Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Park. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Park. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lutego 2012

Porwany przez wiatr


Zmarła moja koleżanka i zostałem powiadomiony o pogrzebie. Udałem się na cmentarz i dołączyłem do ludzi zgromadzonych przy grobie. Usłyszałem dziwny świszczący hałas, który zaczął się nasilać. Zerwał się wiatr, a ludzie zaczęli uciekać w różne strony. Stałem zaskoczony w miejscu. Powietrze zaczęło wirować, a ja byłem w samym centrum tego zjawiska. Zacząłem unosić się do góry. Szalony wiatr uniósł mnie na kilkanaście metrów. 
Kiedy zaczynałem opadać, znów mnie podbijał podmuchem do góry. Ktoś rzucił mi linę i ściągnął na ziemię. Mężczyzna był ojcem zmarłej koleżanki. Wyszliśmy z cmentarza i wędrowaliśmy przez centrum starego miasta. Mijane kamienice były stare, ale odnowione. Doszliśmy do biało zielonego, wojskowego autobusu. Mężczyzna wsiadł do niego i zawiózł mnie do innego miasta. W drodze opowiadał o tym, że jest wojskowym wykładowcą, a jego syn służy w Iraku. 
Wysadził mnie przy jakimś parku ogrodzonym płotem. Idąc przed siebie dotarłem do zbocza pokrytego soczyście zieloną i idealnie przyciętą trawą. Bawiły się na nim liczne rodziny z dziećmi i urządzały sobie pikniki. Schodząc po nim widziałem niebieskie i żółte polne kwiaty. Dostrzegłem też czerwoną wyspę w zieleni. Z początku myślałem, że to maki, ale zbliżając się zobaczyłem, że to kępki intensywnie czerwonych, gąbkowatych mchów. 
Na samym dole zbocza znajdowała się ciekawa kawiarnia. Zbudowana była z kilkunastu wielkich, białych kolców wyrastających z ziemi, a między nimi rozciągnięty był biały, elastyczny materiał, lekko falujący na wietrze. Spotykam tam Ją. Siedziała przy stoliku postawionym na trawie i popijała kawę z białej porcelanowej filiżanki. Ubrana była w białą wiktoriańską suknię i gorset. 
Jej płomienne włosy delikatnie muskał  wiatr, który także poruszał wielkie okrągłe kolczyki, zdobiące Jej uszy. Wyglądała pięknie. Razem poszliśmy zwiedzać miasto. Spotykaliśmy zaniedbanego i przestraszonego chłopca. Zajęliśmy się nim, a on z wdzięczności oprowadził nas po mieście. Prowadził nas drogami, którymi sami nigdy byśmy nie zdecydowali się pójść. Chodziliśmy po dachach i dotarliśmy do szklanej kopuły. Z zaciekawieniem zajrzeliśmy przez nią do wnętrza budynku. 
W sali pod nią odbywał się koncert skrzypcowy. Młoda skrzypaczka dała niezwykły pokaz swoich umiejętności. Po koncercie zbudowano coś na wzór wybiegu, jak na pokazach mody i odbyła się prezentacja rasowych psów i kotów...

poniedziałek, 13 lutego 2012

Zdjęcie w gazecie

Widziałem artykuł w gazecie o jakimś dziecku. Było tam zdjęcie przedstawiające jak leży w szpitalnym łóżku. Moją uwagę przykuło coś innego. Na następnym łóżku w tle dostrzegłem Ją. Choć tło było nieostre byłem pewien, że to Ona. Gazeta była z dnia poprzedniego, a dziś miałem być na jakiejś wycieczce z liczną grupą znajomych. Byliśmy w parku podmiejskim. Ona też tam była, ale trzymała się na uboczu. Zacząłem iść w Jej stronę, ale zatrzymał mnie szczupły mężczyzna po pięćdziesiątce. Przedstawił się jako dyrektor parku. 
Zaczął opowiadać o trudnościach związanych z nadzorowaniem tak dużego obszaru. Zwróciłem mu uwagę, że właśnie znajdujemy się na szczycie stoku narciarskiego, a nie jest on naśnieżony, choć widać, że infrastruktura jest gotowa, a urządzenia do naśnieżania tylko czekają na uruchomienie. Przyznał mi rację, ale powiedział, że właściciel parku nie wyraził na to zgody i sabotuje wszystkie jego działania. Zeszliśmy już ze wzgórza i doszliśmy nad morski brzeg. Przerwałem mu dalsze wywody. Chciałem zamienić z Nią kilka słów. Cała grupa doszła do przystani i zaczęliśmy wchodzić na statek. 
Niestety nie zdołałem Jej dogonić, a zaraz po wejściu na pokład rozmowę ze mną podjął sam kapitan. Wypłynęliśmy z przystani, a morze było spokojne. Kapitan co chwile wydawał nowe dyspozycje członkom załogi, obok których przechodziliśmy. Przyznał, że nigdy nie przeprowadził symulacji sytuacji kryzysowej i emulowanej ewakuacji i trochę go to niepokoi. Opowiedział także jak wcześniej pływał po dzikich rzekach i wzburzonych oceanach. 
Zaproponowałem mu by na następnym rejsie przeprowadził szkolenie dla załogi, by była dobrze zgrana i przygotowana na czyhające na morzach niebezpieczeństwa. Rejs się skończył i wyszliśmy na ląd. Do miasta przybył ponoć Bruce Dickinson i mieliśmy się z nim spotkać osobiście w centrum. W końcu udało mi się opuścić grupę znajomych i o dziwo nikt mnie nie zaczepił. Usłyszałem tylko, że rozmawiają o Niej, że była w szpitalu i ponoć coś straciła. Dogoniłem Ją. Przez cały czas trwania wycieczki trzymała się z dala od wszystkich. 
Podała mi rękę. Chciałem Ją zapytać o to co się stało, ale czułem, że nie było to nic przyjemnego i  rozmowa o tym będzie ostatnią rzeczą jakiej by chciała. Zaproponowałem Jej tylko by spędziła kilka dni u mnie i zapewniłem, że nikt nie będzie Jej przeszkadzał. Uśmiechnęła się...

wtorek, 10 stycznia 2012

Sfera zoologiczna


Znajdowałem się w niewielkiej kawiarence, ze szklanymi witrynami i kilkoma okrągłymi stolikami. Za ladą stał niski, pulchny mężczyzna z krótkimi, kręconymi włosami. Miał na sobie biały, poplamiony fartuch i szmatę przewieszoną przez ramię. Podszedłem do niego i poprosiłem o kawę z czekoladą. Nie spodobał mi się jego uśmiech w chwili, gdy przyjmował zamówienie. Nalał kawę z ekspresu i wyszedł z filiżanką na zaplecze, mówiąc, że idzie po czekoladę. Wrócił po chwili i podał mi filiżankę. Na powierzchni unosiło się coś brązowego i na pewno nie była to czekolada. Roześmiał się obleśnie, a ja rzuciłem filiżanką oburzony. 
Z zaplecza wpadła starsza siwowłosa kobieta i skarciła wciąż rechoczącego syna, uderzając go zwiniętą w rulon gazetą. Wyszedłem z lokalu. Nie miałem ochoty przebywać tam ani chwili dłużej. Spotkałem koleżankę, której kiedyś zrobiłem stronę internetową. Była razem ze swoimi koleżankami. Przeszliśmy się wszyscy po mieście i posiedzieliśmy trochę na trawie w parku. Położyłem się w cieniu drzewa i nieoczekiwanie znalazłem w innym mieście. Znałem je, ale było jakieś dziwnie obce i pomieszane. Błądziłem przez dłuższy czas. Kupiłem bilet całodobowy i wsiadłem do autobusu. 
Mijałem blokowiska, wielkie ronda i skrzyżowania, drapacze chmur połączone kładkami nad jezdnią i budynki targowe. Na siedzeniu obok mnie siedział mężczyzna, z którym prowadziłem dyskusję na temat marketingu. Zaproponowałem mu kilka haseł reklamowych, które przyjął z aprobatą. Nad autobusem przeleciał czarny helikopter. Choć nadal nie za bardzo wiedziałem, gdzie się dokładnie znajduję, uznałem, że dalsza jazda nie ma sensu i wysiadłem na najbliższym przystanku.
 Spotkałem tam znajomą poetkę w sędziwym już wieku. Powiedziała, że ma umówione spotkanie, ale czułaby się pewniej, gdybym jej towarzyszył. Wsiedliśmy więc do jej samochodu i pojechaliśmy za miasto do lasu. Zostawiliśmy auto na parkingu, gdzie czekała już dziennikarka. Miała przeprowadzić wywiad z poetką. Szliśmy wzdłuż grobli porośniętej rzędem drzew. Starsza kobieta opowiadała o bestialskim procederze przeszczepiania ludziom węzłów chłonnych od królików. Pochyliła się i w wysokiej  trawie dojrzałem martwego króliczka  z futerkiem poplamionym krwią. 
Był to bardzo przykry widok więc szybko odwróciłem wzrok. Podobno to przedsięwzięcie było prowadzone na olbrzymią skalę i króliki były zagrożone całkowitym wyginięciem. Szliśmy dalej przez las. Po lewej stronie od drogi dojrzałem piękny, płytki staw o intensywnym lazurowym  kolorze. Pływały w nim migoczące w słonecznym świetle złote i ciemnoniebieskie ryby. Nieopodal był park otoczony kamiennym murem w beżowym kolorze. 
Przy kamiennej bramie znajdowały się schody prowadzące na mur. Tworzył wielki okrąg, a przy jego krawędziach znajdowały się barierki. Wewnątrz był podzielony na ćwiartki. W każdej znajdował się wybieg dla różnych zwierząt. W jednej różowe flamingi stały w płytkim stawie, w innej czarne pumy wygrzewały się znudzone na słońcu, a w kolejnej ubrani w skóry neandertalczycy o zmierzwionych, bujnych czuprynach. 
Wszystko można było obserwować z góry, z każdej strony. Wewnętrzne ściany były stylizowane na naturalne głazy i kamienie. Na pytanie, czy to jest ogród zoologiczny, dostałem zagadkową, negatywną odpowiedź.  W samym centrum konstrukcji znajdował się okrągły plac. Wyrastał z niego kościół ze strzelistymi wieżami. Zbliżając się do niego zobaczyłem księży ubranych w czarne sutanny z wyhaftowanymi złotymi nićmi wężami . Wychodzili z kościoła i zamykali duże wrota. 
Te po lewej stronie miały barwę głębokiej, ciemnej czerwieni, a po prawej intensywnej purpury. Zdobione były ornamentami i zwierzęcymi motywami. Na placu przed świątynią czaiła się wielka puma z czarnego, polerowanego drewna. Pomimo jej sztuczności, poruszała się jak żywa. Obejmowała dzieci wielkimi łapami z pazurami, tak jakby właśnie upolowała swoją ofiarę,  a rodzice robili zdjęcia...