżanki,
których ja nie znałem. Jedna z nich była blondynką. Włosy miała krótkie, a
twarz pogodną. Ubrana była w szarą, błyszczącą spódnicę i białą bluzkę bez
rękawów, związaną z tyłu. Za namową nowo poznanych koleżanek udaliśmy się do
pobliskiej dyskoteki. Ludzi było tam sporo, ale nikt nie tańczył. Z głośników
wydobywała się muzyka techno, co mi bardzo się nie podobało, więc wyszedłem.
Dotarłem do sklepu. Ekspedientka zachwalała, że wszystkie sprzedawane tam
produkty są w stu procentach naturalne.
Moją uwagę przykuły olbrzymie czarne
raki, które rozmiarami przypominały raczej homary. Znalazłem się nad jeziorem.
Woda była spokojna i krystalicznie czysta, tak że bez problemu można było
dostrzec dno. Wszedłem na niewielkie drewniane molo. Na barierkach siedziały
szympansy, które niespodziewanie zaczęły się na nich huśtać i nimi kołysać. W
końcu skoczyły do wody. Chodziły "na czworakach" po dnie, a ich ogony wystawały
nad powierzchnię niczym peryskopy (Dziwne, szympansy nie mają przecież ogonów).
Podszedłem do końca mola, usiadłem na barierce i skoczyłem z zamiarem zbadania
zachowania szympansów. Było jednak wyżej niż myślałem, a woda była płytka w
miejscu lądowania. Uderzenie było bolesne, ale grząskie dno zamortyzowało
upadek. Z trudem wyczołgałem się na brzeg. Cały byłem pokryty mułem i piaskiem.
Ktoś krzyknął, że zaraz rusza ostatni pociąg. Instynktownie pstryknąłem palcami
i nagle byłem czysty, pstryknąłem drugi raz i byłem ubrany.
Pobiegłem na pociąg
i wskoczyłem w ostatniej chwili. W przedziale do którego wsiadłem, przebywała
pewna młoda para. Przygotowywali się do narodzin dziecka i wywiązała się
dyskusja na temat bajek, a dokładniej o tym, które są najlepsze dla dzieci.
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uliczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uliczka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 stycznia 2013
czwartek, 10 maja 2012
Labirynt
Podróżowałem razem z
kolegą białym autem. Chyba to był jakiś sedan. Gdy droga zaczęła być dziurawa,
auto zaczęło podskakiwać na wertepach. Jakimś cudem wypadłem z samochodu i
znalazłem się na szosie. Zobaczyłem tylko jak auto przejechało obok mnie, a za nim
znajdował się Rowan Atkinson na desce przyczepionej do zderzaka. Siedział na
niej kurczowo się trzymając i pojękując podczas podskoków na nierównościach.
Gdy mnie zobaczył, pomachał mi i się uśmiechnął typowym uśmiechem Jasia Fasoli.
Po chwili zostałem sam na zupełnym odludziu. Po długiej wędrówce dotarłem do
zaułka, który wydawał mi się jedyną możliwą drogą. Trafiłem do zawiłego
labiryntu ciemnych korytarzy. Błądziłem w czeluściach, aż ujrzałem w oddali
słoneczne światło. Wyszedłem na zadaszone zaplecze jakiegoś kiosku, co
wnioskowałem po pakietach gazet związanych plastikową taśmą. Niestety było
otoczone grubą
nylonową siatką. Wspiąłem się w nadziei, że uda mi się przecisnąć
przy połączeniu z dachem. Po drugiej stronie przeszedł jakiś dziadek i pogroził
mi laską. Wróciłem więc do labiryntu. Natrafiłem na pomieszczenie, w którym
siedziały afrykańskie dzieci. Ucieszyły się jak tylko mnie zobaczyły, podbiegły
i wciągnęły do środka. Na każdy mój gest reagowały śmiechem. Znalazłem
elementarz i chciałem je uczyć polskiego.
Po jakimś czasie przyszła starsza
siwowłosa kobieta i zaczęła mnie uczyć jakiegoś afrykańskiego języka. Szło mi
gorzej niż dzieciakom. Po zakończeniu nieplanowanej lekcji udałem się na dalszą
eksplorację plątaniny ciemnych korytarzy. Natrafiłem na mieszkanie znajomego.
Właśnie zamontował sobie bardzo nowoczesny zamek w drzwiach. Nieopatrznie
włączył funkcję, która go blokowała, gdy w
pomieszczeniu było ciemno. Nie mógł
więc wejść do środka, a dodatkowo każda próba otwarcia drzwi włączała alarm.
Udałem się na dalszą tułaczkę i spotkałem jakąś nie znaną mi niewiastę, która
również tu utknęła. Dalej więc szliśmy
razem. Natrafiliśmy na zejście do podziemi, a tam na puste betonowe pomieszczenie. Zaczęliśmy je obklejać jakimiś naklejkami imitującymi bele
leśnego domku i przyozdobiliśmy obrazami. Nie mając nadziei na wydostanie się z
labiryntu, postanowiliśmy tam zamieszkać...sobota, 3 marca 2012
Lwica
Płynąłem starą, drewnianą łódką po rzece. W jakiś magiczny
sposób płynęła sama pod prąd. Dobiła do przystani przy śródmieściu. Wyszedłem
na ląd i podążałem wzdłuż wąskich, wybrukowanych uliczek. Dotarłem do placu.
Był tam karnawał. Setki przebranych ludzi rozmawiało ze sobą i śmiało się,
tworząc głośny i niezrozumiały gwar. Wyglądali na trochę zniecierpliwionych i
zdezorientowanych.
Z pojedynczych rozmów wychwyciłem, że nie ma organizatorów,
a ludzie zostali pozostawieni samym sobie. Postanowiłem wejść na pustą scenę na
środku placu. Powiedziałem kilka słów wstępu, że pomimo tego, że nie ma
organizatorów, to nadal możemy się wspólnie dobrze bawić. Poprosiłem kilku
ochotników i odegraliśmy skecz Monty Pythona. Chyba był to skecz o hiszpańskiej
inkwizycji. Następnie znalazło się kilku ulicznych grajków.
Zaprosiłem ich na
scenę i zaproponowałem karaoke. Impreza nabrała rozpędu i zaczęła żyć własnym
życiem. Postanowiłem poszukać organizatorów. Penetrując zaułki spostrzegłem
lwicę. Była chora i nie miała siły by nawet wstać. Wziąłem ją i przewiesiłem
przez kark. Była strasznie ciężka. Z trudem dotarłem na plac. Ludzie wyglądali
na przerażonych i rozstępowali się przede mną.
Wszedłem na scenę i spytałem
się, czy ktoś ze zgromadzonych jest może weterynarzem lub lekarzem. Nikt się do
tego nie przyznał. Postanowiłem sam zobaczyć co jej może dolegać. Zaczęła być
niespokojna i próbowała drapać deski na scenie. Po chwili pojawił się mały
pyszczek, a zaraz potem reszta lwiego szczenięcia.
Pomogłem mu wyjść na świat i
podałem lwicy. Wylizała je dokładnie. W podobny sposób świat wzbogacił się o
jeszcze cztery lwiątka. Wszystkie maluchy miały czarne ciapki na sierści. Następnie lwica urodziła jeszcze łożysko i je zjadła...
czwartek, 26 stycznia 2012
Ciemnowłosa
Jestem w centrum miasta. Przepływa przez nie rzeka, ale jest
obudowana drewnianą konstrukcją. Ciągnie się ona przez całe miasto zakrywając rzekę,
a nad nią jest wybudowany drewniany dach wsparty na palach. Deski są wymieniane
na nowe, więc wielu brakuje. Trzeba chodzić po pojedynczych, a pod nogami można
dostrzec żwawy nurt. Ludziom wydaje się to nie przeszkadzać. Zwykli ludzie,
biznesmeni, studenci chodzą pewnie i bez lęku. Przeszedłem bardzo powoli, z
trudem łapiąc równowagę i dotarłem na jakiś festyn.
Żonglerzy podrzucali palące się pochodnie i
zionęli ogniem. Kobieta guma w bardzo obcisłym stroju wiła się niczym wąż wokół
jakiegoś mężczyzny. Mam jakiś pomysł na
poprawę bezpieczeństwa i mam go przedstawić w jakiejś szkole. Dostaję się do
rady, w której zasiadają najważniejsi ludzie w mieście. Mam za zadanie jak
najsprawniej go wdrożyć. Przechodząc obok cukierni nie mogę się oprzeć i kupuję
jakieś ciasto, które przypomina warkocz.
Jest to ostatnia sztuka, która była na
wystawie. Idę krętymi uliczkami i wpadam na młodą dziewczynę o bardzo ciemnej
karnacji. Ma długie, ciemne, pozlepiane włosy i wielkie ciemne oczy. Chce mi
wróżyć z dłoni i próbuje mówić po angielsku z dziwnym akcentem. "I look in
Your eyes and…", a ja odpowiadam, że wcale nie patrzy. Chyba się trochę
zmieszała i chwyciła mnie za rękę.
Prowadzi przez zaułki miasta. Dobiegamy do
gruzowiska, które jest zakończone stromą skarpą. Nagle niespodziewanie próbuje
mnie pocałować. Pyta się mnie czy ją kocham. Odpowiadam, że nie, że jej nie
znam, ale wygląda na sympatyczną osobę. Popycha mnie i ucieka. Przewracam się i
powoduję małą lawinę belek i gruzu. Udaje mi się zatrzymać w małym zagłębieniu
tuż przed skrajem urwiska. Przylegam do ziemi. Kątem oka widzę, że dziewczyna
się zatrzymała i odwróciła. Wygląda na przerażoną, płacze i ucieka. Mam
wrażenie, że ktoś nas obserwował z pobliskiego dachu. Brudny i trochę
kuśtykający idę do miasta. Lawiruję po zaułkach i docieram do schroniska.
Wszystkie prycze są zajęte, ale jakaś bardzo stara kobieta proponuje mi bym położył się przy niej. Siadam na skraju pryczy i dostrzegam coś jakby znajomego w jej oczach. Wyciąga fotografie i pokazuje mi je. Jest na nich dużo młodsza, ma krótkie ciemne włosy. Zdjęcia są ładne i zrobione w różnych miejscach świata. Wyznaje mi, że od kilkunastu lat tuła się i szuka swojej córki. Teraz widzę podobieństwo...
Wszystkie prycze są zajęte, ale jakaś bardzo stara kobieta proponuje mi bym położył się przy niej. Siadam na skraju pryczy i dostrzegam coś jakby znajomego w jej oczach. Wyciąga fotografie i pokazuje mi je. Jest na nich dużo młodsza, ma krótkie ciemne włosy. Zdjęcia są ładne i zrobione w różnych miejscach świata. Wyznaje mi, że od kilkunastu lat tuła się i szuka swojej córki. Teraz widzę podobieństwo...
piątek, 6 stycznia 2012
Instytut Kryptografii
Znajdowałem się w starej
kamienicy. Jakaś kobieta siedziała na bujanym fotelu i trzymała niemowlę.
Dziecko przyssało się do jej piersi i piło łapczywie. Z mieszkania wybiegł
sąsiad. Przerażał mnie. Zachowywał się agresywnie i wyglądał, jakby tylko
czekał, aż ktoś go sprowokuje do bójki. Zacząłem się powoli wycofywać. Wszedłem
skrzypiącymi, drewnianymi schodami na wyższe piętro. Ruszył w moim kierunku
wyciągając nóż z kieszeni. Przyspieszyłem i wkrótce znalazłem się na ostatniej
kondygnacji. Nie było już dalszej drogi ucieczki. Walał się tam gruz, a ściany
były nadkruszone.
Cofając się tyłem, potknąłem się o jakąś cegłę i
przewróciłem, lądując na puszkach i rozbitym szkle. Na mojej dłoni pojawiła się
głęboka rana, krwawiąca obficie. Mężczyzna wciąż się zbliżał. Wyciągnął z
kieszeni mały flakonik i podważył nożem korek. Świdrując mnie wzrokiem pełnym
furii, wypił mały łyczek. Jego twarz zaczęła się transformować. Gwałtownie
złagodniała, a głębokie rysy licznych zmarszczek, stawały się coraz płytsze. W
ciągu chwili odmłodniał o ponad dziesięć lat. Podszedł do mnie o krok,
uśmiechnął się i kapnął jedną kroplą dziwnej substancji na mą poranioną dłoń.
Krew szybko poczerniała i stała się gęsta jak smoła. Poczułem silny ból, tak
jakby moja krew zmieniła się w płynną lawę. Czarna maź zaczęła bulgotać i
wrzeć, aż zmieniła się w czarną parę, która szybko się rozwiała. Rana zaczęła
się zasklepiać, potem zabliźniać. Pojawiły się strupy, które w końcu zmieniły
się w drobny pył. Zdmuchnąłem go, a po ranie nie było już śladu. Opuściłem
kamienicę. Spotkałem kolegów jeszcze ze szkoły podstawowej. Rozmawialiśmy o tym
co u nas słychać i co teraz porabiamy. Znalazłem się przed wielkim kanciastym
gmachem pomalowanym na kolor limonkowy.
Nad wysokimi kolumnami, za którymi znajdowały się równie imponujące
wrota, wykuty był napis: Instytut Kryptografii
III stopnia.
Po prawej stronie od wejścia znajdował się mały placyk.
Udałem się tam. W jego centralnej części umieszczony był skórzany fotel. Rozsiadłem
się w nim wygodnie. Z podłokietnika wysunął się przycisk. Nadusiłem go, a jedna
ze ścian budowli zamieniła się w ekran. Obejrzałem film na temat kodów. Po jego
zakończeniu wstałem z fotela i chciałem wrócić do domu. Było już ciemno.
Ludzie, których mijałem dziwnie mi się przyglądali. Byłem ubrany w piżamę.
Zawstydziłem się i chciałem się ukryć lub wezwać taksówkę. Nie miałem jednak
nic przy sobie, ani pieniędzy, ani telefonu by ją wezwać. Nie wiem jak to się
stało, ale po chwili byłem już ubrany normalnie. Szedłem wąską brukowaną
uliczką. Kamienie były wilgotne, a powietrze lekko zamglone.
Nieliczne latarnie
nie były w stanie rozproszyć mroku. Kręciło się tam wielu podejrzanych typków, zataczających się meneli i łysych
dresiarzy w swych trójpaskowych uniformach. Starałem się nie zwracać na siebie
uwagi i omijać co bardziej
niebezpiecznych jegomości. Przeszedłem obok zaniedbanego dworca autobusowego.
Minąłem też zdewastowany stadion. W końcu uliczka się skończyła. Jedyna dalsza droga wiodła przez budowlę, która była
połączeniem wielopoziomowego parkingu i toru wyścigowego. Mijałem grupki
narkomanów, którzy siedzieli obok beczek, z których co róż wyłaniały się jęzory
płomieni, sprawiające, że liczne cienie tańczyły i niemal ożywały.
Schodziłem
coraz niżej, poziom za poziomem. Na najniższym poziomie znajdowała się zawalona
klatka schodowa. Ktoś ustawił tam rusztowanie, więc można było zejść.
Podchodząc bliżej zobaczyłem kobietę w zaawansowanej ciąży, która samotnie próbowała
zejść po metalowych belkach. Pomogłem jej. Gdy wyszliśmy z budynku, było już
jasno. Przyjrzałem się uważniej kobiecie. Niska, pulchna, młoda dziewczyna.
Spod jej bluzki na ramiączkach wyłaniał się chiński smok. Tatuaż był w
jaskrawych kolorach. Odniosłem wrażenie, że gdzieś widziałem tą kobietę.
Spytałem się czy grała w filmie o wilkołakach.
Przytaknęła, mówiąc, że ta rola
jej się nie podobała, ponieważ nie rozumie brytyjskich filmów. Pochwaliła
się za to, że wystąpiła w filmie z
Jamesem Bondem. Zaczęła się żalić, że jej mąż ciągle pije. Poszliśmy na pizzę.
Wymieniliśmy się numerami telefonów. Spytała się, czy nie zrobiłbym jej sesji
fotograficznej, najlepiej jeszcze przed porodem...
Etykiety:
Dream,
Eliksir,
Film,
Fotel,
Instytut Kryptografii,
James Bond,
Kamienica,
Pizza,
Schody,
Sen,
Smok,
Stadion,
Substancja,
Tatuaż,
Uliczka,
Wilkołak
Subskrybuj:
Posty (Atom)























