Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pies. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2026

Rakiety hipersoniczne i ceglany dom

Siostra wynajęła stary ceglany budynek. W połowie miał rampę, z żaluzjowymi podnoszonymi roletami dla dostawców. Siostra chciała założyć hodowlę psów. Przyjechała przyjaciółka i miała ze sobą psa (innego niż w rzeczywistości). Był bardzo szybki, żywy i wskakiwał wszędzie, po czym zeskakiwał i biegał dalej. Duży biały Shih-tzu. Wszyscy sprzątaliśmy ten budynek i wymiataliśmy tony pyłu i kurzu, spod których zaczynały się wyłaniać mozaikowe podłogi. Miała być jakaś wycieczka, zwiedzanie małego miasteczka. Ludzie zaczęli się zbierać w budynku.
Przewodnik nakazał wyruszenie w drogę, a ja się zorientowałem, że leżę w łóżku i nie bardzo chciało mi się wychodzić spod ciepłej kołdry. Wyszedłem jednak i przechodziliśmy przez jakiś targ. Przyjaciółka kupiła sobie bluzkę z napisem biały elf. Był jakiś stragan ze świeżymi produktami umieszczonymi w lodzie. Wyciągnąłem spod lodu dużą oliwkę i nagle nastąpił wybuch. Domek kilkaset metrów dalej dosłownie się rozsypał w bardzo widowiskowy sposób.
Spojrzałem w ciemne niebo. Było widać setki gwiazd, lekko zakrytych półprzejrzystymi chmurami. Co chwilę chmury były rozjaśniane czerwono fioletowymi smugami, przez coś co przez nie przelatywało z zawrotnymi prędkościami. Pomyślałem, że to rakiety hipersoniczne, ale leciały gdzieś dalej...

niedziela, 19 lutego 2012

Porwany przez wiatr


Zmarła moja koleżanka i zostałem powiadomiony o pogrzebie. Udałem się na cmentarz i dołączyłem do ludzi zgromadzonych przy grobie. Usłyszałem dziwny świszczący hałas, który zaczął się nasilać. Zerwał się wiatr, a ludzie zaczęli uciekać w różne strony. Stałem zaskoczony w miejscu. Powietrze zaczęło wirować, a ja byłem w samym centrum tego zjawiska. Zacząłem unosić się do góry. Szalony wiatr uniósł mnie na kilkanaście metrów. 
Kiedy zaczynałem opadać, znów mnie podbijał podmuchem do góry. Ktoś rzucił mi linę i ściągnął na ziemię. Mężczyzna był ojcem zmarłej koleżanki. Wyszliśmy z cmentarza i wędrowaliśmy przez centrum starego miasta. Mijane kamienice były stare, ale odnowione. Doszliśmy do biało zielonego, wojskowego autobusu. Mężczyzna wsiadł do niego i zawiózł mnie do innego miasta. W drodze opowiadał o tym, że jest wojskowym wykładowcą, a jego syn służy w Iraku. 
Wysadził mnie przy jakimś parku ogrodzonym płotem. Idąc przed siebie dotarłem do zbocza pokrytego soczyście zieloną i idealnie przyciętą trawą. Bawiły się na nim liczne rodziny z dziećmi i urządzały sobie pikniki. Schodząc po nim widziałem niebieskie i żółte polne kwiaty. Dostrzegłem też czerwoną wyspę w zieleni. Z początku myślałem, że to maki, ale zbliżając się zobaczyłem, że to kępki intensywnie czerwonych, gąbkowatych mchów. 
Na samym dole zbocza znajdowała się ciekawa kawiarnia. Zbudowana była z kilkunastu wielkich, białych kolców wyrastających z ziemi, a między nimi rozciągnięty był biały, elastyczny materiał, lekko falujący na wietrze. Spotykam tam Ją. Siedziała przy stoliku postawionym na trawie i popijała kawę z białej porcelanowej filiżanki. Ubrana była w białą wiktoriańską suknię i gorset. 
Jej płomienne włosy delikatnie muskał  wiatr, który także poruszał wielkie okrągłe kolczyki, zdobiące Jej uszy. Wyglądała pięknie. Razem poszliśmy zwiedzać miasto. Spotykaliśmy zaniedbanego i przestraszonego chłopca. Zajęliśmy się nim, a on z wdzięczności oprowadził nas po mieście. Prowadził nas drogami, którymi sami nigdy byśmy nie zdecydowali się pójść. Chodziliśmy po dachach i dotarliśmy do szklanej kopuły. Z zaciekawieniem zajrzeliśmy przez nią do wnętrza budynku. 
W sali pod nią odbywał się koncert skrzypcowy. Młoda skrzypaczka dała niezwykły pokaz swoich umiejętności. Po koncercie zbudowano coś na wzór wybiegu, jak na pokazach mody i odbyła się prezentacja rasowych psów i kotów...

wtorek, 17 stycznia 2012

Egzamin


Znowu byłem na studiach. Wprowadzono nowy dodatkowy semestr. Kolejny pomysł ministra edukacji by polepszyć poziom wykształcenia społeczeństwa.  Do zaliczenia pozostał mi jeszcze tylko jeden egzamin. Miał to być egzamin z biologii z bardzo surowym profesorem. Przemierzałem wyludniony gmach uczelni. Wszedłem na ostatnie piętro. Na drzwiach przyklejona została karteczka z informacją, że egzamin odbędzie się w nowym budynku, na drugim krańcu miasta. Dopiero teraz zauważyłem, że jestem razem ze swoim psem. 
Podąża dzielnie obok mnie niewinnie przechylając mordkę w chwili, gdy na niego spoglądam. Dotarłem do wyjścia, ale zauważyłem, że jest straszna ulewa. Postanowiłem ją przeczekać. W przedsionku stały dwie dziewczyny. Jedna wrzeszczała na drugą. Smutna dziewczyna, nie przejmowała się padającymi pod jej adresem obelgami. Stała nieruchomo i wszystko jakby po niej spływało. Nic jej nie obchodziło. Przestało padać, więc wyszedłem. Przed uczelnią spotkałem dwie koleżanki z roku, które także zmierzały na egzamin. Podobno musieliśmy wsiąść w autobus 7 lub 57. Po kilku minutach czekania na przystanku, autobus przyjechał i ledwo weszliśmy do zatłoczonego wnętrza. Nagle sobie uświadomiłem, że nic nie umiem. 
Wyciągnąłem notatki i zestresowany zacząłem je przeglądać. Był straszny upał. Zadzwonił do mnie wujek. Był właśnie w mieście i chciał się spotkać na starym rynku. Niestety musiałem mu odmówić. Dojechaliśmy i udaliśmy się prosto do profesora. Wytrząsnął okruszki z wielkiej i zaniedbanej brody. Wskazał mnie palcem i rzekł: "Pan wygląda na takiego, co to wszystko wie. Zapraszam. Będzie Pan pierwszy..." Wszedłem do sali i zaliczyłem...

środa, 9 listopada 2011

Rozerwany na strzępy




Słyszałem dźwięk spadającej bomby. Uderzyła w budynek powodując silny wstrząs i hałas. Po chwili usłyszałem piszczenie. Było coraz szybsze. Bip... bip.. bip. Instynktownie chwyciłem psa pod pachę i rzuciłem się skulony pod stół, otulając psa swoim ciałem. Nastąpił wybuch, zostałem rozerwany na drobne kawałki. 


Obudziłem się i miałem chwilowe uczucie jakbym spadał. Czasami mi się to zdarza. Przez kolejną godzinę nie mogłem zasnąć.



Przepłynąłem statkiem wycieczkowym przez jezioro. Zaraz przy przystani zaczynał się szlak. Biegł przez las, a potem zaczął się wspinać coraz wyżej po wzgórzu. Na wysokości, gdzie zaczynały się pojawiać skały, a zbocze stało się bardzo strome, znajdowała się konstrukcja zbudowana z drewnianych bali. Tworzyła coś w rodzaju drewnianego rusztowania niczym wąż oplatającego górę.
Jedyna droga prowadziła tamtędy. Drewniane okrągłe kłody trzeszczały przeraźliwie, gdy po nich stąpałem. Silny wiatr wprawiał całą konstrukcję w drganie i wzmagał niepokój. Na końcu wijącej się drogi znajdował się szyb prowadzący pionowo w dół. Wyłaniała się z niego drewniana kabina windy przypominająca nieco klatkę. Zjechałem nią i znalazłem się w sali z tarasem widokowym. Znajdowali się tam liczni turyści, którzy też przebyli tą trasę. Każdy miał dostać coś dobrego w nagrodę. 
Tęga kobieta w średnim wieku, ubrana w fartuch zbierała zamówienia. Wszyscy mówili w dziwnie szorstko brzmiącym języku. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc spróbowałem powtórzyć to co powiedział mężczyzna siedzący obok mnie. Po chwili dostałem biszkoptowe ciasto z kremem i owocami...




sobota, 22 października 2011

Zimorodki

Siostra dostała nową pracę i samochód służbowy. Przyjechała nim i zaparkowała na trawniku przed balkonem. Krzyknąłem do niej, że tu się nie parkuje. Odpowiedziała, że wszyscy tak robią (nikt tak nie robił). Wzruszyłem ramionami i wyszedłem na spacer. Minąłem procesję ortodoksyjnych judaistów.

Na piaszczystej ścieżce w lesie zobaczyłem jakiś niewybuch. Przykucnąłem by mu się dokładniej przyjrzeć. Mógł mieć z trzydzieści kilka centymetrów długości i około dziesięciu średnicy.Był stary i zardzewiały.