sobota, 25 lutego 2012

Ponaddźwiękowy tramwaj i monstrualny czołg


Wysiadłem z autobusu i zacząłem wchodzić na wysoką kładkę, rozciągającą się nad wielopasmową ulicą. Będąc już na szczycie, zaskoczył mnie nagły podmuch wiatru, który wyrwał mi z ręki aparat. Spadł na sam dół, wprost w śnieżną zaspę. Zbiegłem szybko po schodach i przeskoczyłem przez barierkę by go odszukać. Udało mi się i nawet wyszedł z upadku bez szwanku. Znowu musiałem wspiąć się na kładkę. Przeszedłem po niej, wszedłem do biurowca i spotkałem koleżanki z mojej pierwszej pracy. 
Zaczęły przepraszać, że się tak długo nie odzywały. Zaprosiły mnie do biura na kawę. Miały tam telewizor. Zobaczyłem, że budynek w którym znajdowała się duża firma, zajmująca się wywoływaniem zdjęć, uległ częściowemu zawaleniu. Udałem się tam natychmiast. Był to kompleks kilku budynków z białożółtą elewacją. Pracownica, którą spotkałem, była bardzo zaskoczona. Twierdziła, że nie wie nic o jakichkolwiek uszkodzeniach. Przeszliśmy halą na wewnętrzny dziedziniec. 
Zobaczyliśmy tam, że brakuje jednej ze ścian. Zmieniła się w stertę gruzu, ukazując wnętrze budynku. Kobieta była szczerze zaskoczona. Zeszliśmy razem do podziemi fabryki. Naszym oczom ukazała się rozległa kaplica. Spotkałem tam rodzinę. Zjechała się z różnych rejonów kraju. Zjedliśmy tam obiad, a potem pobawiłem się przez chwilę z dziećmi kuzynów i kuzynek. Jakoś nie wydało mi się niestosowne, że to wszystko miało miejsce w kaplicy. Kuzynka zaczęła zadawać mi dość intymne pytania, a ja o dziwo na nie odpowiadałem. Spojrzałem na misę z wodą święconą. Zaczęła falować jak przy silnych wstrząsach. 
Powiedziałem do wszystkich, że nie jest tu bezpiecznie i wszyscy powinni wyjść na zewnątrz. Nie oglądając się na innych, wyszedłem. Na zewnątrz spotkałem znajomych, którzy siedzieli na kocach nieopodal torów. Koleżanka wyjaśniła mi, że zaraz odbędzie się próba pobicia rekordu prędkości tramwaju. Po chwili nadjechał i zatrzymał się w miejscu startu. Nagle ruszył z niewyobrażalną prędkością i w ułamku sekundy zniknął z pola widzenia. 
Nieopodal znajdowała się duża baza wojskowa. Do ogrodzenia z drutu kolczastego zaczął się zbliżać wielki jak budynek czołg. Z jego wnętrza zaczęło się wysuwać coś przypominającego działo, ale zakończone szklaną soczewką. Rozżarzyło się czerwienią i po chwili dostrzegłem czerwony punkcik na mojej klatce piersiowej. Odbiłem go tarczą zegarka w stronę czołgu. Nagle z ogłuszającym hałasem, wystrzeliła z czołgu rakieta. Leciała pionowo w górę zostawiając za sobą warkocz ognia i dymu. 
Po kilkuset metrach zaczęła lecieć poziomo, zatoczyła kilka okręgów na niebie i skierowała się na laserowy punkt...


Po przebudzeniu pozostała jeszcze w moim umyśle liczba 250484. Wygląda trochę jak data, ale nie ma dla mnie jakiegoś szczególnego znaczenia.

niedziela, 19 lutego 2012

Porwany przez wiatr


Zmarła moja koleżanka i zostałem powiadomiony o pogrzebie. Udałem się na cmentarz i dołączyłem do ludzi zgromadzonych przy grobie. Usłyszałem dziwny świszczący hałas, który zaczął się nasilać. Zerwał się wiatr, a ludzie zaczęli uciekać w różne strony. Stałem zaskoczony w miejscu. Powietrze zaczęło wirować, a ja byłem w samym centrum tego zjawiska. Zacząłem unosić się do góry. Szalony wiatr uniósł mnie na kilkanaście metrów. 
Kiedy zaczynałem opadać, znów mnie podbijał podmuchem do góry. Ktoś rzucił mi linę i ściągnął na ziemię. Mężczyzna był ojcem zmarłej koleżanki. Wyszliśmy z cmentarza i wędrowaliśmy przez centrum starego miasta. Mijane kamienice były stare, ale odnowione. Doszliśmy do biało zielonego, wojskowego autobusu. Mężczyzna wsiadł do niego i zawiózł mnie do innego miasta. W drodze opowiadał o tym, że jest wojskowym wykładowcą, a jego syn służy w Iraku. 
Wysadził mnie przy jakimś parku ogrodzonym płotem. Idąc przed siebie dotarłem do zbocza pokrytego soczyście zieloną i idealnie przyciętą trawą. Bawiły się na nim liczne rodziny z dziećmi i urządzały sobie pikniki. Schodząc po nim widziałem niebieskie i żółte polne kwiaty. Dostrzegłem też czerwoną wyspę w zieleni. Z początku myślałem, że to maki, ale zbliżając się zobaczyłem, że to kępki intensywnie czerwonych, gąbkowatych mchów. 
Na samym dole zbocza znajdowała się ciekawa kawiarnia. Zbudowana była z kilkunastu wielkich, białych kolców wyrastających z ziemi, a między nimi rozciągnięty był biały, elastyczny materiał, lekko falujący na wietrze. Spotykam tam Ją. Siedziała przy stoliku postawionym na trawie i popijała kawę z białej porcelanowej filiżanki. Ubrana była w białą wiktoriańską suknię i gorset. 
Jej płomienne włosy delikatnie muskał  wiatr, który także poruszał wielkie okrągłe kolczyki, zdobiące Jej uszy. Wyglądała pięknie. Razem poszliśmy zwiedzać miasto. Spotykaliśmy zaniedbanego i przestraszonego chłopca. Zajęliśmy się nim, a on z wdzięczności oprowadził nas po mieście. Prowadził nas drogami, którymi sami nigdy byśmy nie zdecydowali się pójść. Chodziliśmy po dachach i dotarliśmy do szklanej kopuły. Z zaciekawieniem zajrzeliśmy przez nią do wnętrza budynku. 
W sali pod nią odbywał się koncert skrzypcowy. Młoda skrzypaczka dała niezwykły pokaz swoich umiejętności. Po koncercie zbudowano coś na wzór wybiegu, jak na pokazach mody i odbyła się prezentacja rasowych psów i kotów...

czwartek, 16 lutego 2012

Pyry


Zostałem zaproszony na urodziny kuzyna. Ponieważ mieszkał daleko, postanowiłem jakoś sobie skrócić podróż. Rozmawiałem z nim przez dziwne urządzenie komunikacyjne, które okazało się być portalem. Pozostawił je włączone, ale było ustawione na małą moc, więc miało także małą średnicę. Ledwo się przecisnąłem i wyleciałem z dużym impetem po drugiej stronie. 
Wylądowałem na szybie balkonowej, robiąc wiele hałasu i wyłamując drzwi z futryny. Było mi wstyd więc uciekłem wyskakując przez balkon. Miałem tylko nadzieję, że nikt mnie nie zauważy i nie rozpozna. Udałem się do kogoś z rodziny i zostałem przenocowany w salonie. Salon znajdował się na parterze w klatce schodowej. Z trzech stron był całkowicie przeszklony. 
Wszyscy, którzy mieszkali w bloku musieli przez niego przejść i zawsze się kłaniali nie pozwalając mi zasnąć. Chciałem skorzystać z toalety. Musiałem wejść do niej po drabince i przejść przez małe i wąskie drzwiczki. Za nimi była zjeżdżalnia, bardzo długa i kręta. Ostatecznie wylądowałem w jakiejś stodole. Jakiś chłop w ubraniu roboczym zaczął mnie po niej oprowadzać. Na ziemi pokrytej słomą, były liczne przegródki. 
W każdej z nich były obrane i ugotowane ziemniaki. Chłop chwalił się, że tworzył tą kolekcję przez wiele lat i był z niej bardzo dumny. Jakoś nie podzielałem jego pasji i fascynacji starymi pyrami, więc wyszedłem...

poniedziałek, 13 lutego 2012

Zdjęcie w gazecie

Widziałem artykuł w gazecie o jakimś dziecku. Było tam zdjęcie przedstawiające jak leży w szpitalnym łóżku. Moją uwagę przykuło coś innego. Na następnym łóżku w tle dostrzegłem Ją. Choć tło było nieostre byłem pewien, że to Ona. Gazeta była z dnia poprzedniego, a dziś miałem być na jakiejś wycieczce z liczną grupą znajomych. Byliśmy w parku podmiejskim. Ona też tam była, ale trzymała się na uboczu. Zacząłem iść w Jej stronę, ale zatrzymał mnie szczupły mężczyzna po pięćdziesiątce. Przedstawił się jako dyrektor parku. 
Zaczął opowiadać o trudnościach związanych z nadzorowaniem tak dużego obszaru. Zwróciłem mu uwagę, że właśnie znajdujemy się na szczycie stoku narciarskiego, a nie jest on naśnieżony, choć widać, że infrastruktura jest gotowa, a urządzenia do naśnieżania tylko czekają na uruchomienie. Przyznał mi rację, ale powiedział, że właściciel parku nie wyraził na to zgody i sabotuje wszystkie jego działania. Zeszliśmy już ze wzgórza i doszliśmy nad morski brzeg. Przerwałem mu dalsze wywody. Chciałem zamienić z Nią kilka słów. Cała grupa doszła do przystani i zaczęliśmy wchodzić na statek. 
Niestety nie zdołałem Jej dogonić, a zaraz po wejściu na pokład rozmowę ze mną podjął sam kapitan. Wypłynęliśmy z przystani, a morze było spokojne. Kapitan co chwile wydawał nowe dyspozycje członkom załogi, obok których przechodziliśmy. Przyznał, że nigdy nie przeprowadził symulacji sytuacji kryzysowej i emulowanej ewakuacji i trochę go to niepokoi. Opowiedział także jak wcześniej pływał po dzikich rzekach i wzburzonych oceanach. 
Zaproponowałem mu by na następnym rejsie przeprowadził szkolenie dla załogi, by była dobrze zgrana i przygotowana na czyhające na morzach niebezpieczeństwa. Rejs się skończył i wyszliśmy na ląd. Do miasta przybył ponoć Bruce Dickinson i mieliśmy się z nim spotkać osobiście w centrum. W końcu udało mi się opuścić grupę znajomych i o dziwo nikt mnie nie zaczepił. Usłyszałem tylko, że rozmawiają o Niej, że była w szpitalu i ponoć coś straciła. Dogoniłem Ją. Przez cały czas trwania wycieczki trzymała się z dala od wszystkich. 
Podała mi rękę. Chciałem Ją zapytać o to co się stało, ale czułem, że nie było to nic przyjemnego i  rozmowa o tym będzie ostatnią rzeczą jakiej by chciała. Zaproponowałem Jej tylko by spędziła kilka dni u mnie i zapewniłem, że nikt nie będzie Jej przeszkadzał. Uśmiechnęła się...

wtorek, 7 lutego 2012

Spadek


Dostałem w spadku starą kamienicę po pradziadkach. Postanowiłem się do niej udać i zobaczyć jak wygląda i w jakim jest stanie. Przeszedłem ciemnym korytarzem i wszedłem do pierwszej napotkanej izby. Jej groteskowość mnie zaskoczyła. Pokój miał trójkątny kształt, a każda ściana wydawała się zupełnie nie pasować do sąsiedniej. Jedna pokryta była pasiastą tapetą z ornamentowymi wzorami. 
Drugą obklejono puzzlami. Pomimo iż elementy pasowały do siebie kształtem nie tworzyły żadnego wzoru. Były pomieszane. Trzecią zdobiły wydzieranki z gazet tworząc różne makabryczne kolaże. Sufit pokrywał wyblakły fresk  z cherubinami pląsającymi w chmurach. Przy jednej ze ścian stała wielka drewniana szafa. Otwierając ją wywołałem małą lawinę ubrań. Nagle jedno z nich jakby ożyło. Pomięty strój pilota myśliwca zaczął się do mnie zbliżać próbując opleść się wokół mnie. 
Chwyciłem go i z całej siły cisnąłem o ścianę. Osunął się po niej tworząc bezwładny stos u jej dolnej krawędzi. Po chwili ożyła biała bufiasta suknia. Natychmiast opuściłem pokój i zamknąłem za sobą drzwi. Wyszedłem z budynku. Kamienica miała wewnętrzny dziedziniec. Stało na nim bardzo stare i zaniedbane auto. Opony i czarne grube uszczelki przy oknach pokruszyły się ze starości, a karoseria nabrała rudawej barwy od rdzy. Nieopodal porzucono stary fotel, który teraz służył za posłanie dla gromadki kotów. 
Po chwili na dziedzińcu zjawił się rzeczoznawca, który miał wycenić nieruchomość. Tym razem weszliśmy innym wejściem. Przeszliśmy przez pomieszczenie z wypchanymi zwierzętami i dotarliśmy do bardzo przestronnej sali. Na ścianach wisiały stare poczerniałe obrazy, a na kolumnach i półkach stały białe gipsowe rzeźby. Liczne gabloty nadawały pomieszczeniu niemal muzealny charakter. 
Przechodząc obok nich zobaczyłem stary sprzęt medyczny. Wielka szklana strzykawka ze stalowymi elementami leżała obok młoteczka do opukiwania stawów i stetoskopu. W kolejnej były narzędzia archeologiczne, małe kilofy i cały zestaw pędzelków. Towarzyszyły im malutkie ludzkie czaszki, ale nie dziecięce, a raczej normalne czaszki pomniejszone w jakimś tajemniczym szamańskim procesie. 
Ostania gablota kryła prawdziwe skarby. Srebrnej i złotej biżuterii towarzyszyły klejnoty i wielki jak kurze jajo, idealnie oszlifowany szmaragd. W narożnej części pomieszczenia dostrzegłem grubą ceramiczną rurę. Była pęknięta. Przyglądając jej się uważniej dostrzegłem ukryty w jej wnętrzu stary zwój wykończony mosiężnymi zdobieniami na krawędziach...

sobota, 28 stycznia 2012

Plaga


Mieszkamy w kamienicy na odludziu. Wokół niej jest przepiękny ogród z małym stawem. Biegają przepiórki i kolorowe bażanty. Pasie się też krowa. Jak na krowę jest dość niezwykła. Zachowuje się trochę jak pies. Chodzi za Nami, lubi jak ją się głaszcze i potrafi nawet aportować. Jest jasnobrązowa w białe łaty, a sierść jest, długa, miękka i miła w dotyku. Na oczy spada długa grzywa. 
Wydaje się być niezadowolona, gdy razem z Nią idę do miasta. Droga wiedzie krętą ścieżką po zboczu góry. Po prawej stronie jest przerażająco głęboka przepaść. Dobrze, że Ona jest przy mnie. Gdyby mnie nie trzymała za rękę i nie dodawała otuchy, nie dałbym rady przejść tej drogi. Dalej droga wiedzie przez kilka mniejszych wsi. 
Ktoś przybił do płotu dziwne zwierzę. Wygląda jak mała sarenka z dziobem kruka. Nie podoba mi się to. Ona twierdzi, że prawdopodobnie ktoś ją złożył w ofierze, że to jest bardzo zła magya i nie wróży to nic dobrego. Jej obawy wydają się potwierdzać, gdy tylko dochodzimy do miasta. Wszyscy jego mieszkańcy wydają się być śmiertelnie chorzy. Są bladzi, przeraźliwie kaszlą i plują krwią. Wydają się wychudzeni, zlani potem i mają problemy z oddychaniem. 
Zaraz po wkroczeniu do miasta zjawiło się wojsko i szczelnie otoczyło jego granice, ustanawiając kwarantannę. Dowiaduję się, że w największym gmachu w mieście odbywa się zebranie antykryzysowe. Próbuję się tam dostać, ale żołnierze ubrani w kombinezony ochronne nie chcą mnie wpuścić. Ktoś wywołał zamieszanie, a ja wykorzystałem okazję by dostać się do środka. We wnętrzu są dziesiątki okrągłych marmurowych stołów w żółtawozielonym odcieniu, a przy nich ławy z tego samego materiału. 
Jakiś naukowiec zdaje raport. Choroba jest wywołana przez bakterię i prawdopodobnie jest pochodzenia odzwierzęcego. Jest odporna na wszystkie znane antybiotyki, nawet te, które są w fazie testów klinicznych. Po chwili czuję silne uderzenie w kark, które powala mnie na ziemię. Zostaję skrępowany i wywleczony...

piątek, 27 stycznia 2012

Wycieczka klasowa


Wraz z siostrą i z Nią idziemy chodnikiem biegnącym wzdłuż estakady. Za barierką widać pokryte patyną dachy starych kamienic. Zaczyna się ściemniać. Dochodzimy do schodów prowadzących w dół. Docieramy nimi nad rzekę. Wydaje się być dzika i nieuregulowana. Wzdłuż niej prowadzi wydeptana ścieżka, którą ledwo widać w ciemności. Wyciągnęliśmy więc telefony, by oświetlić sobie drogę. Naszą uwagę przykuło wejście do groty. 
Wewnątrz znajdowały się dzieła sztuki, a ze ścian tryskały strumienie wody, które pewnie były częścią instalacji. Po przejściu całej wyznaczonej trasy zwiedzania wyszliśmy do kościoła, bogato zdobionego złotem i z ogromną kopułą.  Pojechaliśmy nad jezioro. Zostawiam Ją w obozie. Jest zmęczona podróżą i chce iść spać. Grupa młodych chłopaków ubranych w mundury moro proponuje mi udział w jakiejś grze terenowej. Wsiadamy do amfibii i przeprawiamy się przez jezioro. Docieramy do ruin jakiegoś kompleksu. 
Ściany zbudowane są z grubego betonu. Przemierzamy kilka podziemnych poziomów i się rozdzielamy by zbadać jak największy obszar. Schodząc na najniższy poziom dokonuję ciekawego odkrycia. Pod płachtami ciemnego materiału stoi kilkadziesiąt nowoczesnych i dość futurystycznie wyglądających czołgów...

...znajduję się na wycieczce klasowej. Oddzielam się i idę do sklepu. Kupuję zdrapkę, ale wyczuwam dziwną atmosferę. Dowiaduję się, że ktoś z załogi sklepu niedawno umarł. Wszyscy są w żałobie i rozważają zamknięcie sklepu. Opuszczam go i trafiam na rozkopaną ulicę. 
Ze studzienek kanalizacyjnych wychodzą górnicy z twarzami ubrudzonymi od węgla i kilofami na ramionach. Kieruję się w stronę kościoła i tam dołączam do wycieczki. Wychowawczyni patrzy na mnie z wyrzutem, a wszyscy wykonują jakieś dziwne i niezrozumiałe dla mnie gesty. Jeden z kolegów daje mi ulotkę wyborczą. Na moje stwierdzenie, że już jest po wyborach, odpowiada, że to nie szkodzi, bo trzeba się promować. Wręcza mi także jakieś klucze…

czwartek, 26 stycznia 2012

Ciemnowłosa


Jestem w centrum miasta. Przepływa przez nie rzeka, ale jest obudowana drewnianą konstrukcją. Ciągnie się ona przez całe miasto zakrywając rzekę, a nad nią jest wybudowany drewniany dach wsparty na palach. Deski są wymieniane na nowe, więc wielu brakuje. Trzeba chodzić po pojedynczych, a pod nogami można dostrzec żwawy nurt. Ludziom wydaje się to nie przeszkadzać. Zwykli ludzie, biznesmeni, studenci chodzą pewnie i bez lęku. Przeszedłem bardzo powoli, z trudem łapiąc równowagę i dotarłem na jakiś festyn.  
Żonglerzy podrzucali palące się pochodnie i zionęli ogniem. Kobieta guma w bardzo obcisłym stroju wiła się niczym wąż wokół jakiegoś mężczyzny.  Mam jakiś pomysł na poprawę bezpieczeństwa i mam go przedstawić w jakiejś szkole. Dostaję się do rady, w której zasiadają najważniejsi ludzie w mieście. Mam za zadanie jak najsprawniej go wdrożyć. Przechodząc obok cukierni nie mogę się oprzeć i kupuję jakieś ciasto, które przypomina warkocz. 
Jest to ostatnia sztuka, która była na wystawie. Idę krętymi uliczkami i wpadam na młodą dziewczynę o bardzo ciemnej karnacji. Ma długie, ciemne, pozlepiane włosy i wielkie ciemne oczy. Chce mi wróżyć z dłoni i próbuje mówić po angielsku z dziwnym akcentem. "I look in Your eyes and…", a ja odpowiadam, że wcale nie patrzy. Chyba się trochę zmieszała i chwyciła mnie za rękę.
Prowadzi przez zaułki miasta. Dobiegamy do gruzowiska, które jest zakończone stromą skarpą. Nagle niespodziewanie próbuje mnie pocałować. Pyta się mnie czy ją kocham. Odpowiadam, że nie, że jej nie znam, ale wygląda na sympatyczną osobę. Popycha mnie i ucieka. Przewracam się i powoduję małą lawinę belek i gruzu. Udaje mi się zatrzymać w małym zagłębieniu tuż przed skrajem urwiska. Przylegam do ziemi. Kątem oka widzę, że dziewczyna się zatrzymała i odwróciła. Wygląda na przerażoną, płacze i ucieka. Mam wrażenie, że ktoś nas obserwował z pobliskiego dachu. Brudny i trochę kuśtykający idę do miasta. Lawiruję po zaułkach i docieram do schroniska. 
Wszystkie prycze są zajęte, ale jakaś bardzo stara kobieta proponuje mi bym położył się przy niej. Siadam na skraju pryczy i dostrzegam coś jakby znajomego w jej oczach. Wyciąga fotografie i pokazuje mi je. Jest na nich dużo młodsza, ma krótkie ciemne włosy. Zdjęcia są ładne i zrobione w różnych miejscach świata. Wyznaje mi, że od kilkunastu lat tuła się i szuka swojej córki. Teraz widzę podobieństwo...

piątek, 20 stycznia 2012

Skarb

Znajduję się na placu. Siedzę przy kawiarnianym stoliku i popijam kawę. Setki gołębi drepcze w poszukiwaniu okruszków, wydając przy tym charakterystyczne gruchanie. Widzę wysoką czerwoną wieżę zbudowaną na bazie kwadratu. Jest to dzwonnica. Wszystko razem upewnia mnie, że jestem w Wenecji na placu świętego Marka. Czekam na kogoś. Dopijam kolejną kawę i w końcu przychodzi mężczyzna po pięćdziesiątce. Łysy czubek głowy okala wianuszek ciemnobrązowych włosów. Charakterystycznym punktem jego twarzy są bujne, ciemne wąsy.
Ma lekką nadwagę. Podchodzi do mnie i dyskretnie przekazuje stary papirus. Rozwijam go. Jest na nim szkic i zagadka, którą udaje mi się rozwiązać. Prowadzi nas do jednego z najstarszych weneckich budynków, który powoli zaczął popadać już w ruinę, a jego fundamenty mocno osiadły przy jednym z kanałów tak, że najniższe piętro było już częściowo zalane. Zanurzeni po pas w stęchłej wodzie z weneckich kanałów, dotarliśmy do schodów i weszliśmy na piętro. 
Szukałem jakichś znaków, śladów, czegoś związanego z dziwną zagadką. Zrezygnowany i sfrustrowany usiadłem na drewnianej podłodze i spojrzałem w górę. Ujrzałem wyblakły fresk. Była na nim rzeka napędzająca wielkie drewniane koło młyńskie, będące elementem białego budynku wzmocnionego zewnętrznymi drewnianymi balami i pokrytego strzechą. W tle rozciągał się malowniczy widok na zatokę. Na drugim jej brzegu można było dostrzec wyłaniające się z morza wzgórze, poprzecinane licznymi tarasami. Były tam jakieś uprawy, chyba krzewy winne. Po chwili już tam byłem, gotowy dalej podążać za tajemniczą zagadką. 
Zbliżając się do budynku coraz wyraźniej słyszałem szum wody i skrzypienie młyńskiego koła. Wszedłem do środka i dostrzegłem dziwne, zielone, humanoidalne stworzenie. Mogło mieć najwyżej metr wysokości i było do mnie odwrócone plecami. Grzebało w kominku. Odwróciło się i nerwowo do mnie zaskrzeczało. Momentalnie się na mnie rzuciło, wszczynając bójkę. Przewróciło mnie na podłogę, czym mnie zaskoczyło i zaczęliśmy się turlać. Nasza szamotanina zwróciła uwagę innych lokatorów. Zamarliśmy w bezruchu gdy się zjawili.
Goblin, który wszczął bójkę siedział teraz na mnie okrakiem, co mogło wyglądać dość dwuznacznie. Kilkanaście goblinów momentalnie wybuchło skrzekliwym, gromkim śmiechem. Zielony stworek powoli ze mnie wstał i chyba się mocno zawstydził, ponieważ zrobił się jeszcze bardziej zielony na twarzy. Zaczął się tłumaczyć i wymachiwać rękami, czym wzbudzał kolejne salwy śmiechu. Sam zacząłem się śmiać i wspólnie zasiedliśmy przy długim stole, popijając korzenne, grzane wino. Gdy poprosiłem ich by mówili znacznie wolniej i najniższym tonem głosu jakim potrafią, ich mowa zaczęła być dla mnie zrozumiała. 
Wyciągnąłem laptopa i pokazałem różne zdjęcia. Okrzyknęli mnie czarodziejem i swoim przyjacielem. Przekazali mi tajemnicę strzeżoną przez nich od stuleci. Dowiedziałem się, że dalszych wskazówek dotyczących skarbu muszę szukać w ruinach na pustyni. Gobliny okazały się być bardzo miłe, wesołe i przyjacielskie. Ich zła sława wynikała z niezrozumienia i ich nieufności względem obcych. Zgodnie z ich wskazówkami udałem się na pustynię. 
W ruinach, tak jak się spodziewałem, znalazłem hieroglify wskazujące miejsce ukrycia skarbu. Miejsce to znajdowało się obecnie głęboko pod powierzchnią wody. Zanurzam się w pojeździe podwodnym. Wraz ze wzrostem głębokości zaczęło się robić coraz ciemniej. Włączyłem więc reflektory. Zobaczyłem inny batyskaf wbity częściowo w muł. Tak to już bywa. Poszukiwaczy skarbów zazwyczaj jest więcej. Dostrzegłem wydostające się z niego pęcherzyki powietrza.  
Przycumowałem do niego swój pojazd. Przeszedłem przez śluzę, ciągnąc butlę z tlenem. W drugim pojeździe było coraz więcej wody. Zamknąłem właz za sobą i wszedłem na pokład. Był już niemal całkowicie zalany. Zobaczyłem człowieka w czarnym, piankowym stroju walczącego o resztki powietrza. Odkręciłem szybko butlę z tlenem. Wydobywające się z niej powietrze zaczęło wypychać wodę z pojazdu. Dało mi to czas by przenieść ledwo przytomną kobietę do śluzy i zamknąć ją za nią. 
Mój pojazd był jednoosobowy. Zdalnie wydałem więc polecenie awaryjnego wynurzenia. Przymocowałem ustnik do butli i znalazłem maskę. Przez pękniętą szybę batyskafu dostrzegłem zatopione ruiny. Z pomocą stalowej butli udało mi się ją zbić i wypłynąć z pojazdu. Przepłynąłem obok popękanych i pokrytych setkami małży i wodorostów, kolumn. Dopłynąłem w końcu do budowli przypominającej piramidę. Była inna niż te egipskie. Miała najwyżej kilka "stopni", a każdy miał po kilkanaście metrów wysokości. 
Na szczycie było wejście do środka. Wpłynąłem nim do sali wyłożonej płytami z płaskorzeźbami. Przedstawione na nich były sceny z codziennego życia jakiejś starej cywilizacji. Udało mi się także odczytać napis. "Prawdziwym skarbem jest życie..."