wtorek, 26 sierpnia 2014

SEN z Lorda Byrona

Dwoiste życie nasze: sen ma świat udzielny
Śród otchłani, nazwanych bytem i nicestwem,
Nazwanych, lecz nieznanych, - sen ma świat udzielny,
Z rzetelną władzą rządząc nad marnym królestwem.
Mary i życie biorą, i postaci noszą,
Rozczulają i dręczą, i łechcą rozkoszą.
Troski dzienne ciężarem przywalają sennym
I ujmują ciężaru naszym pracom dziennym.
One się do istoty naszej mogą wcielić,
Zabrać połowę czasu i byt nasz podzielić.
Jak posłańce wieczności - błysną i przepadną,
Jako przeszłości duchy - często przyszłość zgadną,
Jak wróżące Sybille - ciemność do ich ręki
Składa tyrańskie berło rozkoszy i męki.
One, gdy zechcą, na to przerobić nas mogą,
Czym nie byliśmy nigdy; - one rażą trwogą,
Wywołując cień z grobów. - Więc mary są cienie?
Przeszłość nie jestże cieniem? czymże jest marzenie?
Robotą duszy, - dusza może wyprowadzić
Z nicestwa światy nowe i na nich osadzić
Doskonalsze od ziemskich kształty promieniste,
Wlać im duch trwalszy, niźli w ciała rzeczywiste.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Zalane miasto

Płynąłem łódką. Wokół mnie rozciągały się ruiny zalanego miasta. Musiało to nastąpić dawno temu, ponieważ resztki budynków zaczęły oplatać rośliny. Niektóre tylko cienką warstwą pomalowały na zielono mchy i porosty. Woda stała w miejscu. Była mętna i gęsta od kwitnącego w niej życia.
Dopłynąłem do wielkiej betonowej kopuły. Wpłynąłem do małej zatoczki wżerającej się w głąb kopuły. Były tam piętrowe platformy, do których można było przymocować łodzie, zależnie od poziomu wody. Wszedłem do środka. Żyjąca tam społeczność w dużej mierze składała się z kobiet. Wszystkie były ubrane w jednakowe
ciemnoniebieskie mundury. Różniły się jedynie przypiętymi symbolami, które określały miejsce w społecznej hierarchii. Swobodnie przemierzałem rozległe trzewia budowli. Doszedłem do wielkiej auli. Ktoś rozszczelnił zewnętrzne grodzie i do sali wlała się woda. Ludzie byli tym uradowani i beztrosko pływali. Pobiegłem do siedziby wyższych oficerów, a właściwie dziewięciu
oficerek, bo były to wyłącznie kobiety. Zastałem je, jak zażywały kąpieli w niewielkim, prostokątnym, acz dość głębokim baseniku. Wyłożony był drobną, błękitną mozaiką, a na jego dno prowadziły schody. Panie śmiały się głośno i dopiero po chwili dostrzegły moją obecność. Zamilkły by wysłuchać mojej relacji i nieskrępowane swoją nagością, pobiegły oburzone
wprost do zalanej auli. Z wymiany zdań wywnioskowałem, że oburzenie wynikało z faktu, że zwykli szeregowi obywatele mają większy basen od nich. Udałem się na targ staroci. Liczne stoiska i kramiki tworzyły zawiłą sieć alejek przykrytych barwnymi płachtami. Widziałem stare naczynia z brązu, stoiska ze świecami z prawdziwego pszczelego wosku i pordzewiałymi
wojskowymi akcesoriami. Wydaje mi się, że szukałem biżuterii dla bliskiej mi osoby. Spotkałem swojego kolegę A. Poprosił bym mu przegrał jakieś dwie gry i podał mi starą dyskietkę. Zdaje mi się, że chodziło mu o gry związane z piłką nożną. Po chwili napotkałem swoją babcię. Koniecznie chciała zajść do fryzjera. Weszliśmy więc do pierwszego napotkanego zakładu fryzjerskiego. Obsługiwał go starszy mężczyzna w
okularach z potarganą fryzurą i papierosem w ustach. Nie budził mojego zaufania, ale babcia ochoczo usiadła na fotelu. Fryzjer założył jej na głowę wojskowy hełm przecięty w połowie, tak, że wystawał z niego czubek głowy. Mężczyzna wziął maszynkę i zaczął golić babci wystającą cześć głowy na łyso. Zdjął hełm i pokazał babci efekt swojej pracy. O dziwo, babcia była zachwycona tą dziwaczną fryzurą i wychwalała
niebywałe zdolności fryzjera. Wyszliśmy i przeszliśmy obok kliniki, która została przekształcona w sklep obuwniczy, ale stary szyld pozostał. Nagle babcia sobie zażyczyła, byśmy zaszli do kosmetyczki, by jej nakremowała i wymasowała stopy. Zaprowadziłem ją do najbliższego salonu kosmetycznego i poszedłem dalej. Usłyszałem krzyki mojego przyjaciela Ł. z wnętrza jednego z domów. Wszedłem i po poszukiwaniach odkryłem, że wpadł do kamiennej studni w przedpokoju. Zacząłem
szukać pomocy lub czegoś, co pomogłoby go wydostać. W kuchni znalazłem swoją siostrę. Siedziała, przy komputerze i robiła w nim porządki. Potem weszła jakaś dziewczyna w kręconych włosach. Powiedziała, że pomoże przyjacielowi, ale dopiero po przyjęciu. Zaczęli schodzić się goście, co dziwne przeważnie pary męsko-męskie. Patrzyli się na mnie tak jakbym się im podobał i zapraszali mnie do stołu. Nie miałem jednak zamiaru korzystać z ich zaproszenia. Kilkakrotnie jakiś facet przechodził obok mnie i niby przypadkowo mnie dotykał. Bardzo mi się to nie podobało. Napawało mnie to wręcz
obrzydzeniem. Wolałem przebywać raczej w kuchni. Spojrzałem jeszcze raz do studni i dostrzegłem, że ze ścian wystają końcówki belek. Odłączyłem kabel sieciowy od komputera w kuchni i zrobiłem na jego końcu pętle.  Wrzuciłem do studni i krzyknąłem by się nim obwiązał i zaczął wspinać po balach, a prowizoryczna lina miała służyć asekuracji.

czwartek, 10 lipca 2014

Kilka snów z kilku dni...

Sprzed 3 dni - Wiedźmin


Byłem wiedźminem i szkoliłem młodych wiedźminów. Potrafiłem się niezwykle dobrze komunikować z drzewami i zwierzętami. Wpajałem młodym szacunek do nich.

Sprzed 2 dni - Gra o Tron



Byłem jednym z aktorów na planie filmowym. Odgrywałem wojownika. Robiłem wszystko, by rozbawić całą ekipę, kamerzystów, scenarzystów i reżysera. Przemierzając ciemne i wilgotne komnaty starego i potężnego zamku, znalazłem dziwny przedmiot. Podniosłem go i z pieczołowitym zainteresowaniem oglądałem baterię typu AA. Potem znalazłem dziwną srebrną monetę. Miała dziurkę w środku i dziwny nominał 39 koron.

Wczorajszy - W biegu…

Pojechałem do Niej. Mieszkanie wyglądało jakoś inaczej i było bliżej centrum miasta w kamienicy. Jej współlokatorka W. pochwaliła się swoim nowym zwierzakiem. Był to York miniaturka. Wychwalała jego urodę pod niebiosa i prosiła wszystkich by go głaskali. W mieszkaniu była też Jej siostra oraz dużo koleżanek. Był też chłopak z którym rozmawiała, który przypominał mi mojego kolegę Wiktora sprzed może 8 lat, jak miał bujną czuprynę. Musiał jechać i wszyscy postanowiliśmy go odprowadzić na dworzec kolejowy. Już miałem wychodzić, gdy zatrzymał mnie mój ojciec, który miał do mnie jakieś absurdalne pretensje. Zaczął mnie przytrzymywać, ale w końcu udało mi się wyrwać z jego uścisku. Wybiegłem szybko by dogonić resztę towarzystwa, niestety nie zdążyłem, a drzwi autobusu zatrzasnęły się za nimi. Pojechałem innym. Przez szybę zobaczyłem ,że czekają już na przystanku na autobus powrotny. Wyskoczyłem i szybko przebiegłem na drugą stronę ulicy. Niestety gdzieś odeszli. Szedłem więc drogą, którą uważałem za właściwą i po jakimś czasie zobaczyłem Ją jak siedzi na głazie, na zboczu skalistego wzgórza. Miała rozmazany makijaż. Przede mną stanęła wielka jaszczurka, przypominająca zieloną Agamę, ale wielkości Legwana z Komodo. Musiałem ją chwycić za ogon i odciągnąć, bo tarasowała jedyną drogę. Potem napotkałem jeszcze wielkie kolorowe węże. Kiedy się przedarłem, nie było już Jej na głazie. Dotarłem do skarpy z betonowym tarasem pomalowanym na biało. Stał tam mój przyjaciel Ł. i pokazał palcem, że Ona jest tam na dole. Było bardzo wysoko i się bałem, ale postanowiłem pokonać strach i skoczyłem najpierw na niższy taras, który był oddalony o wysokość mniej więcej dwóch pięter, a potem na jeszcze kolejny i zjechałem po czymś przypominającym szeroki wspornik. Będąc już na dole wbiegłem do wskazanego wcześniej budynku. Błądziłem po labiryncie korytarzy, aż spotkałem Jej siostrę. Wskazała, że jest w delfinarium. Minąłem wycieczkę, odnosząc wrażenie, że to są Jej podopieczni. W pomieszczeniu za szklaną szybą zobaczyłem Ją. Miała jeszcze bardziej rozmazany makijaż, a po Jej policzkach ciekły strumienie łez. Przytuliłem Ją mocno i zapytałem co się stało. Pokazała mi ślad po ukłuciu i jakąś kopertę, chyba z jakimiś wynikami. Ciągle płakała wtulając się, ale nie zdążyła mi nic wyjaśnić, bo się obudziłem…


Ten sen był niezwykły, bo budziłem się w nocy wielokrotnie i za każdym razem sen był kontynuowany. Niestety pomimo prób kolejnego zaśnięcia i nadziei, na wyjaśnienie wszystkiego w kolejnym śnie, nie udało mi się ponownie zasnąć.
Nie mam też za dużo czasu, do domu zajechałem tylko na chwilę, więc tym razem bez obrazków…

niedziela, 6 lipca 2014

Operacja…

Odwiedził mnie kolega ”Szachista”, z którym nie widziałem się już od wielu lat. Chciał pożyczyć ode mnie jakąś książkę. Zacząłem więc przeglądać swoje księgozbiory. Powyciągałem zewnętrzne rzędy książek i zacząłem na nowo odkrywać schowane i zapomniane już woluminy. Po chwili zebrała się mała wieża książek, które chciałbym przeczytać, ale tej poszukiwanej nie znalazłem. Odnalazłem jednak „Siły rynku” Richarda
Morgana, książkę którą kiedyś zacząłem czytać, a która zaginęła podczas przedświątecznych porządków. Miała charakterystyczną okładkę z dominującą czerwienią. Wielokrotnie jej poszukiwałem, niestety bezskutecznie.
Szedłem na autobus wraz z siostrą i siostrzenicą. Widziałem, że autobus stoi na przystanku i zaczęliśmy biec. Wskoczyłem jak już ruszał, dosłownie w ostatniej chwili, ale siostra z dzieckiem niestety zostały w tyle. Autobus to stary przegubowy Ikarus. W tylnej części miał wyrwany dach, więc przeszedłem do przodu.. Usiadłem na

skórzanym fotelu. Za mną siedział bardzo zamknięty w sobie chłopak z brodą i kręconymi włosami. Naprzeciwko mnie natomiast jakiś pijaczek, który coś bełkotał. Nagle wstał i zaczął nachalnie prosić współpasażerów o pieniądze na wino. Wstałem by go uspokoić i nagle poczułem ostrze wbite w plecy. Odwróciłem się i dostrzegłem chłopaka wybiegającego z autobusu, a za nim zamknęły się drzwi. Usiadłem i spokojnie poczekałem, aż autobus dojedzie do szpitala. Wysiadłem i poszedłem do dość dużej szpitalnej sali. Po chwili odwiedziła mnie
babcia. Powiedziała, że ma dla mnie prezent i po chwili wniesiono do sali kanapę. Pokazała mi guziczki i okazało się, że rozkłada się automatycznie, oraz automatycznie ścieli. Po chwili poproszono mnie bym przyszedł na blok operacyjny. Położyłem się na stole, a chirurdzy bez znieczulenia otworzyli mi klatkę piersiową. Postanowiłem zadzwonić do Niej. Czekając na połączenie, chirurdzy robili swoje i po chwili wyjęli
mi serce. Pokazali otwór po ostrzu w jednej z komór i zaczęli zszywać nicią krawiecką. Krew zabawnie mi chlupotała, gdy kiwałem się zniecierpliwiony na stole. Gdy odebrała powiedziałem, że chwilowo jestem bez serca, ale już mnie naprawiają. Miała zaniepokojony głos i pytała się, czy to przypadkiem nie jest niebezpieczne. Chirurg zabrał mi telefon, powiedział do słuchawki, że nie życzy sobie rozmów podczas operacji i rozłączył połączenie…

sobota, 5 lipca 2014

Szczęście II

Szczęście to harmonijny związek 
instynktu i rozumu, 
zwierzęcych popędów i rozsądnej woli, 
które przemawiając jednym głosem, 
stają się jak koła zębate 
w mechanizmie zegarowym. 
Siłą napędową maszynerii jest energia kosmiczna wprawiająca w ruch planety. 
Imię tej energii brzmi Miłość 
i to ona zapewnia ich obrót w harmonii z Całością. 
Szczęście oznacza łagodne poddanie się owej kosmicznej sile, 
wyrzeczenie się pragnień, 
które - jak błędnie wierzymy - chcemy zrealizować, 
aby nie utrudniać ruchu, 
ale go wspomagać pozwalając się unosić mocy,  
która wprawia w ruch gwiazdy...


Kiedyś już publikowałem swoją definicję szczęścia i postanowiłem ją przypomnieć...



Równo tydzień temu wydarzyło się coś niesamowitego i dla mnie niespodziewanego.
Byłem na urodzinach wspaniałej kobiety, kobiety którą kocham każdą cząsteczką swej duszy, umysłu i ciała. Kocham Ją nieprzerwanie już od jakichś pięciu lat i przez ten czas jestem całkowicie wierny temu uczuciu. Zdążyło się umocnić i mocno dojrzeć. Myślę o Niej każdego dnia i każdej godziny. Dość często gościła w moich snach. W jednym z poprzednich snów całowała mnie moja przyjaciółka. Jak to jednak ze snami bywa, urzeczywistniają się w całkiem inny, wspanialszy sposób. Pocałowała mnie ukochana jubilatka, a przyjaciółka była tego świadkiem. I nie był to pocałunek, tylko POCAŁUNEK!!! Najbardziej namiętny, dziki i żywiołowy jaki miałem okazję doświadczyć w swoim życiu. Czułem go w każdej komórce ciała, przenikał mą duszę, oplatał ją i łączył z Jej duszą, tworząc CAŁOŚĆ. Było to całkowicie spontaniczne i przyjemnie zaskakujące.
Trwał i trwał, poza czasem, poza kruchą materią naszych ciał, poza kontrolą umysłu i uczuć... Po prostu trwał w najczystszej formie. Czułem jak nasze oddechy się zsynchronizowały, a serca biły w tym samym, szalonym, mistycznym rytmie. Wiedziałem, że warto było walczyć, choćby dla tej chwili, że warto ŻYĆ!!! Nie mogliśmy się od siebie oderwać, nie potrzebowaliśmy żadnych słów. Wszelkie próby kończyły się kolejnym uściskiem i kolejnym zbliżeniem naszych spragnionych ust, tak jak Ziemia krąży w namiętnym, grawitacyjnym tańcu ze Słońcem. Widmo uciekającego ostatniego autobusu nocnego, nie miało wtedy absolutnie żadnego znaczenia ( i tak uciekł :) ). Przez te ponad pięć minut (przyjaciółka mi potem powiedziała ile to trwało), doświadczałem prawdziwego SZCZĘŚCIA!!! Zaistniało po prostu, jako stan istnienia, po prostu Byliśmy...


środa, 2 lipca 2014

Arka Przymierza

Przebywałem w hotelu wraz z grupką znajomych i przyjaciół. Uprzedzono nas, że zginął ktoś ważny i z powodu żałoby, cały personel przestał pracować. W całym hotelu obowiązywała całkowita samoobsługa. Jakaś kobieta, ubrana w stereotypowy strój służącej, szybko przemknęła w stronę wyjścia. Całą ferajną udaliśmy się do marketu, będącego przybudówką do hotelu. Zanim pozostali moi towarzysze zrobili zakupy, zdążyłem przemierzyć sklep wzdłuż i w
szerz, zapoznając się dość dokładnie z całym jego asortymentem. Udałem się na pętlę tramwajową. Była całkowicie zadaszona. Spotkałem tam swojego tatę. Nadjechał tramwaj, a motorniczy zaczął narzekać, że znowu coś nie działa. Mój tata zaoferował swoją pomoc w naprawie i po chwili już otworzył właz techniczny. Pod włazem znajdował się ciekawy system hydrauliczny. Były tam grube, przezroczyste węże, z grubego i elastycznego
plastiku, o średnicy mniej więcej pięści. Po chwili zdiagnozował, że coś jest w łączniku i tamuje przepływ. Włożył tam dłoń i po chwili podał mi znaleziony, interesujący przedmiot. Wyglądał jak złote jajo o fakturze orzecha włoskiego. Odkryłem, że jest to osobliwy telefon komórkowy z aparatem. Tata nałożył na rurę końcówkę przypominającą igłę. Wcisnął ją w odpowiedni otwór i po chwili wąż zaczął się napełniać lepką, przezroczystą cieczą, która miała przyjemny,
lekko słodkawy zapach.
Znalazłem się w budynku na szczycie góry. Budynek okazał się być wiktoriańską skocznią narciarską. W pomieszczeniu wisiały dziesiątki butów z podeszwami przypominającymi połączenie bardzo krótkich nart z łyżwami. W jednej ze ścian był duży otwór. Nad nim przymocowany był uchwyt, a przed
nim siedzisko obite w czerwoną skórę. Usiadłem na nim, złapałem się uchwytu i odepchnąłem. Zjeżdżałem rurą przypominającą basenowe zjeżdżalnie. Wypadłem wprost na stok pokryty zlodowaciałym śniegiem. W pewnym momencie najechałem na wyprofilowany próg i przez kilka metrów leciałem w powietrzu. Wylądowałem, a tuż za mną wylądowała moja siostra. Była podekscytowana podobnie jak ja. Postanowiliśmy wyjść z budynku i oddać kolejny
skok. Weszliśmy na szczyt stoku, przytrzymując się ścian. Doszedłem do otworu, podskoczyłem i złapałem się krawędzi. Podciągnąłem się i próbowałem wejść do środka. W ostatniej chwili dostrzegłem, że ktoś się zbliża. Wyskoczyłem trzymając się krawędzi jedną dłonią. Ktoś przeleciał z wrzaskiem nade mną. Po chwili się puściłem, a siostra mnie przytrzymała, bym nie zjechał po stoku. Postanowiliśmy poszukać innego wyjścia. Po chwili
dostrzegliśmy wielkie, dwuskrzydłowe, łukowe wrota, wykonane ze złota. Przeszliśmy przez nie i okazało się, że to przejście służbowe dla pracowników. Przed nami rozpostarła się wielka hala. Wypełniona była wielkimi i pięknymi mechanizmami, wykończonymi drewnem i polerowanym mosiądzem. Wokół nich krzątali się pracownicy w błękitno-złotych mundurach. Nagle zadzwonił do mnie wujek i poprosił o zdjęcia do dokumentacji. Wedle jego życzenia zacząłem robić zdjęcia za pomocą jajo-orzecha. Po
chwili opuściliśmy budynek. Przed nami rozpościerał się rozległy i dość płaski, pięknie zaśnieżony szczyt. Wiktoriański budynek, który opuściliśmy, miał duże szklane okna w mosiężnych ramach i złoty, spadzisty dach. Zrobiłem mu kolejne zdjęcia. Na szczycie dostrzegłem też kolejny, tym razem okrągły budynek, o monumentalnych wręcz rozmiarach. Zwieńczony był złotawo-szklaną kopułą.
Wszedłem do środka. Ściany wręcz ociekały ornamentowymi zdobieniami ze złota, roztaczając niemal oślepiający blask. Pod tą ogromną kopułą zbudowano kamienice, a ja przemierzałem aleję miedzy nimi. Przelewały się przez nie niezliczone potoki turystów, tworzących charakterystyczny gwar. Przystanąłem przy kawałku drewna, które początkowo wziąłem za ławkę. Przy
bliższych oględzinach zaczął przypominać grubo ciosane z jednego kawałka drewna czółno. Zaglądając do środka, dostrzegłem dwie tablice. Wykonane były z mahoniowego drewna, które skamieniało ze starości. Z jednej strony każdej z nich znajdowały się symbole, które interpretowałem jako hebrajskie lub aramejskie cyfry. Po drugiej stronie znajdował się podobnie wyglądający, drobny tekst. Podejrzewałem, że to mogła być słynna Arka Przymierza, tylko na tablicach było dwanaście przykazań, a nie dziesięć. Zadziwiło mnie, że poza mną nikt tego nie dostrzega.
Postanowiłem zrobić zdjęcie. Tym razem jednak przycisnąłem jajo-orzech z odwrotnej strony i wystrzeliło z niego wirujące ostrze, które wbiło się w arkę. Wyjąłem ostrze i zostawiłem pień za sobą. Wszedłem do jednej z kamienic. W jej wnętrzu zastałem arystokratyczną rodzinę, siedzącą na sofach i w fotelach, rozstawionych wokół kominka. Płomienie tańczyły w jego wnętrzu emanując przyjemnym ciepłem. Wszyscy przyodziali się w czerń i byli
przygnębieni. W koncie za jedną z pięknych szaf skrywała się służąca. Wszystko nagle jakby stało się dla mnie jasne i wkroczyłem pewnie na sam środek izby, niczym Herkules Poirot. Zacząłem wyjaśniać, co się wydarzyło i cofnąłem się jakby do przeszłości. Widziałem mężczyznę, wyglądającego jak potężny lord, który bił kobietę i kazał coś jej zrobić wbrew jej woli. Kobieta mu uległa i z równym okrucieństwem
nakazała swojemu synowi przespać się z jego siostrą. Chłopiec brutalnie zgwałcił młodszą siostrę, która po tym wydarzeniu uciekła z domu. Jako dorosła kobieta zatrudniła się jako służąca, a nikt jej nie rozpoznał. Podążając za swym ojcem lordem, udała się do hotelu i zabiła go za pomocą zatrutego, wirującego ostrza, identycznego do tego, które znalazłem w pniu. Narzędzie zbrodni ukryła w mechanizmie hydraulicznym na pętli tramwajowej…

piątek, 20 czerwca 2014

Zaskakujące wyznanie…

Na trawiastym pasie startowym stał samolot. Był to czerwony dwupłatowiec z wielkim śmigłem z przodu. Podszedłem do niego i zająłem jedyne wolne miejsce z tyłu. Z przodu siedziała już moja przyjaciółka P. ubrana na zielono z czerwonymi elementami. Ktoś krzyknął kontakt i mocno zakręcił śmigłem. Uruchomiłem silnik, który zaczął bardzo głośno terkotać w charakterystyczny sposób. Powoli ruszyliśmy i miarowo nabieraliśmy prędkości. W
pewnym momencie oderwaliśmy się od ziemi i poszybowaliśmy wysoko w kierunku nieba, Długie czerwone włosy P. powiewały od pędu powietrza i smagały moją twarz. Coś krzyczała uśmiechając się, ale silnik i wiatr wszystko skutecznie zagłuszały. Pod nami przemykały pola, lasy, rzeki i jeziora. Gdy słońce
zaczęło zbliżać się do horyzontu, a niebo przybrało pomarańczowo- różowawe odcienie, wylądowaliśmy. Poszliśmy na spacer i doszliśmy do centrum miasta. Zbliżyliśmy się do przejścia dla pieszych przez tory tramwajowe i ulicę. P. jak to ma w zwyczaju, ani myślała o zatrzymaniu się, pomimo czerwonego światła dla pieszych. Złapałem ją za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Tuż przed P. z dużą prędkością śmignął tramwaj. Zarówno ja jak i P. byliśmy
przerażeni. Przytuliła się do mnie mocno i rozdygotanym głosem wycedziła cicho „dziękuję…”, a po chwili odsunęła się odrobinę. Spojrzała mi w oczy i tym razem pewniej i spokojniej powiedziała: „Kocham Cię” po czym namiętnie mnie pocałowała… Obudziłem się zaskoczony tym wyznaniem…

czwartek, 19 czerwca 2014

Zakończenie leczenia...

Zakład Teleradioterapii by DT
Jakieś trzy tygodnie temu niespodziewanie zasłabłem podczas rozmowy telefonicznej z koleżanką. Potem pojawił się ekstremalnie silny ból w klatce piersiowej i plecach. Wziąłem kodeinę, ale nawet ona nie pomogła. Zadzwoniłem po siostrę, a koleżanka w
"Rozbieralnia" :D by DT
międzyczasie skontaktowała się z moim przyjacielem. Ledwo mogłem się ruszać, ale jakoś wstałem i zaprowadzili mnie do auta. Zawieźli mnie do szpitala i potem wozili mnie po nim na wózku inwalidzkim. Z wielkim trudem pobrano mi krew (niestety moje żyły są już strasznie zniszczone od licznych wkłuć podczas leczenia) i podano silny środek
Radioaktywność by DT
przeciwbólowy. Zrobiono mi EKG i zmierzono ciśnienie, które okazało się być bardzo wysokie. Lekarka ustaliła, że to wczesny odczyn popromienny. Przepisała mi Tramal, sterydy i Paracetamol. Tak się jakoś złożyło, że rozpoczęła się wtedy konserwacja Przyspieszacza, na którym byłem naświetlany i miałem kilka dni odpoczynku od naświetlań. Na mieszance Tramalu i dużej dawki Paracetamolu jakoś funkcjonowałem, a teraz ból pleców jest na tyle mały, że jakoś funkcjonuję bez leków przeciwbólowych. Najgorzej jest jednak przy wstawaniu i schylaniu się. Kilka dni temu byłem na ostatnim, siedemnastym naświetlaniu. W sumie przyjąłem 30,6 Gy  (Grejów) promieniowania. Tak więc radykalna radioterapia została zakończona.
"Murghi Tikka Masala" by DT
Otrzymane promieniowanie będzie działało jeszcze co najmniej przez 8 tygodni i wtedy dopiero będzie można ocenić efekty leczenia za pomocą badania PET. Na razie czuję, że terapia uszkodziła mi przełyk, a jedzenie i picie jest dość bolesne. Nadal nie mogę wziąć porządnej kąpieli i wymoczyć się w wannie. Nie mogę też korzystać z basenów i kąpać się w jeziorze. Napromieniowane miejsce mogę jedynie przemywać czystą wodą pod prysznicem. Muszę też chronić to miejsce przed słońcem.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Magia latania

Przepełniony magiczną mocą mogłem się wznosić wyłącznie ze sprawą siły woli. Było to czymś naturalnym jak oddychanie. Niestety coś się zmieniło i utraciłem tę zdolność. Spojrzałem przez okno i zobaczyłem ludzi przy pętli autobusowej. Stali w rzędzie na przystanku w oczekiwaniu na rychły przyjazd autobusu. Nagle wszyscy zaczęli się
wznosić w powietrze na wysokość kilku metrów. Robili to wolno, jak balony, w sposób niezwykle chaotyczny i nieskoordynowany, wymachując niezdarnie kończynami. Bez wątpienia byli zaskoczeni tym faktem i nie potrafili nad tym zapanować. Udałem się do jakiejś wieży, gdzie spotkałem swojego kolegę Szymona. Ponoć też potrafił latać i również utracił tą zdolność. Powiedział,
że wszyscy których znał, też ją stracili, ale za to zaczęły się pojawiać anomalie w różnych częściach miasta. Postanowiłem zejść z wieży i zgromadzić wszystkich, którzy utracili te zdolności. Z wieży schodziło się spiralną pochylnią. Z jednej strony pochylni był chodnik z jednolitego piaskowca, a z drugiej spływał jakby szmaragdowej barwy strumyk. Ciecz jakby emanowała swoim własnym krystalicznym blaskiem. Coś w niej dostrzegłem, jakby
dziesięciocentymetrowy dysk tuż pod powierzchnią. Wszedłem boso i poczułem jakby elektryczne mrowienie. Ciecz łaskotała mnie lekko płynąc żwawym nurtem. Sięgała mi do kostek. Wyciągnąłem przedmiot z dna. Był to jakby srebrny medalion lub moneta, zamknięta w szczelnej plastikowej obudowie. Obudziłem się…