Wraz z moim przyjacielem A. braliśmy udział w wyścigu. W
pierwszym etapie był to rajd między gliniankami i strumieniami. Mój przyjaciel
kierował, a ja byłem pilotem. Udało nam się go wygrać. Na mecie czekało na nas
kilku znajomych oraz czarnowłosa półazjatka. Drugi etap wyścigu był dużo
bardziej nietypowy. Trzeba było wsiąść do pojazdu będącego połączeniem gokarta
i wózka sklepowego. Troszkę przypominał pojazd Buggy. Każda para zawodników
dostawała jeszcze bijące świńskie serce i należało przejechać odcinek zanim przestanie
bić. A. odebrał telefon. Byłem na tyle
blisko, że słyszałem rozmowę. Jakiś jego
znajomy odebrał w jego imieniu list polecony i było w nim zawiadomienie o
wystawieniu listu gończego. A. się załamał, ale powiedziałem mu, by się nie
martwił, że go ukryję. Nie był w stanie prowadzić, więc zaofiarowałem się, że
pojadę sam. Udało mi się ukończyć etap chyba na drugim lub trzecim miejscu.
Było to o tyle trudne, że ręką w której trzymałem bijące i ciepłe serce,
musiałem jednocześnie zmieniać biegi. Na mecie podbiegła do mnie ciemnowłosa
półazjatka i była zafascynowana sercem, które ciągle jeszcze biło. Wystawały z
niego tętnice i żyły. Po chwili podszedł do nas stary, siwy i lekko zgarbiony
mężczyzna. Otworzył szeroko buzię i zobaczyłem, że ma w gardle dziurę na wylot
o średnicy pięciozłotówki. Krawędzie rany były przypalone. Dziewczyna oniemiała
z zachwytu. Okazało się, że właśnie się rozpoczął bardzo osobliwy zjazd
medyczny.Z tajemniczego świata Morfeusza wyrwane, oniryczne obrazy, przyobleczone w słowa...
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Jarmark w górach
Spędzałem wolny czas w górach. Podążałem ścieżką wzdłuż szlaku,
która doprowadziła mnie do rozstaju dróg. Była tam wielka tablica informacyjne.
Namalowano na niej najważniejsze atrakcje w okolicy. Można było wejść na dwie
wysokie góry. Na szczycie każdej z nich
wybudowany był nowoczesny hotel. Hasła reklamowe zachęcały do skorzystania z ich usług. Zaznaczony był także głęboki wąwóz. Nad nim przerzucone było stalowe rusztowanie kratownicowe. Na jego środku zbudowano bardzo ciekawą restaurację. Wyglądała jak przycumowany latający spodek. Wszystkie te atrakcje pokazane były w postaci przestrzennych modeli przyczepionych do tablicy informacyjnej. Pomimo iż te atrakcje wydawały się bardzo interesujące, postanowiłem udać się do miasta w dolinie. Przeszedłem długim mostem podziwiając wspaniałą panoramę i zszedłem krętą drogą w dół. Zatrzymałem się przy straganie z owocami i warzywami. Zdziwiłem się cenami. Wydawały się strasznie wysokie. Poprosiłem jednak o banany, przy których była tabliczka z kwotą 333. Dostałem piękne banany oraz 333 zł (w śnie wydawało mi się to zupełnie normalne i naturalne). Dotarłem w końcu do parterowego przeszklonego apartamentowca przerobionego na hotel. Najwidoczniej tam mieszkałem. Spotkałem tam Ją. Wyciągnęła mnie na parkiet i zaczęliśmy tańczyć żywiołowe tango. Najwidoczniej Jej się spodobało, bo po zakończeniu tańca pocałowała mnie w policzek, a następnie w usta. Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie natrafiliśmy na olbrzymi festyn. Byli tam ludzie przebrani za rycerzy, wikingów, elfy, krasnoludów, żołnierzy z pierwszej i drugiej wojny światowej z różnych nacji. Byli też współcześni wojskowi. Przechodziliśmy obok dziesiątek straganów, na których można było zaopatrzyć się w przeróżne przedmioty z różnych epok, dodatki do ubrań, stroje, biżuterię, a nawet broń. Na części stoisk gotowano smacznie wyglądające potrawy. Z oddali pomachał mój przyjaciel, który wmieszał się w grupę wikingów. Z czasem tłum ludzi zaczął się zagęszczać, tak że się rozdzieliliśmy, gdy przystanęła przy stoisku z amuletami. Trafiłem do jakiejś szkoły. Przysiadłem w jednej z pustych sal. Po chwili przyszła jakaś dziewczyna z czarnymi dredami. Zaprowadziła mnie do świetlicy na pokaz jakiegoś filmu. (Niestety na temat filmu nic nie zapamiętałem). Wyszedłem i miałem wrażenie, że się zmieniłem. Widziałem siebie, ale miałem długie jasne blond włosy. Podszedłem do jakiegoś biurowca i przyłożyłem rękę do tafli szkła. Przyczepiła się. Po chwili widziałem siebie(widok jakby z kamery) chodzącego bez problemu na czworakach po pionowej ścianie. Byłem półnagi… w samych bokserkach (tak jak śpię latem).
wybudowany był nowoczesny hotel. Hasła reklamowe zachęcały do skorzystania z ich usług. Zaznaczony był także głęboki wąwóz. Nad nim przerzucone było stalowe rusztowanie kratownicowe. Na jego środku zbudowano bardzo ciekawą restaurację. Wyglądała jak przycumowany latający spodek. Wszystkie te atrakcje pokazane były w postaci przestrzennych modeli przyczepionych do tablicy informacyjnej. Pomimo iż te atrakcje wydawały się bardzo interesujące, postanowiłem udać się do miasta w dolinie. Przeszedłem długim mostem podziwiając wspaniałą panoramę i zszedłem krętą drogą w dół. Zatrzymałem się przy straganie z owocami i warzywami. Zdziwiłem się cenami. Wydawały się strasznie wysokie. Poprosiłem jednak o banany, przy których była tabliczka z kwotą 333. Dostałem piękne banany oraz 333 zł (w śnie wydawało mi się to zupełnie normalne i naturalne). Dotarłem w końcu do parterowego przeszklonego apartamentowca przerobionego na hotel. Najwidoczniej tam mieszkałem. Spotkałem tam Ją. Wyciągnęła mnie na parkiet i zaczęliśmy tańczyć żywiołowe tango. Najwidoczniej Jej się spodobało, bo po zakończeniu tańca pocałowała mnie w policzek, a następnie w usta. Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie natrafiliśmy na olbrzymi festyn. Byli tam ludzie przebrani za rycerzy, wikingów, elfy, krasnoludów, żołnierzy z pierwszej i drugiej wojny światowej z różnych nacji. Byli też współcześni wojskowi. Przechodziliśmy obok dziesiątek straganów, na których można było zaopatrzyć się w przeróżne przedmioty z różnych epok, dodatki do ubrań, stroje, biżuterię, a nawet broń. Na części stoisk gotowano smacznie wyglądające potrawy. Z oddali pomachał mój przyjaciel, który wmieszał się w grupę wikingów. Z czasem tłum ludzi zaczął się zagęszczać, tak że się rozdzieliliśmy, gdy przystanęła przy stoisku z amuletami. Trafiłem do jakiejś szkoły. Przysiadłem w jednej z pustych sal. Po chwili przyszła jakaś dziewczyna z czarnymi dredami. Zaprowadziła mnie do świetlicy na pokaz jakiegoś filmu. (Niestety na temat filmu nic nie zapamiętałem). Wyszedłem i miałem wrażenie, że się zmieniłem. Widziałem siebie, ale miałem długie jasne blond włosy. Podszedłem do jakiegoś biurowca i przyłożyłem rękę do tafli szkła. Przyczepiła się. Po chwili widziałem siebie(widok jakby z kamery) chodzącego bez problemu na czworakach po pionowej ścianie. Byłem półnagi… w samych bokserkach (tak jak śpię latem).
piątek, 19 lipca 2013
Szczęście
Szczęście to harmonijny związek
instynktu i rozumu,
zwierzęcych popędów i rozsądnej woli,
które przemawiając jednym głosem,
stają się jak koła zębate
w mechanizmie zegarowym.
Siłą napędową maszynerii jest energia kosmiczna wprawiająca w ruch planety.
Imię tej energii brzmi Miłość
i to ona zapewnia ich obrót w harmonii z Całością.
Szczęście oznacza łagodne poddanie się owej kosmicznej sile,
wyrzeczenie się pragnień,
które - jak błędnie wierzymy - chcemy zrealizować,
aby nie utrudniać ruchu,
ale go wspomagać pozwalając się unosić mocy, która wprawia w ruch gwiazdy...
instynktu i rozumu,
zwierzęcych popędów i rozsądnej woli,
które przemawiając jednym głosem,
stają się jak koła zębate
w mechanizmie zegarowym.
Siłą napędową maszynerii jest energia kosmiczna wprawiająca w ruch planety.
Imię tej energii brzmi Miłość
i to ona zapewnia ich obrót w harmonii z Całością.
Szczęście oznacza łagodne poddanie się owej kosmicznej sile,
wyrzeczenie się pragnień,
które - jak błędnie wierzymy - chcemy zrealizować,
aby nie utrudniać ruchu,
ale go wspomagać pozwalając się unosić mocy, która wprawia w ruch gwiazdy...
czwartek, 18 lipca 2013
Fioletoworóżowa energia
Jakiś chłopak zapalił zapałkę. Za jej pomocą podpalił lont
rakiety. Iskry wiły się, aż z rakiety wylał się potężny strumień ognia.
Wzleciała koślawo i kołując spadła na trawnik sąsiada. Pokręciła się na nim i
znów poleciał do góry. Wylądowała na dachu domku przy którym stałem. Po chwili
słychać było stłumione pufff. Z dogorywającej rakiety zaczął się wydobywać
czarny dym. Kierowany jakimś przeczuciem zacząłem uciekać i rzuciłem się na
ziemię. Po chwili rakieta wybuchła doszczętnie niszcząc budynek. Wielki kawał
betonu
spadł tuż obok mnie… Znalazłem się w domu. Było tam pełno ludzi. Moja
siostra nerwowo krzątała się w łazience. Zbliżając się do niej spostrzegłem, że
w naściennej szafce zalęgły się mole. Liczne kokony i lepiące się nici nie
stanowiły miłego widoku. Siostra dzielnie z nimi walczyła, starając się
oczyścić szafkę. Usłyszałem jakiś hałas dobiegający z przedpokoju. Poszedłem
tam i zobaczyłem, że mój tata leży na podłodze i cicho powtarza, że jest źle.
Wydawało mi się, że mogło chodzić o pracę lub o zdrowie… Była wczesna noc. Szedłem
ulicą po starej
części mojego rodzinnego osiedla. Mijałem zaniedbane kamienice,
z których tynk już dawno odpadł. Nagle zobaczyłem na niebie coś co przypominało
kształtem wielki słup energetyczny wysokiego napięcia. Charakterystyczna
kratownicowa konstrukcja, która kształtem przypominała rozłożone ramiona.
Opalizowała ciekawym różowofioletowym światłem. Myślałem, że jest holowana
przez szybko lecący samolot, ponieważ poruszała się poziomo. Żadnego samolotu
jednak nie dostrzegłem. Obiekt leciał sam i się zbliżał. Przeleciał nade mną i
był ogromny. Mógł mieć z kilkaset metrów. Pokrywał go
czarny lustrzany
materiał, poprzecinany geometrycznymi świecącymi na różowo-fioletowo,
pulsującymi liniami. To one tworzyły wzór kratownicy. Nagle obiekt zaczął się
przychylać i spadać, jakby stracił sterowność. Spadał szybko, ale ze względu na
wielkość, opadanie wydawało się strasznie powolne. Zniknął za wieżowcem i po chwili
musiał się rozbić. Nie słyszałem żadnego wybuchu, ale widziałem potężny rozbłysk
jasnego różowo-fioletowego światła. Nagle całe otoczenie zaczęło się zmieniać.
Z ziemi wystrzeliły piękne budynki. Wielkie i strzeliste drapacze chmur z
czarnego szkła wykończone ceglastym kolorem na
krawędziach. Ich kształtów nie
powstydził by się nawet najlepszy architekt. Pomimo, że każdy był inny, razem
tworzyły harmonijną całość. Między nimi istniał jakiś powietrzny system transportu,
zrobiony ze współgrających ze sobą potężnych dmuchaw, w taki sposób, że ludzie
po prostu latali, unoszeni przez strumienie powietrza… Zobaczyłem Ją ubraną w
jaskrawy, pomarańczowy T-shirt. Obok szły inne dziewczyny ubrane tak samo.
Organizowały jakiś festyn dobroczynny. Zamierzały sprzedawać bandaże. Pokazała
mi swoje wyliczenia. Były dość skomplikowane, ale zdawały się mieć sens.
Zapamiętałem, że sprzedając trzy sztuki za dwa złote osiągną największy zysk,
który w całości miał być przeznaczony na cele charytatywne.
poniedziałek, 8 lipca 2013
Sesja RPG
Mieliśmy się spotkać ze znajomymi na sesji RPG. Jest to skrót
od Role Playing Game. Są to różne gry narracyjne, które polegają na odgrywaniu różnych
postaci. Mistrz Gry opisuje świat gry i odgrywa postacie, które spotykają gracze. Można powiedzieć,
że jest to rozbudowana wersja psychodramy. Zaczęli się schodzić znajomi. Najpierw
przyszli moi przyjaciele P. i A. Potem przyszła koleżanka M. Ch. oraz przyjaciółka z Irlandii
T. M. Usiadła obok mnie na kanapie. To co ujrzałem mnie przeraziło. Miała mocno
oparzoną stopę. Skóra była czerwona, a miejscami miała bardzo głębokie rany, w których widać było
wewnętrzne warstwy skóry i mięśnie.
Zaczynały się pokrywać już nową mlecznozielonkawą
tkanką. Stopa była owinięta bardzo niedbale bandażem, tak że większość ran była odkryta. Na moje
pytanie, zadane mocno zaniepokojonym głosem, o to co się jej przytrafiło, odpowiedziała
pogodnie i z machnięciem ręką, że tylko rozgrzany olej jej się wylał. Zdawała się tym
nie przejmować. Przyszły kolejne dwie dziewczyny razem z córkami i jeszcze kilka zupełnie
obcych mi osób, które przyprowadził A. Do sporego już tłumku dołączył jeszcze mój
dobry kolega K. Mieszkanie w którym przebywaliśmy wydawało się być kompilacją mojego rodzinnego
domu, mieszkania P. i mieszkania K. Do naszej gromadki dołączyła w końcu i Ona.
Część osób poszła do innego pokoju.
Do planowanej sesji RPG oczywiście nie doszło. Przyszło zbyt
dużo ludzi i spotkanie przerodziło się w przyjęcie. Poszedłem do ostatniego pokoju.
P. bardzo intensywnie gestykulując opowiadał z pasją o swoim najnowszym projekcie
filmowym. Był to film, którego tytuł zaczynał się na literę "D" i było to jakieś
brytyjskie imię kobiece. Niestety nie udało mi się go zapamiętać. Zobaczyłem Ją, jak spała na
materacu okryta kocem. Co jakiś czas podnosiła głowę, spoglądała nieobecnym wzrokiem i szła spać dalej,
nie zwracając uwagi na przebiegające tuż obok Niej dysputy. Spytałem się P. czy
poprowadzi tą sesję.
Miał być Mistrzem Gry. Rozejrzał się i stwierdził, że w zaistniałych
okolicznościach nie ma na to szans i musi iść kręcić film. Czułem się trochę zawiedziony,
ale jednocześnie byłem bardzo ciekaw jego nowego dzieła. Wstał i wyszedł wraz z wszystkimi
znajomymi przebywającymi w pokoju. W pomieszczeniu pozostałem tylko ja i Ona. Usiadłem
na pustej kanapie, a po chwili się przebudziła i wstała. Podeszła do mnie i usiadła mi na kolanach.
Ubrana była w piękną czarną suknię, odkrywającą dekolt i ramiona.
Zauważyłem, że
miejscami na Jej twarzy zaczęła schodzić skóra jak po lekkim oparzeniu słonecznym. Wtuliła
się we mnie, a po chwili gestem zakazała jakichkolwiek czułości i zaczęła
opowiadać o zespołach, które lubi, a które nagrały utwory, których nie znosi i nie może wręcz słuchać. Po kolei wymieniała
tytuły, a w pewnym momencie znowu się we mnie wtuliła i zasnęła.
Obudziłem się…
środa, 19 czerwca 2013
Ciepły wiatr
Wolno dreptałem po równym i soczystozielonym trawniku na
szczycie niewielkiego wzgórza. Wokół mnie wyrastały trzy wieżowce z wielkiej
płyty. Obserwowałem kilkanaście sokołów wędrownych, które leciały zgodnie w
szyku, choć zazwyczaj są samotnikami. Musiały natrafić na jakiś komin ciepłego
powietrza, ponieważ szybując zaczęły się wznosić po spirali do góry.
Kilkunastu
dresiarzy w oddali, przesadnie rozłożyście kroczyło tworząc zwartą watahę. Też
odkryli ten powietrzny fenomen i zaczęli skakać na dwa metry do góry,
podwiewani przez wiatr. Ich skoki przypominały wyczyny astronautów na księżycu.
W końcu i ja zbliżyłem się do obszaru na którym występowało to zjawisko.
Zacząłem delikatnie podskakiwać, a ciepłe i przyjemne powietrze oplatało me
ciało, wznosząc je delikatnie do góry i spowalniając, gdy grawitacja zaczynała
przeważać. Wykonałem kilka takich podskoków, gdy nagle zjawisko się wzmogło.
Mój kolejny skok ku memu przerażeniu wyniósł mnie na wysokość piątego piętra.
Powietrze
wydawało się teraz wirować wokół jednego z wieżowców, a ja byłem skazany na
jego łaskę. Zatoczyłem pełen okrąg wokół budynku i coraz bardziej rozpędzony
zacząłem opadać. Obniżałem wysokość po niezwykle płaskiej trajektorii. W końcu
ten niewiarygodny powiew zmusił mnie do nieuchronnego spotkania z ziemią,
poniewierając mną bez skrupułów. Ostatecznie ten manewr został nieco
zamortyzowany przez krzaki w ostatniej fazie. Otrząsnąłem się po tych
przeżyciach i odkryłem w owych zaroślach niezwykły przedmiot. Był to żółty
cylinder przykryty czerwonym stożkiem, wysokości ze trzydziestu centymetrów.
Pastelowymi odcieniami barw przypominał dziecięcą zabawkę.
Nagle ów stożek
zaczął się unosić na niebieskiej tyczce, która wyrosła z cylindra. Stożek przy
tym migał czerwonym światłem. Uniósł się na wysokość kilku metrów, a
wszystkiemu towarzyszyła melodia jak z
pozytywki. Dobrze ją znałem. Był to utwór Taikatalvi mojego ulubionego
zespołu Nightwish. Uświadomiłem sobie, że nie słuchałem żadnego ich utworu od
kilku miesięcy z wyjątkiem imprezy z muzyką fińską, na której byłem w połowie
kwietnia.
niedziela, 9 czerwca 2013
Ostatni nieśmiertelni na gigantycznym statku kosmicznym
Byłem na pokładzie gigantycznego statku kosmicznego. Na tym
poziomie znajdowało się miasto.
Liczne kamienice i brukowane ulice przypominały te budowane
na ziemi. Na statku odbywała się
zażarta walka między normalnymi ludźmi, a nielicznymi już
przedstawicielami nieśmiertelnych.
Byłem jednym z nich.
Nasza nieśmiertelność polegała na tym,
że nie umieraliśmy ze starości, ale poza tym nie różniliśmy się od innych ludzi. Byliśmy tak
samo podatni na choroby i obrażenia. Ludzie nie mogli zaakceptować naszej odmienności. Miałem
przekonanie, że jestem po stronie "dobra", że byliśmy opiekunami, a atakujący nas
byli bezmyślni i "źli". Zabarykadowaliśmy się w
niewielkim pubie.
Przypominał mi jeden z tych, które
odwiedziłem kiedyś w Dublinie. Długa
czerwona lada barowa, a wzdłuż niej pojedyncze stoliki.
Zabarykadowaliśmy drzwi w
akompaniamencie kul przeszywających drewniane drzwi.
Przemknęliśmy pochyleni, by unikać
zabłąkanych pocisków i dotarliśmy do klatki schodowej.
Godzinami wchodziliśmy na coraz wyższe,
bardziej zewnętrzne poziomy statku, aż dotarliśmy do poziomu
handlowo-parkowego.
Rozległe przestrzenie przypominały galerie handlowe, z szerokimi
chodnikami, ławkami i skwerami.
Kilkadziesiąt metrów wyżej był szklany sufit o
kilkunastometrowej grubości, przez który widać
było przestrzeń kosmiczną. Wzdłuż szerokich
spacerowo-parkowych alei wyrastały galerie i sklepy.
Wszystkie miały
wielkie przeszklone witryny. Światła były przygaszone do ułamka swojej mocy, a rozległe przestrzenie puste.
Chyba właśnie była symulacja
nocy. Szliśmy dalej, aż dotarliśmy do
naszych ciasnych kajut mieszkalnych. Były w nich tylko rzędy
piętrowych łóżek i skrzynie na rzeczy osobiste i ubrania. Uświadomiłem sobie, że jestem
bosy i nie mogę znaleźć butów. Nagle rozbrzmiał komunikat, że ostatni pociąg odjedzie za 9 minut.
Był to bardzo szybki pociąg
magnetyczny w samym centrum statku. Mimo to dotarcie z
jednego końca statku kosmicznego na drugi trwało kilka godzin. Wiedziałem, że
ten komunikat oznacza, że przegrywamy, a ja nie zdążę do niego dotrzeć.
Nawet gdybym dobiegł do najbliższej windy,
zjazd do wnętrza trwałby piętnaście minut. Segment w którym byłem miał zostać zniszczony, a ja
razem z nim.
sobota, 8 czerwca 2013
Rubinowa gwiazda i ciasteczkowy bałwan
Jechałem z tatą samochodem. Była głęboka noc. Mrok
rozpraszały jedynie reflektory auta. Ściany drzew ciągnęły się monotonnie po
obu stronach drogi. W końcu dojechaliśmy nad jezioro. Usiadłem na trawie i
spojrzałem do góry. Niebo przybrało niesamowitą barwę. Opalizowało ciekawym
odcieniem zieleni i jakby emanowało wewnętrzną poświatą.
To niezwykłe zjawisko
tworzyło kształt kraba. Dostrzegłem też niezwykłą gwiazdę. Była dużo jaśniejsza
od pozostałych i miała intensywnie głęboką czerwoną barwę niczym rubin. Nagle
dostrzegłem jakiś ruch. Pobiegłem w tamtą stronę i rozpoznałem nasze auto,
które zaczęło staczać się ze wzniesienia. Nie mogłem nic zrobić. Po chwili, już
trochę rozpędzone, uderzyło w inny samochód.
Zderzenie nastąpiło w miejscu
pasażera z przodu, czyli tam, gdzie zazwyczaj siedziałem. Co dziwne wgniecenie
było idealnie równe o koncie 90 stopni. Miejsce pasażera po prostu przestało
istnieć. Poszedłem do lasu i trafiłem na polankę. Była cała pokryta śniegiem i
oświetlona ciepłym beżowym światłem.
Czułem na niej zapach ciasteczek, a na
samym jej środku dostrzegłem bałwana. Wydawało mi się, że się porusza i że to
on był źródłem przyjemnego zapachu.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Córki…? Syn…? Tajniki Sztuki?
Byłem w mieszkaniu mojej babci. Ktoś mnie zawołał z drugiego
pokoju. Udałem się tam. Na kanapie siedziały dwie młode, niebieskookie
dziewczynki. Mogły mieć z 11 lat. Obie miały ciemne włosy związane w kucyki.
Dziewczynki były bliźniaczkami. Co dziwne były moimi córkami. Sprawiały sporo
problemów wychowawczych i nie potrafiły długo usiedzieć w jednym miejscu.
Miałem im pomóc w nauce tanga, na jakieś zajęcia muzyczne w szkole. Ubrały się
w czerwone spódnice z falbanami, sięgające aż do ziemi. Potem pokazały mi jak
tańczą flamenco. Wychodziło im to rewelacyjnie.
Po chwili do pokoju wszedł
chłopiec z dziewczynką. Też byli bliźniakami, tylko młodszymi o kilka lat od
dziewczynek. Też chyba byłem ich ojcem. Wydawali się być dużo spokojniejsi niż
bliźniaczki... Byłem w mieście. Miałem się spotkać z moim przyjacielem
reżyserem. Chciał porozmawiać o nowym projekcie filmowym. Chciałem wejść do
zabudowanego, kawiarnianego ogródka, ale kelner zagrodził mi drogę.
Twierdził,
że niedługo zamykają. Spostrzegłem przyjaciela przez okno. Rozmawiał z jakimś
znanym aktorem. Dostrzegł mnie i skinął na kelnera by mnie wpuścił. Opowiadał z
pasją o swoim nowym filmie. Miała to być komedia romantyczna w uniwersum magów.
Opowiadał, że niezwykle istotną rolę miała odgrywać Sztuka (określenie na
prawdziwą magię) i wiążące się z nią niebezpieczeństwa w postaci Paradoksów.
sobota, 25 maja 2013
Pojazdy elektromagnetyczne
Nogi poniosły mnie do parku w rodzinnym mieście. Zatrzymałem
się na polanie otoczonej drzewami. Usłyszałem jak coś przemieszcza się pomiędzy
liśćmi i gałęziami. Po chwili wyłonił się spomiędzy nich wspaniały żuraw.
Zrobił kilka dostojnych kroków i wzbił się w powietrze. Położyłem się na trawie
i podziwiałem jego lot. Szybował z szeroko rozpiętymi skrzydłami. Ich końce
były zakończone pojedynczymi piórami przypominającymi palce. Zrobił kilkanaście
kręgów nad polanką i odleciał.
Poszedłem w okolice mojego starego liceum. Tuż
obok, niemal od zawsze stał charakterystyczny, wysoki maszt od radia CB. Teraz
został zmodyfikowany. Mocno go rozbudowano. Przypominał Toronto Tower z
metalowymi, ruchomymi kręgami wokół górnej części. Pomalowano go farbą, która
przybierała srebrnobiałe odcienie, zależnie od tego pod jakim kątem się na nią
patrzyło. Wszedłem do środka, gdzie właśnie trwało uroczyste otwarcie.
Przewodniczyły mu Krystyna Pawłowicz i Grażyna Ciemniak. Po chwili z tłumu
wystąpiła starsza kobieta z chustą na głowie. Podeszła do nich i zaczęła je
ściskać. Natychmiast pojawili się ochroniarze w postaci starszych, wychudzonych
mężczyzn w różowych ortalionowych dresach, od których czuć było tanie wino i
papierosy. Bezwzględnie pochwycili kobietę i wyprowadzili na zewnątrz. Przemówienie
kontynuowano, a po jego zakończeniu rozpoczęła się wystawa futurystycznych
pojazdów zasilanych elektrycznie. Moją uwagę przykuł samochód pomalowany na
jaskrawy odcień zieleni. Miał bardzo opływowy kształt i coś w rodzaju dwóch
warstw podwozia. Uklęknąłem by przyjrzeć mu się dokładniej.
Między jedną, a
drugą była wolna przestrzeń, zaprojektowana tak, by przysysała auto do
nawierzchni jak odkurzacz. Na dolnej zamontowano miliardy skomplikowanych
układów scalonych zintegrowanych z elektromagnesami. Podszedł do mnie jakiś
naukowiec i widząc moje zainteresowanie zaczął mi wyjaśniać mechanizm działania
tego pojazdu. Z tego co zapamiętałem, to odpychał się od ziemskiego pola
elektromagnetycznego, a ponieważ ziemskie pole
elektromagnetyczne jest bardzo zmienne
i nieustannie fluktuuje, dlatego elektromagnesów i mikroprocesorów zintegrowanych
z magnometrami musiało być tak dużo. Nieustannie się dostosowywały by ruch był
jak najbardziej wydajny i płynny. Wskazałem mu kilka wad konstrukcyjnych, które
wydały mi się oczywiste.
Zadziwiłem tym naukowca. Chciał podjąć ze mną
współpracę jednocześnie prosząc bym nic nie mówił w tym pomieszczeniu. Wtedy
poczułem, że jestem obserwowany i dostrzegłem skierowane na mnie kamery
monitoringu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













































