Przez ostatnie dwa tygodnie często dręczą mnie koszmary. Jestem na jakiejś imprezie. Są tam moi najbliżsi przyjaciele oraz znajomi. Zabawa odbywa się w podniszczonych i częściowo zrujnowanych katakumbach. Wszyscy razem tańczymy i dobrze się bawimy. Z mrocznego korytarza wychodzi nagle lekarka w białym fartuchu. Zakłada stetoskop i zaczyna mnie osłuchiwać oraz badać. W końcu stwierdza musisz iść ze mną prosto do szpitala. Nie jest dobrze. Wtedy się budzę. Inne sny kończą się podobnie niepokojąco, ale nie bardzo je pamiętam…
W następnym tygodniu będę miał badanie PET (Pozytonowa
Tomografia Emisyjna). Od zakończenia radioterapii minęły prawie trzy miesiące i ma to być badanie kontrolne, sprawdzające efekty leczenia. Choć czuję się coraz lepiej i ciągle pracuję nad odzyskaniem kondycji, która została niemal wyzerowana przez leczenie, ciągle podświadomie obawiam się nawrotu choroby.
Z wcześniejszych snów pamiętam jeszcze sen z Putinem sprzed dwóch tygodni. Siedział na tronie z niedbale założoną nogą na nogę. Tron był na środku placu w jakimś porcie. Putin siedział i przyzywał jakieś osobliwie wyglądające potwory. Jednego widziałem z bliska. Przypominał trochę olbrzymiego krokodyla. Z czoła wyrastała wypustko-wędka z świecącą kuleczką na końcu, taką, jaką posiadają niektóre ryby głębinowe. Na grzbiecie posiadał metalowe wypustki przypominające ostrza. Potrafił stanąć na dwóch łapach, które były zakończone orlimi szponami z błonami między palcami...
Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koszmary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koszmary. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 14 września 2014
czwartek, 27 marca 2014
Piekło...
Prawdziwym piekłem jest cierpienie najbliższych. W czwartek 13 marca miałem znowu jechać na kilka dni do szpitala, na kolejny cykl
chemii. Jak zawsze miał mnie tam zawieźć mój tata. Jednak o 4 nad ranem
zadzwoniła babcia z płaczem, by do niej przyjechał. Do szpitala pojechałem więc
sam, a tata udał się do babci. Okazało się, że upadła. Prześwietlenie i
tomografia komputerowa wykazały, że złamała sobie kręgosłup, a dokładniej
roztrzaskała krąg L4 i przez kilka dni leżała w szpitalu. Fragment kości jest odłamany
i uciska rdzeń kręgowy. Lekarz chciał ją operować. Rodzice uznali jednak, że
ryzyko
jest zbyt duże. Babcia ma już 91 lat i szereg innych dolegliwości, które
nie sprzyjają przeprowadzeniu bezpiecznej operacji. Babica trafiła więc do nas
i od tej pory codziennie się nią opiekuję, co niestety wyklucza też opuszczanie
domu i spacery. Przez poprzedni tydzień prawie nie sypiałem. Babcia przez całe
noce jęczała z bólu, mimo bardzo silnych środków przeciwbólowych i mówiła wiele
nieprzyjemnych rzeczy. Powinna jak najmniej się ruszać i nosić specjalny gorset
usztywniający kręgosłup. Problem w tym, że próbowała wstawać i zdejmowała
gorset, bo był niewygodny. Sama chodziła po mieszkaniu, a każdy kolejny upadek może być tragiczny w skutkach. Ma dużo szczęścia, że ma czucie w nogach i może jeszcze chodzić. Każdy dźwięk wyrywał więc mnie z łóżka. Dostała dzwonek, by dzwoniła, jak będzie chciała np. iść do ubikacji, tak by ktoś ją zawsze przytrzymał i zaprowadził. Niestety babcia okazała się bardzo uparta i nieodpowiedzialna. Sama chadzała i to bez gorsetu, przy okazji i tak wszystkich stawiając na nogi. Kilka dni temu zaproponowałem, by wezwać do niej panią psycholog. Jak na razie bardzo to pomogło. Oczywiście przedstawiliśmy ją jako lekarza z jej szpitala od jej lekarki. Babcia ma jedną lekarkę, której ufa i dla niej inni lekarze, to nie lekarze. Pani psycholog okazała się bardzo kompetentna. Długo rozmawiała z babcią i dobrała dodatkowe leki. Cierpienie babci bardzo mnie dotknęło. Strasznie jest obserwować cierpienie bliskiej osoby i nie mieć na to zbyt dużego wpływu…
Co do mnie. Jak babcia została zawieziona do szpitala, ja
również udałem się do szpitala na kilka dni. To był pierwszy raz, jak nikt mnie
nie odwiedził i pierwszy raz zniosłem chemię tak źle. Wymiotowałem i czułem
mdłości. Nie mogłem patrzeć na jedzenie na stołówce, sam jego zapach był dla
mnie skrajnie odpychający. Prawie nie spałem i chyba miałem jakieś
przewidzenia, jak się budziłem. Płytki krwi spadły mi sporo poniżej normy, ale
enzymy wątrobowe miałem już coraz bliżej górnej jej granicy. W między czasie
pojawiły się jeszcze dodatkowe skutki uboczne leczenia. Krwotoki z nosa i
drętwienie opuszków palców. Na drętwienie przepisano mi
magnez, ale pomimo iż
biorę już go dwa tygodnie, nadal się nieprzerwanie utrzymuje. Co do krwawień,
jak występowały chciałem odstawić Clexan, zastrzyki, które codziennie musiałem
sobie robić na krzepliwość krwi. Wolałem jednak tego nie robić bez konsultacji
z lekarzem. Intuicja jednak mnie nie myliła i lekarz zdecydował się go na jakiś
czas odstawić. Tydzień po opuszczeniu oddziału, musiałem znowu udać się do
szpitala, ale tym razem na ambulatoryjne podanie chemii. Pojechałem do szpitala
na 6 rano, a chemię dostałem dopiero o 18. Cały dzień przesiedziałem w szpitalnych
kolejkach w podziemiach. To był pierwszy dzień wiosny, niezwykle pogodny.
Telefon mi
pokazywał, że było wtedy 21 stopni. Wyszedłem tylko na chwilę, by
zadzwonić. Było bardzo ciepło i przyjemnie. Niestety w budynku zasięg jeśli
nawet się pojawiał, to był szczątkowy. Po raz pierwszy miałem idealne wyniki
krwi. Enzymy wątrobowe były idealnie w normie, a ilość pytek krwi również
znacznie wzrosła. Niestety z powodu tak późnego podania chemii, nie zdążyłem
już do przyszpitalnej apteki. Tylko tam można kupić od ręki zastrzyki z
leukocytami. Trzeba je przewozić jak najszybciej w torbie termicznej, dlatego
nie mogłem kupić ich wcześniej. Miałem je brać od następnego dnia. Na szczęście
udało mi się je zamówić w innej
aptece, która jeszcze była otwarta. Sprowadzili
je na następny dzień, choć na początku twierdzili, że się nie da. Przeważnie
jestem już w stanie określić, kiedy maksymalnie nasilą się skutki uboczne po
chemii. Tak jak w zegarku nastąpiło to wczoraj. Pomimo iż ból jest bardzo
silny, nadal nie biorę środków przeciwbólowych by oszczędzać wątrobę. Dziś ból
stawów i pleców nasilił się tak bardzo, że ledwo mogłem chodzić. Jutro i
pojutrze powinno już być lepiej. Drętwienie opuszków palców
chyba nawet się
nasiliło. Dziś noc znowu była tragiczna. Co chwilę się budziłem. Śniły mi się
nieprzyjemne i niepokojące rzeczy. Chyba do mnie strzelano. Gonił mnie wielki
spasły nagi mężczyzna. Cały w fałdach tłuszczu, łysy, z przyrodzeniem na
wierzchu. Miał chyba ze dwa metry wzrostu i ewidentnie chciał mnie skrzywdzić.
Wkręcały mi się jakieś schematy działań, które musiałem wykonywać by przetrwać
i się obudzić. Powtarzało się to chyba z kilkanaście razy. Z tego co udało mi
się zapamiętać, to różne rzeczy np. cytryny i inne przedmioty spontanicznie
zmieniały się w wodę i po prosty rozpływały. Pozostawały po nich tylko kałuże...
![]() |
| Mój zestaw leków, potem jeszcze kilka doszło... |
![]() |
| Dzienny zestaw w pudełku... |
![]() |
| Dzienna porcja leków bez pudełka... |
Za tydzień znowu idę do szpitala na oddział, na kolejny cykl
chemii. Może przyczyna tego drętwienia jest jednak inna niż niedobór magnezu…
wtorek, 11 lutego 2014
Skutki uboczne...
Leczenie cytostatykami już trochę trwa, więc zaobserwowałem
pewne korelacje. Najgorzej czuję się mniej więcej dwa tygodnie po podaniu
potocznie nazywanej "czerwonej chemii". Jest to chyba najbardziej
toksyczny specyfik z tych, które mi podają. To po nim zazwyczaj wypadają włosy
i jest szczególnie toksyczny dla układu krążenia. Przypuszczam, że poprawna
nazwa to doksorubicyna. Pozostałe "chemie" to: bleomycyna, etopozyd,
cyklofosfamid, winkrystyna, prokarbazyna, prednizon i wiele leków osłonowych
oraz sterydowych. Mam wrażenie, że
właśnie te sterydy źle na mnie wpływają.
Powodują bezsenność, wpływają na psychikę (negatywne i realistyczne sny jeśli
już się uda zasnąć), powodują lekkie zwiększenie masy ciała i pogorszenie wzroku.
Od jutra według zaleceń zmniejszam dawkę i potem odstawiam. W ciągu ostatnich
kilku dni nastąpiło nałożenie się skutków ubocznych zarówno "czerwonej
chemii" (minęło kilkanaście dni od podania) i sterydów. Miałem bardzo
specyficzny, nieciekawy, realistyczny sen, mieszający się z rzeczywistością w
bardzo nieprzyjemny sposób. Mianowicie, śniło mi się, że pomagałem różnym duchom przejść jakąś skomplikowaną drogę, by je uwolnić. Przemierzaliśmy jakieś bagna, podziemia i krypty. Większość musiałem po prostu bezpiecznie przeprowadzić. Niektórym musiałem pomóc coś dokończyć. Pomogłem wszystkim, prócz jednemu. Nie byłem w stanie. Zgubiliśmy się.
Rozwścieczył się z tego powodu i postanowił mnie ukarać zsyłając na mnie ból i cierpienie. Będąc w stanie takiego półsnu, rozkojarzenia i skołowania zacząłem odczuwać przeraźliwy, jakby rozrywający ból we wnętrzu śródpiersia. Towarzyszył temu też ból mięśni i stawów, zwłaszcza kolanowych, dziąseł, ucha wewnętrznego, skroni i przede wszystkim bardzo intensywny kręgosłupa, tuż powyżej kości ogonowej. Do tego doszło okropne rozwolnienie. Objawy bardzo podobne do tych, które wystąpiły również po dwóch tygodniach po podaniu "czerwonej chemii" za pierwszym razem. Wtedy śniło mi się, że lekarka wysłała mnie na operację do jakiegoś chińczyka. Chińczyk podszedł wtedy do mnie trzymając w dłoni wielki drut, taki jak do robienia na drutach. Wbił mi go przez gałkę oczną i wykonał operację na mózgu, po prostu w nim gmerając. Wszystko bez znieczulenia. Obudziłem się z lękiem, że ten chińczyk cięgle, gdzieś jest i tylko się czai w ciemności, by jeszcze na mnie poeksperymentować. Na szczęście te najgorsze objawy bólowe nie trwają za długo i po dwóch trzech dniach czuję się dużo lepiej. Nie biorę środków przeciwbólowych, ponieważ od leczenia oberwała trochę wątroba. Mam bardzo podwyższony poziom enzymów wątrobowych (aminotransferazy alaninowej) do 160. Norma jest do 41. Widząc ilość leków, które i tak muszę połykać, wolę jej już bardziej nie obciążać i po prostu jakoś przetrwać te gorsze dni. Lekarze w przypadku bólu zalecają paracetamol, ponieważ nie wpływa na działanie innych podawanych leków, ale wyczytałem, że ma silne działanie hepatoksyczne. Jeśli kogoś zaniepokoiłem, to pragnę nadmienić, że pomimo tych niedogodności trzymam się całkiem dobrze. Bez większych problemów dochodzę w końcu do siebie po każdym cyklu chemii. Psychicznie też jestem silny i pełen optymizmu na przyszłość. Stosuję odpowiednią dietę oszczędzającą wątrobę i w miarę możliwości niwelującą skutki uboczne leczenia. Wykonuję codziennie umiarkowane ćwiczenia fizyczne (Tai Chi), dzięki czemu sukcesywnie odzyskują formę. Mam też subiektywne wrażenie, że leczenie przebiega pomyślnie i guzy się zmniejszają. Pewność uzyskam pod koniec miesiąca jak zostanie wykonane kontrolne badanie PET (Pozytonowa Tomografia Emisyjna).
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Problemy techniczne...
Przez ponad miesiąc byłem odcięty od e-świata. Teraz powracam. Przez ten czas przeżyłem kilka snów. Starałem się je spisywać, teraz muszę je tylko przepisać na komputer. Będę się starał codziennie przepisać co najmniej jeden lub dwa. Ostatni z nich zatytułowałem "Skarb". Po nim już będą aktualne oniryczne twory :)
Etykiety:
Dreamland,
Hypnos,
Intymny,
Koszmary,
Marzenia Senne,
Mistycyzm,
Morfeusz,
Oniryzm,
Podróżnik,
Przemyślenia,
Refleksje,
Sennik,
Sny,
Świadomość,
Tajemnica,
Traveller,
Wspomnienia
piątek, 18 listopada 2011
Sny
Sen. Niezwykły, intymny świat, w którym opuszcza nas
świadomość, gdzie przeszłość łączy się z teraźniejszością (i przyszłością?).
Władzę w nim przejmują wspomnienia, pragnienia, lęki i pewien mistyczny
pierwiastek tajemnicy. Wszystkie razem się kotłują w szalonej walce o
pierwszeństwo i dominację. Efekty są przeróżne. Budzą strach i przerażenie,
koją, bawią i zaskakują. Czasem tworzą nielogiczny i niespójny zlepek, a czasem
są zadziwiająco liniowe, tworząc całkiem logiczną historię. Niekiedy mam dziwne
wrażenie jakbym wszedł w czyjś umysł i zyskał dostęp do całej wiedzy. Wiem
wszystko o świecie, który mnie otacza. Tak było np. we śnie, który nazwałem
"Diamenty". Wiedziałem o korporacjach, o technologiach, o sposobie
życia społeczeństw, o swoim miejscu w tym "świecie". Wszystko
wydawało się jasne, logiczne i oczywiste.
Odkąd spróbowałem zapisywać swoje sny, zacząłem częściej je
pamiętać. Możliwe, że ma na to wpływ gwałtowność wybudzenia. Często się zdarzało,
że pies się rozszczekał, lub ktoś niespodziewanie wtargnął do mojego pokoju.
Nie wiem czy wcześniej nie miewałem snów, czy tylko ich nie pamiętałem. Budząc
się pamiętam zazwyczaj ostanie chwile snu. Potem napływają dopiero wcześniejsze
wspomnienia i staram się je zapisać w formie ogólnych haseł. Gdy potem je czytam,
zaczynają napływać dokładniejsze wspomnienia, a nawet odczuwane uczucia.
Od ostatniego wpisu znowu nie pamiętam snów...
Za to znalazłem taki artykuł:
Etykiety:
Dreamland,
Hypnos,
Intymny,
Koszmary,
Marzenia Senne,
Mistycyzm,
Morfeusz,
Oniryzm,
Podróżnik,
Przemyślenia,
Refleksje,
Sennik,
Sny,
Świadomość,
Tajemnica,
Traveller,
Wspomnienia
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















