piątek, 19 lipca 2013

Szczęście

Szczęście to harmonijny związek 
instynktu i rozumu, 
zwierzęcych popędów i rozsądnej woli, 
które przemawiając jednym głosem, 
stają się jak koła zębate 
w mechanizmie zegarowym. 
Siłą napędową maszynerii jest energia kosmiczna wprawiająca w ruch planety. 
Imię tej energii brzmi Miłość 
i to ona zapewnia ich obrót w harmonii z Całością. 
Szczęście oznacza łagodne poddanie się owej kosmicznej sile, 
wyrzeczenie się pragnień, 
które - jak błędnie wierzymy - chcemy zrealizować, 
aby nie utrudniać ruchu, 
ale go wspomagać pozwalając się unosić mocy, która wprawia w ruch gwiazdy...

czwartek, 18 lipca 2013

Fioletoworóżowa energia

Jakiś chłopak zapalił zapałkę. Za jej pomocą podpalił lont rakiety. Iskry wiły się, aż z rakiety wylał się potężny strumień ognia. Wzleciała koślawo i kołując spadła na trawnik sąsiada. Pokręciła się na nim i znów poleciał do góry. Wylądowała na dachu domku przy którym stałem. Po chwili słychać było stłumione pufff. Z dogorywającej rakiety zaczął się wydobywać czarny dym. Kierowany jakimś przeczuciem zacząłem uciekać i rzuciłem się na ziemię. Po chwili rakieta wybuchła doszczętnie niszcząc budynek. Wielki kawał betonu 
spadł tuż obok mnie… Znalazłem się w domu. Było tam pełno ludzi. Moja siostra nerwowo krzątała się w łazience. Zbliżając się do niej spostrzegłem, że w naściennej szafce zalęgły się mole. Liczne kokony i lepiące się nici nie stanowiły miłego widoku. Siostra dzielnie z nimi walczyła, starając się oczyścić szafkę. Usłyszałem jakiś hałas dobiegający z przedpokoju. Poszedłem tam i zobaczyłem, że mój tata leży na podłodze i cicho powtarza, że jest źle. Wydawało mi się, że mogło chodzić o pracę lub o zdrowie… Była wczesna noc. Szedłem ulicą po starej 
części mojego rodzinnego osiedla. Mijałem zaniedbane kamienice, z których tynk już dawno odpadł. Nagle zobaczyłem na niebie coś co przypominało kształtem wielki słup energetyczny wysokiego napięcia. Charakterystyczna kratownicowa konstrukcja, która kształtem przypominała rozłożone ramiona. Opalizowała ciekawym różowofioletowym światłem. Myślałem, że jest holowana przez szybko lecący samolot, ponieważ poruszała się poziomo. Żadnego samolotu jednak nie dostrzegłem. Obiekt leciał sam i się zbliżał. Przeleciał nade mną i był ogromny. Mógł mieć z kilkaset metrów. Pokrywał go 
czarny lustrzany materiał, poprzecinany geometrycznymi świecącymi na różowo-fioletowo, pulsującymi liniami. To one tworzyły wzór kratownicy. Nagle obiekt zaczął się przychylać i spadać, jakby stracił sterowność. Spadał szybko, ale ze względu na wielkość, opadanie wydawało się strasznie powolne. Zniknął za wieżowcem i po chwili musiał się rozbić. Nie słyszałem żadnego wybuchu, ale widziałem potężny rozbłysk jasnego różowo-fioletowego światła. Nagle całe otoczenie zaczęło się zmieniać. Z ziemi wystrzeliły piękne budynki. Wielkie i strzeliste drapacze chmur z czarnego szkła wykończone ceglastym kolorem na 
krawędziach. Ich kształtów nie powstydził by się nawet najlepszy architekt. Pomimo, że każdy był inny, razem tworzyły harmonijną całość. Między nimi istniał jakiś powietrzny system transportu, zrobiony ze współgrających ze sobą potężnych dmuchaw, w taki sposób, że ludzie po prostu latali, unoszeni przez strumienie powietrza… Zobaczyłem Ją ubraną w jaskrawy, pomarańczowy T-shirt. Obok szły inne dziewczyny ubrane tak samo. 
Organizowały jakiś festyn dobroczynny. Zamierzały sprzedawać bandaże. Pokazała mi swoje wyliczenia. Były dość skomplikowane, ale zdawały się mieć sens. Zapamiętałem, że sprzedając trzy sztuki za dwa złote osiągną największy zysk, który w całości miał być przeznaczony na cele charytatywne. 

poniedziałek, 8 lipca 2013

Sesja RPG

Mieliśmy się spotkać ze znajomymi na sesji RPG. Jest to skrót od Role Playing Game. Są to różne gry narracyjne, które polegają na odgrywaniu różnych postaci. Mistrz Gry opisuje świat gry i odgrywa postacie, które spotykają gracze. Można powiedzieć, że jest to rozbudowana wersja psychodramy. Zaczęli się schodzić znajomi. Najpierw przyszli moi przyjaciele P. i A. Potem przyszła koleżanka M. Ch. oraz przyjaciółka z Irlandii T. M. Usiadła obok mnie na kanapie. To co ujrzałem mnie przeraziło. Miała mocno oparzoną stopę. Skóra była czerwona, a miejscami miała bardzo głębokie rany, w których widać było wewnętrzne warstwy skóry i mięśnie. 
Zaczynały się pokrywać już nową mlecznozielonkawą tkanką. Stopa była owinięta bardzo niedbale bandażem, tak że większość ran była odkryta. Na moje pytanie, zadane mocno zaniepokojonym głosem, o to co się jej przytrafiło, odpowiedziała pogodnie i z machnięciem ręką, że tylko rozgrzany olej jej się wylał. Zdawała się tym nie przejmować. Przyszły kolejne dwie dziewczyny razem z córkami i jeszcze kilka zupełnie obcych mi osób, które przyprowadził A. Do sporego już tłumku dołączył jeszcze mój dobry kolega K. Mieszkanie w którym przebywaliśmy wydawało się być kompilacją mojego rodzinnego domu, mieszkania P. i mieszkania K. Do naszej gromadki dołączyła w końcu i Ona. Część osób poszła do innego pokoju.
Do planowanej sesji RPG oczywiście nie doszło. Przyszło zbyt dużo ludzi i spotkanie przerodziło się w przyjęcie. Poszedłem do ostatniego pokoju. P. bardzo intensywnie gestykulując opowiadał z pasją o swoim najnowszym projekcie filmowym. Był to film, którego tytuł zaczynał się na literę "D" i było to jakieś brytyjskie imię kobiece. Niestety nie udało mi się go zapamiętać. Zobaczyłem Ją, jak spała na materacu okryta kocem. Co jakiś czas podnosiła głowę, spoglądała nieobecnym wzrokiem i szła spać dalej, nie zwracając uwagi na przebiegające tuż obok Niej dysputy. Spytałem się P. czy poprowadzi tą sesję. 
Miał być Mistrzem Gry. Rozejrzał się i stwierdził, że w zaistniałych okolicznościach nie ma na to szans i musi iść kręcić film. Czułem się trochę zawiedziony, ale jednocześnie byłem bardzo ciekaw jego nowego dzieła. Wstał i wyszedł wraz z wszystkimi znajomymi przebywającymi w pokoju. W pomieszczeniu pozostałem tylko ja i Ona. Usiadłem na pustej kanapie, a po chwili się przebudziła i wstała. Podeszła do mnie i usiadła mi na kolanach. Ubrana była w piękną czarną suknię, odkrywającą dekolt i ramiona. 
Zauważyłem, że miejscami na Jej twarzy zaczęła schodzić skóra jak po lekkim oparzeniu słonecznym. Wtuliła się we mnie, a po chwili gestem zakazała jakichkolwiek czułości i zaczęła opowiadać o zespołach, które lubi, a które nagrały utwory, których nie znosi i nie może wręcz słuchać. Po kolei wymieniała tytuły, a w pewnym momencie znowu się we mnie wtuliła i zasnęła. 
Obudziłem się…

środa, 19 czerwca 2013

Ciepły wiatr

Wolno dreptałem po równym i soczystozielonym trawniku na szczycie niewielkiego wzgórza. Wokół mnie wyrastały trzy wieżowce z wielkiej płyty. Obserwowałem kilkanaście sokołów wędrownych, które leciały zgodnie w szyku, choć zazwyczaj są samotnikami. Musiały natrafić na jakiś komin ciepłego powietrza, ponieważ szybując zaczęły się wznosić po spirali do góry. 
Kilkunastu dresiarzy w oddali, przesadnie rozłożyście kroczyło tworząc zwartą watahę. Też odkryli ten powietrzny fenomen i zaczęli skakać na dwa metry do góry, podwiewani przez wiatr. Ich skoki przypominały wyczyny astronautów na księżycu. W końcu i ja zbliżyłem się do obszaru na którym występowało to zjawisko. Zacząłem delikatnie podskakiwać, a ciepłe i przyjemne powietrze oplatało me ciało, wznosząc je delikatnie do góry i spowalniając, gdy grawitacja zaczynała przeważać. Wykonałem kilka takich podskoków, gdy nagle zjawisko się wzmogło. Mój kolejny skok ku memu przerażeniu wyniósł mnie na wysokość piątego piętra. 
Powietrze wydawało się teraz wirować wokół jednego z wieżowców, a ja byłem skazany na jego łaskę. Zatoczyłem pełen okrąg wokół budynku i coraz bardziej rozpędzony zacząłem opadać. Obniżałem wysokość po niezwykle płaskiej trajektorii. W końcu ten niewiarygodny powiew zmusił mnie do nieuchronnego spotkania z ziemią, poniewierając mną bez skrupułów. Ostatecznie ten manewr został nieco zamortyzowany przez krzaki w ostatniej fazie. Otrząsnąłem się po tych przeżyciach i odkryłem w owych zaroślach niezwykły przedmiot. Był to żółty cylinder przykryty czerwonym stożkiem, wysokości ze trzydziestu centymetrów. Pastelowymi odcieniami barw przypominał dziecięcą zabawkę. 
Nagle ów stożek zaczął się unosić na niebieskiej tyczce, która wyrosła z cylindra. Stożek przy tym migał czerwonym światłem. Uniósł się na wysokość kilku metrów, a wszystkiemu towarzyszyła melodia jak z  pozytywki. Dobrze ją znałem. Był to utwór Taikatalvi mojego ulubionego zespołu Nightwish. Uświadomiłem sobie, że nie słuchałem żadnego ich utworu od kilku miesięcy z wyjątkiem imprezy z muzyką fińską, na której byłem w połowie kwietnia.

niedziela, 9 czerwca 2013

Ostatni nieśmiertelni na gigantycznym statku kosmicznym

Byłem na pokładzie gigantycznego statku kosmicznego. Na tym poziomie znajdowało się miasto.
Liczne kamienice i brukowane ulice przypominały te budowane na ziemi. Na statku odbywała się
zażarta walka między normalnymi ludźmi, a nielicznymi już przedstawicielami nieśmiertelnych.
Byłem jednym z nich. 
Nasza nieśmiertelność polegała na tym, że nie umieraliśmy ze starości, ale poza tym nie różniliśmy się od innych ludzi. Byliśmy tak samo podatni na choroby i obrażenia. Ludzie nie mogli zaakceptować naszej odmienności. Miałem przekonanie, że jestem po stronie "dobra", że byliśmy opiekunami, a atakujący nas byli bezmyślni i "źli". Zabarykadowaliśmy się w
niewielkim pubie. 
Przypominał mi jeden z tych, które odwiedziłem kiedyś w Dublinie. Długa
czerwona lada barowa, a wzdłuż niej pojedyncze stoliki. Zabarykadowaliśmy drzwi w
akompaniamencie kul przeszywających drewniane drzwi. Przemknęliśmy pochyleni, by unikać
zabłąkanych pocisków i dotarliśmy do klatki schodowej. Godzinami wchodziliśmy na coraz wyższe,
bardziej zewnętrzne poziomy statku, aż dotarliśmy do poziomu handlowo-parkowego. 
Rozległe przestrzenie przypominały galerie handlowe, z szerokimi chodnikami, ławkami i skwerami.
Kilkadziesiąt metrów wyżej był szklany sufit o kilkunastometrowej grubości, przez który widać
było przestrzeń kosmiczną. Wzdłuż szerokich spacerowo-parkowych alei wyrastały galerie i sklepy.
Wszystkie  miały wielkie przeszklone witryny. Światła były przygaszone do ułamka swojej mocy, a rozległe przestrzenie puste. 
Chyba właśnie była symulacja nocy. Szliśmy dalej, aż dotarliśmy do
naszych ciasnych kajut mieszkalnych. Były w nich tylko rzędy piętrowych łóżek i skrzynie na rzeczy osobiste i ubrania. Uświadomiłem sobie, że jestem bosy i nie mogę znaleźć butów. Nagle rozbrzmiał komunikat, że ostatni pociąg odjedzie za 9 minut. 
Był to bardzo szybki pociąg
magnetyczny w samym centrum statku. Mimo to dotarcie z jednego końca statku kosmicznego na drugi trwało kilka godzin. Wiedziałem, że ten komunikat oznacza, że przegrywamy, a ja nie zdążę do niego dotrzeć. 
Nawet gdybym dobiegł do najbliższej windy, zjazd do wnętrza trwałby piętnaście minut. Segment w którym byłem miał zostać zniszczony, a ja razem z nim.

sobota, 8 czerwca 2013

Rubinowa gwiazda i ciasteczkowy bałwan

Jechałem z tatą samochodem. Była głęboka noc. Mrok rozpraszały jedynie reflektory auta. Ściany drzew ciągnęły się monotonnie po obu stronach drogi. W końcu dojechaliśmy nad jezioro. Usiadłem na trawie i spojrzałem do góry. Niebo przybrało niesamowitą barwę. Opalizowało ciekawym odcieniem zieleni i jakby emanowało wewnętrzną poświatą. 
To niezwykłe zjawisko tworzyło kształt kraba. Dostrzegłem też niezwykłą gwiazdę. Była dużo jaśniejsza od pozostałych i miała intensywnie głęboką czerwoną barwę niczym rubin. Nagle dostrzegłem jakiś ruch. Pobiegłem w tamtą stronę i rozpoznałem nasze auto, które zaczęło staczać się ze wzniesienia. Nie mogłem nic zrobić. Po chwili, już trochę rozpędzone, uderzyło w inny samochód. 
Zderzenie nastąpiło w miejscu pasażera z przodu, czyli tam, gdzie zazwyczaj siedziałem. Co dziwne wgniecenie było idealnie równe o koncie 90 stopni. Miejsce pasażera po prostu przestało istnieć. Poszedłem do lasu i trafiłem na polankę. Była cała pokryta śniegiem i oświetlona ciepłym beżowym światłem. 
Czułem na niej zapach ciasteczek, a na samym jej środku dostrzegłem bałwana. Wydawało mi się, że się porusza i że to on był źródłem przyjemnego zapachu.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Córki…? Syn…? Tajniki Sztuki?

Byłem w mieszkaniu mojej babci. Ktoś mnie zawołał z drugiego pokoju. Udałem się tam. Na kanapie siedziały dwie młode, niebieskookie dziewczynki. Mogły mieć z 11 lat. Obie miały ciemne włosy związane w kucyki. Dziewczynki były bliźniaczkami. Co dziwne były moimi córkami. Sprawiały sporo problemów wychowawczych i nie potrafiły długo usiedzieć w jednym miejscu. Miałem im pomóc w nauce tanga, na jakieś zajęcia muzyczne w szkole. Ubrały się w czerwone spódnice z falbanami, sięgające aż do ziemi. Potem pokazały mi jak tańczą flamenco. Wychodziło im to rewelacyjnie. 
Po chwili do pokoju wszedł chłopiec z dziewczynką. Też byli bliźniakami, tylko młodszymi o kilka lat od dziewczynek. Też chyba byłem ich ojcem. Wydawali się być dużo spokojniejsi niż bliźniaczki... Byłem w mieście. Miałem się spotkać z moim przyjacielem reżyserem. Chciał porozmawiać o nowym projekcie filmowym. Chciałem wejść do zabudowanego, kawiarnianego ogródka, ale kelner zagrodził mi drogę. 
Twierdził, że niedługo zamykają. Spostrzegłem przyjaciela przez okno. Rozmawiał z jakimś znanym aktorem. Dostrzegł mnie i skinął na kelnera by mnie wpuścił. Opowiadał z pasją o swoim nowym filmie. Miała to być komedia romantyczna w uniwersum magów. 
Opowiadał, że niezwykle istotną rolę miała odgrywać Sztuka (określenie na prawdziwą magię) i wiążące się z nią niebezpieczeństwa w postaci Paradoksów.

sobota, 25 maja 2013

Pojazdy elektromagnetyczne

Nogi poniosły mnie do parku w rodzinnym mieście. Zatrzymałem się na polanie otoczonej drzewami. Usłyszałem jak coś przemieszcza się pomiędzy liśćmi i gałęziami. Po chwili wyłonił się spomiędzy nich wspaniały żuraw. Zrobił kilka dostojnych kroków i wzbił się w powietrze. Położyłem się na trawie i podziwiałem jego lot. Szybował z szeroko rozpiętymi skrzydłami. Ich końce były zakończone pojedynczymi piórami przypominającymi palce. Zrobił kilkanaście kręgów nad polanką i odleciał. 
Poszedłem w okolice mojego starego liceum. Tuż obok, niemal od zawsze stał charakterystyczny, wysoki maszt od radia CB. Teraz został zmodyfikowany. Mocno go rozbudowano. Przypominał Toronto Tower z metalowymi, ruchomymi kręgami wokół górnej części. Pomalowano go farbą, która przybierała srebrnobiałe odcienie, zależnie od tego pod jakim kątem się na nią patrzyło. Wszedłem do środka, gdzie właśnie trwało uroczyste otwarcie. 
Przewodniczyły mu Krystyna Pawłowicz i Grażyna Ciemniak. Po chwili z tłumu wystąpiła starsza kobieta z chustą na głowie. Podeszła do nich i zaczęła je ściskać. Natychmiast pojawili się ochroniarze w postaci starszych, wychudzonych mężczyzn w różowych ortalionowych dresach, od których czuć było tanie wino i papierosy. Bezwzględnie pochwycili kobietę i wyprowadzili na zewnątrz. Przemówienie kontynuowano, a po jego zakończeniu rozpoczęła się wystawa futurystycznych pojazdów zasilanych elektrycznie. Moją uwagę przykuł samochód pomalowany na jaskrawy odcień zieleni. Miał bardzo opływowy kształt i coś w rodzaju dwóch warstw podwozia. Uklęknąłem by przyjrzeć mu się dokładniej. 
Między jedną, a drugą była wolna przestrzeń, zaprojektowana tak, by przysysała auto do nawierzchni jak odkurzacz. Na dolnej zamontowano miliardy skomplikowanych układów scalonych zintegrowanych z elektromagnesami. Podszedł do mnie jakiś naukowiec i widząc moje zainteresowanie zaczął mi wyjaśniać mechanizm działania tego pojazdu. Z tego co zapamiętałem, to odpychał się od ziemskiego pola elektromagnetycznego, a ponieważ ziemskie pole 
elektromagnetyczne jest bardzo zmienne i nieustannie fluktuuje, dlatego elektromagnesów i mikroprocesorów zintegrowanych z magnometrami musiało być tak dużo. Nieustannie się dostosowywały by ruch był jak najbardziej wydajny i płynny. Wskazałem mu kilka wad konstrukcyjnych, które wydały mi się oczywiste. 
Zadziwiłem tym naukowca. Chciał podjąć ze mną współpracę jednocześnie prosząc bym nic nie mówił w tym pomieszczeniu. Wtedy poczułem, że jestem obserwowany i dostrzegłem skierowane na mnie kamery monitoringu.

niedziela, 12 maja 2013

Katastrofa kolejowa


Byłem w jakimś mieszkaniu. Znajdowało się tam wiele połączonych ze sobą sal. Ściany ozdobiono ekskluzywnymi tapetami w paski, przeważnie w barwach ciemnej zieleni, purpury z elementami ze złota. Odbywało się tam jakieś przyjęcie. Pomiędzy pomieszczeniami przepływały nieustannie potoki przebranych ludzi. Wszyscy mieli maski i panował nieznośny gwar. W jednej z sal był telewizor. Widziałem w nim wiadomości. Z lotu ptaka pokazywane było miejsce katastrofy kolejowej. Pozgniatane metalowe elementy tworzyły upiorną mozaikę rozświetlaną potężnymi płomieniami. 
Przeprowadzony był wywiad z jakąś ciemnowłosą dziewczyną, która była świadkiem wypadku. Nie słyszałem niestety treści wywiadu. Jakaś zamaskowana dziewczyna chwyciła mnie niespodziewanie za rękę i wyprowadziła z tej maskarady. Poszliśmy skrajem lasu. Usiedliśmy na zboczu kilkumetrowego rowu, na dnie którego znajdowały się tory kolejowe. Kończyły się specjalnym zderzaczem i nasypem tuż obok miejsca w którym siedzieliśmy. Po chwili z lasu wyszła dziewczyna, którą widziałem wcześniej w telewizji. 
Przysiadła się i poczęstowała nas czerwonym winem. Prowadziliśmy ciekawą dyskusję, którą przerwał charakterystyczny hałas toczących się metalowych kół na torach. Zbliżał się rozpędzony pojedynczy wagon pasażerski. Wyglądał na zabytkowy. Nim zdążyliśmy zareagować, uderzył gwałtownie w zderzacz. Powietrze przeszył dźwięk zgniatanego metalu. Wagon wgniótł się w dolnej części, ale impet z którym się wcześniej poruszał, wyrzucił go w powietrze. Przeleciał tuż obok nas. 
Odruchowo przylgnęliśmy do ziemi i zasłoniliśmy oczy. Szczątki zbiły się w jedną powykręcaną stertę kilkanaście metrów dalej. Niedługo po zdarzeniu przybiegł kolejarz w mundurze. Wrzeszczał, że nie powinno nas tu być. Odpowiedzieliśmy, że nie było zakazu. Zmieszał się tym i zakazał nam mówić komukolwiek o tym co zobaczyliśmy. 
Dał nam też gadżety reklamowe z logiem kolei. Znalazł się tam notatnik z ulotkami. 
Gruba księga z adresami firm, którą uznałem z jakiegoś powodu za bardzo przydatną. Dostaliśmy również kubki termiczne. W ich wnętrzu znalazłem dodatkowo długopis, ołówek i cyrkiel.


Sen z dnia 04.05.2013 r.

piątek, 3 maja 2013

Baśniowy Ogród


Chodziłem po mieszkaniu. Przystanąłem przy oknie. Powinienem być na parterze, ale widok sugerował, że znajdowałem się na ostatnim piętrze wieżowca. Wiedziałem, że znajduję się na swoim rodzinnym osiedlu, tylko widok był inny. Nie było bloków, wieżowców i ulic, a łąki i pola. 
Na południu zaś dostrzegłem leniwie wijący się strumyk, a dalej rozległe lasy.  Znowu przemierzałem domowe pomieszczenia i dostrzegłem drzwi, których nie powinno być. Spróbowałem je otworzyć, ale niestety były zamknięte. Bezszelestnie pojawiła się Ona. Przestraszyła mnie dotykając mego ramienia. Wyszeptała „Dlaczego nie wchodzisz?”. Odpowiedziałem, że próbowałem, ale są zamknięte. 
„Otwórzmy je” odparła łagodnym i kojącym głosem. Położyłem dłoń na klamce, a Ona swoją na mojej. Drzwi uchyliły się bez oporu. Weszliśmy razem do pomieszczenia. Znajdowało się tam kolejnych kilkanaście drzwi. Otwieraliśmy je po kolei, a te które się nie otwierały, wyważaliśmy wspólnymi siłami. Za każdymi drzwiami kryły się szafy. Były tam stare ubrania i przedmioty. Niektóre z niech można śmiało nazwać antykami. 
Najbardziej zapadł mi w pamięci wielki globus w odcieniach sepii i stara lampa naftowa. Wyszliśmy z budynku. Stary samochód zatrzymał się gwałtownie tuż przy Nas. Wzbił przy tym tumany kurzu. Drzwi otworzył mężczyzna w średnim wieku. Na głowie miał kapelusz. Nakazującym tonem zaprosił Nas do środka i ruszył z dużym przyspieszeniem. 
Samochód mimo archaicznego wyglądu, napędzany był elektrycznie. Lawirowaliśmy po wiejskich drogach. Tuż przed zakrętem zjechaliśmy z drogi i zatrzymaliśmy się za zaroślami. Po chwili drogą przejechały transportery opancerzone. Wiedziałem, że to mnie szukają, ale nie miałem pojęcia dlaczego. Gdy się oddaliły, ruszyliśmy w dalszą drogę i dojechaliśmy do centrum miasta. 
Kamienice były zupełnie inaczej wykończone. Zapamiętane przeze mnie secesyjne elewacje przypominały teraz barokowe, z bogatymi zdobieniami i wykończone złotą farbą.  Przed jedną z kamienic siedziało jury. Naprzeciwko zaś kandydaci, którzy właśnie w skupieniu wypełniali testy. Byłem ciekawy co to za casting i kogo szukają. Ich odpowiedzi nie były zbyt jasne. 
Mówili coś o Internecie i telewizji. Dali mi nawet ulotkę, ale była tak zrobiona, że szybko się pokruszyła i rozpadła. Przeszedłem obok nich i wstąpiłem do najbliższej kamienicy. Korytarz był zaniedbany, a farba na ścianach łuszczyła się i odpadała. Na suficie migała świetlówka świecąca zielonym światłem.  Czułem atmosferę zepsucia i niepokoju. Wszedłem łukowatym wejściem do wielkiej sali. Panował tam zupełnie inny klimat. Pomieszczenie było jasno oświetlone i pokryte kolorowymi roślinami. 
Można by to miejsce śmiało nazwać Baśniowym Ogrodem i chyba właśnie tak się nazywało. Dostrzegłem Elfkę w zielonej sukni. Sadziła konwalie i tulipany.  Wyglądała na strapioną. Wyjaśniła mi, że tworzy właśnie przedszkole, ale rodzice widząc korytarz, nie zostawiają swoich dzieci pod jej opieką. Próbowałem ją pocieszyć i pomogłem przy sadzeniu kwiatów. 
Jakieś dwie dziewczynki przeszły przez korytarz i zachwyciły się przedszkolem. Ucieszyła się. Po chwili jednak spojrzała na mnie jakby sobie o czymś przypomniała. Spytała się, gdzie jest Ona i dlaczego Jej nie ma przy mnie…