niedziela, 23 marca 2014

Pusty pokój...

Przyjechałem na weekend do mojego pokoju, który kiedyś wynajmowałem. Chciałem sprawdzić co się zmieniło, ponieważ właściciele mieli zamiar coś przebudować. Na miejscu okazało się, że do mojego pokoju dobudowali coś w rodzaju dodatkowego długiego pokoju. Był zrobiony dość prowizorycznie, jak zlepek szopy, kiosku i szklarni. Były tam poustawiane jakieś stare maszyny mechaniczne i meble. Natomiast sam mój pokój był zupełnie pusty. Nie było w nim ani biurka, ani kanapy, ani nawet szafy. Kanapa została przeniesiona do sąsiadującej z pomieszczeniem
kuchni. Postanowiłem się więc położyć i odpocząć. Leżałem i nagle z mojego pokoju wyszły dwie dziewczyny. Brunetka i blondynka. Obie były bardzo młode. Z ich nagich ciał spływała jeszcze woda, jakby dopiero co wyszły spod prysznica. Zaczesywały dłońmi mokre włosy, krocząc powoli i wyniośle, chodem przypominającym modelki na
wybiegu i dumnie wypinały niewielkie piersi. Były trochę niższe ode mnie. Podniosłem się z kanapy, a jedna z dziewczyn zatrzymała się przy mnie. Spojrzała na mnie z ukosa, przyjrzała się dokładnie mej pozbawionej włosów głowie i wybuchła pogardliwym śmiechem. Obróciła się na pięcie i wraz z koleżanką opuściła kuchnię.

środa, 5 marca 2014

Efekty leczenia…

Bezsenność lub niepokojące sny, taki jak poprzedni… Od kilku dni znowu dokuczają mi te najgorsze skutki uboczne leczenia. Znowu odczuwam bardzo silny ból pleców w okolicy krzyża, pulsujący, promieniujący od kręgosłupa przez tkanki. Równie dokuczliwy, ale już mniej intensywny jest ból dziąseł, skroni i śródpiersia. Mniej więcej tak jak się spodziewałem, nastąpiło to kilkanaście dni po podaniu deksorubicyny
(czerwonej chemii) i pewnie na dniach zacznie ustępować. Od kilku dni mam też drobne krwotoki z nosa, które pojawiają się przy większym wysiłku. Przez przypadek zaciąłem się też nożem ceramicznym w palec. Nawet tego nie zauważyłem dopóki kapiąca krew nie utworzyła małej kałuży na blacie. Podejrzewam, że to przez leki przeciwzakrzepowe, ale udało mi się wszystko opanować. Mam już wyniki kontrolnego badania PET. Wieści są raczej
optymistyczne. Generalnie nowotwór zmniejszył się o 1/3 i dobrze reaguje na leczenie. Największy guz w śródpiersiu zmniejszył się mniej więcej z 15 do 10 cm. Zaniepokoiła mnie jednak wzmianka o 4 mm guzku w prawym płucu, którego nie było na badaniu poprzednim.  Lekarka mnie jednak uspokajała, żebym się tym nie przejmował, bo może to być tylko zmiana zapalna (niskie SUV, czyli zmiana
nie złośliwa). Dzięki diecie i dodatkowym lekom, kondycja mojej wątroby trochę się poprawiła. Enzymy wątrobowe (ALT) spadły z poziomu 250 do 74. Nadal są odrobinę podwyższone, ale już jest dużo lepiej. W ciągu ostatnich dwóch tygodni zacząłem wychodzić z domu na spacery.
Pogoda temu sprzyja i mam nadzieję, że wiosenna aura pozostanie. Pewnie za kilka dni, jak poczują się lepiej, znowu gdzieś się przejdę :) 

Nawiedzony szpital

Pracowałem w szpitalu jako lekarz. Otworzyłem zupełnie nowy oddział. Pomogłem wielu pacjentom, którym nikt inny nie chciał pomóc. Każdy kogo wyleczyłem nagle rozpływał się w powietrzu i po prostu znikał.
Dziwiło mnie to trochę, więc zacząłem analizować ich kartoteki. Moje odkrycie mnie przeraziło. Wszyscy pacjenci, których wyleczyłem od dawna byli martwi...

sobota, 1 marca 2014

Katastrofa pomarańczowego helikoptera

Zmierzałem wraz z kuzynem wzdłuż płotu okalającego lotnisko. Kilkaset metrów przed nami znajdował się terminal. Nie spieszyliśmy się specjalnie. Minęliśmy półokrągły blaszany hangar. Wysoko na niebie dostrzegłem jaskrawo pomarańczowy punkcik. W miarę jak się zbliżał, dostrzegłem w nim zarys śmigłowca. Wciąż obniżając swój lot, zrobił rundkę wokół terminala pasażerskiego.
Wtedy dostrzegłem, że był dość osobliwy. Pomimo iż był duży, był jednocześnie niesamowicie płaski i wyginał się falująco jak pływająca ryba. Troszkę jak płaszczka. Nagle na wysokości kilkunastu metrów jakby stracił sterowność. Przechylił się na bok i spadł na ziemię jak kamień. Towarzyszył temu przeraźliwy dźwięk gnącego się metalu i eksplozja. Kontenerowa
przybudówka, nieopodal terminala, wzbiła się w powietrze na skutek fali uderzeniowej. Przeleciała kilkadziesiąt metrów, po czym pozgniatane i powyginane elementy spadły na wagony cysterny, stojące nieopodal na bocznicy kolejowej. Zaczęły się wykolejać, wybuchać i zapoczątkowały reakcję łańcuchową kolejnych eksplozji. Kilka płonących wagonów wylądowało w hangarze. Jeden rozpędzony
przejechał nieopodal nas na tyle blisko, że aż można było poczuć żar. Biegliśmy szybko w kierunku bezpiecznego gmachu terminala pasażerskiego. Inni ludzie również zmierzali w tym kierunku w wszechogarniającej panice…

"ą"

Wyruszyłem wraz z rodzicami na wycieczkę zagraniczną autokarem. Podejrzewam, że mogła to być  Anglia lub Niemcy. W czasie wolnym od zwiedzania, rodzice postanowili odwiedzić swoich znajomych, którzy właśnie tam mieszkali. Znajomi mieli córkę, która została mi przedstawiona.
Była kilka lat ode mnie młodsza i studiowała architekturę. Miała proste, czarne włosy, sięgające do ramion. Szczupła i o kilkanaście centymetrów niższa ode mnie. Twarzy nie potrafiłem skojarzyć z nikim, kogo znam w rzeczywistości. Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Zbudowała tam makietę osiedla mieszkaniowego. To chyba był jej projekt dyplomowy.
Stylizowane było na styl industrialnej manufaktury z czerwonej cegły. Była bardzo dumna ze swojego projektu, a mi osobiście przypominał trochę Stary Browar, który widziałem  w Poznaniu. Dziewczyna prosiła by nazywać ją „ą”. Pokazywała mi swoje strony w Internecie, oraz swój logotyp. Była to właśnie mała litera „ą”, ale wydłużona w taki sposób, że była wysokości litery „l”, biała na bordowym tle. Rozstaliśmy się, ale
przyjechała do mnie, bo chciała mnie poznać. Pokazałem jej starą część mojego rodzinnego miasta, a następnie wsiedliśmy w autobus miejski. Przejechał obok mojej szkoły podstawowej. Była jakby trochę inna, jakby przebudowana i pomalowana w pastelowe, jaskrawe barwy. Wysiadłem na chwilę, by pokazać jej co i gdzie się znajdowało, a drzwi autobusu nagle się zatrzasnęły. Udało mi się na
szczęście dobiec i otworzyć je ręcznie na siłę. Usiadłem znowu obok „ą”, a za nami siedziała zakonnica, która pogroziła mi palcem, uznając chyba otwieranie drzwi w ten sposób za akt wandalizmu. Znowu pojechaliśmy do starego miasta i wróciliśmy pieszo do domu.

środa, 12 lutego 2014

Kryształowy smok

Brałem udział w jakiejś grze terenowej. Miałem wrażenie, że w tej grze rywalizacja miała drugorzędne znaczenie, a dużo ważniejsza była współpraca i integracja . Wraz z grupą znajomych oraz kilku nieznajomych, biegliśmy po pięknych, dzikich i niedostępnych terenach.  Przypominały trochę podmokłe wzgórza i doliny, które przemierzałem  kiedyś w Irlandii. Stoki pokryte wrzosami i ziołami udekorowane starymi drewnianymi płotami. Wspólnymi siłami przeprawialiśmy się przez
strumienie i okrążaliśmy smagane wiatrem, pofalowane tafle jezior. Napotykaliśmy na swej drodze liczne ruiny, które ochoczo eksplorowaliśmy. W ruinach klasztoru porośniętych bujnym bluszczem znaleźliśmy wejście do jaskini. Długi i ciemny korytarz doprowadził nas w końcu do olbrzymiej komory w której bez trudu zmieściła by się
katedra. Monumentalna sala pokryta była wspaniałymi i okazałymi kryształami. Emanowały wewnętrznym, opalizującym blaskiem. Odniosłem wrażenie, że jeden z kryształów poruszył się i ożył. Oderwał się od sklepienia i poszybował w naszym kierunku. Łagodnie wylądował kilkanaście metrów od nas, kilkoma machnięciami skrzydeł wytracając prędkość. Wielki i lśniący smok przyglądał się nam z zainteresowaniem i
niepewnością. Jego ciało wydawało się na wpół przeźroczyste, jakby krystaliczne. Było źródłem łagodnego szafirowego światła. Nagle jego wnętrze przybrało barwę bursztynu. Blask szybko przemieścił się z klatki piersiowej, przez szyję i opuścił imponującą paszczę płomienistą strugą. Chmura ognia podpaliła kilka pobliskich kryształów. Zajęły się
ogniem i poczułem jakby swąd topiącego się plastiku. Ktoś podbiegł z gaśnicą i ugasił kryształy. Następnie skierował śnieżnobiałą chmurę w kierunku smoka. Płomień w jego wnętrzu zgasł. Znieruchomiał w majestatycznej pozie i przemienił się w piękny krystaliczny posąg.  Usłyszałem przytłumione brzęczenie. Nasilało się i po chwili z gardzieli
wyfrunęła wielka mucha. Mogła mieć z dziesięć centymetrów. Zbliżała się do mnie z zamiarem ataku. Instynktownie zacząłem bzyczeć, próbując naśladować wydawany przez nią dźwięk. Znieruchomiała i wydawała się być zahipnotyzowana niczym wąż grą fakira na flecie. Unosiła się niemal nieruchomo, próbując żądlić. Robiła
to jednak tak wolno i niezdarnie, że bez problemu unikałem użądlenia. Wyjąłem strzykawkę i wbiłem w jej odwłok. Mucha po chwili łagodnie opadła i zasnęła.

wtorek, 11 lutego 2014

Skutki uboczne...

Leczenie cytostatykami już trochę trwa, więc zaobserwowałem pewne korelacje. Najgorzej czuję się mniej więcej dwa tygodnie po podaniu potocznie nazywanej "czerwonej chemii". Jest to chyba najbardziej toksyczny specyfik z tych, które mi podają. To po nim zazwyczaj wypadają włosy i jest szczególnie toksyczny dla układu krążenia. Przypuszczam, że poprawna nazwa to doksorubicyna. Pozostałe "chemie" to: bleomycyna, etopozyd, cyklofosfamid, winkrystyna, prokarbazyna, prednizon i wiele leków osłonowych oraz sterydowych. Mam wrażenie, że
właśnie te sterydy źle na mnie wpływają. Powodują bezsenność, wpływają na psychikę (negatywne i realistyczne sny jeśli już się uda zasnąć), powodują lekkie zwiększenie masy ciała i pogorszenie wzroku. Od jutra według zaleceń zmniejszam dawkę i potem odstawiam. W ciągu ostatnich kilku dni nastąpiło nałożenie się skutków ubocznych zarówno "czerwonej chemii" (minęło kilkanaście dni od podania) i sterydów. Miałem bardzo specyficzny, nieciekawy, realistyczny sen, mieszający się z rzeczywistością w bardzo nieprzyjemny sposób.
Mianowicie, śniło mi się, że pomagałem różnym duchom przejść jakąś skomplikowaną drogę, by je uwolnić. Przemierzaliśmy jakieś bagna, podziemia i krypty. Większość musiałem po prostu bezpiecznie przeprowadzić. Niektórym musiałem pomóc coś dokończyć. Pomogłem wszystkim, prócz jednemu. Nie byłem w stanie. Zgubiliśmy się.
Rozwścieczył się z tego powodu i postanowił mnie ukarać zsyłając na mnie ból i cierpienie. Będąc w stanie takiego półsnu, rozkojarzenia i skołowania zacząłem odczuwać przeraźliwy, jakby rozrywający ból we wnętrzu śródpiersia. Towarzyszył temu też ból mięśni i stawów, zwłaszcza kolanowych, dziąseł, ucha wewnętrznego, skroni i przede wszystkim bardzo intensywny kręgosłupa, tuż powyżej kości ogonowej. Do tego doszło okropne
rozwolnienie. Objawy bardzo podobne do tych, które wystąpiły również po dwóch tygodniach po podaniu "czerwonej chemii" za pierwszym razem.
Wtedy śniło mi się, że lekarka wysłała mnie na operację do jakiegoś chińczyka. Chińczyk podszedł wtedy do mnie trzymając w dłoni wielki drut, taki jak do robienia na drutach. Wbił mi go przez gałkę oczną i wykonał operację na mózgu, po prostu w nim gmerając. Wszystko bez znieczulenia. Obudziłem się z lękiem, że ten chińczyk cięgle, gdzieś jest i tylko się czai w ciemności, by jeszcze na mnie
poeksperymentować. Na szczęście te najgorsze objawy bólowe nie trwają za długo i po dwóch trzech dniach czuję się dużo lepiej. Nie biorę środków przeciwbólowych, ponieważ od leczenia oberwała trochę wątroba. Mam bardzo podwyższony poziom enzymów wątrobowych (aminotransferazy alaninowej) do 160. Norma jest do 41. Widząc ilość leków, które i tak
muszę połykać, wolę jej już bardziej nie obciążać i po prostu jakoś przetrwać te gorsze dni. Lekarze w przypadku bólu zalecają paracetamol, ponieważ nie wpływa na działanie innych podawanych leków, ale wyczytałem, że ma silne działanie hepatoksyczne. Jeśli kogoś zaniepokoiłem, to pragnę nadmienić, że pomimo tych niedogodności trzymam się całkiem dobrze. Bez większych problemów
dochodzę w końcu do siebie po każdym cyklu chemii. Psychicznie też jestem silny i pełen optymizmu na przyszłość. Stosuję odpowiednią dietę oszczędzającą wątrobę i w miarę możliwości niwelującą skutki uboczne leczenia. Wykonuję codziennie umiarkowane ćwiczenia fizyczne (Tai Chi), dzięki czemu sukcesywnie odzyskują formę. Mam też
subiektywne wrażenie, że leczenie przebiega pomyślnie i guzy się zmniejszają. Pewność uzyskam pod koniec miesiąca jak zostanie wykonane kontrolne badanie PET (Pozytonowa Tomografia Emisyjna).

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Piękna zatoka i niesamowity tablet

Niespiesznie podszedłem w kierunku okna. Było pozbawione szyb i przypominało raczej otwór w kamiennej ścianie o łukowym sklepieniu. Oparłem się o kamienny parapet zbudowany z grubo ciosanych ciemnych kamieni, idealnie spasowanych i połączonych znikomą ilością zaprawy murarskiej. Przede mną rozpostarł się przepiękny widok na zielone wzgórza, stromo opadające do zatoki i upstrzone setkami kamiennych domostw o ciemnografitowym zabarwieniu. Postanowiłem się
przejść. Spacerując natknąłem się na przyjaciela z podstawówki. Oświadczył, że jutro się do mnie wprowadza. Pomyślałem, dlaczego nie i poszedłem zrobić zakupy. Obciążony reklamówkami postanowiłem podjechać jeden przystanek tramwajem, jak to zwykłem robić w takiej sytuacji. Nieoczekiwanie tramwaj zmienił trasę i zatrzymał się na jakimś poligonie. Tuż nade mną,
nisko przelatywały samoloty. Były to zarówno myśliwce, ogromne samoloty transportowe, ale też pasażerskie Boeingi. Domyśliłem się, że muszą się odbywać jakieś manewry, bo w oddali dostrzegałem czołgi i ciężkie transportery opancerzone. Postanowiłem ich unikać i przeszedłem pieszo przez park. Niespodziewanie doszedłem do dworca kolejowego. Zrobiłem to w samą porę, bo z pociągu wysiadła moja siostra wraz z mężem.
 Postanowili mnie odwiedzić i chcieli bym ich oprowadził po mieście. Postanowiliśmy iść na tramwaj. Najbliższy przystanek był przy szkole sportowej. Trafiliśmy akurat na jakiś festyn w klimacie Gwiezdnych Wojen. Odbywały się tam również liczne rywalizacje sportowe. Szwagier
postanowił się sprawdzić w podciąganie się po linie na czas. Szło mu całkiem dobrze.  Nagle został zapowiedziany nasz tramwaj przez megafon, lecz niestety na niego nie zdążyliśmy z powodu licznych stoisk stojących nam na drodze. Zaproponowałem skrót. Weszliśmy na wzgórze i następnie zeszliśmy w kierunku oczka wodnego. Trasa tramwaju robiła tam pętlę i udało nam się go
dogonić. Dojechaliśmy do jakiejś szkoły lub internatu. Okazało się, że teraz tam mieszkam i postanowiłem się natychmiast wyprowadzić. Nagle zjechała się cała rodzina łącznie z ciotkami, których nie znam, a każdy miał jakieś złote rady co brać, a czego nie pakować. Podczas

pakowania potłukłem kilka talerzy. Znalazłem też tablet, o którym nie miałem pojęcia, że go
posiadam. Miał ciekawe możliwości. Jedną z funkcji było coś w rodzaju symulatora lotu drona. Wyglądało to jak wirtualna kamera, dzięki której można było się rozejrzeć po okolicy. Zafascynowała mnie także
funkcja chodzenia po wodzie. Jak się przytrzymało odpowiedni przycisk, to mogłem kroczyć po tafli jeziora, ale jak przystawałem, to zapadałem się powoli w wodę niczym w jakiś kisiel.

Chodziłem więc zafascynowany tym urządzeniem.

piątek, 27 grudnia 2013

Chupacabra

Uliczki starego miasta były wyludnione. Nocny mrok rozświetlało jedynie światło księżyca w pełni i gwiazdy. Zarysy kamiennych budynków nie budziły lęku. Przemierzałem wąskie uliczki powolnym, spacerowym tempem. Moja przechadzka musiała trwać długo, ponieważ dochodząc nad rzekę obserwowałem wschód słońca. Przybyłem do przystani, gdzie czekali na mnie rodzice.
Skorzystaliśmy z wypożyczalni tratw. Dziarsko wszedłem na prowizoryczny, pływający pomost. Zrobiony był z drewnianych bali związanych lianami. Splecione w ten sposób unosiły się na wodzie i falowały, gdy się po nich stąpało. Wypożyczone tratwy były podobne i trzeba je było własnoręcznie złożyć. Połączyłem kilka pierwszych elementów i
zorientowałem się, że łącząc je zanurzam się częściowo w wodzie. Ubrany byłem w jeansy, a w kieszeniach miałem dokumenty i telefon. Przestraszyłem się, że mogę je zniszczyć i wstałem energicznie. W
tym samym momencie z wody wyskoczyło dziwaczne stworzenie. Było jakby chimerycznym połączeniem
kilku zwierząt. Przypominało bobra zmutowanego z dobermanem i pokrytego lisim rudym futrem. Przeraziłem się i pobiegłem do stromego brzegu. Udało mi się wdrapać, zanim to stworzenie mnie dogoniło…

niedziela, 1 grudnia 2013

Obcy wewnątrz mnie...

Dziś śniło mi się, że uciekałem i walczyłem z zombie. Co dziwne oprócz zombie ludzkich były też zwierzęce. Widziałem też wielkie zombie dinozaury. Przemierzałem rozległe budynki przypominające szkoły lub szpitale, oraz rozległe otwarte przestrzenie, porośnięte bujną roślinnością...

W ciągu ostatnich dwóch tygodni moje życie mocno się zmieniło. Przez ciąg niesamowitych zbiegów okoliczności, oraz mojej ciekawości i dociekliwości, dowiedziałem się, że noszę w sobie nowotwór. Jest mniej więcej wielkości pomelo i rozpycha się między płucem, a sercem. Rośnie bardzo szybko, mniej więcej o 50% miesięcznie i największym niebezpieczeństwem w tej chwili jest możliwość zatrzymania serca. Byłem w czterech szpitalach. Dziś znowu idę do szpitala onkologicznego. Jutro torakochirurg zrobi mi biopsję gruboigłową. Dzięki temu będzie wiadomo jaki "obcy" dokładnie we mnie siedzi i jak najskuteczniej z nim walczyć. Przez jakiś czas raczej nie będą zbyt aktywny na blogu. Muszę skupić się na batalii, którą zamierzam wygrać!