sobota, 14 kwietnia 2012

Piątek 13


Wielu ludzi obawia się tej daty. Ja nie pamiętam, żeby zdarzyło się coś szczególnie pechowego.
Rano poszedłem na pocztę z awizo. Urząd Skarbowy oddał mi parę groszy. Niewiele, ale zawsze coś.
Pod wieczór odwiedziłem siostrę i szwagra. Pomogłem Jej w obróbce kilku zdjęć, a potem obejrzeliśmy film.
O 23:46 miałem ostatni autobus, więc wyszedłem wcześniej by się nie spóźnić. Stałem na przystanku, a autobus przejechał obok i się nie zatrzymał. W sumie nawet mnie to rozbawiło. Przynajmniej zaoszczędziłem bilet i poszedłem pieszo. Ominąło mnie też oberwanie chmury i gradobicie, więc powietrze było przyjemnie świeże, a noc spokojna i stosunkowo ciepła. Na mojej drodze pojawiły się również dzikie jabłonie pokryte białymi kwiatami. Przystanąłem na chwile by poczuć ich słodki zapach. Nastawiony pozytywnie dotarłem do domu i w końcu udało mi się porządnie wyspać :) 

wtorek, 10 kwietnia 2012

Broken heart ciąg dalszy...


Mój poprzedni wpis był dość chaotyczny i właściwie nie napisałem w nim nic konkretnego. To przez to, że podczas jego pisania byłem kłębkiem nerwów, a pisałem go późno w nocy. Zdarzyło się sporo w krótkim okresie czasu. Skorzystam z anonimowości jaką zapewnia mi ten blog oraz pisanie pod pseudonimem i spróbuję opisać wszystko po kolei. Jakieś osiem miesięcy temu postanowiłem zapuścić włosy. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z konsekwencji jakie może to wywołać. W końcu to tylko włosy, myślałem. Niestety nie spodobało się to moim rodzicom. Zaczęły się narzekania i obelgi pod moim adresem. Nie spodziewałem się poziomu ich eskalacji. Tuż przed świętami doszło do tego, że matka niemal się mnie wyparła. Podczas mojej nieobecności okradła mnie, a gdy spałem podstępnie obcięła mi kawał kłaków. Postawiła na swoim i chcąc nie chcąc musiałem się udać do fryzjerki. Na miejscu się dowiedziałem, że wszystkie fryzjerki w salonie wiedziały już o tym, że moja matka pała niechęcią do długości moich włosów. Zabawne, że fryzjerki nie podzielały jej zdania i twierdziły, że gdyby nie ten uszczerbek, to by je tylko wymodelowały (cokolwiek to znaczy). Ta absurdalna sytuacja skończyła się więc na tym, że znowu jestem krótkowłosy i przy okazji straciłem zaufanie do rodziców. Czułem się jakbym wpadł w misternie skonstruowaną pułapkę. Byłem oczywiście o wszystkim ostrzegany, ale byłem również przekonany, że takie działania są tak niedojrzałe i kuriozalne, że dorosła i bliska osoba nigdy się na to nie odważy. Myliłem się. Jest to o tyle bolesne, że rodzina zawsze była dla mnie ważna.
Kolejnym przykrym wydarzeniem była wizyta u weterynarza z moją ukochaną psiną. Jest u nas już ponad 10 lat. Wyczułem u niej kilka guzków na podbrzuszu i trochę mnie to zaniepokoiło. Weterynarz stwierdził, że to nowotwór. Możliwa byłaby operacja podczas której dokonano by biopsji i usunięto zmiany, ale ona jest tak strachliwa, że prawdopodobnie jej serce nie wytrzymałoby operacji. Pozostaje mi tylko ją obserwować i wierzyć, że będzie z nami jak najdłużej, a nowotwór nie jest złośliwy. Puki co, wydaje się jej to nie przeszkadzać. Ciągle jest radosną psiną skorą do zabawy niczym szczeniak.
Pokochałem wspaniałą kobietę. Niektórzy szukają takiej miłości przez całe życie i jej nie znajdują. Mi się to udało lecz raczej nie będzie happy endu. Zależy mi na Niej bardziej niż na kimkolwiek innym. Niestety w obawie przed kruchością Jej stanu psychicznego nie potrafiłem się wystarczająco otworzyć i nie chciałem "dokładać" Jej swoich problemów. Nie zdążyłem Jej wystarczająco zaufać co wyczuła i również nie potrafiła wystarczająco zaufać mi. Zbyt rzadko się widywaliśmy i rozmawialiśmy, a mój dość introwertyczny charakter niczego mi nie ułatwiał, pomimo moich starań. Oczywiście mocno upraszczam tu całą sytuację. Podsumowując, moje wyznanie miłości spotkało się z odrzuceniem.
Poza tym mój najlepszy przyjaciel się wyprowadza. Niedługo stracę pracę i znowu będę bezrobotny. Szukam już nowej, ale obecny "kryzysowy" rynek pracy nie daje zbyt dużych nadziei.
Wujek u którego zawsze spędzałem Sylwestra miał wylew i obecnie nie jest w stanie samodzielnie się poruszać, ani komunikować, a u ciotki coraz bardziej rozwija się choroba alzheimera. Oboje zawsze bardzo lubiłem i przykro widzieć ich w coraz gorszym stanie wraz z każdą wizytą.
Wczoraj się dowiedziałem, że mój kuzyn zgłosił się z bólem głowy do szpitala, a tomografia wykazała torbiel podpajęczynówkowy. Za tydzień się z nim spotkam.
Wszystkim się przejmuję i nie potrafię pozostać obojętny. Prawie nie sypiam, a jak już mi się uda zasnąć na 2-3 godziny, to prawie nie pamiętam snów. Jedynie urywki jak pocztówki. Z dzisiejszej nocy pamiętam jedynie, że ukrywałem się przed żołnierzami i czołgami, oraz pomagałem cywilom i partyzantom...
Zawsze starałem się być nastawiony optymistycznie do świata. W święta próbowałem być uśmiechnięty przy rodzinie, która nas odwiedziła lecz nie bardzo mi to wychodziło. Moja 9-letnia kuzynka chyba to wyczuwała i robiła wszystko by mi poprawić nastrój. Nawet jej się to udawało. Dzieci potrafią wnieść dużo szczęścia. Zrobiliśmy nawet konkurs "Mam Talent". Przygotowałem dyplomy. Przyznała mi pierwsze miejsce z serduszkiem. Dziś wyjechali, a żyć trzeba dalej i  nie zamierzam się poddawać…

sobota, 7 kwietnia 2012

Broken heart


Dodaj napis

Ten post wychodzi trochę z przyjętej przeze mnie konwencji pisania o snach.
Jest jakiś symbolizm w tym, że to co się stało zdarzyło się akurat w Wielki Piątek, tyle, że raczej nie ma szans na "Zmartwychwstanie". Moje pokryte metaforycznymi bliznami serce wzbogaciło się o kolejną wielką ranę. Zgrało się to także ze scysją z rodzicami. Nigdy nie było tak źle. Złe wydarzenia lubią się przyciągać i występować stadnie. Przyjechała także rodzina, wszędzie wokół pełno kuzyniątek. Noszenie maski przykrywającej ból i smutek jest dla mnie bardzo trudne. Nie przystoi to facetowi, ale gdy tylko jestem
sam, z mojego ciała wypływają potoki łez. Nie zdarzyło mi się płakać od 6 lat, kiedy to zmarł mój dziadek i skumulowało się jeszcze kilka innych przykrych zdarzeń. Umarła we mnie radość i pewnie minie sporo czasu zanim powróci. Serce pewnie także z czasem się zabliźni. Nie czuję gniewu, ani żalu. Nie potrafię się na Nią gniewać. Jest we mnie tylko ogromny smutek i rozczarowanie. Doceniam Jej szczerość i odwagę, bo do szczerości potrzebna jest odwaga i wiem, że Jej też jest trudno. Pewnie znalazłoby się sporo osób w podobnym do mojego stanu emocjonalnego, które targnęłyby się na swoje zdrowie. Pragnę uspokoić potencjalnych czytelników, że zamierzam jakoś to przetrwać i wyjść z tego silniejszy. Chyba to uzewnętrznienie się jakoś mi pomoże. Mam przynajmniej taką nadzieję. Nie wszystkim jest pisane szczęście. Może jest jakaś pula osób szczęśliwych, a ponieważ w przyrodzie musi być zachowana równowaga, to inni są skazani na ból i cierpienie. Najgorsza jest utrata nadziei, która w moim przypadku zmieniła się w przerażającą kupkę popiołu. Czuję się samotny jak nigdy pomimo domowników krzątających się w przedświątecznych przygotowaniach. Nie wiem skąd mam teraz czerpać siłę... 


Dostałem dziś też spamowego sms'a. Dziwne bo nie dostawałem takowych już od miesięcy. A treść jego jest następująca: "Ktos bardzo chce Cie poznac! Odbierz teraz bezplatnie fotke tej osoby i zadecyduj! By dostac fotke pisz bezplatny sms DAJ pod (numer), kolejne 2,46zl/dzien"
Okrutny i niesmaczny żart od rzeczywistości i losu. Marketingowa machina czychająca na naiwnych i zdesperowanych. To powinno być zakazane.


Drugi obrazek nie do końca pasuje, mógłby sugerować, że się mną bawiła, co nie jest prawdą. Nie mam jednak siły szukać czegoś bardziej adekwatnego, ani kolejnych obrazków.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Fragmenty libretta "Taniec Wampirów"


Kiedy idzie noc niesie pustkę i żal, nie wiem czego jest mi brak. 

Kiedy idzie noc mam tak cudowne sny, ale czuję lęk, gdy budzę się z nich. 

Ciało spowił mrok, jest we mnie dziwny niepokój, nie pojmuję skąd się bierze ten stan. 

Zguba grozi mi, pragnę ulec pokusie, którą w końcu zgotowała mi ta noc! 

Kiedy idzie noc czuję dotyk magiczny, jego źródła nie zna nikt. 

Wszystko jedno jak, pragnę odkryć nieznane, rzucę życie swe na szalę, na stos! 


W zatraceniu wolność jest! Tylko w Tobie ją odnajdę! 

Co dręczyło mnie we śnie, niech zachwyci mnie na jawie! 

Gdy z Tobą zanurzę się w mrok między odchłań, a blask!

Zapomnisz o rozdarciu, zatrzyma się czas.

Ogarnia mnie pragnienie i rozpala czar! 


Niech dzieją się te cuda, jak i w śnie, za dnia! 

Me serce to dynamit, tylko iskry mu brak! 

Bo wiem, że wiecznie chcę żyć, a wieczność zaczyna się dziś! Wieczność zaczyna się dziś... 

Miałaś kiedyś mieć wielką miłość po grób, zamiast tego idziesz na dno... 

Obłęd wciąga mnie i tak daleko jest dom, i tak daleko jest dom. 

Oddaję się dziś swoim snom...

niedziela, 1 kwietnia 2012

Castle Party


Zostałem poproszony przez kuzynów o nakręcenie filmu. Zgodziłem się i pojechałem do nich. Nagrałem kilka dialogów, kaskaderski pościg samochodem i kilka ujęć panoramicznych pokazujących przemysłowe miasto. Następnie zacząłem samotnie zwiedzać okolice. Dotarłem do monumentalnego wieżowca z wielkiej płyty. Ten relikt PRLu mógł mieć z kilkadziesiąt pięter. 
Wszedłem do niego i zacząłem mozolną wspinaczkę po schodach. W pewnym momencie schody skończyły się, a kilka pięter połączono w jedną dużą salę. Ściany wyłożono drewnem i przyozdobiono czerwonym materiałem. Zbudowano też coś w rodzaju drewnianego amfiteatru z podestem i mównicą na środku. Wszystkie miejsca zajmowali starsi, siwowłosi mężczyźni w czarnych frakach i garniturach. Moje pojawienie się wywołało niewielkie zamieszanie, a przemawiający właśnie mężczyzna przerwał swój wywód. 
Nieśmiało zapytałem o dalszą drogę do góry, a ktoś niedbale wskazał mi okno. Alternatywna droga nieco mnie przeraziła. Trzeba było wyjść na zewnątrz budynku, a następnie wspinać się po drabinie przez kilka pięter. Powoli i ostrożnie wychyliłem się przez okno i mocno złapałem szczebel metalowej i już nieco zardzewiałej drabiny. Było ciemno i padał deszcz. Wspinaczka zdawała się trwać wieczność, a paraliżujący strach mi jej nie ułatwiał. 
W końcu dotarłem do jej końca i ochoczo wszedłem do wnętrza budynku. Po kilkunastu piętrach osiągnąłem w końcu szczyt budynku i zobaczyłem tam Ją. Czekała na mnie. Razem zaczęliśmy planować wyjazd na CP. Okazało się, że festiwal został przeniesiony w inne miejsce. Wynajęliśmy pokój w kamienicy. Właściciel co jakiś czas do Nas wydzwaniał i śpiewał przez telefon. Wyszliśmy na taras. Domek znajdował się na szczycie wzgórza więc mieliśmy dobry widok na okolicę. 
Na rozległej polanie robotnicy budowali scenę, a wokół niej zamek. Nagle zerwał się bardzo silny wiatr i prace zostały wstrzymane. Poszliśmy na spacer i spotkaliśmy jednego z członków zespołu "At the Lake". Narzekał, że czuje się niedoceniony i chce odejść z zespołu. 
Niestety nie udało Nam się rozwiać jego wątpliwości. 
Zmierzając w kierunku budowanej sceny usłyszeliśmy religijne piosenki. Jakaś katolicka grupa religijna rozbiła swój obóz...

piątek, 23 marca 2012

Kociaki i kuny


Spoglądałem przez otwarte okno w moim pokoju. Widok był nieco odmienny od rzeczywistego. Rozciągała się za nim piękna łąka, a na skraju horyzontu znajdował się las. Nagle na parapet wdrapała się kuna i próbowała wejść do mieszkania. 
Zepchnąłem ją. Po chwili pojawiło się kolejnych kilkanaście kun. Za wszelką cenę próbowały wedrzeć się do środka. Wśród nich znalazła się jedna bardzo młoda. Postanowiłem ją przepuścić i zobaczyć co się stanie. Dopiero teraz zobaczyłem, że pod biurkiem siedzą skulone, dwa małe, puszyste kociaki. Jeden był śnieżnobiały, a drugi czarny z kilkoma małymi, białymi łatkami. Kuna powoli zbliżała się w ich kierunku. 
Szykowała już się do bezwzględnego ataku, ale w ostatniej chwili udało mi się ją powstrzymać. Wyrzuciłem ją przez okno. Wylądowała na miękkiej trawie i szybko uciekła. Znalazłem się na basenie i przepłynąłem kilka długości. Po opuszczeniu pływalni znalazłem się na skalistej ścieżce. Idąc przed siebie dotarłem do rozległego wąwozu. Z jego dna mogłem podziwiać majestatycznie wznoszące się, piękne i niemal pionowe, czerwone skały. 
Następnie droga poprowadziła mnie przez dom kolegi. Odbywała się tam jakaś impreza urodzinowa. Złożyłem 
życzenia i skosztowałem białoniebieskiego tortu. 
Spotkałem tam też moją byłą dziewczynę, z którą rozstałem się wiele lat temu. Chciała ze mną porozmawiać, więc poszliśmy do niej. Mieszkała ze współlokatorami. Nagle przyszli chyba jej rodzice z dzieckiem i poprosili o opiekę.

środa, 14 marca 2012

Nadzieja (Emily Dickinson)



Nadzieja jest tym upierzonym

Stworzeniem na gałązce

Duszy - co śpiewa melodie

Bez słów i nie milknące -







W świście Wichru - brzmi uszom najsłodziej -

I srogich by trzeba Nawałnic -

Aby spłoszyć maleńkiego ptaka,

Co tak wielu zdołał ogrzać i nakarmić -








Śpiewał mi już na Morzach Obcości -

W Krainach Chłodu -

Nie żądając w zamian Okruszka -

Choć konał z Głodu.








Emily Dickinson

Morderczy rytuał

Wędrowałem między wieżowcami i blokami. Spotkałem koleżankę. Miała kikuty zamiast nóg, a na nich okrągłe, zamszowe buty (Koleżanka jeździ na wózku, nie może chodzić, ale ma nogi). Przywitała mnie jak się mijaliśmy i podreptała w stronę czarnego, błyszczącego ścigacza. Jakaś kobieta w czarnym, skórzanym kombinezonie pomogła  jej usadowić się na motorze i po chwili ruszyła z piskiem na jednym kole. Po chwili natknąłem się na jej matkę. Skądś wiedziałem, że rozmawiała wcześniej z moim ojcem. Przywitałem się i zadałem jakieś pytanie. 
Nerwowo odwróciła głowę i przyspieszyła kroku, nie odzywając się do mnie. Doszedłem do marketu. Zobaczyłem ją jak wychyla się spomiędzy regałów nieopodal mnie. Rozmawiała z chłopcem, chyba z synem. Usłyszałem tylko strzęp rozmowy "...uważaj na niego". Miałem wrażenie, że może się to odnosić do tego, o czym rozmawiała z moim ojcem. W innej części marketu spotkałem swoją siostrę. Poszliśmy razem do kina. Kino było stare i trochę przerażające. Spoczęliśmy na drewnianych, uchylnych fotelach. Sufit i ściany były wyłożone starymi, poczerniałymi deskami. 
Rozpoczął się seans. Była to jakaś bajka renderowana komputerowo, ale nie pamiętam o czym. Miałem też wrażenie jakby omdlenia i przysypiania podczas seansu. Znalazłem się przy drzwiach do domku jednorodzinnego. Otworzyła mi młoda dziewczyna o krótkich blond włosach. Jej ciało zdobiły liczne kolczyki i kolorowe tatuaże. Była naga i trzymała aparat fotograficzny. Miała mi robić zdjęcia, akty. Poprosiła, żebym się rozebrał, co z pewnymi oporami zrobiłem. Zabrała moje rzeczy. Po chwili do pokoju weszła starsza rudowłosa kobieta. Pierwsze co poczułem to wstyd. 
Skuliłem się za kanapą i chciałem tłumaczyć, że to nie tak jak myśli. Ale potem opanowało mnie przerażenie. Kobieta nie była zaskoczona. Zrozumiałem, że znalazłem się w pułapce i pewnie spotka mnie coś złego. Do pokoju wszedł jeszcze starszy, siwowłosy mężczyzna i stanął przy drzwiach. Czując, że prawdopodobnie nie wyjdę z tej sytuacji żywy, chciałem zrobić wszystko by odwlec ten moment i poprosiłem o wyjaśnienia.
 Mężczyzna był niechętny, ale kobieta się zgodziła. Przyniosła starą kasetę VHS i uruchomiła magnetowid. Nagranie przedstawiało opis jakiegoś rytuału. Mężczyzna nerwowo zerkał przez okno na niebo. Dostrzegłem tam dwa jasne punkty, chyba planety, które zbliżały się do siebie. 
Gdy nagranie zostało odtworzone mniej więcej w połowie, mężczyzna zbliżył się trochę do mnie. Dostrzegłem w jego dłoni zdobiony sztylet. Powiedział, że pora już to kończyć. Zbliżyłem się szybko do niego, popchnąłem go palcem, tak że cofnął się zaskoczony do tyłu i opadł na kanapę. Z moich ust wydobyło się głośne "NIE!". Powiedziałem "Mam prawo wiedzieć co się ze mną stanie i czy będzie to miało jakiś głębszy sens".
 Wszyscy byli zaskoczeni tym co zrobiłem, a ja odniosłem wrażenie, że przez moment zapanowałem nad całą tą sytuacją. Usłyszeliśmy kroki na schodach i do pokoju weszła mała dziewczynka. Tuliła misia i przecierała zaspane oczy. Mężczyzna spojrzał przez okno i wymamrotał "za późno". 
Wszyscy momentalnie wybiegli z domu chwytając po drodze dziewczynkę. Zostałem sam, zmarznięty, ale żywy. Podszedłem do regału z książkami i chwyciłem lekko wysunięty wolumin. Usłyszałem pstryknięcie jakiegoś mechanizmu i regał odchylił się odrobinę od ściany. Za nim musiało być jakieś pomieszczenie...

wtorek, 6 marca 2012

Próba

Biegliśmy razem. Przed Nami było rondo. Najbliższe wejście do podziemnego przejścia było zamknięte, więc poszukaliśmy innego. Strop w podziemnym przejściu opierał się na grubych, okrągłych filarach. Zarówno filary jak i ściany wyłożone były jasnożółtym granitem. Było tam kilka sklepów, punkt ksero i punkt sprzedaży biletów. Mieliśmy iść na jakiś pociąg, a na peron prowadził tunel. Przeszliśmy nim i wyszliśmy na polanę, na której rozdzielały się tory kolejowe pochowane w trawach i porośnięte mchem. 
Przy torach czekali zniecierpliwieni ludzie i narzekali na kolejne opóźnienia. Spytałem Ją, czy chce się Jej tu czekać? Powiedziała, że i tak nie wiadomo kiedy przyjedzie ten pociąg. Zaproponowała, że możemy w tym czasie  trochę pobiegać. Tak też zrobiliśmy. Dobiegliśmy do uniwersyteckiego stadionu. Zrobiliśmy kilka okrążeń na niebieskiej bieżni, po czym na boisko wbiegły dwie drużyny grające w rugby. Przedzieraliśmy się między wielkimi zawodnikami w plastikowych ochronnych zbrojach. 
Następnie wbiegliśmy po schodach do jakiegoś budynku. Rozdzieliliśmy się. Spotkałem starego, siwowłosego mistrza walk wschodnich, który chciał mnie poddać jakiejś próbie. Zaprowadził mnie do podnóża bardzo stromego wzgórza, które nazywał Owczym Wzgórzem. Miałem się na nie wspiąć i poszukać śladów bardzo niebezpiecznego człowieka. Przekazał mi też maczetę. Wejście było niemal pionowe, ale udało mi się wspiąć. Na szczycie wzgórze okazało się być niemal płaskie i dość rozległe. 
Widziałem pasące się krowy i owce. Dostrzegłem jakąś ścieżkę i poszedłem nią. Wzgórze okazało się być dość łagodne z drugiej strony. Po obu stronach ścieżki rosły duże i grube Juki. Zamachnąłem się maczetą i precyzyjnym cięciem ściąłem jedną z nich. Znalazłem się na dużym stalowym moście. Dostrzegłem łysego mężczyznę zakładającego ładunki wybuchowe do jego filarów. Kierował się łodzią do następnych. Skoczyłem z mostu i spadałem przez kilkanaście metrów. Uderzyłem w taflę wody i po chwili wypłynąłem na powierzchnię. 
Dopłynąłem do brzegu i dostrzegłem uchylone stalowe drzwi, prowadzące do wnętrza mostu. W niewielkim pomieszczeniu dostrzegłem laptopa podłączonego do wiązki przewodów. Na jego ekranie odliczany był czas. Delikatnie go odłączyłem. Nagle poczułem zimno stali na karku i usłyszałem charakterystyczne kliknięcie odbezpieczanej broni. 
Miałem w dłoni maczetę. Odwróciłem się instynktownie, a ostrze odcięło napastnikowi głowę. Pomimo iż widziałem tchawicę i wystające żyły, z szyi nie wydobyła się ani kropla krwi. Makabryczna scena spowodowała natychmiastowe przebudzenie...

sobota, 3 marca 2012

Lwica


Płynąłem starą, drewnianą łódką po rzece. W jakiś magiczny sposób płynęła sama pod prąd. Dobiła do przystani przy śródmieściu. Wyszedłem na ląd i podążałem wzdłuż wąskich, wybrukowanych uliczek. Dotarłem do placu. Był tam karnawał. Setki przebranych ludzi rozmawiało ze sobą i śmiało się, tworząc głośny i niezrozumiały gwar. Wyglądali na trochę zniecierpliwionych i zdezorientowanych. 
Z pojedynczych rozmów wychwyciłem, że nie ma organizatorów, a ludzie zostali pozostawieni samym sobie. Postanowiłem wejść na pustą scenę na środku placu. Powiedziałem kilka słów wstępu, że pomimo tego, że nie ma organizatorów, to nadal możemy się wspólnie dobrze bawić. Poprosiłem kilku ochotników i odegraliśmy skecz Monty Pythona. Chyba był to skecz o hiszpańskiej inkwizycji. Następnie znalazło się kilku ulicznych grajków. 
Zaprosiłem ich na scenę i zaproponowałem karaoke. Impreza nabrała rozpędu i zaczęła żyć własnym życiem. Postanowiłem poszukać organizatorów. Penetrując zaułki spostrzegłem lwicę. Była chora i nie miała siły by nawet wstać. Wziąłem ją i przewiesiłem przez kark. Była strasznie ciężka. Z trudem dotarłem na plac. Ludzie wyglądali na przerażonych i rozstępowali się przede mną. 
Wszedłem na scenę i spytałem się, czy ktoś ze zgromadzonych jest może weterynarzem lub lekarzem. Nikt się do tego nie przyznał. Postanowiłem sam zobaczyć co jej może dolegać. Zaczęła być niespokojna i próbowała drapać deski na scenie. Po chwili pojawił się mały pyszczek, a zaraz potem reszta lwiego szczenięcia. 
Pomogłem mu wyjść na świat i podałem lwicy. Wylizała je dokładnie. W podobny sposób świat wzbogacił się o jeszcze cztery lwiątka. Wszystkie maluchy miały czarne ciapki na sierści. Następnie lwica urodziła jeszcze łożysko i je zjadła...