środa, 2 września 2015

Zmysłowe tango

Wraz z siostrą byłem w mieszkaniu babci. Podszedłem do okna i odsłoniłem firanki, by spojrzeć na nocne niebo. Stałem tak przez chwilę, gdy moją uwagę przyciągnęła dziwna pomarańczowa łuna, która powoli jaśniała i się zbliżała. Pomyślałem, że może to być pożar. Wziąłem gruby koc i obficie zmoczyłem go zimną wodą, po czym powiesiłem na oknie, by nie dopuścić ewentualnego pożaru do środka. Krzyknąłem też do
siostry, że musimy uciekać. Zeszliśmy klatką schodową, a na samym dole była ogromna hala, która przypominała trochę okazały terminal lotniczy. Były stoiska informacyjne, rzędy krzeseł na których można było usiąść oraz stoły do gry w ruletkę. Przeszliśmy obok tego wszystkiego i wyszliśmy na zewnątrz. Postanowiłem udać się do domu. Wejście do środka okazało się jednak problematyczne. Klucz nie pasował, a klamka się urwała przy pierwszej
próbie jej naciśnięcia. Wyszedłem z budynku i próbowałem wejść przez balkon, ale wszelkie krawędzie i balustrady były tak śliskie, że nie można się było za nie złapać. Po dłuższym okresie drzwi się w końcu otworzyły i wyszli przez nie moi przyjaciele A. i D. Okazało się, że postanowili zrobić niespodziankę i zabrali się za remont mieszkania. Trochę narzekali, że strasznie trudno było mnie powstrzymać przed wejściem i zepsuciem niespodzianki. Wraz z A. postanowiliśmy pojechać do
M. Weszliśmy do Niej przez taras, który był otwarty. Nie spodziewała się nas, ale przywitała mnie z wielkim entuzjazmem. Przytuliła mocno i namiętnie i stwierdziła, że trzeba zrobić jakąś imprezę. Jak na zawołanie zjawiła się cała masa ludzi. Tłum ludzi się bawił, a ja i M. trzymaliśmy się na uboczu okazując sobie bardzo dużo czułości. Impreza w końcu zaczęła wygasać, a ludzie się rozchodzić. Wyszliśmy na
spacer i niespodziewanie znaleźliśmy się na ogromnym parkiecie. Trwał jakiś konkurs taneczny, coś w rodzaju "Tańca z gwiazdami". Prowadzący zapowiedział mnie i M. Światła przygasły i rozbrzmiało tango. Pozwoliliśmy ponieść się zmysłowym dźwiękom, a przeszywające Nas emocje doprowadziły do namiętnych i drapieżnych pocałunków. Słyszeliśmy tylko owacje i komentarze sędziów, że otrzymaliśmy najwyższe noty, ale jednocześnie zostaliśmy zdyskwalifikowanie za nieregulaminowe
zachowanie. Dostaliśmy jednak nagrody pocieszenia. Były to jakby poplątane kłęby z przezroczystego silikonu. Kiedy w końcu udało Nam się je rozplątać, okazało się, że są to maskotki przedstawiające kałamarnice, trochę podobne do Cthulhu. Bardzo Nam się spodobały!

niedziela, 31 maja 2015

Prezydent elektka...

Byłem wraz ze swoim przyjacielem Łukaszem w jakimś centrum handlowym w Warszawie. Po jakimś czasie dołączyła do nas M. Wypiliśmy kawę i obejrzeliśmy jakąś wystawę. Całe piętro centrum handlowego zostało zmienione w kolorowy plac zabaw. Podłogi wyłożono miękką gąbką w kształcie puzzli, w różnych kolorach. Zamontowano ścianki z sieci i lin po których można się było wspinać. Do dyspozycji były też karabiny miotające gąbkowe kule wielkości piłek tenisowych. Świetnie się tam bawiliśmy. Nagle dostrzegłem Patrycję z córeczką. Podeszła do stosu darmowych koców i wzięła jeden, okrywając się nim. Był żółty z
czerwonym deseniem. Zaskoczyła nas jej obecność bo wyszczy wiedzieliśmy, że została wybrana na prezydenta i obecnie dzierżyła zaszczytne miano prezydenta elekta. Próbowała się do nas dyskretnie zbliżyć, tak jakby się czegoś obawiała. Przywitaliśmy się z nią, Rozejrzała się badawczo i skierowała nas za jedną ze ścianek w cień. Powiedziała, że potrzebuje pomocy. Musi się wydostać, a poluje na nią Duda wraz BORem. Nie mógł zaakceptować porażki w wyborach. Wychyliłem się i dostrzegłem ochroniarzy z słuchawkami w idealnie skrojonych garniturach. Kilku stało na środku sali i dwóch przy wyjściu. Powiedziałem Łukaszowi, by zrobił dywersję i zwrócił na siebie uwagę
ochroniarzy na środku sali. Zaproponowałem by wcielił się w rolę nachalnego fotoreportera z jakiegoś brukowca. Na szczęście miał przy sobie profesjonalny sprzęt fotograficzny. Natomiast M. poprosiłem by pomogła odwrócić uwagę tych ochroniarzy przy wyjściu. Zaproponowała, że może zasymulować omdlenie. Bałem się, że może mieć nieprzyjemności, jak dowiedzą się, że to tylko zasłona dymna, a Ona mnie mocno przytuliła i zapewniła swoim uśmiechem, że wszystko będzie dobrze. Dodała jeszcze szepcząc mi do ucha, byśmy nie dali się złapać. Po chwili zaczęliśmy wcielać plany w życie. Przyjaciel zaczął pstrykać zdjęcia z fleszem i
wykrzykiwać niewygodne pytania o marnowaniu pieniędzy publicznych na wypady prezydenta Du*y do sklepu. Celowo się przejęzyczył na co zareagowali w przewidywalny sposób i zaczęli go gonić. Wykrzykiwał uciekając jeszcze o ataku na przedstawiciela mediów, czym wzbudził dodatkowo wrzawę wśród klientów centrum handlowego. Skierowaliśmy się w kierunku wyjścia. M. spojrzała na mnie, a Jej oczy w tym momencie się lekko zaszkliły. Powiedziała jeszcze tylko do Patrycji „Powodzenia, to dobry plan...” i po chwili idealnie odegrała scenę omdlenia. Ochroniarze natychmiast do Niej podbiegli szepcząc coś do
słuchawek. Udało nam się niepostrzeżenie przemknąć, a gdy byliśmy już na zewnątrz dostrzegłem zbliżający się do przystanku autobus. Wskoczyliśmy w ostatniej chwili. Nie miałem przy sobie biletu, a Patrycja miała tylko dla siebie i córki. Zobaczyłem znajomą twarz, którą widziałem w jakimś serialu. Była to Teresa Lipowska. Rozpoznała Patrycję i powiedziała,
że na nią głosowała. Po krótkiej rozmowie przekazała bilet, który miała w zapasie. Wysiedliśmy na Żoliborzu. Przynajmniej tak twierdziła Patrycja. Pokazała, że wynajmuje małe mieszkanie w jednym z tych szarych bloków. Zaczęła tam iść przez zarośnięty chwastami i zaśmiecony trawnik. Powiedziałem, że mogą jej tam szukać i poszliśmy w
kierunku starego miasta. Minęliśmy jakiś pustostan, gdzie był chyba jakiś koncert rockowy i dotarliśmy na brukowany plac. Przeszliśmy obok pięknie zdobionych, kolorowych figur szachowych wielkości człowieka. Na bruku co jakiś czas dostrzegałem też małe figurki żab i ptaków naturalnej wielkości. Dziwiłem się, że nikt ich jeszcze
nie rozdeptał. Usiedliśmy na schodach przy fontannie. Plac był na wzgórzu i tylko z trzech stron zabudowany kamienicami. Z czwartej można było dostrzec wijącą się w dole rzekę i migoczące niemrawie światła miasta żyjącego w nocnym trybie…

piątek, 3 kwietnia 2015

Ząb

Spojrzałem przez okno. Była noc, ale gęste chmury przybrały złowieszczy pomarańczowy odcień i poruszały się szybko. Często rozdzierały je potężne wiązki piorunów, przypominające rozrastające się konary drzew. Same błyskawice miały intensywnie czerwoną barwę. Poszedłem na
spacer, a towarzyszył mi Paweł. Rozszalała się potężna ulewa. Spotkałem Anikę, a w oddali widziałem Adriana. Anika konspiracyjnie powiedziała, że Adrian nie jest w najlepszym humorze, bo zerwała z nim dziewczyna, a po chwili dodała, że ona sama chce się rozwieść ze swoim mężem i próbowała się przytulić. Złapałem ją za ramiona,
spojrzałem w oczy i powiedziałem, żeby nie gadała głupot i szybko się oddaliłem. Po chwili dostrzegłem, że rusza mi się ząb. Dotknąłem go i po chwili bez większego wysiłku go wyjąłem, a z dziąsła popłynął obfity strumień krwi.  Była to prawa górna czwórka. 

*Byłem bardzo zmęczony i sam nie wiem, kiedy mi się przysnęło. Sen jest efektem tej krótkiej drzemki w autobusie...*

poniedziałek, 23 marca 2015

Szczuroświnie

Przyjechała do mnie M. Przywitaliśmy się pojedynczym całusem, ale po chwili odeszliśmy w bardziej intymne miejsce i przywitaliśmy się jeszcze raz, bardziej czule. Poszedłem do łazienki. Układ pomieszczeń był trochę inny niż w rzeczywistości, a w łazience znajdowała się umywalka, w dziwnym, jasnoniebieskim kolorze. Umyłem zęby i wyszliśmy na spacer. Doszliśmy do jakiejś rejestracji i ktoś mi powiedział, że mam umówioną wizytę i chyba jakiś zabieg. Pielęgniarka wydawała się być bardzo
zdziwiona, że się robi takie zabiegi, ale nic mi nie wyjaśniła i zaprowadziła Nas do innego budynku. Wsiedliśmy do windy i pojechaliśmy w dół. Winda była nietypowa, ponieważ miała dwie pary drzwi. Jedne znajdowały się przed Nami, a drugie tuż obok Nas po lewej stronie. Wysiedliśmy i zaraz wsiedliśmy do tramwaju, który w tej samej chwili się zatrzymał tuż przy windzie. Drzwi się zatrzasnęły, a
tramwaj ruszył. Tuż przy Nas bawiło się dwóch chłopców. Celowali do siebie nawzajem z plastikowych pistoletów i naśladowali dźwięki wystrzałów. Nagle ziemia się zatrzęsła, a pojazd w którym się znajdowaliśmy został porwany przez niespodziewaną falę wody. Dostrzegłem przez okna, że budynki znajdujące się wokół przeobraziły się w ruiny i stosy czerwonych cegieł. Po chwili wszystko
zaczęło przymarzać. Szyby i resztki industrialnych budynków zaczęły pokrywać się szronem. Dziwna fala zniknęła równie niespodziewanie, jak się pojawiła. Siłą otworzyłem lekko wygięte drzwi. Wzięliśmy pod opiekę obu młodych chłopców i biegnąc szukaliśmy jakiegoś schronienia, w obawie przed kolejnymi kataklizmami. Dobiegliśmy do betonowego szybu z metalowymi schodami biegnącymi w dół. Wyglądał na solidny, więc zeszliśmy nim. Dotarliśmy  do szerokiego, betonowego kanału burzowego, do którego okazało się, że prowadził szyb. Było tam ciemno, ale jednocześnie sucho i
ciepło. Nagle z ciemności zaatakowało Nas dziwne stworzenie. Gabarytami i posturą przypominało dziką świnię z głową szczura. Nie posiadało sierści, a szara skóra pokryta była ciemniejszymi łatami, które skojarzyły mi się z krowami. Jednocześnie wydawała się śliska i częściowo przezroczysta. Potwór zaatakował prawdopodobnie najsłabszego członka naszej grupy, czyli mniejszego chłopca. Przewrócił go
i rozszarpywał nogawkę. Chwyciłem metalową listwę, która leżała nieopodal i celnym uderzeniem, w które włożyłem całą siłę, odciąłem pysk od tułowia. Wnętrzności Szczuroświni wypłynęły, a z jego łba wypełzło jeszcze dziwniejsze stworzenie. Przypominało makaron zwinięty w wielką kulę z wijącymi się setkami macek. Choć chaotycznie,
poruszało się bardzo żwawo. Szybko uciekło do dziury w ścianie i zniknęło. Nadbiegły kolejne dwie Szczuroświnie i sprawnie się ich pozbyłem. Pręt przechodził przez ich ciała jak przez galaretę, a potwory przypominające spaghetti szybko opuszczały ich truchła i uciekały. Przytuliłem M. i zmierzwiłem pocieszająco czupryny chłopakom. Obiecałem, że nie dopuszczę, by spotkało ich coś złego. Chodź byli obcy, czułem się za nich w pewien sposób odpowiedzialny. Odniosłem wrażenie, że M. też się do nich przywiązała i  będzie ich bronić równie zaciekle…

wtorek, 17 marca 2015

Szpital na wyspie...

Byłem na jakiejś wycieczce. Przechodziłem okazałym mostem nad szeroką rzeką. Most prowadził do wyspy na tej rzece. Towarzyszyła mi dziewczyna niższa ode mnie. Miała drobno pofalowane włosy w jasnym odcieniu rudego. Przechadzając się po wyspie dotarliśmy na dziedziniec okazałego, wielokondygnacyjnego budynku. Spotkaliśmy tam lekarkę w białym kitlu. Oznajmiła, że mam mieć operację, po czym szybko się oddaliła, zanim zdążyłem zadać jakieś pytania. Wszedłem więc do budynku w poszukiwaniu
odpowiedniej sali operacyjnej. Liczyłem na to, że ktoś mnie wywoła lub wywiesi jakąś informację. Niestety nie znalazłem odpowiednio oznaczonej Sali operacyjnej. Dziewczyna zasugerowała, że może będzie w innym szpitalu. Wyszliśmy więc na zewnątrz. Dzień był piękny, a słońce świeciło jasno. Zobaczyłem latające helikoptery. Były smukłe i nowoczesne. Część z nich miała barwę burgundową,
a część głęboki odcień granatu. Zamknięto też most, którym przyszliśmy. Zauważyłem jednak inny, mniej okazały, stary i przeznaczony wyłącznie do ruchu pieszego. Nie był w najlepszym stanie. Powierzchnia przeznaczona do chodzenia składała się z przeplatających się prętów zbrojeniowych, tworzących kwadraty o boku niecałych dziesięciu centymetrów. Pod tą dość niepewną konstrukcją można było obserwować rwący nurt. Woda w rzece mocno wezbrała i była bardzo mętna, w kolorze kawy z mlekiem. Stykała się z mostem, a mniej więcej po
środku nawet go zalewała na jakieś dwa centymetry. Dziewczyna powiedziała, że za nic tam nie wejdzie, ale żebym ja poszedł, bo mam mieć tą operację. Niepewnie pokonałem więc rdzewiejącą przeprawę i w końcu znalazłem się po drugiej stronie. Były tam jakieś akwaria i trenerzy szkolący foki i delfiny. Poszedłem dalej tunelem i
wyszedłem do miasta po schodach. Ludzie chodzili grupami odświętnie ubrani. Próbowałem się wypytać o drogę do szpitala, ale część mieszkańców mówiła w niezrozumiałym dla mnie języku, a część nie potrafiła wskazać drogi, ale ostrzegali mnie z lękiem, bym nie szedł za granicę. Wskazywali przy tym wysoki wał ziemny przedzielający miasteczko na pół. Dostrzegłem jedynie drogowskazy, które wskazywały poligon
kosmiczny za wałem i centrum kosmiczne. Postanowiłem więc wrócić na wyspę i jeszcze raz przeszukać budynek. Trener delfinów dał mi do zrozumienia, że nie lubią tu obcych, a wchodząc na most dostrzegłem na plaży kilkanaście helikopterów. Część z nich miała chyba emblematy
policyjne. Na wyspie znalazłem dziewczynę, której udało się spotkać lekarkę. Obie zaczęły mnie prowadzić na operację…

środa, 28 stycznia 2015

Sowi Sygnet

Wszedłem wraz z przyjaciółmi P. i Ł. do restauracji typu McDonald. Ustawiliśmy się w kolejce. P. i Ł. zdążyli zamówić jakieś hamburgery, ale gdy nadeszła moja kolej, sprzedawczyni oświadczyła, że niestety zamykają i nie mogą mi nic sprzedać. Zrezygnowany i zawiedziony wyszedłem na zewnątrz i dotarłem nad rzekę W. Dokładnie na cypel, który
znajduje się w połowie mostu przez nią. Była już tam moja siostra. Oznajmiła mi, że właśnie zainstalowano tu nowe ujęcie wody pitnej. Podszedłem na skraj cypla i zauważyłem kratki, przez które wpływała woda wprost z rzeki. Cały półwysep aż drżał i wibrował od maszynerii, którą zainstalowano pod nim. Wzdłuż cypla zainstalowano
złożoną i rozbudowaną sieć unoszących się na wodzie kładek. Były wąskie i mogły mieć maksymalnie pół metra szerokości. Wykonano je z drewna tekowego i zanurzały się, gdy się po nich chodziło. Na środku zamontowano bardzo złożoną rzeźbę, tak jakby labirynt z metalowych prętów, przypominających wijące się gałęzie.
Należało się po tym wspiąć. Na samym szczycie było naczynie przypominające puchar. Udało mi się do niego dotrzeć, a wewnątrz był piękny złoty sygnet z symbolem sowy. Miała rozłożone skrzydła i mieniła się w płomiennych odcieniach zachodzącego słońca. Zejście było dużo trudniejsze. W chwili, gdy dotykało się gałęziopodobnych prętów, te zaczynały się zaciskać, i łatwo było zostać uwięzionym niczym w klatce. Kiedy byłem już na dole, niestety utknąłem. Użyłem jednak siły. Przy maksymalnym wysiłku udało mi się odgiąć pręty na
tyle, by się przez nie przecisnąć. Uwolniłem się, a pręty odgięły się na poprzednią pozycję. Ostrożnie wracałem po kładce, starając się zachować równowagę. Zanurzała się pod ciężarem ciała, a przy skrajnych krawędziach znajdowała się nawet tuż pod powierzchnią wody. Widziałem, że inni, którzy chodzili po tym pomoście, często lądowali w wodzie i płynęli z nurtem rzeki.
(Teraz podczas pisania uświadomiłem sobie, że ta rzeka płynie w rzeczywistości w drugą stronę). Dotarłem na cypel i zauważyłem, że woda w rzece zaczyna przybierać. Powoli, ale jednak na tyle szybko, że było to zauważalne.

piątek, 19 grudnia 2014

Planeta małp

Wokół mnie było pełno ludzi. Reżyser kłócił się ze scenarzystą, a operatorzy ze zniecierpliwieniem chodzili z wielkimi kamerami. Technicy przenosili tony sprzętu. Mieszkanie zmieniło się w plan filmowy. Wszyscy gromadzili się na balkonie i przy oknach.
Przedsięwzięcie wyglądało na wysokobudżetowe. Zerkając przez okno widziałem aktorów, którym poprawiano makijaż i setki małp. Wszystkie miały na sobie skafandry kosmiczne ze szklanymi hełmami. Małpy wydawały się dużo bardziej zdyscyplinowane oraz skoordynowane niż aktorzy będący przedstawicielami
Homo Sapiens Sapiens. Sprawiały też wrażenie niebywale inteligentnych, a każdy ich ruch przejawiał znamiona precyzyjnej celowości. Zbierały wszystkie metalowe elementy jakie napotkały, a z mieszkań wynosiły elektronikę. Odnosiłem wrażenie, że aktorzy nieudolnie próbowali się ustawiać wśród nich według jakiejś absurdalnej fabuły. Całe to filmowanie
wydawało się jakąś farsą. Wyszedłem z domu i nadepnąłem na model samochodu sportowego, minimalnie większego od stopy. Jacyś kaskaderzy przyczepili sobie po jednym takim do każdej stopy i ścigali się ze sobą jak na wrotkach.
Wskoczyłem na model, który miałem przed sobą i po chwili zacząłem wymijać kaskaderów, bez problemu ich wyprzedzając i wykonując przy tym karkołomne ewolucje. Byli tym zaskoczeni i mimo wysiłków nie potrafili mnie dogonić…

niedziela, 30 listopada 2014

Andrzejkowy sen...

Zmierzałem w kierunku jeziora. Z oddali widziałem Szymona i Jagodę. Chwilę ze sobą rozmawiali po czym Szymon wykonał zapraszający gest w kierunku przeciwległego brzegu i wszedł do jeziora. Jagoda chwilę stała, po czym się rozebrała i naga podążyła za nim. Jezioro nie było głębokie. Woda sięgała im do pasa, czasem do pach w najgłębszych miejscach. Poszedłem w stronę starego szklanego budynku. Przypominał trochę szklarnię, ale o dość sporej kubaturze. Tafle szkła pokryte były
brunatno rdzawym osadem. Powietrze we wnętrzu było przyjemnie ciepłe i wypełnione słodką wonią. Słychać też było niemal hipnotyczne bzyczenie. Dostrzegłem przepiękną mahoniową szafkę z „walizkowym” uchwytem na górze. Była przepięknie zdobiona. Za na wpół otwartymi podwójnymi drzwiczkami kryły się półeczki i szufladki. Niestety była zaciekle broniona przez roje pszczół. Nie były agresywne, dopóki nie zacząłem się do nich zbliżać.
Bzyczenie przybierało wtedy ostrzegawczą częstotliwość. Oddaliłem się więc w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby przyciągnąć ich uwagę. Zobaczyłem osobliwą postać. Kształtem przypominała starszą kobietę z kokiem, ale była to cieniutka błona wypełniona lepką, przeźroczystą, pomarańczowożółtą cieczą. Wewnątrz można było dostrzec kości, częściowo nadtrawione lub rozpuszczone. Dostrzegłem kręgosłup, część żeber i miednicę. Nie dostrzegłem ani czaszki, ani pozostałych kości. Kobiecą postać próbował objąć
starszy mężczyzna. Robił to tak delikatnie i czule jak tylko potrafił. Niestety po chwili postać pękła jak bańka mydlana, a cała wewnętrzna zawartość się rozlała. Zrobiło mi się przykro, ale starszy mężczyzna wyglądał na pogodzonego z tym co się stało, choć można było w nim dostrzec ból po stracie. Po chwili dostrzegłem więcej takich osobliwych par. Na ziemi natomiast znalazłem coś na kształt skórzanego jaja wielkości grejpfruta. Miało pomarańczową barwę i delikatnie świeciło. Gdy się zbliżyłem pękło, a z wnętrza wypłynęło coś 
przypominającego miód. Przyciągnęło wszystkie pszczoły znajdujące się w budynku. Wyglądały teraz na odurzone i spokojne. Wykorzystałem tą sposobność do dyskretnego wyniesienia szafki. Na zewnątrz spotkałem mojego przyjaciela Ł. Razem sprawdziliśmy jej zawartość. Były tam przeróżne buteleczki z płynami, karty tarota, pionki, kości do gry wykonane z kości i lniane woreczki z ziołami. Po dokładnym obejrzeniu odłożyłem wszystko na swoje miejsce i razem poszliśmy w stronę autokaru.
Wszedłem po schodkach, a na siedzeniu przy nich siedziała M. Przywitała mnie całusem i sugestywnie podała dłoń. Delikatnie ująłem ja w swoją i dostojnie wyprowadziłem z autokaru jak damę, którą niewątpliwie była. Powiedziałem, że chciałbym się jeszcze przejść, a Ona stwierdziła, że możemy spotkać się „na miejscu” i znów mnie pocałowała. Szedłem zalesioną dolinką między wzgórzami i natrafiłem na bardzo stary kamienny kościółek, częściowo pokryty zielonymi porostami. Nie
widziałem ani jednego krzyża, aczkolwiek tuż obok niego stał okazały obelisk. Z trzech stron pokryty był hieroglifami, a na czwartej wyryty był wizerunek Jezusa. Po chwili dostrzegłem księdza wychodzącego z kościółka. Nim zdążyłem się odezwać, powiedział: „To nie Twoja wiara. Ludzie już nie pamiętają jaka była, że chrześcijaństwo było egipskie”. Po czym na dowód otworzył Pismo, które miał w dłoni. Wypełnione było papirusowymi stronicami pokrytymi częściowo hieroglifami i
częściowo pismem, które uważałem za hebrajskie. Wszedłem na wzgórze, gdzie był zamek, czyli miejsce, gdzie miałem się spotkać z M. Spotkałem Ją w rozległej Sali Sypialnej, gdzie dość gęsto porozstawiane były łóżka. Większość była już pozajmowana. Na łóżku, tuż obok mojego leżała M. Położyłem się na swoim, a M. podniosła się lekko, oparła na łokciu i obróciła w moją stronę. Zrobiłem to samo i po chwili nasze usta się spotkały. Zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej i usiedliśmy. Nasz pocałunek był cudownie namiętny. Nasze języki tańczyły i czułem Jej słodki ciepły smak. Zdawał się trwać wieczność, a gdy już skończyliśmy się wzajemnie „kosztować”, powiedziałem, że po drodze widziałem coś dziwnego. Spytała się, czy też
widziałem te dziwne znaki na drzewach w lesie. Zaprzeczyłem i opowiedziałem o tajemniczym kościele. Nie wydawała się tym zdziwiona i powiedziała, że na drzewach były też hieroglify i inne znaki. Spotkaliśmy się znowu w centrum handlowym. Dała mi całusa i zaczęła uciekać. Zacząłem Ją gonić, a Ona się śmiała, gdy się odwracała. Po chwili Ją dogoniłem i złapałem. Delikatnie oswobodziła się z moich objęć. Obróciła się w moim kierunku, a po Jej policzku
spływała łza. Łamiącym się głosem powiedziała: „Obawiam się, że nie…”. Nie musiała kończyć. „Obawiam się, że ja też…” Odpowiedziałem, równie łamiącym się głosem i przytuliliśmy się…

wtorek, 11 listopada 2014

50 000!!! :)

No i stało się. Magiczna granica 50 000 wyświetleń mojej strony została właśnie przekroczona. Były momenty, gdy wątpiłem, że tego doczekam, ale jednak się udało. Czuję się coraz lepiej i dziękuję
Wam za obecność moi drodzy czytelnicy. Pozdrawiam Was serdecznie i zapraszam do kolejnych odwiedzin. Życzę Wam dobrych i ciekawych snów! :)