sobota, 6 kwietnia 2013

Kiwi w starym mieście


Otaczała mnie piękna i zapierająca dech w piersiach panorama średniowiecznego miasta. Podziwiałem ją z dachu starej i wysokiej na kilka pięter kamienicy. Czubek dachu był ścięty i wybrukowany, a ograniczały go niskie barierki. Towarzyszyła mi grupka nieznanych mi ludzi oraz przewodnik, który opowiadał o najciekawszych zabytkach, które mieliśmy okazję podziwiać z niecodziennej perspektywy. 
Trasa prowadziła przez dachy kilku centralnych dzielnic i upstrzona była licznymi mostkami łączącymi sąsiadujące ze sobą dachy przeciwległych budynków. Czułem spory dyskomfort z powodu dużej wysokości, wspomagany podmuchami wiatru. Najsilniej go odczuwałem przechodząc po żeliwnych i chwiejnych mostkach, mając pod sobą jedynie brukowane uliczki. W końcu zeszliśmy po drabinach i spiralnych schodach do niewielkiego placu. 
Tam oficjalne zwiedzanie dobiegło końca, lecz ja nie zamierzałem na tym poprzestać i kontynuowałem zwiedzanie na własną rękę. Kręte uliczki czasami się rozdzielały i przechodziły przez budynki. Przystanąłem na chwilę w jednym z większych, który był połączeniem tawerny i młyna wodnego. Chciałem podejść do okna, ale zatrzymał mnie mężczyzna w białym fartuchu informując, że jest to część izby zarezerwowana tylko dla personelu. 
Postanowiłem podążać wzdłuż rzeki, która przepływała przez budynek. Spostrzegłem kilka charakterystycznych miejsc, które widziałem wcześniej w Edynburgu, Mont Saint Michel i Saint Paul de Vence.  Miasto było w sumie ich kompilacją. Zatrzymałem się na nabrzeżu. W nasypie z żółtawej gliny, miały swoje norki małe ptaszki. Posiadały żółte główki z czarnymi kropkami, a wielkością przypominały zimorodki. Co chwilę wlatywały i wylatywały z wydrążonych przez siebie tuneli. 
Na chodniku przy skraju rzeki przechadzały się ptaki Kiwi, które w tym mieście zastępowały gołębie. Co dziwne były zielone i podszczypywały przechodniów w nadziei, że poczęstują je winogronami. Liczni handlarze sprzedawali ich całe kiście, zapewniając, że innych owoców nie jedzą.


W tak zwanym międzyczasie, miałem jeszcze dwa sny, z których zapamiętałem jedynie pojedyncze motywy. 


W pierwszym śniło mi się, że nowy Papież Franciszek postanowił abdykować i zamknął się w Castel Gandolfo, a miliony rozczarowanych wiernych postanowiło go okupować, mając nadzieję, że jednak zmieni zdanie.



W drugim miałem iść na koncert mojego ulubionego zespołu Nightwish  z nową wokalistką. Okazała się nią być Emilie Autumn i niestety, ku memu rozgoryczeniu, zgubiłem bilet.

czwartek, 21 marca 2013

Steampunkowa biosfera


Znajdowałem się w ogromnej, kulistej biosferze. Była bardzo stara i w niektórych miejscach brakowało szklanych paneli. Te które pozostały, były brudne lub popękane. Żeliwna konstrukcja zaczęła już rdzewieć, ale można było na niej dostrzec misterne, wiktoriańskie zdobienia. Panował gorący i bardzo wilgotny mikroklimat. Monumentalna konstrukcja wypełniona była tropikalną roślinnością. 
Przedzierając się przez gęstwiny i torując sobie drogę maczetą, dotarłem na wzgórze. Dopiero z niego doceniłem prawdziwy ogrom tej budowli. Mogła mieć z kilkanaście kilometrów średnicy. W dolinie krzątała się lokalna społeczność. Mieszkali w industrialnych budynkach z czerwonej cegły, oplecionych lianami i wtapiającymi się w tropikalną gęstwinę. 
Mężczyźni przenosili wytopione tafle szkła i za pomocą skomplikowanych systemów dźwigów, bloczków, balonów i zrobotyzowanych wagoników, transportowali je na sam szczyt konstrukcji, dokonując niezbędnych napraw. Zszedłem ze wzniesienia i napotkałem grupkę młodych dziewczyn. Miałem wrażenie, że je znam, ale nie mogłem sobie przypomnieć kim dokładnie były. 
 One również mnie znały w podobny, nieokreślony sposób. Zaprowadziły mnie do bloku, w którym mieszkała moja babcia. Oglądała właśnie jakiś film w telewizji, ale widząc mnie, wyłączyła go. Poczęstowała mnie herbatą i kruchymi ciasteczkami. Usłyszałem jakiś hałas na zewnątrz, więc wyszedłem śpiesznie na balkon. Rozpoznałem charakterystyczny terkot samolotowego silnika. 
Zbliżał się śmigłowy dwupłatowiec. Kilkadziesiąt metrów od bloku wykonał szaleńczy manewr. Ciasno wzniósł się w górę wykonując „beczkę” i po chwili leciał już w drugim kierunku. Dopiero teraz spostrzegłem, że rozgrywa się ogromna w swojej skali bitwa. Setki samolotów starych i bardziej współczesnych walczyło ze sobą  w powietrzu, a na wielkim zbiorniku wodnym, odbywała się podobna bitwa morska. 
Żaglowce, galery i fregaty strzelały do sobie nawzajem z armat, karabinów maszynowych, dział i wyrzutni rakiet. Motorówki i katamarany manewrowały między wolniejszymi jednostkami. Na samym środku płynął ogromny wycieczkowiec, który próbował opuścić strefę walk. Kilka sterowców zrzucało bomby głębinowe, których wybuchy wyzwalały wysokie fontanny wody. 
Próbując opuścić budynek, przemierzyłem klatkę schodową i wyszedłem w zadbanym parku miejskim. Panowała cisza i spokój. Wzdłuż chodnika biegły wąskie tory. Stały na nich zabytkowe tramwaje pomalowane na biało-czerwono. Zaglądając do wnętrza, zobaczyłem, że urządzono w nich kawiarnie. Pomiędzy małymi, okrągłymi stołami krążyli elegancko ubrani kelnerzy. 
Idąc dalej po parku doszedłem do dużego basenu chyba o wymiarach olimpijskich. Odbywały się na nim dziwne zawody. Na dwóch końcach basenu znajdowały się przeciwne drużyny liczące po kilkaset ludzi. Ich członkowie odróżniali się kolorami czepków. Na wystrzał sędziego, wszyscy wskakiwali do wody. Wygrywała drużyna, której wszyscy członkowie dopłyną jako pierwsi na przeciwległy skraj basenu. 
Spotkanie na środku basenu było dodatkową atrakcją, wzmagającą aplauz kibiców. Po zawodach dotarłem do chaty pokrytej strzechą. Znajdowało się w nim muzeum tortur. Obejrzałem dziesiątki urządzeń i rekwizytów wykorzystywanych w bardzo kreatywny sposób do zadawania cierpienia. Na tyłach spotkałem przyjaciela ubranego w strój ludowy, który 
przygotowywał właśnie bardzo nietypowe obrazy. Był to jaskrawy penaptyk, składający się z części o wymiarach, mniej więcej pół metra na sześć-siedem metrów.

środa, 13 marca 2013

Zmiany, zmiany, zmiany...



Nie było mnie przez dłuższy czas. Zaczęło się od awarii mojego notebooka. Udało mi się ustalić, że prawdopodobnie uszkodzeniu uległ ekran lub połączenie ekranu z płytą główną. Usterka objawiała się barwnymi (zielono-różowymi) zakłóceniami na ekranie uniemożliwiającymi korzystanie z komputera. Na początku pojawiały się jedynie barwne pasy i linie, potem zakłócenia przypominały już tak zwany biały szum tyle, że u mnie był kolorowy. Na szczęście notebook był jeszcze na gwarancji, więc oddałem go do serwisu. Próbowałem uruchomić mój stary i już nieco zapomniany komputer stacjonarny. 
Zainstalowałem więc na nowo system operacyjny, ale i w tym komputerze pojawił się problem z monitorem. Ekran był czarny, a obraz pojawiał się na ułamek sekundy trzy razy po każdej próbie uruchomienia. Najpierw pojawiał się ekran z komunikatami z biosu. Następne mignięcie występowało przy ekranie logowania do Windows’a, a ostatni przebłysk następował po pełnym uruchomieniu się systemu operacyjnego. Mój jedyny kontakt z „e-światem” odbywał się przez telefon komórkowy, co było bardzo topornym rozwiązaniem.
Na przełomie lutego i marca zmarł mój wujek. Pojechałem więc wraz z rodzicami na jego pogrzeb. 
Była to też okazja na spotkanie z częścią rodziny, którą dość rzadko się widuje z powodu odległości. Kilka dni później przeprowadziłem się, co chciałem zrobić już od dłuższego czasu. Jestem wdzięczny przyjacielowi, który mi pomógł przewieźć moje rzeczy i pożyczył netbooka. Ekran ma zaledwie 10 cali i ogólnie nie grzeszy wydajnością, ale zawsze to jakiś komputer. 
Już po przeprowadzce okazało się, że na miejscu nie ma jeszcze Internetu. Został zainstalowany w środę wieczorem. Zdołałem zainstalować przeglądarkę i kilka innych podstawowych aplikacji, a już następnego dnia zostałem poproszony o zaopiekowanie się kuzynką (10 lat) i kuzynem (3 lata). Pojechałem do nich i opiekowałem się nimi do poniedziałku. Przyznam, że była to niemal praca na 3 etaty. Praktycznie nie miałem chwili dla siebie, a i snu miałem niewiele z powodu płaczliwych przebudzeń kuzyna. Po nich sam miałem problemy z zaśnięciem. Wziąłem oczywiście netbooka ze sobą, ale nie mogłem się połączyć z Internetem.  
Wczoraj odpoczywałem po weekendzie na pełnych obrotach i pojechałem z reklamacją do siedziby firmy zajmującej się dystrybucją biletów. Biletomat już za pierwszym razem, gdy z niego skorzystałem po przeprowadzce, postanowił mnie oszukać. Zamiast 5-ciu normalnych biletów 30-minutowych, wydał mi takie trzy i jeden ulgowy 15-minutowy.
Dowiedziałem się również, że mój tata miał kolejną stłuczkę. Na szczęście nic mu się nie stało, tylko tylny zderzak jest do wymiany i będzie sponsorowany przez winowajcę.
Na razie nie wchodzę jeszcze na facebooka w obawie przed lawiną powiadomień, zresztą powinien wytrzymać beze mnie jeszcze kilka dni. 
Skupiam się na aktywnym poszukiwaniu pracy i mam nadzieję, że po tych wszystkich zdarzeniach przynajmniej ją  uda mi się znaleźć stosunkowo szybko. Poznaję najbliższą okolicę na  codziennych spacerach i niebawem powinienem odzyskać swojego notebooka.

piątek, 15 lutego 2013

Śnieżna sowa origami


Wraz z siostrą przemierzałem alejki jakiegoś niemieckiego miasta. Obywatele tureckiego pochodzenia obchodzili jakieś święto. Śpiewali, bawili się, a potem wszyscy zgromadzili się w płytkim basenie i oblewali się wodą, czerpaną za pomocą mosiężnych mis. Robili to w rytm jakiejś mantry powtarzanej jednocześnie przez wszystkich. Niemcy przechodzili obok i ignorowali wszystko to co się działo, jakby tego nie zauważali. Znalazłem się w ciemnym pokoju. 
Siedziałem przy biurku i składałem wielki arkusz papieru. Z moich starań powstała wspaniała papierowa sowa. Nagle zauważyłem, że w pokoju nie byłem sam. Na łóżku leżał chłopak, brunet, o włosach takiej długości, że ledwo zakrywały mu uszy. Miał na nich duże słuchawki. Zdjął je i powiedział prowokująco „Na pewno nie poleci”. Śledząc jego spojrzenie mój wzrok utkwił na sowie stworzonej w sztuce orgiami. Uśmiechnąłem się i odpowiedziałem z przekonaniem, że poleci. Otworzyłem okno i wyrzuciłem sowę. 
Zaczęła opadać w dół i nagle papier przemienił się w prawdziwe zwierzę. Opierzone skrzydła o imponującej rozpiętości wystrzeliły w bok i momentalnie uchwyciły wiatr. Wielka biała sowa zaczęła krążyć dostojnie po okolicy. Usłyszałem dzwonek do drzwi. Poszedłem do przedpokoju. Znajdował się już tam mężczyzna ubrany w elegancki garnitur z melonikiem na głowie. Próbując przyjąć jak najwygodniejszą pozycję usadawiał się niezgrabnie na podłodze, opierając się o drzwi.  
Przedstawił się jako przedstawiciel sieci telefonii komórkowej i chciał odnowić umowę, która właśnie wygasła. Zadawał pytania z kwestionariusza i próbował zapisywać moje odpowiedzi. Było to trudne, ponieważ w pomieszczeniu było ciemno z powodu awarii zasilania. Zaproponowałem mu, żeby poszedł do pokoju i usiadł w fotelu, a ja spróbuję włączyć prąd. 
Podszedłem do skrzynki z bezpiecznikami i zacząłem przełączać pięć wajch w losowej kolejności. Wiedziałem, że to jakiś szyfr i muszę je ustawić w odpowiedniej kombinacji. Będąc już blisko jej odkrycia, obudziłem się...

środa, 13 lutego 2013

Dom

Mówi się, że mężczyzna powinien zbudować dom, ale każdy, kto traktuje to dosłownie i idzie kupić cegły, nie jest godzien nazywać się mężczyzną, co najwyżej chłopcem, samcem lub facetem.
 


Każdy dom powinien mieć solidny fundament, osadzony na twardej litej skale. Piwnicę z grubymi ścianami niczym schron przeciwatomowy, w którym można się skryć w razie zagrożenia. To jest Przyjaźń.
Sam budynek powinien być bardzo dobrze zaprojektowany, tak by rozmieszczenie pomieszczeń było optymalne i użyteczne. Ściany nośne wykonane z najlepszych materiałów, tak by uniosły ciężar całego budynku. To jest Miłość.
Budynek by stał się domem powinien być umeblowany. Ściany pomalowane ulubionymi kolorami farb lub wytapetowane. Najlepiej udekorowane obrazami i innymi przedmiotami bliskimi sercu. To jest Sex.
W okolicy domu powinien powstać ogród. Trzeba o niego bardzo dbać i nieustannie go pielęgnować, bo łatwo może zmarnieć i zdziczeć. To są Dzieci nazywane też czasem latoroślami.
Wszystko powinno się odbywać w tej właśnie kolejności. Można oczywiście próbować postawić mebelki bezpośrednio na trawie, ale przy pierwszej lepszej ulewie, czy wichurze i tak się dojdzie do wniosku, że nie był to najlepszy pomysł…
Podobnie jest, gdy zbuduje się dom bez fundamentu lub stworzy ogród pośrodku niczego…
To są moje przemyślenia i jestem ciekaw Twojej opinii czytelniku/czytelniczko ;)

niedziela, 3 lutego 2013

Konie w galopie


Stary, zdezelowany samochód toczył się ostrożnie po wyboistej polnej drodze. Każdemu wybojowi towarzyszył nieprzyjemny jęk karoserii. Droga stawała się coraz bardziej błotnista, a polny krajobraz zmienił się na leśny. Prowadziłem teraz jeszcze bardziej ostrożnie, a przy rozwidleniu zatrzymałem się. 
Prawa odnoga prowadziła w dół i niknęła w niezwykle gęstym i mrocznym lesie. Lewa wiła się wzdłuż polany, tuż przy krawędzi zagajnika. W oddali skręcała w stronę dziwnego obozowiska. Widziałem ścianę ze śnieżnobiałego płótna, wysoką na kilka metrów i  tworzącą niemal pełny krąg o średnicy może ze dwustu metrów. 
Ruszyłem w kierunku tej zagadkowej konstrukcji. Wysiadłem z auta i zobaczyłem, że jechałem chyba bardzo starym Volkswagenem Golfem koloru białego, w licznych miejscach nadgryzionym przez rdzę. Przekroczyłem granicę płóciennego kręgu. Było tam kilkadziesiąt koni wraz z opiekunami, którzy poddawali je zabiegom pielęgnacyjnym. Czesali sierść, masowali mięśnie i oczyszczali kopyta. Jeden samotny koń powoli podszedł do mnie. 
Miał piękną, lśniącą sierść. W zależności od tego jak się ustawił względem słońca, barwa zmieniała się od bardzo ciemnego brązu do czerni. Spojrzał na mnie swoimi mądrymi oczyma i poczułem pewną nienamacalną więź. Wyczułem, że chce bym na niego wsiadł. Inni ludzie również dosiedli konie i wszyscy ustawili się przy wyjściu. Znaleźliśmy się na samym końcu zgrupowania. 
W pewnym momencie tętent kopyt wzruszył ziemię i rozpoczął się wyścig. Powoli przekroczyliśmy umowną linię startu i po chwili przeszliśmy w galop. Czułem omiatający nas wiatr i niemal jedność ze zwierzęciem. W ciągu kilku chwil minęliśmy wszystkich zawodników i objęliśmy prowadzenie. Nagle koń się potknął o rozciągniętą w poprzek drogi żyłkę i upadliśmy. 
Pozostałe konie przeskakiwały nad nami, a gdy wszyscy nas minęli dostrzegłem, że przednia noga mego końskiego towarzysza obficie krwawi. Mimo obrażeń i z moją drobną pomocą zdołał się podnieść, a rana okazała się mniej poważna niż się wydawało w pierwszej chwili. Zaczęła się goić i w końcu zanikła, a ja poczułem ulgę.

wtorek, 29 stycznia 2013

Szympansy

Wybrałem się na spacer po wąskich i urokliwych uliczkach starego miasta. Towarzyszyła mi siostra, a jej obcasy głośno stukały na kamienistym bruku. Odgłos roznosił się echem po opustoszałym deptaku. Po jakimś czasie spotkaliśmy jej koleżanki, których ja nie znałem. Jedna z nich była blondynką. Włosy miała krótkie, a twarz pogodną. Ubrana była w szarą, błyszczącą spódnicę i białą bluzkę bez rękawów, związaną z tyłu. Za namową nowo poznanych koleżanek udaliśmy się do pobliskiej dyskoteki. Ludzi było tam sporo, ale nikt nie tańczył. Z głośników wydobywała się muzyka techno, co mi bardzo się nie podobało, więc wyszedłem. Dotarłem do sklepu. Ekspedientka zachwalała, że wszystkie sprzedawane tam produkty są w stu procentach naturalne. 
Moją uwagę przykuły olbrzymie czarne raki, które rozmiarami przypominały raczej homary. Znalazłem się nad jeziorem. Woda była spokojna i krystalicznie czysta, tak że bez problemu można było dostrzec dno. Wszedłem na niewielkie drewniane molo. Na barierkach siedziały szympansy, które niespodziewanie zaczęły się na nich huśtać i nimi kołysać. W końcu skoczyły do wody. Chodziły "na czworakach" po dnie, a ich ogony wystawały nad powierzchnię niczym peryskopy (Dziwne, szympansy nie mają przecież ogonów). 
Podszedłem do końca mola, usiadłem na barierce i skoczyłem z zamiarem zbadania zachowania szympansów. Było jednak wyżej niż myślałem, a woda była płytka w miejscu lądowania. Uderzenie było bolesne, ale grząskie dno zamortyzowało upadek. Z trudem wyczołgałem się na brzeg. Cały byłem pokryty mułem i piaskiem. Ktoś krzyknął, że zaraz rusza ostatni pociąg. Instynktownie pstryknąłem palcami i nagle byłem czysty, pstryknąłem drugi raz i byłem ubrany. 
Pobiegłem na pociąg i wskoczyłem w ostatniej chwili. W przedziale do którego wsiadłem, przebywała pewna młoda para. Przygotowywali się do narodzin dziecka i wywiązała się dyskusja na temat bajek, a dokładniej o tym, które są najlepsze dla dzieci.

niedziela, 20 stycznia 2013

Podsumowanie i statystyki…


Na Blogerze pojawiłem się w październiku 2011 r. Zaczynałem od pisania tylko dla siebie, ale w końcu doszedłem do wniosku, że mogę to pokazać światu. W listopadzie udostępniłem swojego bloga do wglądu dla wszystkich. Kolejną zmianą było dodanie statystyk odwiedzin, co nastąpiło dokładnie rok temu, czyli 20 stycznia 2012 r. Jestem pozytywnie zaskoczony, że od tego czasu weszło tu już ponad 28 000 osób i to z 64 krajów. 
Spoza Polski, najwięcej odwiedzin było z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Brazylii i Irlandii. Czytelnicy weszli ze wszystkich zamieszkanych kontynentów i z tak egzotycznych dla mnie krajów jak: Birma, Maroko, Ekwador czy Sri Lanka (wszystkie kraje zaznaczone na zielono na konturowej mapie świata).
Jeśli zaś chodzi o Polskę, to moi goście pochodzili z 437 miast.

TOP 10 (Najwięcej odwiedzin z Polski)
1. Warszawa
2. Kraków
3. Bydgoszcz
4. Poznań
5. Wrocław
6. Katowice
7. Łódź
8. Lublin
9. Gdańsk
10. Szczecin


Opublikowałem 85 postów, z czego w 71 opisałem swoje sny. Napisany przeze mnie tekst zajął 58 stron A4 (pisanych czcionką Calibri o rozmiarze 11). Najpopularniejsze posty widać po prawej stronie, a „Morderczy rytuał” został wyświetlony ponad 4300 razy.
Paradoksalnie bardzo rzadko pamiętam swoje sny. To co tu spisałem to ok. 70% snów. 
Pozostałe zanurzyły się w mroku niepamięci, ponieważ nie miałem czasu by spisać je ogólnikowo po przebudzeniu. Przeważnie potrzebuję dobrych kilku chwil by przypomnieć sobie co mi się właściwie śniło. Podsumowując całościowo poprzedni rok, przeżyłem w nim bardzo wiele trudnych i przykrych chwil, ale i kilka szczęśliwych się znalazło. Mam nadzieję, że 2013 okaże się dużo lepszy.
Pozdrawiam was drodzy czytelnicy. Trzymajcie się ciepło w te chłodne zimowe wieczory, a noce niech obfitują w piękne sny! :)

piątek, 11 stycznia 2013

Średniowieczna kamienica, świątynia i małpy...


Byłem na wycieczce zagranicznej, chyba we Francji. Towarzyszyli mi rodzice oraz wujek ze Śląska. Mieliśmy zwiedzać zabytkową kamienicę. Robiłem dużo zdjęć detali takich jak: kołatka w kształcie głowy lwa, zdobienia okalające okna, rzygacze w formie małych demonów. Weszliśmy do środka i każdy z nas dostał słuchawkę z której można było usłyszeć komentarz lektora opisujący zabytek. By usłyszeć go w języku polskim, należało nacisnąć przycisk z numerem 7. Z holu odjeżdżała mini ciuchcia, jako atrakcja dla najmłodszych. 
Postanowiłem sam obejść to miejsce własnym tempem. Wyszedłem do ogrodu, a jego urokliwość mnie zachwyciła. Pnącza w jesiennych odcieniach czerwieni i żółci wspinały się i oplatały stary budynek. Krzewy były elegancko przycięte, wielokolorowe kwiaty tworzyły geometryczne wzory. Przysiadłem na ławce przy stawie. Przyszli tam również obecni właściciele kamienicy (w rzeczywistości to właściciele osiedlowego sklepiku w którym obecnie jest remont). Po chwili odezwała się słuchawka i wysłuchałem wiadomości, że czas już kończyć zwiedzanie. 
Wsiadłem do auta. Było czerwone, a w środku znajdowało się sześć miejsc. Trzy z przodu i trzy z tyłu. Samochód bardzo dziwnie się prowadziło. Miałem problemy z całkowitym wyhamowaniem. Zbliżając się do przejścia dla pieszych, musiałem otworzyć drzwi i wyhamowywać pojazd nogą. Reagował też z opóźnieniem na skręt, przez co lekko zarysowałem jakieś inne auto. Dojechałem w końcu do jakiejś świątyni. Wysiadłem, wziąłem auto pod pachę  i wniosłem je po schodach do środka (jakoś mnie wtedy to nie dziwiło i wydawało się czymś normalnym). Odłożyłem je w przedsionku tuż obok kilku innych. Świątynia była ogromna, zbudowana na planie kwadratu z zaokrąglonymi narożnikami. Ołtarz był na podeście, na samym środku świątyni. 
Na ścianach znajdowało się dużo starych obrazów, poczerniałych od dymu świec. Stało też sporo rzeźb. Zwiedzając to miejsce czułem się jak w jakiejś galerii lub muzeum. Kiedy wyszedłem, wynosząc ze sobą auto, zauważyłem czekających na mnie znajomych. Mój przyjaciel przedstawił swoją nową dziewczynę. Była wysoka i miała niesamowicie długie, rude włosy sięgające aż do kolan. W sumie było nas ośmioro i jakoś upchnęliśmy się do pojazdu. Przyjaciel zaproponował, że poprowadzi. Zamiast patrzeć na drogę, co chwilę spoglądał na niewiastę siedzącą obok i przejeżdżał na czerwonych światłach. Po zwróceniu mu uwagi, w końcu zaczął się na nich zatrzymywać. 
Podczas jednego z takich postojów zobaczyłem przez okno pewnego chłopaka o latynoskiej urodzie. Ubrany był w popielaty prochowiec i rzucał jakąś szmatą. Przechodnie podnosili ją, a wtedy wypadało z niej kilka kości do gry. Podnosił je i przechodził na kolanach tyle kroków ile było oczek. Następnie owijał kości szmatą i sytuacja się powtarzała. Dojechaliśmy i wszedłem do domu razem z moim kolegą lekarzem. Dał mi dwie lalki, chłopca i dziewczynkę, mniej więc półmetrowej wysokości. Powiedziałem, że ich nie potrzebuję i by je zabrał. Po chwili wrócił z dwiema wypchanymi małpami. Jedna nie miała dolnej połowy ciała i była pocerowana grubymi szwami. 
Obie miały postrzępione futro, typowe dla wypchanych zwierząt. Ich nosy miały bladoróżowy kolor i przypominały kocie. Przerażały mnie. Kolega podał mi ich imiona. Jedna nazywała się Słoneczko i tak była podpisana czarnym flamastrem na futrze, a imienia drugiej nie zapamiętałem. Kolega wyszedł, ale miał zaraz wrócić. Zostaliśmy sami i właśnie wtedy podniosły powieki i przekręciły głowy w moim kierunku. Wypowiedziałem ich imiona, a one wzdrygały się na nie. Oczy miały bardzo mętne i mimo wszystko wyglądały przerażająco martwo… 

piątek, 4 stycznia 2013

„…i tak wszyscy umrzemy”


Pojechałem w odwiedziny do wujka. Zobaczyłem tam Ją jak siedzi samotnie przy małym stoliku w kuchni. Przysiadłem się i zamieniliśmy ze sobą kilka słów. Znalazłem się w hotelu lub internacie. Duża sala wypełniona była ustawionymi obok siebie łóżkami. Łóżka przypominały trochę szpitalne. Leżeli na nich moi znajomi ze studiów. Sam także siedziałem niedbale na jednym z łóżek i wertowałem notatki. Uczyłem się do jakiegoś egzaminu i nie szło mi najlepiej. Notatki wydawały się nieczytelne. Innym chyba też nie szło za dobrze. Koleżanka rzuciła swoje notatki i powiedziała, że pewnie i tak obleje. 
Wyszedłem z pomieszczenia i dotarłem do eleganckiej restauracji. Trzymałem za rękę małe kilkuletnie dziecko i wydawało mi się, że to ktoś mi bliski (wyśniona córka/syn?). Były tylko dwa wolne miejsca przy jednym ze stolików. Siedziała przy nim starsza kobieta z synem. Przysiedliśmy się więc. Siedzieliśmy w niszy, a z trzech stron znajdowały się okna. Spojrzałem po kolei przez każde. 
Przez pierwsze zobaczyłem Łuk Tryumfalny. W drugim dostrzegłem zamek cesarski. Natomiast w trzecim bardzo ciekawy, wręcz designerski niewielki budynek ze szkła i stali. Był to skręcony prostopadłościan, a w górnej części zainstalowane było kryształowe oko rozszczepiające światło na wszystkie kolory tęczy niczym pryzmat. Wydawało mi się, że to wyjście z metra. Ludzie wybiegali z niego w panice. Zwróciłem na to uwagę kobiety. 
Spojrzała na moment i wróciła do konsumpcji obiadu oraz wycierania podbródka synowi. Powiedziała, że to pewnie jakiś zamach lub epidemia. Zamyśliła się na chwilę i dodała… i tak wszyscy umrzemy… jest nas za dużo. Chwyciłem dziecko, które wcześniej przyprowadziłem i wybiegłem. Trafiłem do labiryntu korytarzy i dziesiątków drzwi. Wszystkie wyglądały tak samo. Nie wiedziałem, które są właściwe, z których wcześniej wyszedłem. 
Wybrałem ostatnie, na samym końcu korytarza i wszedłem do sali sypialnej, w której byłem wcześniej. Spakowałem swoje rzeczy i opuściłem budynek. Wspiąłem się na wzgórze i czułem niepokój, tak jakby coś się miało zdarzyć…