Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PET. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PET. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 września 2014

Koszmary...

Przez ostatnie dwa tygodnie często dręczą mnie koszmary. Jestem na jakiejś imprezie. Są tam moi najbliżsi przyjaciele oraz znajomi. Zabawa odbywa się w podniszczonych i częściowo zrujnowanych katakumbach. Wszyscy razem tańczymy i dobrze się bawimy. Z mrocznego korytarza wychodzi nagle lekarka w białym fartuchu. Zakłada stetoskop i zaczyna mnie osłuchiwać oraz badać. W końcu stwierdza musisz iść ze mną prosto do szpitala. Nie jest dobrze. Wtedy się budzę. Inne sny kończą się podobnie niepokojąco, ale nie bardzo je pamiętam…
 

W następnym tygodniu będę miał badanie PET (Pozytonowa
Tomografia Emisyjna). Od zakończenia radioterapii minęły prawie trzy miesiące i ma to być badanie kontrolne, sprawdzające efekty leczenia. Choć czuję się coraz lepiej i ciągle pracuję nad odzyskaniem kondycji, która została niemal wyzerowana przez leczenie, ciągle podświadomie obawiam się nawrotu choroby.
 

Z wcześniejszych snów pamiętam jeszcze sen z Putinem sprzed dwóch tygodni. Siedział na tronie z niedbale założoną nogą na nogę. Tron był na środku placu w jakimś porcie. Putin siedział i przyzywał jakieś osobliwie wyglądające potwory. Jednego widziałem z bliska. Przypominał trochę olbrzymiego krokodyla. Z czoła wyrastała wypustko-wędka z świecącą kuleczką na końcu, taką, jaką posiadają niektóre ryby głębinowe. Na grzbiecie posiadał metalowe wypustki przypominające ostrza. Potrafił stanąć na dwóch łapach, które były zakończone orlimi szponami z błonami między palcami...

piątek, 9 maja 2014

Wyniki PET



Obudziłem się o 3 w nocy, a dokładniej obudził mnie ekstremalnie silny ból stawów. Już wiem z doświadczenia, że skoro się pojawił, to potrwa to jakieś 4-5 dni. Bolały mnie stawy w kolanach, w stopach i w nadgarstkach. Rano miałem iść  na badanie krwi, więc nie mogłem sobie pozwolić na nic przeciwbólowego (zresztą i tak praktycznie staram się unikać tych leków z powodu kiepskiej kondycji wątroby). Ledwo udało mi się dojść do auta, a potem z auta po schodach do szpitala.  Odczekałem swoje w Izbie Przyjęć i zaraz po pobraniu krwi wziąłem leki. Udało mi się spotkać na chwilę ze znajomą, która pracuje w szpitalnym laboratorium.
Izba Przyjęć - Drzewo Życia foto by Dreamland Traveller
Spotkałem się też z dietetyczką i skonsultowałem dalszą dietę. Potem odwiedziłem jeszcze znajomą na oddziale i jakoś czas zleciał do 13, czyli do planowanego spotkania z komisją lekarską ds. leczenia chorób limfoproliferacyjnych. Okazało się, że nie ma tego dnia pani ordynator i będą do mnie dzwonić w poniedziałek. Dowiedziałem się też, że będzie trzeba zaplanować radioterapię  i określić dokładnie pole,

obszar, dawkę itp.  Udało mi się też odebrać wyniki badania PET FLT. Są bardzo dobre. Po stronie prawej śródpiersia pozostała jedynie masa o wymiarach 2x6x9 cm o metabolizmie poniżej struktur naczyniowych. Węzły chłonne są niepowiększone, a miąższ płuc jest bez zmian litych i nacieków. Wątroba, trzustka, nerki, nadnercza, śledziona bez zmian ogniskowych.
Teraz czaka mnie już tylko radioterapia… :)

PET FLT


Poczekalnia w Centrum Medycyny Nuklearnej by Dreamland Traveller

Po kilku dniach udałem się wiec na to badanie. Muszę przyznać, że przebiegło wyjątkowo wręcz sprawnie. Młoda lekarka mnie rozpoznała, choć widziała drugi raz i przeprowadziła dokładny wywiad. Według zaleceń wypiłem pól litra wody i gdy wywołano mój numerek, udałem się do gabinetu. Pielęgniarce udało się założyć wenflon już za pierwszym razem. W gabinecie znajdowała się przezroczysta pneumatyczna rura.  Po chwil pojawiła się w niej tuba. Pielęgniarka wyjęła z  niej metalowy pojemnik przypominający nabój z CO2 do syfonów. Otworzyła go i wtedy rozbrzmiał w pomieszczeniu głośny alarm radiacyjny. Pielęgniarka szybko wstrzyknęła mi jego zawartość, którą okazał się radioaktywny izotop fluoru. Po chwili podała mi jeszcze jakiś dodatkowy kontrast i środek
moczopędny. Dolała glukozy do butelki z wodą i musiałem na godzinę udać się na leżankę do innego pokoju. Wciągu tej godziny trzeba było wypić 1,5 litra wody z glukozą, ale spokojnie, korzystanie z toalety było jak najbardziej wskazane. W poczekalni poznałem Agnieszkę z Warszawy. Cierpiała dokładnie na to samo co ja, tylko jej guzek miał 12 cm, a mój 15. Teraz jeździ co jakiś czas na badania kontrolne. Po godzinie zostałem wezwany na badanie. Ostatnia wizyta w toalecie i udałem się do pomieszczenia z nowoczesnym Pozytonowym Tomografem Emisyjnym. Musiałem zdjęć metalowe elementy. Ponieważ w koszuli miałem plastikowe guziki, nie musiałem jaj zdejmować, jedyne co musiałem zrobić, to opuścić spodnie do kolan z powodu metalowej klamry paska. Położyłem się na urządzeniu. Ułożyłem ręce pionowo za głową i podłączono mi wężyk z kontrastem do wenflonu. Od tej pory jedynym moim zadanie było leżeć nieruchomo. Pierścień we wnętrzu urządzenia rozpędził się niczym w jakimś akceleratorze cząstek, a leżanka na której spoczywałem przesuwała się raz do przodu raz do tyłu. Co jakiś czas mignął mi tylko jakiś laserowy znacznik, prawdopodobnie służący kalibracji urządzenia. Badania przebiegło szybko i sprawnie. Po kilkunastu minutach znowu miałem spodnie na pupie i zegarek na nadgarstku.  Tego dnia musiałem się też odizolować od rodziny, ponieważ byłem radioaktywny. Spędziłem więc noc w mieszkaniu babci.