Wyruszyłem wraz z rodzicami na wycieczkę zagraniczną
autokarem. Podejrzewam, że mogła to być
Anglia lub Niemcy. W czasie wolnym od zwiedzania, rodzice postanowili
odwiedzić swoich znajomych, którzy właśnie tam mieszkali. Znajomi mieli córkę, która
została mi przedstawiona.
Była kilka lat ode mnie młodsza i studiowała architekturę.
Miała proste, czarne włosy, sięgające do ramion. Szczupła i o kilkanaście
centymetrów niższa ode mnie. Twarzy nie potrafiłem skojarzyć z nikim, kogo znam
w rzeczywistości. Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Zbudowała tam makietę
osiedla mieszkaniowego. To chyba był jej projekt dyplomowy.
Stylizowane było na
styl industrialnej manufaktury z czerwonej cegły. Była bardzo dumna ze swojego
projektu, a mi osobiście przypominał trochę Stary Browar, który widziałem w Poznaniu. Dziewczyna prosiła by nazywać ją „ą”.
Pokazywała mi swoje strony w Internecie, oraz swój logotyp. Była to właśnie
mała litera „ą”, ale wydłużona w taki sposób, że była wysokości litery „l”,
biała na bordowym tle. Rozstaliśmy się, ale
przyjechała do mnie, bo chciała
mnie poznać. Pokazałem jej starą część mojego rodzinnego miasta, a następnie
wsiedliśmy w autobus miejski. Przejechał obok mojej szkoły podstawowej. Była
jakby trochę inna, jakby przebudowana i pomalowana w pastelowe, jaskrawe barwy.
Wysiadłem na chwilę, by pokazać jej co i gdzie się znajdowało, a drzwi autobusu
nagle się zatrzasnęły. Udało mi się na
szczęście dobiec i otworzyć je ręcznie
na siłę. Usiadłem znowu obok „ą”, a za nami siedziała zakonnica, która
pogroziła mi palcem, uznając chyba otwieranie drzwi w ten sposób za akt
wandalizmu. Znowu pojechaliśmy do starego miasta i wróciliśmy pieszo do domu.Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkoła. Pokaż wszystkie posty
sobota, 1 marca 2014
środa, 30 maja 2012
Sopor Aeternus
Wraz z kilkudziesięcioma innymi ludźmi siedziałem w
niewielkiej sali. Panował półmrok, a oświetlona była jedynie scena w rogu. Na podeście stała Anna Varney.
Śpiewała na swym kameralnym koncercie. Zeszła ze sceny i przechodząc między
krzesłami na widowni, podeszła do mnie. Wyciągnęła do mnie dłoń, więc ją
chwyciłem i wstałem. Zaprowadziła mnie na scenę i zaczęliśmy tańczyć. Poczułem
się wyróżniony. Niespodziewanie spróbowała mnie pocałować.
Odepchnąłem ją lekko
i wybiegłem z sali, a ona kontynuowała koncert. Chyba się jej przestraszyłem. Drzwi zamknęły się za mną, a ja znalazłem się
na korytarzu. Widziałem sporo znajomych z liceum, ze studiów oraz poznanych
jeszcze później. Nagle drzwi od sali koncertowej znowu się otworzyły i ku memu
zaskoczeniu zobaczyłem tam Ją. Okazało się, że też była na koncercie. Powoli do
mnie podeszła. Objęła mnie, spojrzała w oczy i zaczęła całować. Długo i namiętnie...
Znalazłem się w namiocie. Wyszedłem na zewnątrz i odkryłem, że
byłem w lesie, a nieopodal znajdowało się jezioro. Była noc i padał intensywny
deszcz. Wróciłem więc do namiotu. Tym razem dostrzegłem tam Ją. Siedziała z
podkurczonymi nogami. Powiedziała, że zamierza się przeprowadzić. Podała nawet
adres. Nazwa ulicy zaczynała się na "P" i była dość długa, a numer
mieszkania to 2310... Znalazłem się w mieście. Miałem złe przeczucia. Natknąłem
się na patrol policji. Zapytałem się ich, czy mogliby mi pomóc odnaleźć adres,
który mi podała.
Zaczęli mnie wypytywać, co wydało mi się podejrzane. Miałem
wrażenie, że już tam byli. Nie wiem dlaczego, ale podałem im fałszywe imię i
nazwisko. Chyba przedstawiłem się jako Marek. Ruszyłem w drogę według ich
wskazówek, a mimo to błądziłem. Przeszedłem obok placu zabaw, na którego środku
znajdował się mały staw rybny. Pływały tam niewielkie pomarańczowe i złote
ryby. W końcu dotarłem do bardzo długiego, szarego i wysokiego wieżowca.
Klatka
schodowa obudowana była rusztowaniem, więc trzeba się było mocno schylić, by do
niej wejść. Będąc już wewnątrz budynku znów musiałem trochę pobłądzić zanim
odnalazłem windę. Sama winda także była osobliwa. Jej długość i szerokość były
na tyle duże, że bez trudu można by tam wjechać autobusem. Nie miała drzwi, ani
żadnych innych zabezpieczeń. Wznosiła się bardzo wolno, a mijane piętra były
bardzo wysokie. Jakieś trzy razy wyższe niż zazwyczaj bywają w blokach.
Wysiadłem na trzecim lub czwartym piętrze.
Odnalazłem mieszkanie z właściwym
numerem i zapukałem. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyłem tam Ją.
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Odkryłem, że mam dla Niej jakiś prezent.
Była to szklana kula. Wewnątrz niej znajdowała się jakaś ciecz. Z dna unosiły
się cztery kolumny z drobnych pęcherzyków powietrza. Każda z nich była
podświetlona światłem o innej barwie, a odcienie się zmieniały.
Między nimi
pływał miniaturowy delfin. W chwili, gdy oboje ją dotknęliśmy przenieśliśmy się
do jakiejś alternatywnej rzeczywistości lub gry. Niewiele z tego pamiętam, ale
było tam dziwnie i opuściliśmy ją. W drzwiach do pokoju dostrzegłem Jej
współlokatora. Zachowywał się dość agresywnie. Wyciągnął nóż i ruszył w Jej
stronę.
Zagrodziłem mu drogę i zostałem dźgnięty w brzuch. W tym samym momencie
drzwi do mieszkania wyważyła policja. Obudziłem się...
Jest to sen z nocy 25/26.05.2012
Etykiety:
Anna Varney,
Delfin,
Deszcz,
Dream,
Jezioro,
Koncert,
Las,
Miasto,
Namiot,
Noc,
Sen,
Sopor Aeternus,
Szklana Kula,
Szkoła,
Sztylet,
Światło,
Wieżowiec,
Winda
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Szkoła
Znajdowałem się przed starym, trochę zaniedbanym pałacykiem.
Zielone porosty pokrywały nadkruszone schody prowadzące do wejścia. Przysiadłem
na nich. Wrota się otworzyły. Wyszedł przez nie mój stary przyjaciel ubrany w
sutannę. Było tam więcej ludzi. Znajome twarze, których już dawno nie
widziałem. Poszliśmy się przejść. Podążaliśmy wzdłuż kanału, nad którym rząd
wierzb płaczących muskał leniwie płynącą wodę.
Wspominaliśmy dawne czasy.
Wróciliśmy do pałacyku i wraz z grupką starych znajomych postanowiliśmy
pojechać do parku za miastem. Wsiedliśmy do busa i ruszyliśmy. W połowie drogi
do celu nagle jezdnia się zapadła, tak, że dalsza jazda była niemożliwa.
Okazało się, że po ostatniej ulewie, woda podmyła drogę. Nieopodal miejsca w
którym utknęliśmy, znajdowała się opuszczona stacja kolejowa.
Beztrosko hulał
po niej wiatr, trzaskając od czasu do czasu okiennicami z wybitymi szybami.
Budynek mógł mieć ponad sto lat. Z jego ścian płatami odłaziła farba, a w
zadaszeniu nad peronem ziały otwory, przez które widać było szare zachmurzone
niebo. Strzępy czarnej papy bimbały niechlujnie. Na jednym ze słupów przybita
była biała metalowa tabliczka z czerwonymi napisami. Informowała, że pociągi
jeżdżą tylko na żądanie, a w celu ich przywołania należy wysłać smsa. Postąpiliśmy
według instrukcji i po chwili na stacji pojawił się pojazd pociągopodobny.
Przypominał mniejszą wersję starego autobusu z zaokrąglonymi krawędziami,
potocznie nazywanego "ogórkiem". Miejsca było akurat tyle, żeby
wszyscy się zmieścili. Podróż zakończyła się dość szybko i niespodziewanie w
holu mojej starej szkoły. Wszyscy wysiedliśmy i udaliśmy się do klasy. Zajęliśmy
trochę przymałe miejsca przy ławkach. W sali panował nieład. Jakieś papiery
zwinięte w kule walały się po podłodze w
towarzystwie papierowych samolocików, kredek i pozostałości po
kanapkach. Do sali wszedł jakiś obcy nauczyciel.
Zestresowany poprawił okrągłe
okulary i powiedział, że jest tu nowy i będzie nas uczył historii. Po chwili do
klasy wbiegły moje koleżanki z dziećmi
na rękach i ze wzrokiem nakazującym zrozumienie, przeprosiły za spóźnienie…
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















