niedziela, 3 lutego 2013

Konie w galopie


Stary, zdezelowany samochód toczył się ostrożnie po wyboistej polnej drodze. Każdemu wybojowi towarzyszył nieprzyjemny jęk karoserii. Droga stawała się coraz bardziej błotnista, a polny krajobraz zmienił się na leśny. Prowadziłem teraz jeszcze bardziej ostrożnie, a przy rozwidleniu zatrzymałem się. 
Prawa odnoga prowadziła w dół i niknęła w niezwykle gęstym i mrocznym lesie. Lewa wiła się wzdłuż polany, tuż przy krawędzi zagajnika. W oddali skręcała w stronę dziwnego obozowiska. Widziałem ścianę ze śnieżnobiałego płótna, wysoką na kilka metrów i  tworzącą niemal pełny krąg o średnicy może ze dwustu metrów. 
Ruszyłem w kierunku tej zagadkowej konstrukcji. Wysiadłem z auta i zobaczyłem, że jechałem chyba bardzo starym Volkswagenem Golfem koloru białego, w licznych miejscach nadgryzionym przez rdzę. Przekroczyłem granicę płóciennego kręgu. Było tam kilkadziesiąt koni wraz z opiekunami, którzy poddawali je zabiegom pielęgnacyjnym. Czesali sierść, masowali mięśnie i oczyszczali kopyta. Jeden samotny koń powoli podszedł do mnie. 
Miał piękną, lśniącą sierść. W zależności od tego jak się ustawił względem słońca, barwa zmieniała się od bardzo ciemnego brązu do czerni. Spojrzał na mnie swoimi mądrymi oczyma i poczułem pewną nienamacalną więź. Wyczułem, że chce bym na niego wsiadł. Inni ludzie również dosiedli konie i wszyscy ustawili się przy wyjściu. Znaleźliśmy się na samym końcu zgrupowania. 
W pewnym momencie tętent kopyt wzruszył ziemię i rozpoczął się wyścig. Powoli przekroczyliśmy umowną linię startu i po chwili przeszliśmy w galop. Czułem omiatający nas wiatr i niemal jedność ze zwierzęciem. W ciągu kilku chwil minęliśmy wszystkich zawodników i objęliśmy prowadzenie. Nagle koń się potknął o rozciągniętą w poprzek drogi żyłkę i upadliśmy. 
Pozostałe konie przeskakiwały nad nami, a gdy wszyscy nas minęli dostrzegłem, że przednia noga mego końskiego towarzysza obficie krwawi. Mimo obrażeń i z moją drobną pomocą zdołał się podnieść, a rana okazała się mniej poważna niż się wydawało w pierwszej chwili. Zaczęła się goić i w końcu zanikła, a ja poczułem ulgę.

wtorek, 29 stycznia 2013

Szympansy

Wybrałem się na spacer po wąskich i urokliwych uliczkach starego miasta. Towarzyszyła mi siostra, a jej obcasy głośno stukały na kamienistym bruku. Odgłos roznosił się echem po opustoszałym deptaku. Po jakimś czasie spotkaliśmy jej koleżanki, których ja nie znałem. Jedna z nich była blondynką. Włosy miała krótkie, a twarz pogodną. Ubrana była w szarą, błyszczącą spódnicę i białą bluzkę bez rękawów, związaną z tyłu. Za namową nowo poznanych koleżanek udaliśmy się do pobliskiej dyskoteki. Ludzi było tam sporo, ale nikt nie tańczył. Z głośników wydobywała się muzyka techno, co mi bardzo się nie podobało, więc wyszedłem. Dotarłem do sklepu. Ekspedientka zachwalała, że wszystkie sprzedawane tam produkty są w stu procentach naturalne. 
Moją uwagę przykuły olbrzymie czarne raki, które rozmiarami przypominały raczej homary. Znalazłem się nad jeziorem. Woda była spokojna i krystalicznie czysta, tak że bez problemu można było dostrzec dno. Wszedłem na niewielkie drewniane molo. Na barierkach siedziały szympansy, które niespodziewanie zaczęły się na nich huśtać i nimi kołysać. W końcu skoczyły do wody. Chodziły "na czworakach" po dnie, a ich ogony wystawały nad powierzchnię niczym peryskopy (Dziwne, szympansy nie mają przecież ogonów). 
Podszedłem do końca mola, usiadłem na barierce i skoczyłem z zamiarem zbadania zachowania szympansów. Było jednak wyżej niż myślałem, a woda była płytka w miejscu lądowania. Uderzenie było bolesne, ale grząskie dno zamortyzowało upadek. Z trudem wyczołgałem się na brzeg. Cały byłem pokryty mułem i piaskiem. Ktoś krzyknął, że zaraz rusza ostatni pociąg. Instynktownie pstryknąłem palcami i nagle byłem czysty, pstryknąłem drugi raz i byłem ubrany. 
Pobiegłem na pociąg i wskoczyłem w ostatniej chwili. W przedziale do którego wsiadłem, przebywała pewna młoda para. Przygotowywali się do narodzin dziecka i wywiązała się dyskusja na temat bajek, a dokładniej o tym, które są najlepsze dla dzieci.

niedziela, 20 stycznia 2013

Podsumowanie i statystyki…


Na Blogerze pojawiłem się w październiku 2011 r. Zaczynałem od pisania tylko dla siebie, ale w końcu doszedłem do wniosku, że mogę to pokazać światu. W listopadzie udostępniłem swojego bloga do wglądu dla wszystkich. Kolejną zmianą było dodanie statystyk odwiedzin, co nastąpiło dokładnie rok temu, czyli 20 stycznia 2012 r. Jestem pozytywnie zaskoczony, że od tego czasu weszło tu już ponad 28 000 osób i to z 64 krajów. 
Spoza Polski, najwięcej odwiedzin było z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Brazylii i Irlandii. Czytelnicy weszli ze wszystkich zamieszkanych kontynentów i z tak egzotycznych dla mnie krajów jak: Birma, Maroko, Ekwador czy Sri Lanka (wszystkie kraje zaznaczone na zielono na konturowej mapie świata).
Jeśli zaś chodzi o Polskę, to moi goście pochodzili z 437 miast.

TOP 10 (Najwięcej odwiedzin z Polski)
1. Warszawa
2. Kraków
3. Bydgoszcz
4. Poznań
5. Wrocław
6. Katowice
7. Łódź
8. Lublin
9. Gdańsk
10. Szczecin


Opublikowałem 85 postów, z czego w 71 opisałem swoje sny. Napisany przeze mnie tekst zajął 58 stron A4 (pisanych czcionką Calibri o rozmiarze 11). Najpopularniejsze posty widać po prawej stronie, a „Morderczy rytuał” został wyświetlony ponad 4300 razy.
Paradoksalnie bardzo rzadko pamiętam swoje sny. To co tu spisałem to ok. 70% snów. 
Pozostałe zanurzyły się w mroku niepamięci, ponieważ nie miałem czasu by spisać je ogólnikowo po przebudzeniu. Przeważnie potrzebuję dobrych kilku chwil by przypomnieć sobie co mi się właściwie śniło. Podsumowując całościowo poprzedni rok, przeżyłem w nim bardzo wiele trudnych i przykrych chwil, ale i kilka szczęśliwych się znalazło. Mam nadzieję, że 2013 okaże się dużo lepszy.
Pozdrawiam was drodzy czytelnicy. Trzymajcie się ciepło w te chłodne zimowe wieczory, a noce niech obfitują w piękne sny! :)

piątek, 11 stycznia 2013

Średniowieczna kamienica, świątynia i małpy...


Byłem na wycieczce zagranicznej, chyba we Francji. Towarzyszyli mi rodzice oraz wujek ze Śląska. Mieliśmy zwiedzać zabytkową kamienicę. Robiłem dużo zdjęć detali takich jak: kołatka w kształcie głowy lwa, zdobienia okalające okna, rzygacze w formie małych demonów. Weszliśmy do środka i każdy z nas dostał słuchawkę z której można było usłyszeć komentarz lektora opisujący zabytek. By usłyszeć go w języku polskim, należało nacisnąć przycisk z numerem 7. Z holu odjeżdżała mini ciuchcia, jako atrakcja dla najmłodszych. 
Postanowiłem sam obejść to miejsce własnym tempem. Wyszedłem do ogrodu, a jego urokliwość mnie zachwyciła. Pnącza w jesiennych odcieniach czerwieni i żółci wspinały się i oplatały stary budynek. Krzewy były elegancko przycięte, wielokolorowe kwiaty tworzyły geometryczne wzory. Przysiadłem na ławce przy stawie. Przyszli tam również obecni właściciele kamienicy (w rzeczywistości to właściciele osiedlowego sklepiku w którym obecnie jest remont). Po chwili odezwała się słuchawka i wysłuchałem wiadomości, że czas już kończyć zwiedzanie. 
Wsiadłem do auta. Było czerwone, a w środku znajdowało się sześć miejsc. Trzy z przodu i trzy z tyłu. Samochód bardzo dziwnie się prowadziło. Miałem problemy z całkowitym wyhamowaniem. Zbliżając się do przejścia dla pieszych, musiałem otworzyć drzwi i wyhamowywać pojazd nogą. Reagował też z opóźnieniem na skręt, przez co lekko zarysowałem jakieś inne auto. Dojechałem w końcu do jakiejś świątyni. Wysiadłem, wziąłem auto pod pachę  i wniosłem je po schodach do środka (jakoś mnie wtedy to nie dziwiło i wydawało się czymś normalnym). Odłożyłem je w przedsionku tuż obok kilku innych. Świątynia była ogromna, zbudowana na planie kwadratu z zaokrąglonymi narożnikami. Ołtarz był na podeście, na samym środku świątyni. 
Na ścianach znajdowało się dużo starych obrazów, poczerniałych od dymu świec. Stało też sporo rzeźb. Zwiedzając to miejsce czułem się jak w jakiejś galerii lub muzeum. Kiedy wyszedłem, wynosząc ze sobą auto, zauważyłem czekających na mnie znajomych. Mój przyjaciel przedstawił swoją nową dziewczynę. Była wysoka i miała niesamowicie długie, rude włosy sięgające aż do kolan. W sumie było nas ośmioro i jakoś upchnęliśmy się do pojazdu. Przyjaciel zaproponował, że poprowadzi. Zamiast patrzeć na drogę, co chwilę spoglądał na niewiastę siedzącą obok i przejeżdżał na czerwonych światłach. Po zwróceniu mu uwagi, w końcu zaczął się na nich zatrzymywać. 
Podczas jednego z takich postojów zobaczyłem przez okno pewnego chłopaka o latynoskiej urodzie. Ubrany był w popielaty prochowiec i rzucał jakąś szmatą. Przechodnie podnosili ją, a wtedy wypadało z niej kilka kości do gry. Podnosił je i przechodził na kolanach tyle kroków ile było oczek. Następnie owijał kości szmatą i sytuacja się powtarzała. Dojechaliśmy i wszedłem do domu razem z moim kolegą lekarzem. Dał mi dwie lalki, chłopca i dziewczynkę, mniej więc półmetrowej wysokości. Powiedziałem, że ich nie potrzebuję i by je zabrał. Po chwili wrócił z dwiema wypchanymi małpami. Jedna nie miała dolnej połowy ciała i była pocerowana grubymi szwami. 
Obie miały postrzępione futro, typowe dla wypchanych zwierząt. Ich nosy miały bladoróżowy kolor i przypominały kocie. Przerażały mnie. Kolega podał mi ich imiona. Jedna nazywała się Słoneczko i tak była podpisana czarnym flamastrem na futrze, a imienia drugiej nie zapamiętałem. Kolega wyszedł, ale miał zaraz wrócić. Zostaliśmy sami i właśnie wtedy podniosły powieki i przekręciły głowy w moim kierunku. Wypowiedziałem ich imiona, a one wzdrygały się na nie. Oczy miały bardzo mętne i mimo wszystko wyglądały przerażająco martwo… 

piątek, 4 stycznia 2013

„…i tak wszyscy umrzemy”


Pojechałem w odwiedziny do wujka. Zobaczyłem tam Ją jak siedzi samotnie przy małym stoliku w kuchni. Przysiadłem się i zamieniliśmy ze sobą kilka słów. Znalazłem się w hotelu lub internacie. Duża sala wypełniona była ustawionymi obok siebie łóżkami. Łóżka przypominały trochę szpitalne. Leżeli na nich moi znajomi ze studiów. Sam także siedziałem niedbale na jednym z łóżek i wertowałem notatki. Uczyłem się do jakiegoś egzaminu i nie szło mi najlepiej. Notatki wydawały się nieczytelne. Innym chyba też nie szło za dobrze. Koleżanka rzuciła swoje notatki i powiedziała, że pewnie i tak obleje. 
Wyszedłem z pomieszczenia i dotarłem do eleganckiej restauracji. Trzymałem za rękę małe kilkuletnie dziecko i wydawało mi się, że to ktoś mi bliski (wyśniona córka/syn?). Były tylko dwa wolne miejsca przy jednym ze stolików. Siedziała przy nim starsza kobieta z synem. Przysiedliśmy się więc. Siedzieliśmy w niszy, a z trzech stron znajdowały się okna. Spojrzałem po kolei przez każde. 
Przez pierwsze zobaczyłem Łuk Tryumfalny. W drugim dostrzegłem zamek cesarski. Natomiast w trzecim bardzo ciekawy, wręcz designerski niewielki budynek ze szkła i stali. Był to skręcony prostopadłościan, a w górnej części zainstalowane było kryształowe oko rozszczepiające światło na wszystkie kolory tęczy niczym pryzmat. Wydawało mi się, że to wyjście z metra. Ludzie wybiegali z niego w panice. Zwróciłem na to uwagę kobiety. 
Spojrzała na moment i wróciła do konsumpcji obiadu oraz wycierania podbródka synowi. Powiedziała, że to pewnie jakiś zamach lub epidemia. Zamyśliła się na chwilę i dodała… i tak wszyscy umrzemy… jest nas za dużo. Chwyciłem dziecko, które wcześniej przyprowadziłem i wybiegłem. Trafiłem do labiryntu korytarzy i dziesiątków drzwi. Wszystkie wyglądały tak samo. Nie wiedziałem, które są właściwe, z których wcześniej wyszedłem. 
Wybrałem ostatnie, na samym końcu korytarza i wszedłem do sali sypialnej, w której byłem wcześniej. Spakowałem swoje rzeczy i opuściłem budynek. Wspiąłem się na wzgórze i czułem niepokój, tak jakby coś się miało zdarzyć…

niedziela, 30 grudnia 2012

Bieg labiryntem i Diablo


Mieliśmy gdzieś pojechać. Poszliśmy więc do miasta po bilety. Wyglądało inaczej. Budynek opery, który składa się z połączonych ze sobą trzech owalnych części był otoczony dwoma kręgami, nadgryzionych zębem czasu kolumn.  Wewnętrzny rząd przypominał trochę Stonehenge, a zewnętrzne przypominały kolumny budowane w starożytnym Rzymie. Sam budynek znajdował się, tak jak w rzeczywistości, tuż przy zakolu rzeki. 
Natomiast nabrzeże znajdowało się za nim i zbudowane było z kilkudziesięciu bardzo wysokich stopni. Patrzyliśmy więc na niego lekko z góry. Było dość stromo, więc nie zbliżaliśmy się za bardzo do krawędzi nabrzeża, przypominającego trochę amfiteatr. Trzymając się za ręce, zaszliśmy do jakiejś galerii. Podłoga była wyłożona miękkim i przyjemnym w dotyku pluszem. Umyślnie upadła z rozłożonymi rękami, a ja zrobiłem to samo i po chwili otulił mnie miękki materiał. 
Podszedłem na czworakach do Niej i złapałem za ręce. Przyciągnąłem Ją delikatnie do siebie. Nasze spojrzenia się spotkały, a po chwili nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku. Coś do mnie powiedziała uśmiechając się. Nie pamiętam co, ale było to dziwne i nawet nie jestem pewien czy zostało wypowiedziane w jakimkolwiek znanym języku. Trzymając się za ręce wstaliśmy i przeszliśmy przez galerię, nie zwracając uwagi na obrazy wiszące na ścianach. Podeszliśmy do okienka i kupiliśmy bilet na autobus.  
Pojechaliśmy nim na zawody. Był to bieg przez labirynt. Musieliśmy współpracować by go ukończyć. Miałem dar do bezbłędnego wybierania właściwych korytarzy, a Ona do wykrywania pułapek, które bez trudu omijaliśmy. Byliśmy pierwsi. Na chwilę mnie puściła i przebiegłem jeszcze kilka kroków nim zdołałem się zatrzymać. Odwróciłem się i wróciłem do Niej, ale ktoś przebiegł obok i Nas wyprzedził. Dokończyliśmy bieg i ostatecznie zajęliśmy drugie miejsce. Znalazłem się u Babci. Właśnie wchodziłem wraz z rodziną do klatki schodowej, jak ktoś trzasnął drzwiami i przebiegł obok. Pomimo, że nic się z nimi nie stało, Babcia zadzwoniła na policję. Po chwili zjawił się umundurowany policjant i spisał protokół. 
Odprowadziliśmy Babcię do mieszkania, a policjant zaproponował, że obwiezie nas po osiedlu, bo nie ma nic innego do roboty. Ostatecznie zawiózł nas do siostry. Siostra wraz ze szwagrem dała mi niespodziewanie prezent. Po odwinięciu z ozdobnego papieru zobaczyłem, że jest to pudełko z grą komputerową „Diablo 3”. Obrazki na opakowaniu były jednak inne, a i sama gra okazała się odmienna od rzeczywistej. 
Postać oprócz magii i typowych broni używała jeszcze pistoletów laserowych. Kierując nią natrafiłem na małe kratery z których uniosły się perłowe kule wystrzeliwujące białe nici. Pokonałem je i dotarłem do ruin. Były to ściany budynków zrobione z czerwonej i wypalonej gliny. Wewnątrz znajdowały się złote monety. Po chwili napotkałem kobiety z ruchu oporu. 
Okazało się, że gra oferuje naprawdę bardzo rozbudowane dialogi i mnóstwo zawiłych intryg. Po wykonaniu kilku zadań dostałem zapłatę w banknotach. Przypominały jednak raczej karty do gry. Miały nominały, a obok znajdowały się jeszcze litery np. R i J z wizerunkami królów i waletów. Na jednym nominał 10 został przekreślony i zastąpiony nominałem 20, a litera J literą R. Chyba to była jakaś wskazówka i część ukrytego szyfru. 
Większe nominały przypominały karty tarota. Na wzgórzu zobaczyłem kapłanów w czarnych habitach, ale zaczęli uciekać, gdy ich zauważyłem. Gra kryła w sobie mnóstwo tajemnic i złożonością bardzo odbiegała od rzeczywistej siekanki. 

środa, 26 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

Życzę wszystkim pogodnych i spokojnych Świąt, niewyczerpanych pokładów energii, uśmiechu na co dzień, miłych niespodzianek losu, grona prawdziwych przyjaciół, samych pozytywnych wibracji, wielu niezapomnianych chwil, dobrego zdrowia,  jak najmniej zmartwień,   pokojowego rozwiązania wszystkich konfliktów, osiągnięcia wyznaczonych celów, pomyślnych wieści oraz samych dobrych i ciekawych snów co noc! 

wtorek, 4 grudnia 2012

Gorączkowe sny


Dawno nic nie pisałem. Przez osiem dni męczyłem się z ponad czterdziestostopniową gorączką, a temperaturę udawało mi się nieco zbić najwyżej na kilka godzin. Nie chorowałem poważniej od kilkunastu lat i już niemal zapomniałem, że podczas wysokiej gorączki nawiedzał mnie zawsze ten sam sen. Tak było i tym razem. Uciekam, a za mną toczy się ogromna kamienna kula. Nie mogę jej zgubić. Nie ważne jak skręcę i gdzie wejdę, ciągle jest tuż za mną. Kula przypomina tą z filmu z Indianą Jonesem. Budzę się zlany potem, a jak znowu zasypiam, to sen się powtarza. 
Pojawił się też inny sen. Uciekam w nim przez ciemny i dziwny las. Zamiast drzew są wysokie kolumny z niechlujnie poukładanych na sobie książek. Są oplecione lianami i pokryte mchem. Lawirując między nimi wpadam w końcu w bagno ze szmat. Plączę się w kawałkach materiału i coraz głębiej zapadam. Jak nie spałem, gorączka powodowała halucynacje. Wydawało mi się, że gdzieś w pokoju czyha na mnie jakiś Azjata, który chce mnie skrzywdzić. Czułem się osaczony i bezbronny. 
Mimo iż go nie widziałem, to wyczuwałem obecność i bardzo mnie to przerażało. Wydawało mi się też, że kwiat, którego zarys widziałem, powiększa się i wypełnia przestrzeń.
Został mi przepisany antybiotyk o nazwie Duomox. Odradzam go każdemu i jeśli jakiś lekarz komuś go przepisze, lepiej zażądać innego. Dla mnie okazał się całkowicie nieskuteczny. Pojawiły się powikłania. Najpierw zapalenie gardła, a potem płuc. Wylądowałem w końcu w szpitalu z ostrą niewydolnością oddechową i spędziłem tam kilka dni. 
Przez cały pobyt nie udało mi zasnąć ani na chwilę. Od kilku dni znowu jestem w domu i powoli dochodzę do siebie, choć nadal "nie mam głosu". Czuję się bardzo wycieńczony i osłabiony, a nieco większy wysiłek jak chociażby umycie kilku talerzy i kubków powoduje lekką zadyszkę. Na szczęście gorączka ustąpiła już całkowicie, a nowy antybiotyk przepisany w szpitalu zdaje się działać bardzo dobrze.

piątek, 9 listopada 2012

Kryształowy samolot


Schodziłem ze wzgórza, przyjemnie ogrzewany promieniami słońca. Przysiadłem na zboczu pokrytym miękką trawą i obserwowałem samoloty lądujące na lotnisku. Po jakimś czasie dostrzegłem samolot jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. W miejscu tylnych małych skrzydeł miał skrzydła takie jak z przodu. Długie i szerokie. Był wielkości Jumbo Jeta i półprzezroczysty, jakby był zbudowany z kryształu. Tylna para skrzydeł ciągle się odkształcała i falowała, jakby to one były napędem tej maszyny. Podchodził do lądowania bardzo wolno, znacznie wolniej niż inne samoloty, zwłaszcza tej wielkości. W końcu łagodnie osiadł na pasie startowym. 
Wracając do miasta odniosłem wrażenie, że jeszcze w nim nie byłem. Zapadła noc. Wspinałem się wzdłuż stromej ulicy i doszedłem do kamienicy, gdzie miała mieszkać moja znajoma z Irlandii. Nie wiedząc które to mieszkanie postanowiłem popytać sąsiadów. Wszedłem na ostatnie piętro i nacisnąłem przycisk dzwonka. Drzwi otworzył mi mężczyzna po pięćdziesiątce w poplamionym podkoszulku, a za nim stała jego żona w szlafroku. Wpuścili mnie i zapytałem o moją przyjaciółkę podając jej imię i pokazując zdjęcie. 
Kobieta odpowiedziała piskliwym głosem, popalając papierosa, że owszem mieszkała piętro niżej, ale się wyprowadziła. Zapukałem więc do odpowiednich drzwi. Otworzyła mi kobieta z wałkami na głowie, która powiedziała mi, że nic nie wie. Wyszedłem wiec zrezygnowany. Zaczepił mnie łysy, podchmielony dresiarz, który chciał się bić, lecz udało mi się uciec.

niedziela, 4 listopada 2012

Mój ślub


Przedzierałem się przez ciemny las, co chwilę odsuwając dłonią pojawiające się na mej drodze gałęzie. W oddali ledwo dostrzegałem słabe, pomarańczowe światło, migoczące niczym latarnia na morzu nocnej ciemności. Wyłaniając się zza linii drzew zobaczyłem niewielki drewniany domek stojący w płomieniach. Nagle zerwał się bardzo silny wiatr, a właściwie pojedynczy podmuch, który momentalnie zgasił pożar. Dom wyglądał na nienaruszony. Odnalazłem drogę, która doprowadziła mnie do sklepu. W środku spotkałem swoją ciotkę i kuzynkę. Stały przy czterech eliptycznych portalach, z których emanowało delikatne pomarańczowe światło. 
Ciotka uczyła moją kuzynkę jak odczytywać symbole w nich się pojawiające. Kuzynka z wielką pieczołowitością i powagą rozpracowywała właśnie ostatni. Oznaczał "prędkość światła". Zaciekawiony podszedłem do niego. Zaczął się mocniej żarzyć. W chwili, gdy go dotknąłem poczułem ciepło i przyspieszenie, a po ułamku sekundy byłem w zupełnie innym miejscu. Leżałem w dużym łożu, przykryty jedwabną pościelą. Odezwał się inteligentny budzik, który grzecznie mnie przywitał i poinformował, że najwyższy czas już wstać. 
Dodaj napis
Wyglądał jak gałka oczna unosząca się wewnątrz szklanego klosza. Zadziwiające, że wyrażała całą gamę emocji wyłącznie przez rozszerzanie i zwężanie źrenicy oraz zmianę barwy. Przeprowadziłem z nim ciekawą rozmowę. Dowiedziałem się, że jest godzina dziesiąta oraz jaka będzie przewidywana pogoda. Najważniejszą jednak informacją było to, że o godzinie szesnastej miałem wziąć ślub z Nią. Dopiero wtedy dostrzegłem garnitur wiszący tuż obok łóżka. Był jasny, w stylu wiktoriańskim z różą wystającą z kieszeni. Kolejnym odkryciem było to, że pomieszczenie w którym się znajdowałem, było na jednym z najwyższych pięter drapacza chmur i z trzech stron było całkowicie przeszklone. 
Rozpościerający się z niego widok wprost zapierał dech w piersiach. Z góry ledwo dostrzegłem Ją, ubraną w suknie również chyba w stylu wiktoriańskim  w kolorze écru i z kilkumetrowym welonem. Wsiadała do auta. Przeszedłem się po pokoju i usiadłem przy stoliku na którym znajdował się półmisek z dziwną nasadką na krawędzi. Znajdował się tam żarnik jak w piecu elektrycznym, rozgrzany do czerwoności i wentylator, rozprowadzający ciepłe powietrze w kierunku potrawy. Był to jakiś krem z delikatnie skarmelizowaną skorupką na wierzchu. 
Nie miałem jednak czasu na delektowanie się tym deserem. Szybko się ubrałem i wyszedłem na zewnątrz. Czekał tam mój przyjaciel, który przyjechał minivanem. W środku siedziała już moja siostra i szwagier. Nagle wewnątrz auta zaczął padać deszcz tuż nad moją siostrą. Wyjęła parasol, który wywinął się na lewą stronę i został zassany do dachu auta. Siostra wzruszyła z dezaprobatą ramionami, a po chwili przestało padać. 
Przyjaciel zawiózł nas za miasto. Z oddali widziałem Ją jak stała na niewielkim wzgórzu pod wielkim, rozłożystym dębem, nieopodal pięknego jeziora.