piątek, 9 maja 2014

Wyniki PET



Obudziłem się o 3 w nocy, a dokładniej obudził mnie ekstremalnie silny ból stawów. Już wiem z doświadczenia, że skoro się pojawił, to potrwa to jakieś 4-5 dni. Bolały mnie stawy w kolanach, w stopach i w nadgarstkach. Rano miałem iść  na badanie krwi, więc nie mogłem sobie pozwolić na nic przeciwbólowego (zresztą i tak praktycznie staram się unikać tych leków z powodu kiepskiej kondycji wątroby). Ledwo udało mi się dojść do auta, a potem z auta po schodach do szpitala.  Odczekałem swoje w Izbie Przyjęć i zaraz po pobraniu krwi wziąłem leki. Udało mi się spotkać na chwilę ze znajomą, która pracuje w szpitalnym laboratorium.
Izba Przyjęć - Drzewo Życia foto by Dreamland Traveller
Spotkałem się też z dietetyczką i skonsultowałem dalszą dietę. Potem odwiedziłem jeszcze znajomą na oddziale i jakoś czas zleciał do 13, czyli do planowanego spotkania z komisją lekarską ds. leczenia chorób limfoproliferacyjnych. Okazało się, że nie ma tego dnia pani ordynator i będą do mnie dzwonić w poniedziałek. Dowiedziałem się też, że będzie trzeba zaplanować radioterapię  i określić dokładnie pole,

obszar, dawkę itp.  Udało mi się też odebrać wyniki badania PET FLT. Są bardzo dobre. Po stronie prawej śródpiersia pozostała jedynie masa o wymiarach 2x6x9 cm o metabolizmie poniżej struktur naczyniowych. Węzły chłonne są niepowiększone, a miąższ płuc jest bez zmian litych i nacieków. Wątroba, trzustka, nerki, nadnercza, śledziona bez zmian ogniskowych.
Teraz czaka mnie już tylko radioterapia… :)

Niedziela wypełniona niepokojem...



Moja rodzina z Poznania pojechała na kanonizację Jana Pawła 2 do Watykanu, a następnie przyjechała do nas. W niedzielę po obiedzie wyruszyli w podróż powrotną do domu. Mama odebrała telefon myśląc, że już są na miejscu. Usłyszała tylko głos wujka zagłuszany przez syreny strażackie, że mieli poważny wypadek za Gnieznem, auto skasowane, a ciotkę z dziećmi zabrało pogotowie. Z tak szczątkowymi i niepokojącymi informacjami czekaliśmy pełni niepokoju do późnego wieczora oczekując na jakiekolwiek wieści.
Na szczęści nic poważniejszego się nie stało. Dzieci już następnego dnia poszły do szkoły i przedszkola, wujek był obolały i poobijany, a ciotka została na noc w szpitalu na obserwacji, ale na szczęście nic poważniejszego też jej się nie stało. Auto rozbiło się chyba w najlepszy możliwy sposób, pochłaniając energię zderzenia tak, że kabina pasażerska pozostała praktycznie nienaruszona. Nawet szyby były całe.

http://moje-gniezno.pl/artykuly/czytaj/9023/wypadek-na-trasie-s5-w-woznikach-kobieta-trafila-do-szpitala.html

PET FLT


Poczekalnia w Centrum Medycyny Nuklearnej by Dreamland Traveller

Po kilku dniach udałem się wiec na to badanie. Muszę przyznać, że przebiegło wyjątkowo wręcz sprawnie. Młoda lekarka mnie rozpoznała, choć widziała drugi raz i przeprowadziła dokładny wywiad. Według zaleceń wypiłem pól litra wody i gdy wywołano mój numerek, udałem się do gabinetu. Pielęgniarce udało się założyć wenflon już za pierwszym razem. W gabinecie znajdowała się przezroczysta pneumatyczna rura.  Po chwil pojawiła się w niej tuba. Pielęgniarka wyjęła z  niej metalowy pojemnik przypominający nabój z CO2 do syfonów. Otworzyła go i wtedy rozbrzmiał w pomieszczeniu głośny alarm radiacyjny. Pielęgniarka szybko wstrzyknęła mi jego zawartość, którą okazał się radioaktywny izotop fluoru. Po chwili podała mi jeszcze jakiś dodatkowy kontrast i środek
moczopędny. Dolała glukozy do butelki z wodą i musiałem na godzinę udać się na leżankę do innego pokoju. Wciągu tej godziny trzeba było wypić 1,5 litra wody z glukozą, ale spokojnie, korzystanie z toalety było jak najbardziej wskazane. W poczekalni poznałem Agnieszkę z Warszawy. Cierpiała dokładnie na to samo co ja, tylko jej guzek miał 12 cm, a mój 15. Teraz jeździ co jakiś czas na badania kontrolne. Po godzinie zostałem wezwany na badanie. Ostatnia wizyta w toalecie i udałem się do pomieszczenia z nowoczesnym Pozytonowym Tomografem Emisyjnym. Musiałem zdjęć metalowe elementy. Ponieważ w koszuli miałem plastikowe guziki, nie musiałem jaj zdejmować, jedyne co musiałem zrobić, to opuścić spodnie do kolan z powodu metalowej klamry paska. Położyłem się na urządzeniu. Ułożyłem ręce pionowo za głową i podłączono mi wężyk z kontrastem do wenflonu. Od tej pory jedynym moim zadanie było leżeć nieruchomo. Pierścień we wnętrzu urządzenia rozpędził się niczym w jakimś akceleratorze cząstek, a leżanka na której spoczywałem przesuwała się raz do przodu raz do tyłu. Co jakiś czas mignął mi tylko jakiś laserowy znacznik, prawdopodobnie służący kalibracji urządzenia. Badania przebiegło szybko i sprawnie. Po kilkunastu minutach znowu miałem spodnie na pupie i zegarek na nadgarstku.  Tego dnia musiałem się też odizolować od rodziny, ponieważ byłem radioaktywny. Spędziłem więc noc w mieszkaniu babci.

Atypowe zapalenie płuc



Izba Przyjęć by Dreamlanad Traveller

Tuż przed Świętami Wielkanocnymi dopadła mnie wysoka gorączka. Sięgała 40,4 stopnia C. Udawało się ją zbić za pomocą leków na kilka godzin, po czym znowu rosła do 40. Zaraz po zjedzeniu Śniadania Wielkanocnego, mój tata postanowił zawieźć mnie do szpitala. Ja wolałem tego uniknąć i zgodziłem się na to bardzo niechętnie. Tego dnia  po raz pierwszy od miesięcy mieli przyjść do nas goście. Miałem nadzieję, że się zobaczę z kuzynem, oraz przynajmniej spróbuję części Świątecznych potraw. Jadąc do szpitala sądziłem, że tak jak poprzednim razem, zbiją mi po prostu temperaturę  za pomocą leków i kompresów do 38 i
puszczą z lekami do domu. Niestety zatrzymali mnie na dłużej. Zrobili prześwietlenie i skierowali na oddział. Okazało się, że miałem atypowe zapalenie płuc, czyli takie, którego nie można było wykryć osłuchowo, a pokazało się dopiero na zdjęciu RTG.W sumie w szpitalu zatrzymano mnie na 8 dni. Nafaszerowano mnie miksem antybiotyków, sterydów na regenerację płuc, leków na wątrobę i innych płynów. Planowo miałem mieć podaną kolejną chemię od 24 kwietnia, ale z powodu zapalenia płuc wszystko się odroczyło.  Od leków oberwało się też trochę nerkom i przede wszystkim wątrobie. Enzymy wątrobowe podskoczyły na poziom ponad 260
(norma do 40). Codziennie pobierano mi krew do badań, od 3 do 6 probówek zazwyczaj, a każde takie pobranie było nie lada wyzwaniem dla pielęgniarek. Moje żyły są już w kiepskim stanie, obkurczone i ze zrostami od licznych wkłuć po chemii. Każda próba pobrania krwi, to było w praktyce kilkanaście prób wkłucia się, a przy każdym wkłuciu pielęgniarka poruszała igłą we wszystkie strony w poszukiwaniu krwi. Raz nawet przyszły do mnie dwie pielęgniarki do sali. Jedna usiadła po jednej stronie łóżka, druga po drugiej i obie „szukały krwi”. Troszkę mnie to nawet rozbawiło. Do kompletu dziennych wkłuć dochodziły jeszcze wymiany wenflonów. Tak więc po tym pobycie całe moje ręce, od nadgarstków po ramiona, stały się bardzo barwne. Również i brzuch od zastrzyków przeciwzakrzepowych. Jednym z
podawanych dożylnie leków był silny, ale bardzo skuteczny antybiotyk Klacid. Przeważnie skapywał mi przez półtorej godziny, powodując umiarkowanie silny ból w żyle na odcinku ok. 10 cm od wenflonu. Przedostatniej nocy został podłączony do świeżo założonego wkłucia. Zleciał w ciągu 45 minut, ale czułem wręcz piekielne pieczenie w całym ręku, aż do ramienia. To było uczucie jakby w żyłach płynął roztopiony ołów. Następnego dnia dostałem już ten sam antybiotyk w formie tabletki.

Każdego dnia miałem ciekawych gości. Codziennie na parapecie siadały Kawki. Pewnego dnia jedna z nich postanowiła obdarować mnie patyczkiem. Dar był o tyle niezwykły, że ów badylek był dużo większy od
Prezent od Kawki by Dreamland Traveller
ptaszka, który go dostarczył. Do tej pory jestem pod wrażeniem, bo jednak Kawki to nie takie duże ptaki.
Dzień przed wyjściem powiedziano mi, że mam wrócić do szpitala na kolejną dawkę chemii dokładnie za tydzień. Tak sobie wtedy pomyślałem, że to będzie wspaniały prezent na moje urodziny, bo akurat miały wtedy wypaść. Następnego dnia długo naczekałem się na wypis. Szefowa oddziału cały czas gdzieś znikała, a brakowało tylko jej podpisu. Ostatecznie wypis był gotowy dopiero ok. 16 (w rzeczywistości leżał niepodpisany od ok. 11). Na wypisie natomiast pojawiła się informacja, że podjęto decyzję o zakończeniu chemioterapii. Po kilku dniach miałem stawić się na badania PET FLT. (Jeszcze bardziej zaawansowana tomografia, potrafiąca odróżnić komórki nowotworowe od stanów zapalnych.)  

sobota, 19 kwietnia 2014

Wesołych Świąt!!!


Życzę miłych i spokojnych Świąt Wielkiej Nocy! Aby ten okres upłynął Wam pod znakiem pogodnych spotkań rodzinnych, miłej atmosfery oraz w zdrowiu i szczęściu!

piątek, 11 kwietnia 2014

Kawiorowy protest…

Przemierzałem ulice niewielkiej miejscowości pogrążone w nocnym mroku. Rozświetlały je tylko sodowe latarnie uliczne i reflektory tirów. Coś się jednak zaczęło dziać. Kierowcy zaczęli wysypywać na ulice zawartość naczep i wywrotek. Ulice w mig pokryły się morzem kawioru. Miliardy czarnych i czerwonych
rybich jajeczek rozpłynęły się po asfalcie. Dowiedziałem się od gapiów, że za całe to zamieszanie odpowiedzialna jest znana piosenkarka Madonna. Postanowiła w ten sposób zaprotestować przeciw działaniom Rosji i Putina na Ukrainie.  Poszedłem dalej i wstąpiłem do zajazdu. Zdziwiłem się trochę, jak zobaczyłem w nim
samą Madonnę. Wokół niej wił się wianuszek pochlebczyń i innych piosenkarek w wieczorowych strojach. Wszędzie były małe salaterki z kawiorem. Spróbowałem go. Każdy miał inny smak, jeden np. miał smak kurczaka, inny galaretki owocowej inny jeszcze warzywny. Część miała smak prawdziwego kawioru. Rozmawiałem z Madonną i innymi kobietami po angielsku, ale gdy Madonna na chwilę opuszczała pomieszczenie, wszyscy nagle zaczynali mówić po polsku. Kiedy zaczęło się przejaśniać, opuściłem zajazd. Chciałem dotrzeć do
jakiegoś ciekawego miejsca nieopodal. Kojarzyło mi się to z Włocławkiem, choć nigdy tam nie byłem, poza pojedynczymi przejazdami i wiem, że wygląda zupełnie inaczej. Miała to być miejscowość wypoczynkowa. Główną atrakcją była ciekawa budowla. Wyglądała jak olbrzymi zbiornik retencyjny zbudowany z trapezowatych, wysokich wałów na bazie prostokąta.
Stworzono je z czarnej, szklistej, wypalanej, porowatej substancji. Może coś pomiędzy żużlem, a obsydianem.  Wewnątrz tego wielkiego zbiornika można było znaleźć głazy i plaże. Kąpały się tam setki ludzi. Słońce wychylało się nieśmiało zza horyzontu i oświetlało taflę wody,
przyjemną pomarańczową poświatą. Całość kompleksu otoczona była fosą. Jedyną drogą, by ją przekroczyć był most zwodzony zabudowany strzelistą wieżą na bazie kwadratu. 

środa, 9 kwietnia 2014

Fabryka na krawędzi...

Miałem zatrzymać się w jakimś pensjonacie. Już miałem do niego wejść, gdy nagle nadjechała Sandra Bullock na wielkim jak koń buldogu. Zsiadła z niego, przywiązała do słupka i weszła do pensjonatu. Wewnątrz przywitała się z Georg'em Clooney'em i razem poszli do pokoju. Boy hotelowy

zaprowadził mnie po chwili do mojej izby. Miałem się tu zatrzymać na jakiś czas. Nieopodal pensjonatu znajdowała się fabryka. Miałem ją przejąć i jak najszybciej zmodernizować tak, by przyniosła jak najwięcej
zysku. Czasu na to nie miałem za wiele, ponieważ fabryka znajdowała się z dwa metry od krawędzi klifu. Morze ciągle go podmywało. Musiałem tak zmodernizować to przedsiębiorstwo, by zarobić, zanim zostanie zniszczone.

poniedziałek, 31 marca 2014

Reakcja alergiczna...

Wczoraj ból ekstremalnie się nasilił, więc rodzice postanowili mi podać jakiś lek by go uśmierzyć. Z tego co mówili, to z bólu miałem nawet sine usta i białe palce od zaciskania. Niestety mniej więcej pół godziny po podaniu leku zrobiło mi się strasznie gorąco, pojawiło się bardzo silne kołatanie serca i bardzo silne trudności z oddychaniem. Nie mogłem złapać tchu. Tata kazał mi się położyć i chyba myślał, że mi
przejdzie. Powiedziałem, żeby wezwał pogotowie i uznając, że mimo walki o każdy chust powietrza, sam przygotuję wszystko szybciej, niż miałbym próbować tłumaczyć, przygotowałem dokumentacją medyczną i najważniejsze rzeczy potrzebne w szpitalu. Rodzice chyba trochę spanikowali, ale dyspozytorka ich uspokajała i kazała mi siedzieć, a nie leżeć. Ratownicy medyczni przyjechali bardzo szybko, zbadali mnie i podali 2,5 mg morfiny. Potem się dowiedziałem, że taka mała dawka ułatwia oddychanie. Wsiadłem do karetki i podawano mi tam jeszcze tlen. Zanim dojechaliśmy do szpitala już prawie zupełnie doszedłem do siebie.
Specjalistyczny szpital w którym się leczę, jest na drugim końcu miasta, więc zanim dojechaliśmy minęło ponad pół godziny. W szpitalu stwierdzono, że miałem reakcję alergiczną na lek. Kiedyś go brałem bez problemów, ale najwidoczniej chemioterapia zwiększyła na niego reakcję organizmu. 

czwartek, 27 marca 2014

Piekło...

Prawdziwym piekłem jest cierpienie najbliższych.  W czwartek 13 marca miałem znowu jechać  na kilka dni do szpitala, na kolejny cykl chemii. Jak zawsze miał mnie tam zawieźć mój tata. Jednak o 4 nad ranem zadzwoniła babcia z płaczem, by do niej przyjechał. Do szpitala pojechałem więc sam, a tata udał się do babci. Okazało się, że upadła. Prześwietlenie i tomografia komputerowa wykazały, że złamała sobie kręgosłup, a dokładniej roztrzaskała krąg L4 i przez kilka dni leżała w szpitalu. Fragment kości jest odłamany i uciska rdzeń kręgowy. Lekarz chciał ją operować. Rodzice uznali jednak, że ryzyko
jest zbyt duże. Babcia ma już 91 lat i szereg innych dolegliwości, które nie sprzyjają przeprowadzeniu bezpiecznej operacji. Babica trafiła więc do nas i od tej pory codziennie się nią opiekuję, co niestety wyklucza też opuszczanie domu i spacery. Przez poprzedni tydzień prawie nie sypiałem. Babcia przez całe noce jęczała z bólu, mimo bardzo silnych środków przeciwbólowych i mówiła wiele nieprzyjemnych rzeczy. Powinna jak najmniej się ruszać i nosić specjalny gorset usztywniający kręgosłup. Problem w tym, że próbowała wstawać i zdejmowała gorset, bo był niewygodny. Sama chodziła po mieszkaniu, a każdy
kolejny upadek może być tragiczny w skutkach. Ma dużo szczęścia, że ma czucie w nogach i może jeszcze chodzić. Każdy dźwięk wyrywał więc mnie z łóżka. Dostała dzwonek, by dzwoniła, jak będzie chciała np. iść do ubikacji, tak by ktoś ją zawsze przytrzymał i zaprowadził. Niestety babcia okazała się bardzo uparta i nieodpowiedzialna. Sama chadzała i to bez gorsetu, przy okazji i tak wszystkich stawiając na nogi. Kilka dni temu zaproponowałem, by wezwać do niej panią psycholog. Jak na razie bardzo to pomogło. Oczywiście przedstawiliśmy ją jako lekarza z jej szpitala od jej lekarki. Babcia ma jedną lekarkę, której ufa i dla niej inni lekarze, to nie lekarze. Pani psycholog okazała się bardzo kompetentna. Długo rozmawiała z babcią i dobrała dodatkowe leki. Cierpienie babci bardzo mnie dotknęło. Strasznie jest obserwować cierpienie bliskiej osoby i nie mieć na to zbyt dużego wpływu…
Co do mnie. Jak babcia została zawieziona do szpitala, ja również udałem się do szpitala na kilka dni. To był pierwszy raz, jak nikt mnie nie odwiedził i pierwszy raz zniosłem chemię tak źle. Wymiotowałem i czułem mdłości. Nie mogłem patrzeć na jedzenie na stołówce, sam jego zapach był dla mnie skrajnie odpychający. Prawie nie spałem i chyba miałem jakieś przewidzenia, jak się budziłem. Płytki krwi spadły mi sporo poniżej normy, ale enzymy wątrobowe miałem już coraz bliżej górnej jej granicy. W między czasie pojawiły się jeszcze dodatkowe skutki uboczne leczenia. Krwotoki z nosa i drętwienie opuszków palców. Na drętwienie przepisano mi
Mój zestaw leków, potem jeszcze kilka doszło...
magnez, ale pomimo iż biorę już go dwa tygodnie, nadal się nieprzerwanie utrzymuje. Co do krwawień, jak występowały chciałem odstawić Clexan, zastrzyki, które codziennie musiałem sobie robić na krzepliwość krwi. Wolałem jednak tego nie robić bez konsultacji z lekarzem. Intuicja jednak mnie nie myliła i lekarz zdecydował się go na jakiś czas odstawić. Tydzień po opuszczeniu oddziału, musiałem znowu udać się do szpitala, ale tym razem na ambulatoryjne podanie chemii. Pojechałem do szpitala na 6 rano, a chemię dostałem dopiero o 18. Cały dzień przesiedziałem w szpitalnych kolejkach w podziemiach. To był pierwszy dzień wiosny, niezwykle pogodny. Telefon mi
Dzienny zestaw w pudełku...
pokazywał, że było wtedy 21 stopni. Wyszedłem tylko na chwilę, by zadzwonić. Było bardzo ciepło i przyjemnie. Niestety w budynku zasięg jeśli nawet się pojawiał, to był szczątkowy. Po raz pierwszy miałem idealne wyniki krwi. Enzymy wątrobowe były idealnie w normie, a ilość pytek krwi również znacznie wzrosła. Niestety z powodu tak późnego podania chemii, nie zdążyłem już do przyszpitalnej apteki. Tylko tam można kupić od ręki zastrzyki z leukocytami. Trzeba je przewozić jak najszybciej w torbie termicznej, dlatego nie mogłem kupić ich wcześniej. Miałem je brać od następnego dnia. Na szczęście udało mi się je zamówić w innej
Dzienna porcja leków bez pudełka...
aptece, która jeszcze była otwarta. Sprowadzili je na następny dzień, choć na początku twierdzili, że się nie da. Przeważnie jestem już w stanie określić, kiedy maksymalnie nasilą się skutki uboczne po chemii. Tak jak w zegarku nastąpiło to wczoraj. Pomimo iż ból jest bardzo silny, nadal nie biorę środków przeciwbólowych by oszczędzać wątrobę. Dziś ból stawów i pleców nasilił się tak bardzo, że ledwo mogłem chodzić. Jutro i pojutrze powinno już być lepiej. Drętwienie opuszków palców
chyba nawet się nasiliło. Dziś noc znowu była tragiczna. Co chwilę się budziłem. Śniły mi się nieprzyjemne i niepokojące rzeczy. Chyba do mnie strzelano. Gonił mnie wielki spasły nagi mężczyzna. Cały w fałdach tłuszczu, łysy, z przyrodzeniem na wierzchu. Miał chyba ze dwa metry wzrostu i ewidentnie chciał mnie skrzywdzić. Wkręcały mi się jakieś schematy działań, które musiałem wykonywać by przetrwać i się obudzić. Powtarzało się to chyba z kilkanaście razy. Z tego co udało mi się zapamiętać, to różne rzeczy np. cytryny i inne przedmioty spontanicznie zmieniały się w wodę i po prosty rozpływały. Pozostawały po nich tylko kałuże...

Za tydzień znowu idę do szpitala na oddział, na kolejny cykl chemii. Może przyczyna tego drętwienia jest jednak inna niż niedobór magnezu…